Hetmani/2 października

<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Weyssenhoff
Tytuł Hetmani
Rozdział 2 października
Wydawca Wydawnictwo Polskie <R. Wegner>
Data wyd. 1930
Druk Concordia Sp. Akc.
Miejsce wyd. Poznań
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron
2 października.

Tyle nawymyślałem wczoraj mym kolegom i zwierzchnikom, że dla samej sprawiedliwości zapisać muszę pochlebniejsze zdanie o innych osobach, wchodzących w skład naszego kolejowego państewka. Mamy najprzód tęgich, solidarnych z przyjaznymi zwierzchnikami robotników. A wiedzą oni dobrze, kto ich przyjacielem i obrońcą, kto zaś tylko obojętnym, albo i zasadniczo wrogiem. Taki Tatur albo Kielesiński to cyklopy do pracy i rotmistrze u swoich i wogóle ludzie rozumiejący doniosłość, cenę i przyszłość pracy. Są wprawdzie między robotnikami i hultaje, którzy nauczyli się już wyzyskiwać hasła, a oszczędzać sobie wysiłku. Ale nie o towarzyszach warsztatowych dzisiaj myślę, tylko o kolegach urzędnikach. Wielu z nich należy do honorowego legjonu przyszłości. Gdybym zaś miał wybrać najszanowniejsze z nich indywiduum, nazwałbym kobietę — pannę Zofję Czadowską, która pełni obowiązki buchalterki w jednym z naszych wydziałów. Od paru lat jesteśmy w przyjaźni, właściwie od chwili, gdy ona, po jakichś tragicznych losach swej zamożnej niegdyś rodziny, objęła u nas posadę. Westalka z patrycjuszowskiego rodu, chodzi zawsze w czerni, od której włosy jej popielate i marmurowo biała twarz odbijają malowniczo; budzi ogólną ciekawość. Jest stanowczo za ładna, aby z nią naprzykład pójść po teatrze do restauracji. To też nic podobnego nam się nie zdarzyło. Nasza przyjaźń jest dzienna ograniczona ściśle przez czas i przestrzeń. U niej bywać nie można, bo mieszka sama, w jednym pokoju, więc miejsca naszych spotkań to tylko biuro i czasem skromna, prawie ludowa, jasna jak latarnia restauracja. Dziwna rzecz, że mi nigdy dotąd nie przyszło do głowy zalecać się do tej ładnej panny dwudziestoparoletniej. Zpoczątku byliśmy z sobą ceremonjalni, potem swobodni, dzisiaj, niby bliscy krewni, możemy gadać o wszystkiem. Z niej nikt w biurze nie żartuje, otoczona jest owszem względami i uszanowaniem. Ale mnie prześladowano dawniej glupiemi zapytaniami, kiedy nasz ślub itp. Teraz i tego zaprzestano, bo przyzwyczajono się do naszych chodów, które są zadziwiającej monotonności zewnętrznej: panna Zofja przychodzi codzień z raportem do mojego pokoju (trochę ten porządek nakręciliśmy celowo), siada po drugiej stronie biurka — i gawędzimy — naturalnie, że mało o interesach służbowych. Odprowadzam ją też z biura do domu, dawniej rzadko, regularnie zaś w tym roku, gdy ulica jest burzliwsza.
