<<< Dane tekstu >>>
Autor Stendhal
Tytuł Lamiel
Wydawca Wydawnictwo Alfa Warszawa
Data wyd. 1930
Druk Drukarnia Współczesna
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Tadeusz Boy-Żeleński
Tytuł orygin. Lamiel
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


ROZDZIAŁ I

Uważam, że jesteśmy niesprawiedliwi względem krajobrazów tej pięknej Normandji, gdzie każdy z nas może nocować dziś wieczór. Wychwala się Szwajcarję; ale trzeba okupić jej góry trzema dniami nudy, przykrościami komory i paszportów brzemiennych wizami; podczas gdy, zaledwie znajdziemy się w Normandji, oko zmęczone symetrją Paryża i jego białych murów tonie w oceanie zieleni.
Smutne szare równiny zostają od strony Paryża; droga zapuszcza się w pasmo pięknych dolin i wysokich wzgórz; szczyty ich, porosłe drzewami, ostro rysują się na niebie i obejmują widnokrąg, dając nieco pokarmu wyobraźni: przyjemność wielce nowa dla Paryżanina.
Kiedy się posunąć dalej, po prawej, między drzewami zacieniającemi wieś, widzi się morze: morze, bez którego krajobraz nie może się szczycić doskonałą pięknością.
Gdy oko, obudzone pięknością krajobrazu i urokiem dalekiego tła, poszuka szczegółów, ujrzy, że każdy gaik tworzy niby zagrodę otoczoną murem z ziemi. Tamy te, regularnie wzniesione na kraju każdego pola, wieńczy mnóstwo młodych wiązów. Mimo iż te drzewa mają zaledwie trzydzieści stóp wysokości, pola zaś obsadzone są jedynie skromnemi jabłoniami, całość daje wrażenie zieloności i budzi ideę sympatycznej gałęzi przemysłu.
Widok o którym mówię, to właśnie ten, który, przybywając z Paryża i zbliżając się do morza, oglądamy o dwie mile przed Carville. Jest to spora wieś, bliska morza, gdzie przed niewielu laty rozegrała się historja księżnej de Miossens i doktora Sansfin.
Od strony Paryża, początek wsi, tonący w jabłoniach, leży w głębi doliny; ale o dwieście kroków od ostatnich domów, z których na północny zachód widać morze i Mont Saint-Michel, przechodzi się nowiutkim mostem przez ładny i czysty strumyczek, który ma ten spryt, że płynie bardzo szybko; każda bowiem rzecz w Normandji ma swój spryt i nic nie dzieje się bez swego powodu i to często powodu bardzo chytrze obmyślonego. Nie przydaje to w moich oczach uroku tej wiosce; kiedy tam spędziłem miesiąc w porze kuropatw, przypominam sobie że byłbym wolał nie umieć po francusku. Ja, syn niezamożnego rejenta, miałem stanąć kwaterą w zamku pani d‘Albret de Miossens, żony dawnego pana tych włości, która wróciła do Francji dopiero w r. 1814. Był to wówczas, około r. 1826, wielki tytuł zasługi.
Wieś Carville rozciąga się pośród łąk, w dolinie niemal równoległej do morza, które widać z wysokości kilku stóp. Nad tą doliną, bardzo powabną, wznosi się zamek. Ale jedynie w dzień dusza moja mogła smakować spokojne piękności krajobrazu. Wieczorem (a wieczór zaczynał się o piątej, wraz z dzwonem obiadowym) trzeba było dotrzymywać towarzystwa księżnej pani; a nie była to kobieta, któraby pozwoliła lekceważyć swoje prawa; z chwilą gdy się o nich zapominało, umiała oschłem słówkiem przypomnieć obowiązki. Pani de Miossens miała ledwie trzydzieści lat i nie zapominała nigdy o swojem dostojnem stanowisku; co więcej, w Paryżu była dewotką, dzielnica zaś Saint-Germain powierzała chętnie jej władzy swoje wenty i kwesty. Był to zresztą jedyny hołd, jaki to dawne towarzystwo raczyło jej oddawać. Wyszedłszy w szesnastym roku za starca, który miał uczynić ją księżną (starzec ów, margrabia d‘Albret, stracił ojca dopiero w chwili gdy księżna de Miossens miała dwadzieścia ośm lat), spędziła całą młodość w tęsknocie za honorami, jakie świat, za Karola X-go, oddawał jeszcze tytułowi książęcemu.
