Kobieta trzydziestoletnia (tłum. Boy-Żeleński)/II

<<< Dane tekstu >>>
Autor Honoré de Balzac
Tytuł Kobieta trzydziestoletnia
Wydawca Biblioteka Boya
Data wyd. 1934
Druk Zakłady Wydawnicze M. Arct S. A.
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Tadeusz Boy-Żeleński
Tytuł orygin. La Femme de trente ans
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


II
NIEZNANE CIERPIENIA

Między rzeczką Loing a Sekwaną ciągnie się rozległa równina zamknięta lasem Fontainebleau, miastami Nemours, Moret i Montereau. Ta jałowa okolica posiada jedynie skąpe wzgórza; tu i ówdzie, wśród pola, parę morgów lasu służy za schronienie zwierzynie; pozatem wszędzie owe bezkresne żółtawe lub szare linje, właściwe okolicom Sologne, Beauce i Berri. Na tej równinie, między Moret i Montereau, podróżny widzi stary zamek zwany Saint-Lange, którego otoczeniu nie brak pewnego majestatu. Są tam wspaniałe aleje wiązów, fosy, długie warowne mury, olbrzymie ogrody, oraz owe obszerne pańskie budowle, które aby wystawić, trzeba było mieć przywileje nadzwyczajnych podatków albo generalnej dzierżawy, tej uprawnionej grabieży, lub wreszcie owych wielkich arystokratycznych fortun zniweczonych dziś młotem kodeksu.
Jeśli artysta lub marzyciel zabłąka się przypadkiem w tych zapadłych drogach lub w żyznych polach, zapytuje sam siebie, przez jaki kaprys ten poetyczny zamek znalazł się w tym stepie zboża, w tej pustyni kredy, marglu i piasku, gdzie wesołość zamiera, gdzie niechybnie rodzi się smutek, gdzie duszę nuży głucha samotność. W zamian, ten jednostajny widnokrąg sprzyja cierpieniom, które nie chcą pociechy.
Młoda kobieta, słynna w Paryżu wdziękiem, urodą i dowcipem, pani majątku będącego w harmonji z jej rozgłosem i pozycją, przybyła tu z końcem Toku 1820, ku zdziwieniu miasteczka, położonego o milę od Saint-Lange. Dzierżawcy ani wieśniacy nie widzieli panów zamku od niepamiętnych czasów. Majątek ten, mimo że przynosił znacznie dochody, zdany był na rządcę i strzeżony przez stare sługi. Toteż przyjazd pani margrabiny sprawił wrażenie w okolicy.
Sporo ludzi zebrało się na skraju wioski, w dziedzińcu lichej gospody, położonej na zbiegu dróg z Nemours i Moret, aby ujrzeć przejeżdżającą. Kareta posuwała się dość wolno, bo margrabina przybyła z Paryża końmi. Na przedzie siedziała panina służąca, trzymając na kolanach małą dziewczynkę, dziwnie zamyśloną i nie wesołą. Matka leżała w głębi jak umierający wysłany przez lekarzy na wieś. Znękana fizjognomij a wątłej kobiety nie przypadła do smaku wiejskim mądralom, którzy spodziewali się, że przybycie pani do Saint-Lange ożywi nieco miejscowość. Jasne było, iż wszelki ruch musi być przykry tej zbolałej kobiecie.
Najtęższy głowacz z Saint-Lange oświadczył wieczorem w izdebce gdzie pili dygnitarze, że, sądząc ze smutku margrabiny, musi być zrujnowana. W nieobecności męża, który, jak donosiły gazety, towarzyszył księciu d’Angoulême do Hiszpanji, chce zaoszczędzić w Saint-Lange sumy potrzebne na wyrównanie strat poniesionych na giełdzie. Margrabia jest jednym z najgrubszych graczy. Może przyjdzie do parcelacji majątku. Wówczas będzie można robić interesy. Każdy powinien przeliczyć swoje talary, wydobyć je ze schowków, określić swoje zasoby, aby mieć cząstkę w rozdrapywaniu Saint-Lange. Przyszłość ta miała tyle powabu, że każdy z tuzów wiejskich, pragnąc corychlej wiedzieć o ile jest ścisła, starał się dopytać prawdy przez służbę zamkową. Ale nikt nie umiał objaśnić, co za katastrofa sprowadziła panią z samym początkiem zimy do zamczyska Saint-Lange, gdy posiadała inne majątki słynne z położenia i pięknych ogrodów. Pan mer przyszedł złożyć jaśnie pani uszanowanie, ale go nie przyjęto. Po merze zgłosił się rządca z nielepszym skutkiem.
Margrabina wychodziła ze swego pokoju jedynie gdy sprzątano; przez ten czas przebywała w saloniku, gdzie jadła obiad, jeżeli można nazwać obiadem to, że siadała do stołu, patrzała ze wstrętem na potrawy i brała tylko tyle, ile trzeba by nie umrzeć z głodu. Potem wracała natychmiast na staroświecką berżerkę, w której od rana siedziała w jedynem oknie sypialni. Widywała córkę tylko przez tych kilka chwil które trwał obiad, a i wówczas znosiła ją z widoczną przykrością. Czyż nie trzeba było niesłychanych cierpień, aby zagłuszyć w młodej kobiecie uczucie matki? Nikt ze służby nie miał do niej wstępu. Jedyną osobą, której obecność znosiła, była panna służąca. Pani wymagała w zamku zupełnej ciszy, córka musiała się bawić daleko. Tak trudno jej było znosić najmniejszy hałas, że wszelki głos ludzki, nawet głos własnego dziecka, sprawiał jej przykrość. Miejscowi ludzie sporo gadali o tych dziwactwach; poczem, kiedy wyczerpano wszystkie domysły, zarówno miasteczko jak chłopi przestali się zajmować chorą kobietą.
