<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Bartłomiej Zimorowic
Tytuł Filoreta
Pochodzenie cykl Sielanki
ze zbioru Sielanki Józefa Bartłomieja i Szymona Zimorowiczów
Wydawca Nakładem Michała Dzikowskiego
Data wyd. 1857
Miejsce wyd. Przemyśl
Źródło Skany na commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron
XVII. Filoreta.
Olifir, Kassyan.

Już też ostatniej Muzo! pomoż mi roboty
Dla mojej, ach niestety! Filorety złotej;
Winienem trochę wierszów szlachetnej jej duszy,
Któreby godne były i potomnych uszy,
Do których gdy przyłoży kto łaskawych oczy,
Łzy moje z nich obfite i żale wytłoczy.
Jeźli mi pożałujesz usługi tej lichej,
Boddajżem był zamierchnął pierwej w nocy cichej,
Niźliś się kiedy ze mną Muzo ma! poznała;
Lecz, żeś się słyszeć światu już przezemnie dała,
Sprawże to, żeby moje obydwie źrenice
W żywe się obróciły natychmiast krynice
I wypuściły z siebie ogromne potoki,
Jako krąg nieobeszłej ziemi jest szeroki,
Żeby wszystek krwawemi świat oblały łzami;
Lecz że to nie podobna, przynajmniej rytmami
Niech ja opłaczę zejście jej niepokalane
I kości jej napoję łzami ukochane;
Do czego nie trzeba mi wielkiej poetyki,
Tylko domowe żale, lamenty i krzyki
Ochełznać prostym rymem, zwłaszcza jako rzewni
Żalili jej odejścia bracia i pokrewni —
Nadewszystko Olifir przyjaciel jej luby,
Skoro Parka małżeńskie targać jęła śluby,
Z trafunku oniemiawszy stał jako słup wryty,
Tylko wzdychał, a z oczu płacz toczył obfity
Uważając cichuchno miłe pomieszkanie
Przeszłych lat, naostatek żałobne rozstanie,
Jako go błogosławiąc serdecznie żegnała,
Jako po wszystkich kątach smutno poglądała,
Jako kładła na głowę jego obie dłonie,
Jak ręce wyciągała przy ostatnim skonie
Prosząc ratunku, żeby przyjaciele oni
Modlitwami ją w ciężkiej ratowali toni.
Przypominając takie nieznośne żałości,
Stęknął i wzdychnął długo od wielkiej nudności,

Biedząc się z przyrodzeniem, a kiedy już znosić
Nie mógł bolu na sercu, jął go z wrzaskiem głosić.


Olifir.

Przebóg! co się to zemną biednym dzieje! zali
Świat ten wszystek na mnie się jednego dziś wali ?
Żywem, czyli mię ziemia martwego pożarła?
Mojać to Filoreta najmilsza umarła,
Mojeć to serce Kloto na dwoje rozdziera,
Moja dusza jedyna w ciele jej umiera,
A ja żyję i po niej zostawam na świecie?
Niechże nie żyję, niechże po mej Filorecie
Nie zostawam; cóż po mnie wpółumarłym prawie?
Boże mój! jeźli ze mną chciałeś się łaskawie
Obejść, a tu na ziemi skarać moje złości,
Pofolgować jej było niewinnej młodości,
A na mnie twe surowe wykonać dekreta,
Jam przewinił tobie, nie moja Filoreta,
Która nic bardziej przeciw tobie nie zgrzeszyła,
Tylko że winowajcę twego ulubiła,
Teraz sowicie takiej przypłaca przyjaźni,
Zdrowiem go okupując z zasłużonej kaźni.
Pierwsza śmiercią od śmierci Alcestis Admeta
Wybawiła, mnie dzisiaj druga Filoreta,
Czego jej odwetować przystojnie sposobu
Nie mam inszego, tylko płakać u jej grobu,
Żebym łzy nad jej trunną wylewając ciepłe
Mógł zagrzać i ożywić kosteczki jej skrzepłe.
Biedna synogarlica kiedy owdowieje,
O jako ciężko stęka, dobrze nie szaleje,
Z drzewa na drzewo lotem chybkim się przenosi,
Nieutulone swoje żale światu głosi.
Ja lepszą połowicę utraciwszy duszy,
Usta w zamknieniu, oczy będę trzymał w suszy?
Niech mi od narzekania język mój ztrętwieje,
Niechaj się świat powodzią łez moich zaleje,
Niech serce wzdycha, póki tchu mu w piersiach staje,
Niech się samo od żalu w drobne kąski kraje,
Niech i ja zkamienieję, a nad opłakanem
Ciałem stanę, jakoby grobowcem ciosanym,
Na którym wszystkie treny i żale me zbytnie
Echo zebrawszy niechaj stalnem dłótem wytnie,
Żeby przygoda domu mego niezwyczajna
Nie była ludziom obcym i domowym tajna.
Bowiem ktokolwiek pójdzie tym gościncem, spyta:
Czyj to nagrobek stoi? abo sam wyczyta.
Ale krótka pociecha z kosztownych grobsztynów;
Zaż mało katafalków i ludzkich rąk czynów,
Którym biegły rzemieślnik tysiąc lat stać tuszył,
Czas niehamowny pożarł i w popiół pokruszył?

