<<< Dane tekstu >>>
Autor Lucy Maud Montgomery
Tytuł Emilka ze Srebrnego Nowiu
Wydawca Księgarnia Popularna
Data wyd. 1936
Druk Drukarnia B-ci Wójcikiewicz
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Maria Rafałowicz-Radwanowa
Tytuł orygin. Emily of New Moon
Źródło Skany na commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron

26
NAD ZATOKĄ

— Ciekawa jestem — zastanawiała się Emilka — jak długo jeszcze pożyję.
Wcześniej, niż zwykle, odbyła swoją codzienną przechadzkę nad zatoką. Wieczór był ciepły, wietrzny. Powietrze było przepojone żywicą, miękkie, zatoka była turkusowa. Ta część wybrzeża, na którem się znajdowała Emilka, taka była odludna i dziewicza, jakdyby nigdy nie stąpnęła tu noga ludzka. Emilka szła w zamyśleniu, nie patrząc na ziemię. Wtem zdradliwy, mchem pokryty teren wybrzeża ustąpił pod jej ciężarem. Dziewczynka ześlizgnęła się po stromej pochyłości ku morzu. Czyniła nadludzkie wysiłki uczepienia się czegokolwiek po drodze, ale im bardziej walczyła, tem szybciej osuwały się mchy i piaski, tem zawrotniej spadała wdół. Była już tylko o 30 stóp od morza, na skraju urwistej skały, niemal prostopadłej. Sekunda jeszcze, a nie będzie dla niej ratunku. Emilkę ogarnęła rozpacz i groza; wtem poczuła, że się zatrzymuje: mchy leciały wdół nadal, ale ona zawisła na samym brzegu; występ skalny, zawieszony nad morzem, przytrzymał ją, ale powierzchnia ta była tak znikoma i krucha, że najmniejszy ruch dziewczynki mógł spowodować dalszy upadek, stoczenie się w przepaść, w głębiny morskie.
Leżała cichutko, usiłując zebrać myśli, usiłując opanować przerażenie. Była bardzo oddalona od wszelkich domostw, nikt nie byłby mógł usłyszeć jej krzyku. Nie śmiała się poruszyć, bo każdy jej ruch mógł wywołać oberwanie się wąskiego skrawka ziemi, na którym leżała. Jak długo zdoła tak przeleżeć bez ruchu? Noc nadchodziła. Ciotka Nancy zacznie się niepokoić, gdy się ściemni i pośle Karolinę na poszukiwania. Ale Karolina nigdy jej nie znajdzie. Nikomu nie przyjdzie do głowy tu jej szukać, tak daleko od Księżego Stawu. Przeleżeć tak całą noc... czekać na pomoc, która może nigdy nie nadejdzie.... Emilka z trudem zapanowała nad drżeniem, które mogło być katastrofalne w tej sytuacji.
Spojrzała już raz śmierci w oczy, a przynajmniej sądziła, że spojrzała jej w oczy owego wieczora, kiedy Wysoki Jan powiedział jej, że zjadła zatrute jabłko. Ale obecne położenie była stokroć gorsze. Umrzeć tutaj, w samotności, zdala od domu! Oni tam nie dowiedzą się nawet, co się z nią stało, nigdy jej nie odszukają. Sępy, lub kruki wydziobią jej oczy. Tak plastycznie uprzytomniała sobie różne okropności, że nieomal zadrżała ze zgrozy. Zniknie ze świata tak, jak zniknęła matka Ilzy.
Co się stało z matką Ilzy? Nawet w obecnem rozpaczliwem położeniu zadawała sobie Emilka to pytanie. Nigdy więcej nie zobaczy ukochanego Srebrnego Nowiu, ani Tadzia, ani mleczarni, ani gaiku Wysokiego Jana, ani zegaru słonecznego, ani cennego zbioru rękopisów, ukrytego na strychu w starej otomanie.