Zostawiona sobie, margrabina mogła tedy żyć milcząca wśród milczenia jakie stworzyła dokoła. Nie miała żadnej przyczyny aby opuszczać obity dywanami pokój, gdzie umarła jej babka i gdzie ona sama przybyła umierać powoli, bez świadków, bez natrętów, bez fałszywych objawów maskowanego współczuciem egoizmu, które w miastach podwajają mękę konania. Ta kobieta miała dwadzieścia sześć lat. W tym wieku, dusza, jeszcze pełna poetycznych złudzeń, lubi się rozkoszować śmiercią, jeśli ta śmierć ma swoją kokieterję; zbliża się i oddala, pokazuje się i chowa. Ta powolność zniechęca ich do śmierci, a niepewność jutra rzuca ich z powrotem w świat, gdzie spotykają boleść, która, bezlitośniejsza od śmierci, uderza ich nie dając na siebie czekać. Otóż, ta kobieta, która wzdragała się żyć, miała doświadczyć w swej samotni goryczy owej zwłoki. W agonji moralnej, której śmierć wzdragała się położyć koniec, miała przebyć straszliwą szkołę egoizmu, zdolnego skazić jej serce i urobić ją na podobieństwo świata.
Ta okrutna i smutna nauka jest zawsze owocem pierwszych naszych cierpień. Margrabina cierpiała naprawdę pierwszy i może jedyny raz w życiu. Czyż nie byłoby błędem sądzić, że uczucia się powtarzają? Skoro raz się rozwiną, czyż nie istnieją zawsze na dnie serca? Usypiają i budzą się w miarę wydarzeń, ale trwają tam a istnienie ich nie może być bez wpływu na duszę. W ten sposób wszelkie uczucie miałoby tylko jeden wielki dzień; krótszy lub dłuższy dzień pierwszej swojej burzy. W ten sposób, ból, to najstalsze z naszych uczuć, byłby żywy jedynie przy pierwszym wybuchu; następnie jego ukłucia byłyby coraz słabsze, bądź dzięki przyzwyczajeniu, bądź też przez, prawo naszej natury, która, by się utrzymać przy życiu, przeciwstawia tej niszczącej sile siłę równą ale bierną, czerpaną w rachubach egoizmu. Ale, wśród wszystkich cierpień, któremuż należy się miano bólu? Strata rodziców, to zmartwienie, do którego natura przygotowała ludzi; cierpienie fizyczne jest czemś przejściowem, nie dotyka duszy, a jeżeli trwa, to już nie jest cierpienie, to śmierć. Jeśli młoda kobieta straci nowonarodzone dziecię, miłość małżeńska rychło da mu następcę. To zmartwienie jest również przemijające. Słowem, te zgryzoty, i wiele podobnych, to są poniekąd ciosy, rany; ale żadne z nich nie niszczy życia w jego istocie. Musiałoby się ich nagromadzić szczególnie wiele, aby zabić uczucie, które nas prze do szukania szczęścia. Wielkim, prawdziwym bólem byłoby tedy cierpienie tak mordercze, że ogarnia zarazem przeszłość, teraźniejszość i przyszłość, nie zostawia nietkniętej żadnej cząstki życia, kazi na zawsze myśl, ryje się niezatarte w ustach i na czole, łamie lub niszczy sprężyny szczęścia, szczepiąc w duszę wstręt do wszystkiego w świecie. A jeszcze, aby być tak olbrzymim, aby tak zaciężyć na duszy i ciele, ból ten musiałby się zjawić w momencie gdy wszystkie siły ciała i duszy są młode, ugodzić serce w pełni życia. Ból zadaje wówczas wielką ranę; cierpienie jest wielkie; i nikt nie może wyjść z tej choroby bez jakiejś poetycznej odmiany. Albo obiera drogę ku niebu, albo, jeśli zostaje na ziemi, wraca do świata aby kłamać światu, aby grać komedję; odtąd zna już kulisy, w których można się ukryć, aby obliczać, płakać, żartować. Po tem straszliwem wstrząśnieniu, społeczeństwo nie ma już dla tego człowieka tajemnic, osądził je nieodwołalnie. U kobiet w wieku margrabiny, ten pierwszy, najdotkliwszy z bólów ma zawsze jedną przyczynę. Kobieta, a zwłaszcza młoda kobieta, równie szlachetna jak piękna, zawsze pomieści życie swoje tam, gdzie natura, uczucie i społeczeństwo każą się jej rzucić całej. Jeśli jej tego życia braknie i jeśli zostanie na ziemi, doświadcza najokrutniejszych cierpień, z tych samych powodów, które czynią pierwszą miłość najpiękniejszem z uziuć. Czemu to nieszczęście nie miało nigdy malarza ani poety? Ale czyż da się je odmalować, czy da się je wyśpiewać? Nie, cierpienia jakie rodzi umykają się analizie i kolorom artysty. Zresztą, tych mąk kobieta nigdy nie zwierza: aby ją pocieszyć, trzeba je umieć odgadnąć. Spadają na duszę jak lawina, która, osuwając się w dolinę, niszczy wszystko, nim sobie zrobi miejsce.