Widzimy miast stołecznych niepoczesne trupy
I fortec niedobytych obalone kupy;
Przetoż ja nie doczesną w kamieniu nakreślę
Pamiątkę Filorecie, ale na umyśle,
Której ani następne nie przeżyją lata,
Ani koniec okróci zamierzony świata.
Takich kolosów godne niebieskie przymioty
I śmierci nie podległe łakomej jej cnoty;
Albowiem kiedy młodość moja bardzo ślizka
Upadu ostatniego była nader bliska,
Najwyższy duszy mojej pasterz i obrońca,
Żeby nie zaginąłem mizernie do końca,
Dodał, jakiego było ratunku mi trzeba,
Przydawszy w towarzystwo Filoretę z nieba,
Która nie sama jedna weszła za me progi,
Ale z sobą fraucymer wprowadziła mnogi:
Wstyd wrodzony rumianym okryty szkarłatem
I niewinność panieńskim ozdobioną kwiatem,
Pobożność nie zmyśloną, skromność trzeźwą z miarą,
Miłość poprzysiężoną raz jednemu z wiarą,
Przystojność w obyczajach, pojźrenie pokorne,
Przy urodzie wysokiej postępki wyborne,
Zgoła wszystko dobre z nią weszło w dom mój: sława
Piękna, codzienna radość, fortuna łaskawa.
Z domu za jej przyjściem jak z cudzej gospody
Ustąpił zbytek, smutek i Kupido młody,
Któremu dostawszy się do zdradliwej matni,
Gdym tylko oczekiwał zguby mej ostatniej,
Ona mi poślubionej podawszy swej dłoni,
Wyrwała mię z przepaści nieprzebitej toni;
Ona mię postawiwszy na bezpiecznej skale
Zdrowie, chudobę, godność zachowała w cale,
Za nią błogosławieństwo boskie w dóm mój weszło,
Przy niej na żadnym wczasie nigdy mi nie zeszło,
Cokolwiekem pomyślił, o com się poważył,
Zawszem szczęścia z chęci jej łaskawego zażył —
A że rzecz słowem zamknę, nie człowieka zgoła
Miałem z niej, lecz postaci człowieczej anioła,
Abo też osbliwa opatrzność mi boża
Przystawiła ją była za drugiego stróża;
Przetoż pókim w opiece tych strażników chodził,
Żaden przypadek sprawom moim nie przeszkodził,
Wszystkie mi się postępki wedle myśli wiodły
Z ich pomocy za mojej Filorety modły.
Ona codzień wyszedłszy na bliskie pagórki,
Nabożne posyłała do nieba paciorki,
W każde święto jałmużny dawała u fary
Między ubóstwo i nie błagalne ofiary;
Zaczem żadna przygoda miejsca nie zagrzała
W domu mym, lecz fortuna dobra w nim mieszkała:

I czeladź i bydełko piękne mi się wiodło,
Ani go zły źwierz szarpał, ni się samo bodło,
Na wiosnę kozy po dwa rodziły koziełki,
Nabiału miałem cały rok dostatek wielki;
Cokolwiekem na gołą skibę ziarna rzucił,
Żaden rok urodzajem żniwa nie zasmucił:
Winnica wydawała nie powój i liście
Jałowe, ale grona gęste jako kiście,
Sady też obradzały owoce dorodne,
Że do ziemi gałęzie nachylały płodne —
A teraz po jej głowie jakby odjął ręką,
Wszystko się odmieniło, ja sam ciężko stękam,
Ilekroć mi na pamięć przychodzą niewinne
Zabawki jej i pierwszych lat dni miodopłynne,
Jakośmy z sobą żyli wesoło i mile,
Że się nam nie sprzykrzyły by najdłuższe chwile.
O czasy, o uciechy, o godziny lotne!
Prędkości mię odbiegły jako sny nie zwrotne,
Prędkoście upłynęły, nie prędzej szalona
Rzeka czwałem ucieka do morskiego łona;
Nie inaczej na wiosnę łękliwa ptaszyna,
Gdy gniazdo wnuczętom swym wyścielać poczyna,
Jeżeli na nie puhacz uderzy z wysoka,
W zawód od swej roboty pierzcha w mgnieniu oka:
Takeś mi uleciała ptaszyno lubieżna,
Skoro natarła na cię Lachesis drapieżna
Zostawiwszy po sobie ból serdeczny z płaczem,
Uczyniłaś mię w domu mym własnym tułaczem;
Bo nie mogę w nim naleść tak tajemnej gruby,
W którejby mię nie nalazł frasunek nie luby;
Owszem z każdego kąta, z każdego tajnika
Nowa boleść, świeży żal serce mi przenika;
Gdzie pojźrę, wszędy pustki okropne, i zda się,
Że nie w domu mym mieszkam, lecz w ciemnym tarasie,
Tylko ostatecznego wyglądam wyroku.
Miejsca wesołe pełne pięknego widoku,
Pagórki winorodne, mogile garbate,
Równiny jednostajne, skały lochowate.
Chłodniki gibkim bluszczem sklepione kosztownie
W klozy się odmieniły i przykre katownie;
Strugi, z którychem czerpał nieprzebrane wdzięki,
Dzisiaj mi łez dodają i nieznośnej męki,
Kędym przedtem wieczorne przechadzki odprawiał,
Gdziem w cieniu nieteskliwie w południe rozmawiał,
Ztąd na mnie utrapienie bije i niezbyta
Troska bardziej napada i za serce chwyta.
Ogródek mój niekiedy zawsze się zielenił,
Teraz barwę papużą w żałobną odmienił,
Owoce w nim niedawno rnmiane pobladły,
Drugie nie doczekawszy pory swej, opadły —

Nawet niedonoszone winnica swe brzemię
Przed połogiem jesiennym rzuciła na ziemię
Widząc, że ją odeszła precz winniarka ona,
Która od niej z pilnością odbierała grona.
Ale nietylko grunty i kąciki moje,
Wszystek świat po jej głowie twatrz odmienił swoję,
Jaśniej przy niej wieczorem (mówię nie obłudnie)
Słońce mię oświecało, niż teraz w południe,
Większe światło dawała i nocna pochodnia
Na nowiu, niźli teraz w pełni świecąc do dnia;
Wiatry, które łagodnie szemrały więc lecie,
Teraz ciężko stękają po mej Filorecie.
Kędykolwiek ptaszęta słyszeć mi się dają,
Miasto wykwintnych pieśni głuchej śmierci łają.
Źródło, które z skrytego ponika wytryska,
Nie czyni przyjemnego mym oczom igrzyska,
Ani się po kamykach snując słodko brzęczy,
Lecz pomąciwszy czyste wody smutno jęczy.
Zgoła ziemia i niebo ze wszystkiem stworzeniem
Boleją nad jej śmiercią i mem utrapieniem;
Przetoż już mi świat obmierzł, radbym, żeby która
W głąb się rozpadłszy żywo pożarła mię góra.
Kiedy wichry szturmowe Derewaczem głuchym
I tam i sam rzucają jako listem suchym,
Namyślnie bawię się z nim czekając, azali
Dąb mię gwałtem z korzenia wyparty przywali.
Bym tylko biedy pozbył i tesknic, które mię
Trapią bez odpoczynku, szedłbym i pod ziemię;
Milsza mi śmierć niż żywot, cóż po mnie na świecie,
Kiedym po większej części umarł w Filorecie?
Ilekroć górnej cerkwi mijam jasne progi,
W której złożyłem serca mego pokład drogi,
Tyle razy sam niewiem, kędy się podzieję,
Oczy mrokiem zachodzą, duch we mnie truchleje,
A przyszedłszy do siebie, do znikomych cieni
I nierozumnych mowę obracam kamieni:
Grobie nielutościwy, zatwardziały, głuchy!
Gdybyś lamentom moim dał kamienne słuchy,
Jeźli nie nad jej ciałem, przynajmniej nademną
Miałbyś politowanie i płakałbyś zemną.
Lecz i ty na ciałem jej pastwisz się bezmiernie,
Rozsypując go w drobny proch nie miłosiernie,
A narzekania moje i skwierki codzienne
Odbijają się o twe podwoje kamienne,
Ani płaczu, który mię codzień znacznie suszy,
Niechcesz przepuścić do jej ukochanej duszy.
Przecie ja mało na to dbając ile razy
Łzami będę napawał ciosane twe głazy,
Chciej się wtenczas nad mojem nieszczęściem użalić,
A mnie upadem twoim do ziemie przywalić,