— Muszę mieć dużo odwagi i cierpliwości — myślała. — Jedyną szansą ocalenia jest zachowywać się jaknajspokojniej. Mogę się modlić w duszy. Kojącą jest myśl, że On mnie słyszy. On jeden przynajmniej. O Boże, Boże Ojca mego, proszę, spraw cud i uratuj mi życie, bo nie zdaje mi się, żeby to była dla mnie odpowiednia chwila do skonania. Daruj, że nie klęczę, Ty widzisz przecież, że nie mogę się poruszyć. A jeżeli umrę, to proszę, spraw, żeby ciotka Elżbieta nie znalazła moich listów do Ojca. Spraw, żeby je znalazła ciotka Laura. I nie pozwól, proszę, Karolinie sprzątać w moim pokoju po mojej śmierci, bo znalazłaby moją księgę oprawną od kuzyna Jimmy i przeczytałaby, co o niej napisałem. Przebacz mi, Boże, moje grzechy, a zwłaszcza moją niewdzięczność i obcięcie grzywki. Proszę, niech Ojciec mój nie będzie zbyt daleko ode mnie, Amen.
Szczegół charakterystyczny: przyszło jej na myśl post-scriptum.
— I jeszcze jedno: spraw, Panie Boże, och, spraw to koniecznie, żeby się przekonano, że matka Ilzy nie uczyniła tego.
Leżała bez ruchu. Zachód zaczynał kłaść na wodzie złote i czerwone wstęgi. Wiatr wieczorny wzmógł się, wielki kamień oderwał się od skały wpobliżu Emilki i z hałasem potoczył się na dół. Odłam skały, na którym spoczywała jedna noga dziewczynki, był również luźno połączony z resztą skały. Mógł się oderwać zkolei pod naporem wiatru i stoczyć się lada chwila. Patrzała pod górę z rozpaczą, żegnając się z tym cudnym światem otaczającym, na który niebawem przestanie spoglądać.
Wtem... ujrzała tuż nad sobą twarz mężczyzny!
Usłyszała: „Boże Wielki!”, wymówione półgłosem z akcentem niekłamanego przerażenia. Widziała, że ma on jedną łopatkę trochę wyższą, niż drugą. To jest niezawodnie Dean Priest, zwany Garbusem Priestem. Emilka nie śmiała się odezwać. Oczy jej tylko mówiły: „Ratuj mnie!”
— Jakbym mógł ci dopomóc? — spytał Dean Priest, zwracając się raczej do siebie, niż do dziewczynki. — Nie mogę cię dosięgnąć, a mam wrażenie, że najmniejszy ruch twój oderwie tę ziemię od reszty skały. Muszę iść po gruby sznur, a przez ten czas pozostaniesz tu sama. Czy możesz zaczekać, dziecko?
— Tak — wyjąkała Emilka. Uśmiechnęła się, żeby dodać mu otuchy, uśmiechnęła się tym słodkim uśmieszkiem, który zaczynał się w kącikach ust i opromieniał stopniowo całą twarzyczkę. Dean Priest nie zapomniał nigdy tego uśmiechu, oraz tych stanowczych oczu dziecięcych, wyzierających z małej twarzyczki, zagrożonej rozbiciem o skały morskie.
— Pośpieszę się bardzo — upewnił ją. — Nie mogę iść szybko, jestem trochę ułomny, jak widzisz. Ale nie bój się, ja cię wybawię z niebezpieczeństwa. Zostawię ci mego psa, żeby ci dotrzymywał towarzystwa. Chodź tu, Tweed!
Zagwizdał; wielki, złotawy pies nadbiegł, kręcąc ogonem.
— Siadaj tu, Tweed, zaczekaj, aż wrócę. Nie szczekaj, nie kręć ogonem. Mów do niej tylko oczami.
Tweed posłusznie usiadł na tylnych łapach, a Dean Priest zniknął.
Emilka leżała i układała opis tego zdarzenia, aby zamieścić je w pamiętniku. Była jeszcze trochę wystraszona, ale niebardzo. Już się widziała piszącą nazajutrz przy biurku w czerwonym pokoju. To będzie bajecznie ciekawe!
Świadomość, że ten duży pies leży przy niej, była jej nader miła. Nie była tak biegła w rasach psów, jak w rasach kotów. Ale wystarczyło, że to stworzenie patrzyło na nią niemal ludzkim wzrokiem, wiernie, przyjaźnie; pilnowało jej wyraźnie. Szary kotek jest cudnem stworzonkiem, ale żaden kot nie siedziałby tak przy niej i nie dodawałby jej otuchy swem wejrzeniem.