Margrabina była pastwą owych cierpień, które długo zostaną nieznane, ponieważ wszystko je potępia, gdy serce pieści się niemi, a sumienie szczerej kobiety usprawiedliwia je zawsze. Boleści te podobne są owym dzieciom upośledzonym i niezdatnym do życia, a bliższym sercu matki niż inne, dorodniejsze. Nigdy może owa straszliwa katastrofa, zabijająca wszystko co istnieje poza nami, nie była tak żywa, tak pełna, tak boleśnie pogłębiona okolicznościami, jak ta którą przeszła margrabina. Człowiek ukochany, młody i szlachetny, którego pragnień nigdy nie wysłuchała aby zostać posłuszną prawom świata, umarł aby jej ocalić to, co społeczeństwo zowie honorem kobiety. Komuż mogłaby powiedzieć: „Cierpię!“ Łzy jej były obrazą dla męża, istotnego sprawcy nieszczęścia. Prawo, obyczaj, potępiały jej skargi; przyjaciółka cieszyłaby się niemi, mężczyzna starałby się je wyzyskać. Nie, ta nieszczęśliwa istota mogła wypłakać się jedynie na pustyni, mogła tam pożreć swoje cierpienie lub dać się jemu pożreć, umrzeć lub zabić coś w sobie: może sumienie.
Od kilku dni siedziała z oczami wlepionemi w płaski krajobraz, w którym, jak w jej życiu, nie było czego szukać, nie było czego się spodziewać, gdzie wszystko ogarniało się jednym rzutem oka. Widziała w nim obraz zimnej rozpaczy, która szarpała jej serce. Mgliste poranki, wyblakłe niebo, chmury włóczące się przy ziemi pod szarem sklepieniem, odpowiadały okresom jej choroby moralnej. Serce jej nie ściskało się, nie czuło już bólu; nie, jej świeża i rozkwitła natura kamieniała pod powolnem działaniem nieznośnej, bo bezcelowej boleści. Cierpiała w sobie i dla siebie. Cierpieć tak, czyż nie znaczy wejść w sferę egoizmu? Toteż straszliwe myśli w jej sumieniu, raniąc je. Czytała szczerze w sobie i widziała w sobie rozterkę. Była w niej kobieta która cierpiała i kobieta która nie chciała już cierpieć. Wspominała uciechy swego dziecięctwa, które minęło nim zdołała uświadomić sobie jego szczęście. Te jasne obrazy cisnęły się tłumnie, jakgdyby chcąc jej uprzytomnić rozczarowania małżeństwa, wzorowego w oczach ludzi, ohydnego w rzeczywistości. Na co jej się zdała urocza wstydliwość młodzieńcza, na co zdławione rozkosze i poświęcenia uczynione światu? Mimo iż wszystko w niej oddychało miłością, czekało miłości, pytała samą siebie, poco jej teraz gibkość ruchów, uśmiech i wdzięk? Własna świeżość i powab drażniły ją tak, jak drażni dźwięk powtarzany bez celu. Własna uroda nawet była jej nieznośna, jak rzecz bez pożytku. Widziała z przerażeniem, że odtąd nie może być już pełną istotą. Czyż jej wewnętrzne ja nie straciło owej świeżości wrażeń, która daje życiu tyle krasy? Odtąd, większość jej uczuć skazana jest na rychłą śmierć; to, co byłoby ją wzruszyło niegdyś, stanie się jej obojętne. Po dziecięctwie człowieka, przychodzi dziecięctwo serca. Otóż, kochanek jej zabrał do grobu to drugie dziecięctwo. Młoda jeszcze pragnieniami, nie miała już owej młodości duszy, która daje życiu wartość i sens. Czyż nie miała nosić w sobie pierwiastka smutku, nieufności, odbierających wzruszeniom ich krzepkość i poryw? Nic nie mogło już wrócić szczęścia, którego się spodziewała, które marzyła tak pięknem. Pierwsze prawdziwe łzy zgasiły ów niebiański ogień, który oświeca pierwsze drgnienia serca; miała na zawsze cierpieć, że nie jest tem, czem mogła być.
Z tego przeświadczenia rodzi się gorzki wstręt, który każe odwrócić głowę, kiedy się nastręczy nowe szczęście. Sądziła obecne życie jak starzec, który je ma opuścić. Mimo iż czuła się młoda, brzemię bezradosnych dni padało jej na duszę, miażdżyło ją, postarzało przed czasem. Pytała z krzykiem rozpaczy, co świat jej da w zamian za miłość, która pomagała jej żyć i którą straciła. Pytała sama siebie czy w minionej miłości, tak czystej, nieskalanej, myśl nie była występniejsza niż uczynki. Z rozkoszą mnożyła swoje winy, aby urągać światu i aby się pocieszyć, że z tym którego opłakiwała nie zaznała owego pełnego zespolenia, które, stapiając dusze z sobą, łagodzi boleść tej co została przy życiu pewnością że zakosztowała najwyższego szczęścia, że umiała dać je w całej pełni i zachowała w sobie odcisk duszy która odeszła. Była niezadowolona z siebie, jak aktorka, która chybiła rolę: ten ból żarł wszystkie jej fibry, głowę i serce. Jeżeli natura była zduszona w swych najtajniejszych pragnieniach, próżność nie mniej była zraniona niż dobroć, która pcha kobietę do poświęceń. Rozważając te kwestje, poruszając sprężyny rozmaitych istnień, jakie w nas stwarza natura społeczna, moralna i fizyczna, Julja zużywała tak doszczętnie siły duszy, że w zamęcie najsprzeczniejszych refleksyj nic już nie umiała rozróżnić. Toteż czasami, kiedy opadała mgła, otwierała okno i patrzała w nie bez myśli, wdechając machinalnie wilgotny zapach ziemi, stojąc bez ruchu jakby ogłupiała, gdyż szum boleści czynił ją równie głuchą na harmonję przyrody co na uroki myśli.
Pewnego dnia, około południa, w chwili gdy słońce rozjaśniło horyzont, panna służąca weszła niewołana i rzekła:
— Już czwarty raz ksiądz proboszcz żąda widzieć panią margrabinę i nalega tak stanowczo, że nie wiemy co odpowiedzieć.
— Pewno chce pieniędzy dla biednych; weź dwadzieścia pięć ludwików i zanieś odemnie.
