<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Kamienica w Długim Rynku
Wydawca Michał Glücksberg
Data wyd. 1868
Druk J. Unger
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron

Pan Bartłomiéj postarzał w tém życiu, syn jego podrósł i skończywszy szkoły, usiadł od razu za kantorem u ojca... ale tu zajmował podrzędne stanowisko jakby komisanta tylko... i spełniał je z bierną obojętnością. Ojciec i syn widywali się codzień, ale stosunki ich były więcéj niż chłodne, dostrzegano w nich prawie niechęć dziecka dla rodzica... Pan Bartłomiéj obchodził się téż z synem jakby go za nierównego sobie inteligencyą uważał, mówił z nim rzadko, unikał wywnętrzeń, zbywał krótko i sucho... Już za życia ojca z pewném zajęciem i ciekawością rozpowiadano sobie o przyszłym dziedzicu domu. Albert w istocie niepospolitym był młodzieńcem, dojrzałym przedwcześnie, zimnym, wyrachowanym, oszczędnym do śmieszności, obojętnym dla ludzi, zamkniętym w sobie. Z pensyjki jaką mu dawał ojciec, z pomocą, uboczną spekulacyi, wiadomo było że sobie już stworzył kapitalik dosyć znaczny, którym obracał bardzo zręcznie. Tak gdy z jednéj strony sumy szalone sypały się na rozrywkę artystyczną pana Bartłomieja, na marmury, alabastry, bronzy, obrazy i najdziwniejsze fantazye, gdy w willi Bartolomea sprowadzanemi zdala konchami wyściełano pieczary i groty, a ze skał przywożonych statkami wznoszono góry sztuczne... młody Albert oszczędzając się na jadle i napoju, na sukni, na najdrobniejszych rzeczach, rozpoczynał swą opatrznościową jakby misyą dźwigania zachwianego domu. Dom ten który przez połączenie z Helmuthowskim był najznaczniejszym w Gdańsku i rozporządzał kapitałami niezmiernemi, a kredyt miał na europejskich placach nieograniczony i wiarę, w istocie został przez nieopatrzną fantazyą p. Bartłomieja przywiedziony niemal do upadku. Nie było żadnéj rachuby w wydatkach na budowy kosztowne. Zapasy się wyczerpywały, wiara zachwiała, wszyscy powoli cofali się od Paparonów i kantor ich pustkami stał prawie. Naczelnik domu zdawał się to obojętnie przyjmować, nic go to nie obchodziło, ruszał ramionami gdy mu o tém mówiono, a ostatki grosza rzucał w tę otchłań, która je pożerała. Wprawdzie facyata kamienicy, wewnętrzne jéj urządzenie, willa sama były podziwem obcych i dumą mieszczan, ale zarazem rozrzutność i nieład zniszczyły olbrzymią fortunę. P. Bartłomiéj do artystycznych swych zachcianek łączył jeszcze pańską gościnność i upodobanie w występowaniu przy każdéj zręczności, może aby miał przed kim ze swym książęcym pałacem się popisać, dawał obiady, wieczory, zapraszał cudzoziemców, najbardziéj szlachtę przybywającą do Gdańska i lubił drobnostkowo pokazywać swe skarby.
Szczególniéj tak zwana sala wenecka, obudzała podziw wszystkich miłośników sztuki. Strop jéj w kasselony złocone ozdobny, zawiérał przepyszne obrazy, w podobny sposób i nie z mniejszém ułożone staraniem jak w salach pałacu Dożów. W pośrodku alegoryczna postać Gdańska, do koła godła różne, sceny z życia portowego, przez najlepszych owego czasu artystów malowane były i świetniały kolorytem a wdziękiem. Rzeźby na drzewie okrywały téż ściany, a drzwi, kominy, ławy, sprzęty dziwiły wykonaniem prawie jubilersko wykończoném. Całe zresztą piérwsze piętro, aż do sieni, wschodów, było już podobnie przyozdobioném. Roboty w willi Bartolomea także się do końca zbliżały, gdy brak kapitałów zmusił je powstrzymać; monoman zgryzł się tém, zachorował, trzy dni zamknięty w swoim pokoju — i umarł, nie zawoławszy nawet syna do siebie...





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.