Dziwne przygody miłosne Rouletabilla/II

<<< Dane tekstu >>>
Autor Gaston Leroux
Tytuł Dziwne przygody miłosne Rouletabilla
Wydawca G. Seyfarth (Józef Georgeon)
Data wyd. 1918
Druk Drukarnia W. A. Szyjkowskiego
Miejsce wyd. Lwów
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Les étranges noces de Rouletabille
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Indeks stron


II.
Włodzimierz opowiada Rouletabillowi dziwną historyę.

Rouletabille udał się do namiotu, gdy został zluzowany przez Włodzimierza, jedynego jak wiemy służącego, jaki mu pozostał po śmierci Teodora i biednego przewodnika multańskiego, zgładzonego przez Iwanę. Namiot dzielił reporter z Kietewem, a Bułgar spał głęboko zawinięty w swój płaszcz w chwili gdy Rouletabille wślizgnął się ostrożnie do środka. Przy migotliwym blasku świecy utkwionej we flaszce Rouletabille długo wpatrywał się w rysy swego rywala. We śnie twarz Bułgara była zupełnie spokojną. Wyglądał na spoczywającego snem sprawiedliwych, poczciwca nietrapionego najlżejszym wyrzutem sumienia. Nie pozostało na niej śladu przeżytych utrapień, wygładzały się zmarszczki, które w ciągu ostatnich lat dziesięciu żłobiły tę twarz młodą i pełną życia. Rouletabille przyznać musiał, że Kietew godzien jest miłości. Jednocześnie jednak przyszło mu na myśl, że Iwana nie kocha nikogo, że jest to zdrajczyni, oszukująca wszystkich wokół.
Rozmyślając nad tem rozebrał się, zagrzał wodę na maszynce naftowej, dokonał skrupolatnie oblucyi, jakby się znajdywał u siebie w domu, poczem zgasił maszynkę i wśliznął się pod kołdrę swego polowego posłania. Przez ostrożność położył tuż obok siebie nabity karabin, tak, by mógł go chwycić każdej chwili. Wreszcie zasnął spokojnie i marzył o św. Zofii chorej na oczy.
Spał może z godzinę, gdy nagle zbudził go wyraźny odgłos rozmowy. Usiadł na posłaniu wytężając słuch.
Głosy dochodziły z poza płóciennej ściany namiotu. Ktoś mówił szybkim, nerwowym szeptem. Czasem rozbrzmiewały stłumione wykrzyki. Rozpoznał głosy, mówili na przemian Candeur i Włodzimierz. Ale podczas gdy w głosie Włodzimierza wybuchało dzikie wzburzenie i podniecenie, wydawało się, że Candeur jest w humorze wyśmienitym.
— Ty dajesz!
— Nie, to ty dajesz!
Chwila milczenia. Potem wykrzyki przyciszone.
Rouletabille sięgnął omackiem po swe pantalony. Chciał się dowiedzieć co się tam dzieje obok i czemu ci dwaj jegomoście, którzy zaraz z wieczora mieli miny tak bardzo znużonych drogą, nie śpią do tej pory.
Po cichu, nie budząc Atanazego, który chrapał, z cicha wyszedł z namiotu i zbliżył się do sąsiedniego. Przez szpary pozostałe między płatami płótna przesiewało się nikłe światło.
Rouletabille rozwiązał zręcznie taśmy przymocywujące zasłonę wejścia i nagle zjawił się jak duch pomsty przed rozpromienionym Candeurem i zbolałym Włodzimierzem. Spostrzegł zaraz, że Candeur był czerwony jak ćwik, podczas gdy twarz Włodzimierza posiadała trupio bladą barwę.
— A, to tak... — powiedział do nich. — To wy gracie moi panowie.
Rzeczywiście, pomiędzy oboma kompanionami widniał mały składany stolik, na którym leżała talia kart i kartka papieru pokryta zapiskami nakreślonymi pospiesznie ołówkiem.
Rouletabille rzucił się na karty. Skonfiskował im już dwie talie od początku podróży i był pewny, że nie mają ich więcej. Nałóg karciarski nie dawał im wypocząć co było rzeczą niezbędną.
— Gracie zamiast spać? Czyście powaryowali? Nie wstyd wam? Wszakże zakazałem jak najsurowiej... zapomnieliście... co? Od pierwszej chwili zakazałem stanowczo. Przysięgliście, że nie tkniecie kart... No, gadajcie! Przysięgliście, czy nie?