— Proszę pani, rzekła panna służąca wracając, ksiądz nie chce wziąć, chce mówić z samą panią.
— Niechże wejdzie! odparła margrabina z niechętnym gestem, zwiastującym nieszczególne przyjęcie księdzu, od którego chciała się zapewne uwolnić krótkiem i szczerem wyjaśnieniem.
Margrabina straciła matkę dzieckiem. Na wychowanie jej musiał oddziałać zamęt, jaki w czasie Rewolucji rozluźnił węzły religijne we Francji. Pobożność, to cnota kobieca, którą jedynie kobiety umieją sobie przekazywać; margrabina zaś była dzieckiem ośmnastego wieku, którego filozoficzne wierzenia wyznawał jej ojciec. Nie pełniła żadnych praktyk. Dla niej, ksiądz to był urzędnik i to wątpliwej użyteczności. W obecnym stanie jej duszy, głos religji mógł jedynie zaognić jej cierpienia; przytem nie miała zbytniego zaufania do wiejskich księży ani do ich inteligencji. Postanowiła tedy załatwić się spokojnie ze swym proboszczem i pozbyć się go, obyczajem bogaczy, pieniędzmi.
Wszedł proboszcz, a widok jego nie zmienił poglądów margrabiny. Ujrzała małego człeczynę z wydatnym brzuszkiem, z czerwoną ale pomarszczoną twarzą. Silił się na uśmiech, ale czynił to niezręcznie. Łysa czaszka, poorana poprzecznemi zmarszczkami, przygniatała twarz i pomniejszała ją; rzadkie siwe włosy spadały na kark i na uszy. Mimo to, fizjognomja księdza zdradzała wrodzoną wesołość. Grube wargi, lekko zadarty nos, podwójny fałd podbródka, wszystko to świadczyło o szczęśliwem usposobieniu. Margrabina spostrzegła zrazu tylko te główne rysy; ale, za pierwszem słowem księdza, uderzyła ją słodycz tego głosu. Spojrzała uważniej; spostrzegła pod siwiejącemi brwiami oczy, które musiały płakać, a rysy widziane z profilu dawały mu tak dostojny wyraz cierpienia, że margrabina ujrzała w tym księdzu człowieka.
— Pani margrabino, bogaci należą do nas jedynie wtedy gdy cierpią, a cierpienia kobiety zamężnej, młodej, pięknej, bogatej, która nie straciła ani dzieci ani rodziców, łatwo odgadnąć. Są rany, które złagodzić może jedynie religja. Twoja dusza, pani, jest w niebezpieczeństwie. Nie mówię pani w tej chwili o przyszłem życiu, które nas czeka. Nie, nie jestem w konfesjonale. Ale czyż nie jest moim obowiązkiem oświetlić pani jej przyszłość tu na ziemi? Wybacz pani tedy starcowi natręctwo, którego celem jest twoje szczęście.
— Szczęście! Niema już dla mnie szczęścia. Będę wkrótce należeć do księdza, jak ksiądz powiada, ale na zawsze.
— Nie, pani, nie umrze pani z cierpienia, które cię gnębi i które się odbija w twoich rysach. Gdybyś pani miała umrzeć, nie byłabyś w Saint-Lange. Giniemy nietyle z żalu co z zawiedzionych nadziei. Znałem dotkliwsze, straszliwsze bóle, które nie zadały śmierci.
Margrabina uczyniła gest niedowierzania.
— Pani, znam człowieka, którego nieszczęście było tak wielkie, że w porównaniu z jego cierpieniem własne zdałoby ci się niczem.
Czy że długa samotność zaczynała jej ciążyć, czy że błysła jej nadzieja przelania w przyjazne serce bolesnych myśli, margrabina spojrzała na księdza pytającym i wymownym wzrokiem.
— Pani, ciągnął ksiądz, ten człowiek, to był ojciec, któremu z licznej niegdyś rodziny zostało tylko troje dzieci. Stracił kolejno rodziców, potem córkę i żonę, obie gorąco kochane. Pozostał sam w zapadłym kącie, w folwarczku, gdzie był tak długo szczęśliwy. Trzej synowie byli w wojsku, każdy w stopniu odpowiednim do czasu służby. W czasie Stu Dni najstarszy poszedł do Gwardji i został pułkownikiem; młodszy był majorem artylerji; najmłodszy rotmistrzem dragonów. Ci trzej synowie. kochali ojca tak, jak on ich. Gdyby pani znała obojętność młodych, którzy, zajęci swem życiem, nie mają nigdy czasu dla rodziny, zrozumiałaby pani z jednego faktu przywiązanie ich do samotnego starca, który żył już tylko nimi i dla nich. Nie minął tydzień, aby nie dostał listu od którego z synów. Ale też nie był dla nich nigdy ani słaby, co zmniejsza szacunek dzieci, ani niesprawiedliwie surowy, co je zraża, ani też skąpy w poświęceniu, co je oddala. Nie, on był dla nich więcej niż ojcem, stał się ich przyjacielem, bratem. Przybył pożegnać się z mi mi gdy mieli ruszyć do Belgji; chciał zobaczyć czy mają dobre konie, czy im niczego nie zbywa. Pojechali, ojciec wrócił do domu. Wojna się zaczyna, dostaje listy z Fleurs, z Ligny, wszystko szło dobrze. Przychodzi Waterloo, zna pani wynik. Z dnia na dzień cała Francja okryła się żałobą. Wszystkie rodziny ogarnął śmiertelny lęk. On, rozumie pani, czekał; nie miał wytchnienia ani spokoju. Czytał gazety, chodził codzień na pocztę. Jednego wieczora, oznajmiają mu ordynansa syna jego, pułkownika. Widzi, że siedzi na koniu swego pana: nie potrzebuje go pytać o nic: pułkownik padł, przecięty kulą armatnią na dwoje. Pod wieczór, przybywa służący najmłodszego: umarł nazajutrz po bitwie. Wreszcie, o północy, artylerzysta przybył oznajmić mu śmierć trzeciego dziecka, na którego głowie w tak krótkim czasie złożył wszystkie swe nadzieje. Tak, pani, padli wszyscy!