Rozmawiamy z sobą często, a teraz, oczywiście, o polityce, i spieramy się o nią, chociaż bez goryczy. Panna Zofja zachowała z nauki domowej nieubłagany polski szowinizm, który jej przesłania nowe drogi postępu świata i kraju. Zabłąkana w naszem biurze pomiędzy kolegami należącymi przeważnie do socjalistów, przysłuchuje się hasłom, przypatruje nawet działaniom, nie godząc się częstokroć na nie. Jawnie, zwłaszcza Przede mną, wypowiada swe wątpliwości, nie ufa np. związkom międzynarodowym, ani międzyrasowym. A jednak takie powszechne wzbudza zaufanie i szacunek, że nikt z kolegów jej się nie wystrzega, jako osoby innych przekonań. Każdy wie, że panna Czadowska nie zdolna byłaby kogokolwiek zdradzić, że nawet gdyby z powodu pozorów zadawania się z nami pociągnięta była do odpowiedzialności, wolałaby się raczej dać uwięzić, niż nas wydać. Taka towarzyszka nie należąca do partji, ogólnie lubiona i szanowana, której nawet pozwalamy mieć odrębne zdanie.
— Ech, bo pani jest szowinistką!
Albo:
— Bo pani jeszcze za młoda! Tolerujemy obie te wady dla jej prawdziwej dobroci i zapału do rewolucji, którą jednak rozumie po swojemu. Radaby wszystkie ohydy i niedole obecne usunąć bez krwi rozlewu, jakimś cudem apostolstwa. Nie marzy tylko dziecinnie, lecz praktykuje. Uczy tam jakieś dzieci po piwnicach i poddaszach, rozdaje broszury, według swego wyboru, zapala się nawet do niektórych robót naszych, szczególniej do strajków politycznych. W tym roku zupełnie ją pochłonął strajk szkolny. Tu ja nawet nie mogę jej sprostać zapałem. Popieram ten strajk, bo... trzeba go mieć w ręku. Inaczej stanie się atutem w ręku innego stronnictwa. Ale rzecz sama przez się jest mocno ryzykowna: jeżeli doprowadzi do pożądanego skutku jutro, pomysł będzie genjalny; jeżeli nie — mogą go kiedyś nazwać i zbrodniczym. Tych niedojrzałych rewolucjonistów mamy już za dużo, a wykształconej młodzieży coraz mniej...
To jest jedna z kwestyj najcięższych, o której nikt nie ma jasnego pojęcia; kwestja wysoce drażliwa moralnie, dramatyczna i pilna do rozstrzygnięcia. Chyba że jutro — —
Ale panna Zofja wierzy w rychły skutek strajku szkolnego i przygotowuje już „swoje“ dzieci do nowej szkoły.
Przedewszystkiem jest to szczerzo polska dusza, trochę jeszcze niedorosła do nowożytnej formy. Przyjaźnimy się instynktowo, może z powodu podobieństw pierwotnego wychowania, spieramy się zaś dlatego, że dbamy jedno o drugie i chcemy wzajemnie się przekonać.
Przeczytałem jej wczorajsze karty o kolegach i o sesji.
— Nie dobrze, panie Tadeuszu.
— Dlaczego? zjeździłem zanadto „nasze sfery“?
— Nie chodzi mi o żadne „sfery“. Są tylko ludzie dobrej i złej woli. Ale w tem, co pan napisał, jest nienawiść.
— Niema rewolucji bez nienawiści — to są mrzonki. Niech pani zacznie kochać nieprzyjaciół, zdrajców — ładnie pani na tem wyjdzie — i sprawa.
Zamyśliła się.
— Czyż wszystkie sprawy są partyjne?... Może krzewienie dobra zażegna walki i sprowadzi ogólną pomyślność?
— Wysoka teorja, ale na nic w zastosowaniu.
— Co ja tam wiem! — rzekła z młodym uśmiechem — mnie się tylko zdaje, że nienawiść na nic w świecie niepotrzebna.
— Zapewne, gdyby zamiast naszej partji bojowej jeden Franciszek z Assyżu, albo kilku...
— A widzi pan!
— Nie mamy czasu czekać na zjawienie się apostołów miłości.
Rozmarzyła się trochę panna Zofja, ale nie o mnie. Uśmiechała się, patrząc gdzieś przez okno. — Życzę Jej, aby spotkała w życiu świętego Franciszka i została świętą Klarą. Nie żartem życzę jej wszystkiego dobrego i według jej rozumienia.




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Weyssenhoff.