— Zdaje mi się — pomyślała Emilka — że pies jest lepszy od kota, zwłaszcza w ciężkich chwilach naszego życia.
Pół godziny upłynęło, zanim Dean Priest wrócił.
— Bogu dzięki, że nie spadłaś, — mruknął — nie musiałem biec tak daleko, jak przewidywałem, znalazłem sznur w pustej łódce przy brzegu i wziąłem go. A teraz gdy spuszczę sznur, czy będziesz miała dosyć siły aby się go uczepić i gdyby ziemia się obsunęła zawisnąć na nim tak długo, aż zdołam cię wciągnąć na górę?
— Spróbuję — odrzekła Emilka.
Dean Priest zawiązał węzeł u końca sznura i spuścił ku Emilce. Poczem uwiązał sznur dokoła grubego pnia drzewnego.
— Już — rzekł.
Emilka szepnęła w duchu: „Boże drogi, dopomóż” i chwyciła za węzeł. W tej samej chwili zawisła całym ciężarem nad przepaścią, gdyż występ skalny odłamał się i runął w przepaść. Dean Priest drżał na całem ciele. Czy ona zdoła utrzymać sznur tak długo?
Ciągnął sznur ku sobie ze wszystkich sił. Emilka pomagała mu w tej pracy, gdyż opierała się nogami o stromą ścianę skalną gdzie tylko mogła. W przeciągu minuty była przy nim o odległość ramienia. Porwał ją za rękę i wciągnął na wybrzeże. Była ocalona.
— Bardzo panu dziękuję — rzekła Emilka, przypominając sobie zasady dobrego wychowania. — Ocalił mi pan życie. A teraz... może usiądę na chwilę... Dziwne mam uczucie w nogach. Zupełnie tak, jakgdyby drżały.
Emilka usiadła, drżąc bardziej, niż przez cały czas trwania niebezpieczeństwa. Dean Priest oparł się o stary świerk. I on drżał również. Czoło ocierał chusteczką. Emilka przyglądała mu się ciekawie. Słyszała o nim dużo od ciotki Nancy, były to często złośliwe uwagi. Zawsze nazywała go „Garbusem” z odcieniem pogardy, a Karolina stale ją poprawiała, mówiąc z naciskiem: „Dean”. Emilka wiedziała, że ukończył on szkołę i uniwersytet, że ma lat 36, co uważała za podeszły wiek; że ma krzywą łopatkę i jedną nogę krótszą; że jedyną jego namiętnością były książki; że mieszka ze starszym bratem i dużo podróżuje; że cała rodzina Priestów obawia się ostrza jego języka. Ciotka Nancy nazywała go „cynikiem”. Emilka nie wiedziała, co to jest cynik, ale to brzmiało interesująco. Przyglądała mu się bacznie i stwierdziła, że ma on delikatne, subtelne rysy i bujne, ciemne włosy. Wargi miał wąskie i stanowcze, ładnie zarysowane. Podobały jej się te usta. Gdyby była starsza byłaby zrozumiała dlaczego: był w nich wyraz dobroci, czułości, a zarazem siły.
Chociaż był ułomny, tchnął wielką godnością i pewną mocą wewnętrzną, co zresztą cechowało wszystkich Priestów i co niejednokrotnie brano za pychę. Zielone oczy Priestowskie, które w spojrzeniu Karoliny były badawcze i nieprzyjemne, które w twarzy Jima Priesta były bezczelne, patrzyły tutaj w świat marząco i tęsknie.
— Cóż, czy podobam ci się? — spytał siadając również na kamieniu i uśmiechając się. Głos miał piękny, melodyjny i pieszczotliwy.
Emilka zarumieniła się. Wiedziała, że nie należy się przyglądać nikomu tak natarczywie. A przytem on jej się wcale nie podobał, tak że była wdzięczna, iż nie nalegał. Zadał jej inne pytanie.
— Czy wiesz, kim jest twój przypadkowy wybawca?
— Pan jest chyba Gar... panem Deanem Priestem — Emilka znów się zarumieniła. Byłaby o mały włosek popełniła wielki nietakt.