Po krótkiej przerwie, ksiądz, pokonawszy wzruszenie, dodał łagodnie:
— A ojciec został przy życiu, pani. Zrozumiał, że, skoro Bóg go zostawił na ziemi, powinien dalej cierpieć tutaj, i cierpi: ale schronił się na łono religji. Czem mógł zostać?
Margrabina spojrzała na twarz księdza, wzniosłą w tej chwili smutkiem i rezygnacją, i czekała tego słowa, które wycisnęło jej łzy z oczu:
— Księdzem! tak: wyświęciły go łzy, zanim go wyświęcono u stóp ołtarzy.
Na chwilę zapanowało milczenie. Margrabina i proboszcz spoglądali przez okno na mglisty horyzont, jakgdyby mogli w nim dostrzec tych których już nie było.
— Nie księdzem w mieście, ale zwykłym wiejskim proboszczem, dodał.
— W Saint-Lange, rzekła ocierając oczy.
— Tak, pani.
Nigdy majestat cierpienia nie objawił się Julji tak wspaniale: owo: tak, pani padło jej na serce jak brzemię bezmiernej boleści. Ten głos, który brzmiał tak łagodnie w jej uszach, poruszył ją do głębi. Och, tak! to był głos nieszczęścia, ten głos pełny, poważny, przejmujący.
— Księże, rzekła niemali z uszanowaniem, a jeśli ja nie umrę, cóż się ze mną stanie?
— Czy pani nie ma dziecka?
— Mam, odparła chłodno.
Proboszcz spojrzał na tę kobietę jak lekarz patrzy na niebezpiecznie chorego. Postanowił uczynić wszystko co w jego mocy, aby ją wyrwać duchowi złego, który już wyciągnął nad nią rękę.
— Widzi pani, powinniśmy żyć z naszym bólem; jedynie religja daje nam prawdzi wą pociechę. Czy pozwoli mi pani wrócić tutaj, aby mówić do pani głosem człowieka, który umie współczuć z wszelką niedolą i który, sądzę, nie ma w sobie nic przerażającego?
— Owszem, proszę. Dziękuję, że ksiądz o mnie pomyślał.
—Zatem, pani, do zobaczenia wkrótce.
Ta wizyta przyniosła pewną ulgę duszy margrabiny, której siły były zbyt napięte zgryzotą i samotnością. Ksiądz zostawił w jej sercu balsamiczną woń oraz zbawczy dźwięk głosu wiary. Zarazem doznała tej przyjemności, jakiej doznaje więzień, kiedy, poznawszy głębię swej samotności i ciężar swego łańcucha, usłyszy pukanie w ścianę, którem sąsiad pragnie nawiązać wymianę myśli. Znalazła nieoczekiwanego powiernika. Ale niebawem wróciła do swych gorzkich dumań. Powiedziała sobie, jak ów więzień, że towarzysz niedoli nie ulży ani jego więzom ani jego przyszłości. Proboszcz nie chciał za pierwszą bytnością płoszyć tej z gruntu samolubnej boleści; ale miał nadzieję, dzięki swej sztuce, zdobyć tę duszę za następnem widzeniem. Przybył w istocie na trzeci dzień, a przyjęcie przekonało go że jest miłym gościem.
— I cóż, pani margrabino, rzekł starzec, czy pomyślała pani trochę o ogromie cierpień ludzkich? Czy wzniosła pani oczy do nieba? Czy ujrzała tam pani ów bezmiar światów, który, pomniejszając nas, miażdżąc naszą pychę, zmniejsza zarazem nasze cierpienia?...
— Nie, księże, rzekła. Prawa społeczne zanadto ciążą nad mem sercem i szarpią mnie zbyt dotkliwie, abym mogła — wmieść do nieba. Ale prawa są może mniej okrutne niż zwyczaje świata. Och, świat!
— Winniśmy, pani, poddać się jednym i drugim: prawo jest słowem, a zwyczaje czynem społeczeństwa.
— Poddać się społeczeństwu?... odparła margrabina wzdrygając się ze zgrozą. Ach, księże, wszystkie nasze niedole płyną stamtąd. Bóg nie wydał ani jednego prawa niosącego nieszczęście, ale ludzie, łącząc się w gromadę, spaczyli jego dzieło. My, kobiety, bardziej jesteśmy skrzywdzone przez społeczeństwo niż przez naturę. Natura zsyła nam cierpienia fizyczne, których wyście nie ułagodzili, a cywilizacja rozwinęła w nas uczucia, które wy zawodzicie na każdym kroku. Natura dławi istoty słabe, a wy im każecie żyć, aby je wydać na pastwę ciągłego nieszczęścia. Małżeństwo, instytucja na której wspiera się dziś społeczeństwo, na nas jedynie ciąży całem swem brzemieniem: dla mężczyzny wolność, dla kobiety obowiązki. My jesteśmy wam winne całe nasze życie, wy z waszego dajecie nam jedynie chwile. Mężczyzna wybiera, my poddajemy się ślepo. Och, księdzu mogę powiedzieć wszystko. Otóż, małżeństwo takie jak jest dziś, to poprostu legalna prostytucja. Stąd zrodziły się moje cierpienia. Ale ja jedna wśród nieszczęsnych istot, tak fatalnie spętanych, muszę milczeć! ja jedna jestem sprawczynią złego, ja chciałam mego małżeństwa.
Urwała, zalała się gorzkiemi łzami i zamilkła.