Żebym trosk tych pozbywszy z niezwykłem weselem
W jednym grobie odpoczął z miłym przyjacielem.


Kassyan.

Już też znosić nie mogę twego narzekania,
Słuchając go w tym lesie jeszcze od zarania.
Ja o tobie nie wiedząc w tem miejscu z trafunku
Zdybałem cię, sam bywszy w niemałym frasunku:
Bujak mi się obłąkał o południu wczora,
Szukały go chłopięta wszędy do wieczora;
Jam go dziś szukać wyszedł, jeszcze pierwsze kury
Nie piały, ani księżyc pokazał się z chmury,
Którego gdy śladuję trawnikiem po rosie,
Poznałem cię w zapuście hazowskim po głosie,
I zbliźyłem się ktobie cicho, a ty przecie
Lamentujesz żałośnie po swej Filorecie,
Jakobyś jej powieki dopiero zawierał,
Abo martwą w koszulę śmiertelną ubierał —
A ono już minęło dawno drugie żniwo,
Kiedy ciało jej grzebiąc płakało co żywo.
Gdy i ty na obrządki nie dbając cerkiewne,
Rozpływałeś się ręce łamiąc, we łzy rzewne,
Żeśmy wtenczas sąsiedzi twoi nie wiedzieli,
Czy ciebie cieszyć, czy jej płakaćeśmy mieli!
Jam rozumiał, żeś jej miał dawno odżałować,
A na trwalsze pociechy serce ugruntować —
Ty postaremu skwierczysz i w nocy i we dnie,
Niewiem, jakoć od smutku serce nie uwiędnie,
Abo z płaczu źrenice nie wypłyną obie.
Tylko to przyzwoita niewiastom, przy grobie
Ryczeć i włosy targać, im samym chlipania,
Im należą ostatnie zmarłych całowania;
Nasza rzecz białogłowskich zaniechawszy bredni,
Modlić się przy żało-mszach i pańskiej obidni;
Dobrze czynić, zaduszne służby często sprawiać,
Pamiątkę zeszłych braci między sobą wznawiać
Częstokroć wspominając wysokie ich cnoty,
A przykładem ich sobie dodając ochoty
Do życia pobożnego, sprawy świątobliwe
Przodków zbożnych potomkom obrazy są żywe;
Tych samych śmierć zawistna ludziom nie odbiera,
Ani lata wygładzą, ani grób zawiera;
Owszem spólnie z duchami niebo przenikają
I pięknie w uszach ludzkich słynąc długo trwają.
Właśnie tak macierzankę gdy słońce wysuszy,
Chociaż ją kopytami bydło w proch pokruszy,
Zapachu wrodzonego nie utraca przecie;
Kto wedle boga na tym postępuje świecie,
Chociażże ciało jego śmierć w ziemi ponurzy,
Sławy jednak ostatnim prochem nie przykurzy.