— Rouletabille! Nie gniewaj się! — zaczął Candeur prosząco, — chcieliśmy spać, próbowaliśmy, ale w żaden sposób zasnąć nie byliśmy w stanie.
— Kłamstwo bezczelne! — krzyknął reporter. Posłania wasze nie tknięte nawet! — Nawet nie zaczęliście się rozbierać! Nie rozumiem tylko skąd karty? Nie pojmuję? Przecież wam zabrałem już dwie talie!
— Podoficer, który towarzyszył panu Kietewowi, zgubił tę talię... wypadła mu z kieszeni... — tłómaczył Candeur nie patrząc na Rouletabilla.
— Odkupiłeś od niego gałganie! — wrzasnął Rouletabille, — albo skradł mu je Włodzimierz!
— O, proszę pana... za co mnie pan uważa! — obraził się Włodzimierz.
— W coście grali? — inkwirował dalej.
— W co? Oto w tę ruską grę, o której ci wspominałem. Rzecz całkiem niewinna.
— O cóż to gracie? — badał dalej Rouletabille, biorąc w rękę papier, leżący na stoliku. — Bony? Bon Włodzimierza na 500 franków? Jakto? Ty bierzesz ten bon, Candeur? Bon z podpisem Włodzimierza Petrowicza? Wiesz co, że głupszy jesteś jeszcze, niż myślałem!
— Musi brać bony, bo wygrał całą moją gotówkę! — użalał się Włodzimierz, dotknięty widocznie do żywego.
— Ile przegrałeś? — spytał Rouletabille poszkodowanego.
— Spytaj pan, proszę, Candeura! — odparł ponuro.
— Otóż, to tak było... mruczał, czerwieniejąc jeszcze bardziej Candeur. — Z początku ja nie miałem pieniędzy, ale wiedziałem, że Włodzimierz ma sporo. Straszna to rzecz, podróżować bez pieniędzy. Zaproponowałem tedy, jako stawkę moją szpilkę do krawatki. To ostatnia pamiątka po mojej siostrze. Co prawda, przeklęła mnie przed śmiercią.
— I za cóż cię przeklęła?
— Za to, że zostałem dziennikarzem. Otóż, pojmie pan, nie wiele mi zależało na tej pamiątce. Chciałem się tego pozbyć, jak innych rzeczy. Ale nie straciłem tej szpilki....
— I przy jej pomocy, ograłeś Włodzimierza! Gadaj zaraz, ileś wygrał od niego?
— Zaraz powiem, zaraz... — bąkał Candeur. Zaczęliśmy zrazu bardzo tanio. Ot, tak, dla zabawy. Moja szpilka warta w każdym razie 75 franków... prawda? Otóż, stawiałem jej wartość częściowo. Włodzimierz przegrał z początku dwadzieścia pięć franków, potem pięćdziesiąt, potem sto... A wszystko tylko dlatego, że się chciał odegrać. Mówiłem mu to ciągle! Wreszcie przegrał wszystko, co miał w kieszeni. Teraz... nie jestem ja tak głupi, jak się zdaje... teraz przyjmuję jego bony, bo należy mu się jeszcze dużo pieniędy, za wynalazek pancerza kulotrwałego!
— Candeur! — krzyknął Rouletabille. — Gadaj zaraz, ile wygrałeś gotówką od Włodzimierza!
— I cóż ci z tego przyjdzie?
— Chcę wiedzieć, skąd on miał pieniądze! Nie wiem, skąd je wziął!
— Dostał zaliczkę na wynalazek..
— Dość tego! Ile?
Candeur stał się wprost fioletowy.
— Sam dobrze nie wiem... Doprawdy...
Ale pod surowem spojrzeniem Rouletabilla, zaczął wyciągać z różnych kieszeni banknoty stufrankowe.
— Prędko! — przynaglał go Rouletabille.
— Dobrze, już dobrze! — powiedział i wyjął paczkę banknotów pięćsetfrankowych.
— No, proszę... interes ci się powiódł, jak widzę! szydził reporter. — Dalej... wyjmuj resztę!
— Już wszystko! — jęknął biedny olbrzym i spuścił oczy.
— Kłamstwo! — wykrzyknął Rouletabille, rzucił się ku Candeurowi i począł opróżniać jego kieszenie.
Nie mógł wyjść z podziwu, znajdując niezliczoną moc banknotów. Candeur osłupiały, czerwony pozwolił się obszukiwać jęcząc tylko zcicha.