— W tej głębokiej nędzy, wśród tego oceanu cierpienia, ciągnęła, znalazłam parę ziarn piasku, na których oparłam nogę, gdzie mogłam cierpieć spokojniej. Huragan zmiótł wszystko. Oto jestem sama, bez oparcia, zbyt słaba by stawić czoło burzom.
— Nigdy nie jesteśmy słabi, gdy Bóg jest z nami, rzekł ksiądz. Zresztą, jeśli nie masz przywiązania któreby ci wypełniło życie, czy nie masz obowiązków?
— Wciąż obowiązki! krzyknęła niecierpliwie. Ale gdzież znajdę uczucia, które nam dają siłę ich spełniania? Księże! nic z niczego, albo nic za nic, oto jedno z najsłuszniejszych praw zarówno moralnych jak fizycznych. Żądasz, aby te drzewa wydały liście bez soków, które je rodzą? Dusza ma również swoje soki! U mnie wyschły one na zawsze.
— Nie będę pani mówił o uczuciach religijnych, które dają rezygnację, rzekł ksiądz; ale czyż macierzyństwo...
— Dość, księże, rzekła margrabina. Z tobą będę szczera. Niestety, nie mogę nią być już z nikim! Jestem skazana na fałsz: świat wymaga ciągłej komedji, pod grozą hańby każe nam się naginać do swych formułek. Istnieje, księże, dwojakie macierzyństwo. Nie znałam niegdyś podobnych rozróżnień, dziś je rozumiem. Jestem matką tylko w połowie: lepiej byłoby nie być nią zupełnie. Helena nie jest jego! Och, nie drżyj, księże. Saint-Lange, to otchłań, w której utonęło wiele fałszywych uczuć, skąd błysły posępne światła, gdzie zwaliły się wątłe gmachy praw przeciwnych naturze. Mam dziecko, to wystarcza; jestem matką, tak chce prawo. Ale ty księże, który masz duszę tak delikatną, tak tkliwą, zrozumiesz może krzyk biednej kobiety, która nie dopuściła do swego serca żadnego kłamanego uczucia. Bóg mnie osądzi, ale nie wierzę bym uchybiła jego prawu, ulegając porywom, które on włożył w mą duszę; i oto co znalazłam. Czyż dziecko nie jest obrazem dwojga istot, owocem dobrowolnie zespolonych uczuć? Jeśli nie łączy się ze wszystkiemi fibrami ciała jak ze wszystkiemi wzruszeniami serca, jeśli nie przypomina rozkosznej miłości, miejsca i czasu gdzie dwie istoty były szczęśliwe, i ich mowy pełnej ludzkich harmonij, i ich tkliwych myśli, dziecko jest tworem chybionym. Musi ono być dla nich uroczą minjaturą, w której odnajdują poemat podwójnego tajemnego życia; musi być dla nich źródłem płodnych wzruszeń; przeszłością i przyszłością zarazem. Biedna Helenka jest dzieckiem swego ojca: dzieckiem obowiązku i przypadku. Budzi we mnie jedynie instynkt kobiety; prawo, które nam każe nieodparcie opiekować się istotą poczętą w naszem łonie. Jestem, biorąc społecznie, bez zarzutu. Czyż nie poświęciłam jej swego życia i szczęścia? Jej krzyk wstrząsa mnie do samych wnętrzności; gdyby wpadła w wodę, rzuciłabym się aby ją ratować. Ale ona nie żyje w mem sercu. Ach, miłość kazała mi marzyć o macierzyństwie większem, pełniejszem. We śnie, który się rozwiał, pieściłam dziecię poczęte w moich pragnieniach nim poczęło się w łonie; słowem, rozkoszny kwiat, zrodzony w duszy nim ujrzał światło dzienne. Jestem dla Heleny tem, czem w naturalnym porządku matka winna być dla swego potomstwa. Kiedy mnie już nie będzie potrzebowała, wszystko się skończy: z ustaniem przyczyny ustaną i skutki. Jeśli kobieta posiada cudowny przywilej rozciągnięcia swego macierzyństwa na całe życie dziecka, czyż nie promieniowaniu jej moralnego poczęcia należy przypisać ową boską trwałość? Kiedy dusza matki nie była pierwszą powłoką dziecka, wówczas macierzyństwo kończy się w jej sercu, tak jak się kończy u zwierząt. To jest prawda, czuję to; w miarę jak moja biedna mała rośnie, serce moje się kurczy. Ofiary, jakie dla niej poniosłam, oddaliły mnie już od niej, gdy dla innego dziecka serce moje byłoby, czuję to, niewyczerpane; dla tego innego nic nie byłoby ofiarą, wszystko byłoby rozkoszą. Tutaj, księże, rozsądek, religja, wszystko jest we mnie bezsilne przeciw mym uczuciom. Czy nie ma racji że chce umrzeć kobieta, która nie jest ani matką ani żoną, i która, na swe nieszczęście, pojęła miłość w jej nieskończonej piękności, macierzyństwo w jego bezkresnem szczęściu? Co ją czeka? Ja ci powiem, księże, co ona czuje. Sto razy w ciągu dnia, sto razy w ciągu nocy, dreszcz wstrząsa mą głowę, me serce i ciało, kiedy zbyt słabo zwalczane wspomnienie przynosi mi obrazy szczęścia, które wyobrażam sobie większem niż jest. Od tych okrutnych mar bledną moje uczucia; powiadam sobie: „Czem byłoby moje życie, gdyby...“\
Ukryła twarz w dłoniach i zalała się łzami.