Oto była wielka dama, u której spędzałem wrzesień, pod warunkiem że od piątej do północy będę się interesował miejscowemi plotkami i zdarzeniami. Carville, jest to miejscowość której nie znajdzie nikt na mapie, niech mi więc będzie wolno mówić o niej okropności, to znaczy część prawdy. Matactwa, brudne kombinacje tych Normandów sprawiły, iż pobyt ten nie dawał mi prawie wytchnienia po skomplikowanem życiu paryskiem.
Przyjmowano mnie u pani de Miossens jako syna i wnuka dobrych państwa Lagier, od niepamiętnych czasów rejentów rodziny d‘Albret de Miossens, lub raczej rodziny de Miossens, która się mieniła d‘Albret.
Polowanie w tych dobrach było wspaniałe i wybornie zachowane; mąż pani domu, par Francji, kawaler wstęgi św. Ludwika i wielki dewot, nie opuszczał nigdy dworu Karola X-go, a jedyny syn, Fedor de Miossens, był jeszcze w szkołach. Co do mnie, dobry strzał to było szczęście ponad wszystko w świecie. Wieczorem trzeba było cierpieć księdza du Saillard, potężnego członka kongregacji, mającego dozorować okolicznych księży. Charakter jego o głębi godnej Tacyta nudził mnie; to nie był charakter, któryby mnie wówczas interesował. Ksiądz du Saillard komentował wypadki zwiastowane przez Quotidienne kilku okolicznym szlachciurom.
Od czasu do czasu zjawiał się w salonie pani de Miossens ucieszny garbus; ten bawił mnie więcej; lubił nadskakiwać kobietom, czasami, jak mówiono, z powodzeniem.
Oryginał ten nazywał się doktór Sansfin i mógł mieć w roku 1830 dwadzieścia pięć lub sześć lat.
Margrabina czyniła sobie tę zabawę, aby mu, pod fikcyjnemi nazwiskami, powtarzać historyjki ośmieszające go w okolicy. Możnaby rzec że najkomiczniejsze nieszczęścia dawały sobie schadzkę na grzbiecie tego garbatego don Juana.
Gdyby się nie silił być don Juanem, lekarz ten byłby człowiekiem wcale znośnym. Jedyny syn bogatego dzierżawcy z sąsiedztwa, Sansfin został lekarzem aby się pielęgnować; został myśliwym, aby być zawsze pod bronią wobec wieśniaków, którzyby mieli ochotę zeń dworować.
Sprzymierzył się z mądrym księdzem du Saillard aby zyskać wpływ w okolicy; że zaś był bardzo gwałtowny, nieraz, jak słychać, zdarzyło mu się wygarnąć szrutem do kpiarzy, śmiejących się zbyt głośno z jego komicznej postaci.
Doktór nie robiłby głupstw a nawet byłby mógł uchodzić za rozumnego człowieka, gdyby nie był garbaty: ale to nieszczęście czyniło go pociesznym, chciał bowiem dać zapomnieć o swoim garbie zapomocą przemyślnych manewrów.
Doktór byłby mniej śmieszny, gdyby się odziewał i ubierał jak wszyscy; ale wiedziano że sprowadza ubrania z Paryża; do tego — pretensjonalność w istocie rażąca, jak na wieś normandzką! — przyjął za służącego fryzjera ze stolicy; i ten człowiek chciał aby sobie nie żartowano z niego!
Głowa lekarza strojna była we wspaniałą czarną brodę o wiele zbyt rozłożystą i ułożoną z wielkim kunsztem. Sama głowa byłaby nie brzydka, ale, jak w piosence Berangera, brakowało postumentu głowie. Stąd zamiłowanie doktora Sansfin do teatru. Siedząc w pierwszym rzędzie w loży, wydawał się człowiekiem jak inni; ale kiedy wstawał lub ukazywał wątłe i drobne ciałko ustrojone wedle ostatniej mody, efekt był nieodparty.
— Patrzcie na tę żabę! wykrzykiwał ktoś z parteru.
Cóż za epitet dla człowieka lubiącego płeć piękną!