Rouletabille policzył. Było wszystkiego razem 40.000 franków. Wpatrzył się wzrokiem srogim w Candeura, który nie śmiał podnieść głowy.
— Pierwszy raz w życiu miałem szczęście...
— Poczekajno! Niebawem pomówimy o tem szczęściu i dodał:
— Więc te 40.000 franków ofiarowałeś tym drabom w Czarnym Zamku jako okup?
— Oczywiście! — odparł Candeur. — Przecież wiesz, że mam dobre serce!
— Łatwo jest mieć dobre serce za cudze pieniądze! — zauważył cicho Włodzimierz. Kiedy proponował okup, pieniądze te były jeszcze moją własnością, a Candeur dysponował już wówczas nimi, jakby były jego.
— Szło o życie nas wszystkich! — odparł Candeur.
— Masz dobre serce Candeur! — powiedział Rouletabille. — Ale w gruncie rzeczy jesteś taki sam gałgan, jak Włodzimierz.
— Proszę pana! — obraził się Włodzimierz. — Pan mnie dotyka.
Wstał i zwrócił się do wyjścia.
Ale Rouletabille go zatrzymał i spytał ostro, tak, że Włodzimierz zbladł jeszcze bardziej.
— Skąd masz te pieniądze?
— Zapewniam pana uroczyście — powiedział Włodzimierz — że pochodzą ze sprzedaży mego wynalazku, mojej zbroi kulotrwałej! Właściwie wynalazku dokonał mój przyjaciel z Kijowa. Ulepszał tę zbroję, poprawiał, uczynił z niej prawdziwe dzieło sztuki technicznej i wydał na to cały swój majątek. Ale gdy czasu ostatniej wojny japońsko-rosyjskiej, rząd rosyjski nie chciał kupić wynalazku, przyjaciel mój popadł w rozpacz i wstąpił do biura cenzury w Odessie. Przedtem zaś podarował mi owoc całej swej długoletniej pracy i wysiłków, a zarazem to, co było powodem wszystkich jego utrapień. Mnie powiodło się lepiej...
Rouletabille przerwał mu.
— Dość tego Włodzimierzu! — krzyknął. — Jeśli mi natychmiast nie powiesz skąd masz te pieniądze, każę cię związać i wydam cię władzom bułgarskim. Będziesz im mógł opowiedzieć szczegółowo dzieje twego wynalazku.
Włodzimierz poznawszy, że sprawa przybiera zły obrót zaczął jęczeć żałośnie. Wreszcie powiedział:
— A więc opowiem wszystko. Rzecz doprawdy dużo błahsza jak pan sądzi. A stało się to, słowo daję, jakby samo przez się, tak, żem się spostrzegł gdy już było po wszystkiem.
— Więc...
Rouletabille pomyślał: Zdolny jest do wszystkiego. Byle tylko nie zamordował kogo, o resztę mniejsza...
Candeur spoglądał melancholijnie na te piękne bilety bankowe, które go niedawno jeszcze tak cieszyły i dumał nad sposobami, by je odzyskać. Tymczasem Włodzimierz zaczął opowiadać:
— Pamięta pan zapewne, że dnia pewnego w Sofii bezpośrednio przed naszym wyjazdem zastał nas pan okrytych w ciepłe okrycia, ponieważ było bardzo zimno. Candeur owinięty był kołdrą, ja zaś miałem na sobie wspaniałe futro. Sam pan podziwiał to futro...
— Tak, było to futro twej przyjaciółki, pewnej księżniczki... — odparł Rouletabille robiąc srogą minę.
Włodzimierz przeraził się.
— Przecież nie sądzi pan chyba, że sprzedałem cudze futro! — zawołał.
— Hm... nie sprzedałeś? Więc cóż dalej?
— Panie! Za kogo mnie pan bierze?
— Cóżeś więc zrobił? — badał Rouletabille dalej.
— Przedewszystkiem, — powiedział Włodzimierz, oryentując się w sytuacyi, — raczy pan łaskawie zauważyć, że mogłem je sprzedać. Czy pan zna księżniczkę?
— Tak... trochę, bardzo ekscentryczna, zdaje mi się, ale cóż dalej?
— Otóż, powiedziała mi raz: jeśli ci się podoba to futro, mój drogi, możesz je sobie wziąć. Pan nie zna księżniczek rosyjskich... one są bardzo ekscentryczne i hojne...