Tak twoja Filoreta lubo odpoczywa
W bogu, między nami jest do tej doby żywa:
Postępki jej pobożne, święte i okrzętne
Obyczaje, są jeszcze u wszystkich pamiętne,
Nie odniósł dotąd skazy i śmiertelnej rany
Żywot jej czysty, próżen wszelakiej przygany;
Żyje twa Filoreta, prócz słabego ciała
Więcej jej skazitelność nic nie odebrała;
Żyje oraz dwojako i żyć będzie wiecznie,
Na ziemi dobrą sławą, a w niebie obecnie.
Jako słońce gdy w wieczór oczom ludzkim zgaśnie,
Zaraz wschodzi u Indów podziemnych: tak właśnie
Stało się ulubionej twojej Filorecie;
Zapadła grubą chmurą śmierci na tym świecie,
Ale w ziemi żyjących jej złote powieki
Jaśniejszem światłem pałać poczęły na wieki,
Tylko że nieprzebyte, nie zbrodzone morze
Zabrania nam przystępu do tak ślicznej zorze
Nie inaczej, gdy w nocy ciemnej świat utonie,
A Cyntia po niebie pędzi blade konie,
Stoją gwiazdy w ogromnym szyku, aż ci zda się,
Że jedna z ich szeregu nagle urywa się
I na dół prędkim pędem po powietrzu leci,
Rzekłbyś, że już zagasła, ani więcej świeci;
Lecz ona nie upadła, ani lądu doszła,
Tylko na insze miejsce z nieba się przeniosła:
Tak Filoreta zaszła tu śmiertelnym cieniem,
A na empirze pała weselszym promieniem.
Darmo tedy do truny zbutwiałej pozierasz,
A widząc jej postaci odmianę, umierasz;
Próżno narzekasz, że jej gołębicze oczy
Ropą zawrzały, a twarz niebieską czerw toczy,
Ponieważ ślicznej duszy i wnętrznej istoty
Żaden wiek, żadne czasów nie zmienią obroty.
Cokolwiek z ziemi miała, ziemi się dostało,
Duch jako z nieba wyszedł, tamże poszedł cało.
Ciała nasze podobne są podróżnej szacie,
Którą gdy pielgrzym zrzuci gdzie w gościnnej chacie,
Prędko ją mól pożyje, abo sama zgnije,
Pątnik zdrowym zostawszy postaremu żyje.
Tak człowieczeństwo nasze lubo śmierć pożera,
Nie wszystek jednak człowiek zarazem umiera,
Duch jako ziarno czyste idzie do spiżarnie
Boskiej, ciało z plewami obraca się marnie.


Olifir.

O miejsca uciech pełne przy mej gospodyni,
Po jej zejściu podobne do dzikiej pustyni,
Lube moje pagórki! gorzko was przypłacam,
Nigdy bez płaczu ku wam oczu nie obracam,

Tuśmy się przechadzali, tu na samem czele
Usiadłszy rozprawiali z sobą godzin wiele.
Już nam teraz zarosły głogiem wasze drogi,
Już ich deptać nie będą mej najmilszej nogi.
Koniec żałosny przeszłe wzięły delicye,
Teraz tylko lamenty słychać i nenije.
Niemasz cię Filoreto! jam został na biedę,
Niechże i mnie nie będzie, niech za tobą idę.


Kassyan.

Dokądże tego będzie homonu i wrzasku?
Długoż tak smutno będziesz śpiewał o biedaszku!
I sambymci dopomogł tego płaczu, gdyby
Mogła się Filoreta wrócić bez pochyby.
Alem jeszcze jednego nie widział w tej dobie
Ożywionego łzami domowemi w grobie.
Kto umarł, ludzkie z siebie afekty wyzuje,
Żadnych płaczów pogrzebnych po śmierci nie czuje,
Z ciałem pospołu składa namiejętności w ziemię,
Dusza zrzuciwszy z siebie skazitelne brzemię
Wszystka się w bogu topi, a z wielkiej radości
Sama się zapomina i swoich krewkości,
A jeszczeby lamentów ludzkich słuchać miała,
Tą rzeczą nie wieleby zaprawdę wskórała.
Nie tak, jako rozumiesz, bracia nasi wierni,
Pożegnawszy ten padoł niski, są mizerni,
Żeby ich opłakiwać potrzeba rokami,
Tylko że w doczesności nie harują z nami,
Ale na trwalszy żywot z śmierci przyniesieni,
Żyją w bogu i będą żyć błogosławieni.
Właśnie kiedy kto rolą sprawia na ugorze,
A z trafunku w niej banię pieniędzy wyorze,
Nie może się obaczyć z razu, co się dzieje,
Aż ledwie zdobywszy się na nowe nadzieje,
Chowa on skarb bez liku garścią do kalety
Nie rachując, jak wiele miał w niej swej monety:
Tak oni obaczywszy dobro nieskończone,
Nie dbają o te plotki i zabawy płonne.
Tak twoja Filoreta w niebieskiej radości
Ponurzona pozbywszy ludzkich namiętności,
Woli się bez przestanku w bogu cieszyć mile,
Niźli do ciebie przybydź tu na krótką chwilę.
Żadne twoje lamenty, żadne utęsknienia
Już jej nie oderwą od boskiego widzenia;
Albowiem fantazyi inakszej dostała,
Skoro tylko szczęśliwa twarz boską ujźrała,
W niej wszystkę myśl swą topi, z niej nowe słodyczy
Czerpając nie chce wiedzieć o twojej tesknicy.