— Oto głąb mego serca! ciągnęła. Dla jego dziecka zniosłabym najokropniejsze nieszczęścia! Bóg, który umarł wziąwszy na się wszystkie grzechy ziemi, przebaczy mi tę śmiertelną dla mnie myśl. Ale wiem, świat jest nieubłagany; dla niego słowa moje są bluźnierstwem; obrażam wszystkie jego prawa. Och, chciałabym wydać wojnę temu światu, aby odnowić wszystkie jego prawa i obyczaje, aby je skruszyć! Czyż nie zranił mnie on we wszystkich moich myślach, we wszystkich porywach, uczuciach, pragnieniach, nadziejach; w przyszłości, teraźniejszości, przeszłości? Dla mnie dzień jest pełen mroku, myśl jest mieczem, serce jest raną, moje dziecko jest przeczeniem. Tak, kiedy Helenka do mnie mówi, chciałabym aby miała inny głos; kiedy na mnie patrzy, chciałabym aby miała inne oczy. Jest tu, przy mnie, aby świadczyć o wszystkiem coby powinno być a nie jest. Jest mi nieznośna! Uśmiecham się do niej, staram się jej odpłacić uczucia, które jej kradnę. Cierpię! och, księże, zanadto cierpię, aby móc żyć. I będę uchodziła za kobietę cnotliwą! I nie popełniłam żadnej winy! I będą mnie szanować! Walczyłam z bezwolną miłością, której nie wolno mi było ulec; ale, jeśli dochowałam wiary fizycznie, czyż zachowałam moje serce? To serce, rzekła przyciskając rękę do piersi, należało tylko do jednego człowieka. Toteż, moje dziecko nie myli się! Istnieją spojrzenia, akcenty, gesty matki, których siła przenika duszę dziecka; a moja biedna mała nie czuje aby ręka moja drżała, aby głos miękł, aby oczy wilgły kiedy na nią patrzę, kiedy do niej mówię lub biorę ją w ramiona. Patrzy na mnie z wyrzutem, którego nie mogę znieść! Czasami drżę, iż znajdę w niej sędziego, który potępi mnie bez wysłuchania. Dałby Bóg, aby kiedyś nie zrodziła się między nami nienawiść! Wielki Boże! otwórz mi raczej grób, pozwól mi skończyć w Saint-Lange! Chcę odejść w świat, gdzie odnajdę swoją drugą duszę, gdzie będę zupełnie matką! Och, przebacz, ojcze, ja jestem szalona. Te słowa mnie dławiły, wyrzekłam je. Och, ojcze, ty płaczesz także, ty nie będziesz mną pogardzał. Helenko! Helenko! córko moja, chodź! wykrzyknęła z rozpaczą, słysząc dziecko wracające z przechadzki.
Mała przyszła śmiejąc się i krzycząc; przyniosła zdeptanego motyla; ale, widząc matkę we łzach, umilkła, stanęła przy niej i dała się pocałować w czoło.
— Będzie bardzo piękna, rzekł ksiądz.
— Żywy portret ojca, odparła margrabina ściekając córkę namiętnie, jakgdyby chcąc wypłacić dług albo też zatrzeć wyrzut.
— Gorąco ci, mamo.
— Idź, zostaw nas, aniołku, odparła margrabina.
Dziecko odeszło bez żalu, nie patrząc na matkę, niemal szczęśliwe że ucieka od smutnej twarzy, rozumiejąc już, że uczucia, które się na tej twarzy malują, są mu obce. Uśmiech, to jest przywilej, język, wyraz macierzyństwa. Margrabina nie zdolna była się uśmiechać. Zaczerwieniła się patrząc na księdza; chciała się okazać matką, ale ani ona ani jej dziecko nie umiały kłamać. W istocie, pocałunki kobiety szczerej posiadają niebiański miód, dający tej pieszczocie duszę, subtelny ogień wnikający w serce. Pocałunki bez tego balsamu są twarde i suche. Ksiądz odczuł tę różnicę: mógł zgłębić otchłań jaka istnieje między macierzyństwem ciała a macierzyństwem serca. Toteż, objąwszy tę kobietę badawczem spojrzeniem, rzekł:
— Ma pani słuszność, lepiej byłoby dla pani, gdybyś umarła...
— Ha, księże, widzę że rozumiesz moje cierpienia, odparła, skoro ty, chrześcijański kapłan, odgadujesz i uznajesz złowrogi zamiar, jaki mi one nasunęły. Tak, chciałam zadać sobie śmierć, ale zbrakło mi odwagi. Ciało było słabe, dusza była silna; a kiedy ręka przestała drżeć, dusza słabła! Nie znam istoty tych walk i wahań. Jestem, ach! kobietą w smutnem znaczeniu słowa, bez stałości, bez woli, silną jedynie w kochaniu. Gardzę sobą! Wieczór, gdy służba śpi, biegłam odważnie do stawu: kiedym przybyła na brzeg, wątła moja natura wzdrygała się przed grozą zniszczenia. Wyznaję ci, ojcze, swoje słabości. Gdym się znalazła w łóżku, wstydziłam się samej siebie, odzyskiwałam odwagę. W jednej z takich chwil, zażyłam laudanum: ale cierpiałam tylko, a nie umarłam. Myślałam żem wypiła całą flaszeczkę, a zatrzymałam się w połowie.
— Jest pani zgubiona, rzekł ksiądz poważnie ze łzami w głosie. Wrócisz do świata i będziesz oszukiwać świat; będziesz w nim szukała i znajdziesz w nim to, co uważasz za odpłatę swych cierpień; później, kiedyś, gorzko odpokutujesz swoje rozkosze...