— Acha!... Więc korzystałeś z tej hojności!
— Proszę pana! — zawołał Włodzimierz tonem oburzenia. — Nie ma pan prawa obrażać mnie. Wszystko jest w zupełnym porządku. Otóż, w samym dniu naszego odjazdu z Sofii, gdy nam pan objawił, że udajemy się w dalszą podróż, pierwszą moją myślą było biedz do księżniczki i zwrócić jej to futro, które stanowiło przedmiot zazdrości jej wszystkich przyjaciółek. Nie chciałem go dłużej trzymać na swoją odpowiedzialność. Kiedym biegł do księżniczki z futrem, przypadek zdarzył, że znalazłem w ulicy, przy której mieści się bank zastawniczy. Nagle przyszła mi myśl: Doskonała sposobność dla dowiedzenia się, ile warte to futro. Wszedłem. Ofiarowano mi 43.000 franków pożyczki.
— I wziąłeś?
— Nie! Powiedziałem: Nie!
— I cóż dalej!
— Fatalność. Urzędnik banku był widać bardzo roztargniony tego dnia. Wydało mu się, że powiedziałem: tak. No i wypłacono mi gotówką 43.000 franków, zanim miałem czas zaprotestować.
— Ale wziąłeś pieniądze?
— Naturalnie, niech pan jednak o mnie źle nie sądzi! — rzekł Włodzimierz z godnością. Pierwszą rzeczą była myśl, że muszę odnieść księżniczce pokwitowanie zastawu.
— Ach, tak? — zdziwił się Rouletabille, osłupiały, wobec tej bezczelności.
— Oczywiście! — dodał Włodzimierz. — Futro jest jej własnością, przeto będzie, je mogła wykupić.
— Wykupić!
— Wykupi z pewnością. Ręczę panu.
— Ależ w ten sposób winien jesteś jej 43.000 franków, człowieku! — wrzeszczał Rouletabille.
— Oczywiście! — powiedział Włodzimierz. Czyż ja się tego wypieram?
— Przywłaszczyłeś sobie cudze pieniądze, drabie! — wrzasnął reporter, oburzony.
— Nie, proszę pana! — odparł chłodno Włodzimierz. Nie jestem drabem. Proszę spytać Candeura. Pożyczyłem mu z tego 1.500 franków, na sprawienie przyzwoitego wyekwipowania w drogę, czyż nie świadczy to o mojem dobrem sercu, potem pożyczyłem sobie takąż sumę na wyekwipowanie. Te pieniądze, to depozyt, rozumie pan, depozyt!
— A jednak przegrałeś je do Candeura!
— To mnie właśnie martwi! — westchnął ciężko Włodzimierz. Niema nic przykrzejszego, jak przegrać cudze pieniądze! O, to rzecz okropna... okropna!
Rouletabille zwrócił się do Candeura.
— Nie możesz przecież zatrzymać pieniędzy skradzionych!
— I dlaczegóż to? — jęknął Candeur płaczliwie. — Przecież ja ich nie skradłem! Zarobiłem je uczciwie!
Rouletabille nie odrzekł nic. Szybkim ruchem zwinął plik banknotów i schował je do kieszeni.
— Oj!... jęknął Candeur. — Już po wszystkiem!
— Tak jest! — odparł Rouletabille. Tych pieniędzy nie ujrzy żaden z was, moi zacni panowie! Zwrócę je księżniczce, za powrotem do Sofii.
— Tak będzie najlepiej! — zauważył rozweselony Włodzimierz. — Niech ten mój depozyt pozostanie u pana.
— Twój depozyt?! — krzyknął Candeur. To moje pieniądze!
Rzucił się na Włodzimierza z pięściami, tak, że Rouletabille musiał interweniować. Zwymyślał obu i wyszedł surowy, jak sama sprawiedliwość.
W namiocie spostrzegł, że Kietew nie śpi.Musiał słyszeć wszystko.
— Dobrześ pan zrobił, — rzekł Bułgar, — odbierając im te pieniądze! Mogą się nam przydać w naszych tarapatach!
Obrócił się do ściany i za chwilę zasnął snem sprawiedliwych.
Rouletabille stał, jak słup soli. Zdumienie unieruchomiło go na chwilę.
Wreszcie wsunął się pod kołdrę, mrucząc do siebie:
— Zaiste, daleki jestem od zrozumienia duszy, słowiańskiej rasy.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Gaston Leroux i tłumacza: anonimowy.