Olifir.

Więcże i ja zaniecham płaczu, tylko wspomnię,
Jaką rzecz uczyniła umierając do mnie:
Już ja widzę mężu mój! że śmierć tą chorobą
Rozerwie przyjaźń naszą i rozłączy z tobą,
Z którym mnie i wiekować gdyby się godziło,
Za którego śmierć podjąć bardzoby mi miło.
Pójdę od ciebie, pójdę w dalekie krainy,
A ciebie przyjacielu odbieżę jedyny!
Żal ci mi nie pomału, że cię na tej drodze
Dożywotnej tak prędko samego odchodzę,
Lecz że tak uradzono w niebie, odemnie tę
Przyjmij niespodziewaną żałosną waletę.
Bogu cię tu oddaję; sieroty i rzeczy
Niedokończone moje polecam twej pieczy.
Już się ja dłużej z tobą przyjacielem wiernym
Nie będę mogła cieszyć w tem życiu mizernem;
Tu koniec wezmą nasze zabawy codzienne,
Rozmowy poufałe, roboty jesienne.
Dziękujęż ci za nader kompanią miłą,
Doznawszy, żeś się starał pilnie wszystką siłą,
Aby mnie nie zchodziło na wszelakim wczasie,
Którykolwiek do zdrowia i sumnienia zda się.
Jakoż zawsze wesoło płynęły nam lata,
I przystojnieśmy z sobą zażywali świata;
Teraz idę od ciebie ukontentowana
Na wieczne pomieszkanie do wielkiego pana.
Już dalej mieć nie będziesz ze mnie gospodyni,
Cokolwiek jest w oborze, pastewniku, skrzyni,
Oddajęć bez uszczerbku, owszem z przyczynkami,
Odbierzże już odemnie domostwo z kluczami.
Czegom sobie za zdrowia uprzejmie życzyła,
Żebym po twojej głowie sierotą nie była,
Dziękuje bogu memu, iże mię w tej mierze
Wysłuchawszy niegodną przed tobą wprzód bierze.
Pewnam tego albowiem, że mię swojej sługi
I w grobie nie zapomniesz martwej na czas długi
A, ile się nie mylę na twej uprzejmości,
I w trunnie zechcesz widzieć zbutwiałe me kości;
Co większa, duszę moję nędzną i mizerną
I sam będziesz ratował ręką miłosierną,
I za twoim powodem nadewszystko pewną
Wspomożona zostanie ofiarą bezkrewną;
Wiem, że też nie rozflażysz marnie mej chudoby,
Raczej ją na kościelne obrócisz ozdoby;
Przetoż, chociaż z żałością, ochotnie umieram,
A tę rzecz ostateczną moję tem zawieram:
Niechaj cię tu z mej strony pan bóg błogosławi,
Niech ci się opiekunem nieodmiennym stawi

W każdej dolegliwości, w najmniejszym frasunku
Niechaj ci ojcowskiego dodaje ratunku,
Niechaj cię w tem doczesnem życiu i na wieki
Potem ze mną nie spuszcza z swej boskiej opieki;
Tymczasem ty w modlitwach twych pamiętaj o mnie,
Ja też ciebie przed bogiem nigdy nie zapomnię;
Ja umieram, lecz miłość między nami szczera
Niech wiecznie żyje, niechaj nigdy nie umiera.








Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Bartłomiej Zimorowic.