— Ja, wykrzyknęła, miałabym wydać lada komedjantowi miłości ostatnie najdroższe skarby swego serca? Miałabym splamić swoje życie dla chwili wątpliwej rozkoszy? Nie, duszę moją strawi czysty ogień. Księże, wszyscy mężczyźni mają zmysły; ale takiego, któryby miał duszę i zdolny był zaspokoić wszystkie nasze tęsknoty, grające harmonją jedynie pod dotknięciem uczucia, takiego człowieka nie spotyka się dwa razy. Moja przyszłość jest okropna, wiem. Kobieta jest niczem bez miłości; piękność niczem bez rozkoszy; ale czyż świat nie potępiłby mego szczęścia, gdybym je jeszcze spotkała? Winnam dać córce matkę, którą szanują. Ach, rzuciłam się w żelazny krąg, z którego niepodobna wyjść bez hańby. Obowiązki rodzinne, pełnione bez nagrody, znudzą mnie; będę przeklinała życie, ale córka moja będzie miała bodaj piękny cień matki. Dam jej skarby cnoty, aby jej zastąpić skarby uczucia, z których ją okradam. Nie pragnę nawet żyć, aby kosztować słodyczy, jaką jest dla matek szczęście ich dzieci. Nie wierzę w szczęście. Jaki będzie los Helenki? Zapewne ten co mój. Jaki sposób posiada matka, aby zaręczyć córce, że mąż któremu ją wydaje będzie mężem wedle jej serca? Obrzucacie wzgardą biedne istoty, które się sprzedają przechodniom za kilka talarów: głód i potrzeba rozgrzeszają te przelotne związki; podczas gdy społeczeństwo toleruje i uświęca doraźny związek — o ileż straszliwszy — młodej i czystej dziewczyny z mężczyzną, którego nie zna ani od trzech miesięcy; sprzedaje się ją na całe życie. Prawda, że cena jest wysoka! Gdybyście, nie przyzwalając jej żadnego odszkodowania za jej męki, gdybyście ją szanowali bodaj: ale nie, świat spotwarza najcnotliwsze! Oto nasz los, dwie jego fizjognomje: prostytucja publiczna i hańba, prostytucja tajemna i nieszczęście. Co się tyczy biednych dziewcząt bez posagu, te wpadają w obłęd, umierają, dla tych żadnej litości! Piękność, cnota, nie mają ceny w naszem targowisku ludzikiem; i wy nazywacie społeczeństwem tę jaskinię egoizmu! Ależ wydziedziczcie kobiety! W ten sposób spełnicie bodaj prawo natury, wybierając swoje towarzyszki, zaślubiając je wedle serca.
— Pani, słowa twoje świadczą, że obcy ci jest i duch rodziny i duch religji. Toteż, nie zawahasz się między egoizmem społecznym, który cię rani, a egoizmem człowieka, który obudzi w tobie pragnienie rozkoszy...
— Rodzina, księże, alboż ona istnieje? Nie uznaję rodziny w społeczeństwie, które, po śmierci ojca lub matki, dzieli majątek i powiada każdemu, aby szedł w swoją stronę. Rodzina, to jest czasowa spółka, którą śmierć rozwiązuje. Nasze prawa zniweczyły ród, dziedzictwo, ciągłość przykładów i tradycji. Widzę dokoła same gruzy.
— Wrócisz do Boga dopiero wówczas, gdy ręka jego zaciąży nad tobą; życzę ci, byś miała dość czasu, aby się z nim pojednać. Szukasz pociechy spuszczając wzrok ku ziemi, miast podnieść go ku niebu. Filozofowanie i osobisty interes skaziły twe serce; jesteś głucha na głos religji, jak wszystkie dzieci tego wieku bez wiary! Rozkosze świata rodzą jedynie boleść. Odmienisz cierpienia, to wszystko.
— Zadam kłam twemu proroctwu, księże, rzekła uśmiechając się z goryczą; zostanę wierna temu, który umarł dla mnie.
— Boleść, odparł, zdolna jest żyć jedynie w duszach przygotowanych przez wiarę.
Spuścił z szacunkiem oczy, aby nie okazać powątpiewania, które malowało się w jego wzroku. Siła skarg, które się wydarły margrabinie, osmuciła księdza. Widząc w nich ludzkie ja pod tysiącznemi formami, zwątpił aby mógł trafić do serca, które ból wysuszył zamiast je użyźnić i gdzie ziarno boskiego siewcy nie miało wejść, bo jego słodkie wołanie zagłuszył straszliwy krzyk egoizmu. Mimo to, okazał wytrwanie apostoła; wrócił jeszcze kilka razy, wciąż wiedziony nadzieją odzyskania dla Boga tej szlachetnej i hardej duszy. Ale stracił nadzieję, skoro spostrzegł, że margrabina lubi z nim rozmawiać jedynie dlatego, iż znajduje słodycz mówienia o tym którego straciła. Nie chciał poniżać swego powołania, stając się powiernikiem namiętności; przerwał te rozmowy, wracając do formułek i ogólników.
Nadeszła wiosna. Margrabina wyrwała się nieco ze swego głębokiego smutku; zajęła się z nudów majątkiem, zarządziła jakieś roboty. W październiku opuściła stary zamek, gdzie wypoczynek wrócił jej dawną świeżość i piękność. Ból, zrazu gwałtowny jak dysk rzucony z siłą, roztopił się wreszcie w melancholji, jak dysk zatrzymuje się w słabnących stopniowo drgnieniach. Melancholja składa się z szeregu podobnych drgnień moralnych, z których pierwsze graniczy z rozpaczą, ostatnie z rozkoszą. W młodości jest ona niby mrok poranny, w starości — wieczorny.
Kiedy powóz jej przejeżdżał przez wieś, ksiądz, który szedł z kościoła na plebanję, ukłonił się. Oddając ukłon, margrabina spuściła oczy i odwróciła głowę aby go nie widzieć. Ksiądz nazbyt dobrze odgadł przyszłość tej biednej Artemizy z Efezu.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Honoré de Balzac i tłumacza: Tadeusz Boy-Żeleński.