— Tak, ja jestem Garbusem Priestem. Nie powinnaś się za mnie wstydzić tego przezwiska. Nieraz je słyszałem. To jest Priestowska koncepcja humoru.
Zaśmiał się nieprzyjemnie. — Powody tego przezwiska są dosyć widoczne. To jest wszystko, co wyniosłem ze szkoły. Jak się to stało, że się tam ześlizgnęłaś?
— Myślałam o różnych rzeczach i nie patrzyłam na drogę — rzekła Emilka.
— Słowem, marzyłaś. Spełnią się twoje marzenia. Widzę, że urodziłaś się pod szczęśliwą gwiazdą. Byłaś dzisiaj o krok od śmierci, a jednak zjawiłem się w porę. Jak się nazywasz, o ile masz nazwisko! Zaczynam w to wątpić, gdyż masz śpiczaste uszy. Może wdałem się w kontakt z dobremi wróżkami?
— Jestem Emilja Byrd Starr ze Srebrnego Nowiu — odrzekła Emilka dość chłodno. Zaczynała być wrażliwa na kwestję swych uszu. Czy rzeczywiście było w nich coś niesamowitego?
A przecież w tym garbusie było coś, co ją pociągało. Emilka szybko się decydowała co do swej sympatji lub antypatji dla osób nowo spotykanych. Wiedziała w ciągu kilku minut, czy kogoś lubi, czy nie, czy też jest obojętna. Doznawała dziwnego wrażenia, że zna Dean Priesta od szeregu lat, może dlatego, że wiecznością wydał jej się ten czas, który spędziła na oczekiwaniu jego powrotu ze sznurem. Nie był przystojny, nie podobał jej się, ale już go polubiła, przywiązała się do tej mądrej twarzy o magnetycznych zielonych oczach.
— A więc ty jesteś tą panienką, która przybyła w odwiedziny do Księżego Stawu? spytał Dean Priest, zdziwiony. — No, to moja ciotka Nancy powinna lepiej cię pilnować, moja droga ciotka Nancy.
— Widzę, że pan nie lubi ciotki Nancy — rzekła Emilka.
— Czy lubimy zwykle tych ludzi, którzy nas niecierpią? Zapewne zdążyłaś zauważyć, że moja pani Ciotka mnie nienawidzi.
— O, nie sądzę, żeby była aż taka niedobra — rzekła Emilka. — Ma chyba dodatnie o panu pojęcie, bo mówi, że pan jest jedynym Priestem, który pójdzie prosto do nieba.
— Ona nie uważa tego za komplement, chociaż tak się tobie wydaje w twojej niewinności. A ty jesteś córką Douglasa Starra? Znałem twego ojca. Kolegowaliśmy w Akademji Królewskiej, potem rozeszły się nasze drogi. On poświęcił się dziennikarstwu, ja dalszym studjom. Był to mój jedyny przyjaciel ze szkolnej ławy, jedyny chłopiec, który mnie nie nazywał garbusem i nie wyśmiewał, chociaż nie mogłem grać w piłkę nożną, ani w tennisa. Emilja Byrd Starr... Starr powinno być twem imieniem, bo to znaczy „gwiazda” po angielsku, a ty wyglądasz jak gwiazdka. Oczy twe tak błyszczą, cała twoja osobowość promieniuje tak mocno... Byłabyś bardziej na swojem miejscu na niebie porannem przed wschodem słońca, niż na ziemi, lub nawet na niebie wieczornem. Będę cię nazywał Gwiazdką.
— Czy to znaczy, że uważa mnie pan za ładną dziewczynkę? — spytała Emilka wprost.
— Nie zastanawiałem się, czy jesteś ładna, czy brzydka. Czy według ciebie gwiazda musi być ładna?
Emilka zamyśliła się.
— Nie — rzekła wreszcie. — To nie jest odpowiednie określenie gwiazdki.
— Widzę, że jesteś artystką słowa. Tak, naturalnie to nie jest określenie. Gwiazdy są wielkie, fascynujące, świetlane. Nieczęsto widujemy gwiazdę wcieloną w ludzką postać. Zdaje mi się, że będę czekał na ciebie.
— Już jestem gotowa do drogi — rzekła Emilka.
— Hm, nie to miałem na myśli. Mniejsza o to. Chodź, Gwiazdeczko. Pójdziemy powoli. Nie wiedziałem, że pójdę do Księżego Stawu dziś jeszcze. A więc uważasz, że nie jestem przystojny?
— Tego nie powiedziałam — zawołała Emilka.
— Słowami nie. Ale ja umiem czytać w myślach, Gwiazdeczko. Bogowie udzielili mi tego daru. Uważasz, że ty sama jesteś ładna?
— Raczej tak... od czasu, jak ciotka Nancy pozwala mi nosić grzywkę — rzekła Emilka.
— Grzywka! Co za brzydki wyraz!
— Tak, nieładny. Nie używam go nigdy w poezji, ale w prozie...
W ten sposób dowiedział się Dean Priest, że Emilka pisuje poezje. Dużo jeszcze zrobił czarujących odkryć przez czas tej wędrówki do Księżego Stawu.
Emilka była zazwyczaj wstrzemięźliwa w słowach wobec ludzi obcych, ale tu odczuwała instynktownie tyle życzliwości, tyle zrozumienia, że nieświadomie zwierzała się Deanowi, jak staremu przyjacielowi. Otworzyła mu drzwi do swego sanktuarjum duchowego, mówiła z nim całkiem swobodnie.
Przytem czuła nanowo tętno życia. Czuła, że żyje i żyć będzie. Czuła się „jakgdyby ptaszek znowu śpiewał w jej serduszku”. Tak określiła sama swe odczuwanie w liście do ojca, napisanym nazajutrz. Och, jak przyjemnie było stąpać po pewnym gruncie!
Opowiedziała mu wszystko o sobie samej, o swych projektach, o swej twórczości. Tylko jednego nie powiedziała: nie wspomniała o swej trosce z powodu matki Ilzy. O tem nie mogła mówić z nikim. Ciotka Nancy mogła się nie obawiać: Emilka nie będzie szerzyć plotek, zasłyszanych w Księżym Stawie.
— Napisałam dzisiaj wiersz, gdy padał deszcz i nie mogłam wyjść z domu. Zaczyna się od słów:

Siedziałam przy oknie zachodniem,
Patrzyłam na smutną zatokę...

— Czy nie usłyszę dalszego ciągu? — spytał Dean, który doskonale wiedział, że Emilka czeka tylko na tę prośbę.
Emilka, uradowana, wyrecytowała cały poemacik. Kiedy doszła do wierszy najlepszych w jej mniemaniu, zwolniła tempa i spojrzała na niego zpodełba, aby sprawdzić, czy on ją podziwia. Ale on szedł ze spuszczonymi oczami, twarz jego nic nie zdradziła. Była trochę rozczarowana.
— Hm... — rzekł, kiedy skończyła. — Masz lat 12, czy tak? Zobaczymy, co będzie za 10 lat, na razie nie myślmy o tem.
— Ojciec Cassidy radził mi pisać dalej — zawołała Emilka.
— Zbyteczne. Pisać będziesz w każdym razie, bez niczyjej rady. Masz żyłkę pisarską, to jest nieuleczalne. Co zamierzasz zrobić z temi wierszami?
— Mam zamiar być wielką poetką, albo wybitną powieściopisarką — odrzekła Emilka poważnie.
— To tylko kwestja wyboru — rzucił Dean sucho. — Lepiej może byłoby pisać powieści, to podobno lepiej popłaca.
— Co mi przeszkadza przy pisaniu powieści — zwierzyła się Emilka — to sprawa miłości. Pewna jestem, że nigdy nie będę umiała o tem pisać. Już próbowałam — dodała naiwnie — i nic nie mogłam wymyślić.
— Nie troszcz się o to — rzekł Dean — ja cię tego nauczę zczasem.
— Doprawdy? — ucieszyła się Emilka. — Taka będę panu wdzięczna, jeżeli pan zechce rzeczywiście nauczyć mnie tego. Zdaje mi się, że wszystko inne potrafię ułożyć wcale ładnie.
— A więc zawrzemy układ, pamiętaj. Nie szukaj innego nauczyciela. A cóż ty robisz w Księżym Stawie, gdy nie piszesz poezji? Czy nie czujesz się osamotniona w towarzystwie tych dwóch staruszek?
— Nie. Wystarcza mi moje własne towarzystwo — odrzekła Emilka z powagą.
— Możliwe. Gwiazdki są takie odrębne od reszty świata, cieszą się własnem światłem, ono im wystarcza. Czy lubisz istotnie ciotkę Nancy?
— Tak, naprawdę. Ona jest dla mnie bardzo dobra. Nie każe mi nosić kapeluszy od słońca i pozwala mi chodzić boso przed południem. Ale po południu muszę nosić obuwie zapinane na guziki, a ja niecierpię takiego obuwia.
— Naturalnie. Tybyś wołała sandałki utkane z promieni księżycowych. Gwiazdeczko, nie jesteś zewnętrznie podobna do twego ojca, ale przypominasz go niejednem. Czy może jesteś podobna do twej matki? Nigdy jej nie widziałem.
Emilka uśmiechnęła się. Zrodził się w niej w tym momencie zmysł humoru.
— Nie — rzekła. — Mam tylko uśmiech i rzęsy mojej matki. Ale mam czoło ojca, oczy i włosy mojej babki Starrowej, nos wuja Jerzego, a ręce ciotki Nancy, łokcie kuzyna Gustawa, pęciny praprababki Murrayowej, a brwi dziadka Murraya.
Dean Priest roześmiał się.
— Zlepek, podobnie jak my wszyscy. Ale duszę masz własną, za to ręczę.
— Och, tak się cieszę, że pana lubię — rzekła Emilka impulsywnie. — To byłoby nienawistne uczucie nie lubić kogoś, kto mi ocalił życie. Wcale się nie martwię, że to właśnie pan.
— To dobrze. Bo, widzisz, twoje życie należy od tej chwili do mnie. Uratowałem je, więc jest moją własnością. Nie zapominaj o tem nigdy.
W Emilce zawrzał bunt. Niemiłą jej była myśl, że życie jej należy do kogokolwiek prócz niej samej. Nie miała ochoty na takie postawienie kwestji, nawet ze strony człowieka tak jej sympatycznego, jak Dean Priest. Dean obserwował ją bacznie. Zrozumiał i uśmiechnął się.
— To ci się niezupełnie podoba? Widzisz, zawsze płacimy karę za wszelkie zdarzenia, wykraczające poza obręb codzienności. Dzisiejsze wrażenia przyprawiły cię o utratę wolności.
Śmiał się. Żartował, to było jasne, ale Emilka czuła się nieswojo. Zerwała kwiatek przydrożny, rzuciła go na ziemię i zdeptała. Dean przyglądał jej się, ubawiony. Jego dziwne oczy bardzo były miłe, gdy patrzył teraz na nią.
— Ty wyjątkowa istoto! Ty niepodległa naturo! Będziemy przyjaciółmi, już jesteśmy przyjaciółmi. Jutro przyjdę do Księżego Stawu, żeby przeczytać twój opis Karoliny i mej czcigodnej ciotki. Pewien jestem, że będę zachwycony. A nie zapuszczaj się w przyszłości w zakątki tak odległe od wszelkiej cywilizacji. Dobranoc, moja gwiazdko poranna.
Patrzył za nią, aż zniknęła mu z oczu.
— Cóż za dziecko! — szepnął. — Nigdy nie zapomnę jej wzroku, kiedy leżała na owej skale śmierci, biedna duszyczka wystraszona! Nigdy nie spotkałem istoty, tak przepełnionej intensywną radością życia. Tak, to córka Douglasa Starra, który nigdy nie nazywał mnie garbusem.
Podniósł z ziemi zdeptany kwiatek. Wróciwszy do domu, włożył zmięte płatki między kartki starego tomu poezji, gdzie zaznaczył czerwonym ołówkiem dwuwiersz:

Ona jest najcudowniejszą różą,
To dziecię słońca i zorzy.




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Lucy Maud Montgomery i tłumacza: Maria Rafałowicz-Radwanowa.