Jednego wieczora rysowaliśmy w popiele na kominku — trzeba już w istocie nie wiedzieć co począć z czasem! — inicjały kobiet, dla których zrobiliśmy najwięcej i najbardziej upokarzających głupstw. Przypominam sobie, że to ja wymyśliłem tę próbę miłości. Wicehrabia de Sainte-Foi wyrysował M i B; zaczem księżna, nie zstępując ze swoich wyżyn, zażądała aby opowiedział wszystko możliwe w przedmiocie młodzieńczych szaleństw popełnionych dla M i B. Stary kawaler orderu św. Ludwika, pan de Malivert, napisał A i E; opowiedziawszy to co mógł opowiedzieć, oddał szczypce doktorowi Sansfin; uśmiech zarysował się na wszystkich wargach, ale doktór wypisał dumnie D, C, T, F.
— Jakto, jesteś pan młodszy odemnie, a masz cztery litery wypisane w sercu? wykrzyknął kawaler Malivert, któremu wiek dawał pewne prawa.
— Skoro księżna zażądała od nas szczerości, rzekł poważnie garbus, musiałem wypisać cztery litery.
Od trzech godzin skończył się wyborny obiad, złożony z nowalji przywiezionych konno z Paryża przez lokaja księżnej; było nas tam ośm czy dziesięć osób, pracujących ciężko aby podtrzymać mdlejącą rozmowę; odpowiedź doktora rozjaśniła wszystkie oczy radością, skupiono się koło kominka.
Od pierwszych słów, wyszukany styl doktora zbudził śmiech, tak komiczną była jego powaga. Na domiar wesołości, piękne D, C, i T, F, wszystkie kochały go do szaleństwa.
Pani de Miossens, umierając z ochoty do śmiechu, raz poraz dawała nam znaki, abyśmy hamowali naszą wesołość.
— Zabijecie kurę niosącą złote jaja, szepnęła do pana de Sainte-Foi, siedzącego przy niej. Niech pan puści w krąg hasło: „Panowie, hamujcie się“.
Doktór tak był zatopiony w myślach, że nic nie mogło go zbudzić. Sądzę, że wymyślał szczegóły romansu przygotowanego z góry; i że opowiadając je, rozkoszował się niemi, nie był bowiem pozbawiony wyobraźni. Czego mu brakowało — jak tego dowiódł później, kiedy fortuna zapukała do jego drzwi — to odrobiny zdrowego rozsądku. Tego wieczora, poczciwy doktór opowiedział nam nietylko swoje zdobycze, ale także szczegóły i odcienie uczuć, będące pobudką nieszczęsnych D, C, i T, F, zbyt często zaniedbywanych przez swego zwycięscę.
Daremnie wicehrabia de Sainte-Foi nazywał doktora margrabią de Caraccioli, przez pamięć owego ambasadora Obojga Sycylji, którego Ludwik XVI zapytał:
— Pan uprawia miłość w Paryżu, panie ambasadorze?
— Nie, Najjaśniejszy Panie, kupuję już gotową.
Nic nie było w stanie obudzić doktora.
Pani de Miossens, kiedy się chciało zapomnieć o jej dumie i o jej impertynenckim toniku, była urocza; najszczęśliwsza była, kiedy się mogła dobrze uśmiać. Cieszyła się wesołością drugich, ale dostojeństwo nie pozwalało jej przyczynić się niczem do obudzenia tej wesołości.
Margrabina ta, która od r. 1818, pory gdy zacząłem strzelać kuropatwy, umierała z ochoty zostania księżną, miała przemiłe wzięcie o tak rzadkiej dystynkcji, że, mimo iż to polowanie ściągało mnie parę razy na rok do zamku w Carville, przez dwa dni rozmowa jej dawała mi złudzenie: wierzyłem w jej inteligencję: było to wszakże jedynie doskonałe opanowanie światowych form. A co mnie bawiło i broniło od tego głupstwa aby brać ten dom serjo, to to, że nie można było zarzucić tej przyszłej księżnej ani jednej dorzecznej myśli; wszystko widziała z punktu księżnej, i to takiej, której przodkowie byli na wojnach krzyżowych.
Przyznaję, iż moje złudzenie wspomogła okoliczność, że, mimo swoich czterdziestu pięciu lat, margrabina de Miossens miała twarz rzadko szlachetną; podobna była zupełnie do owego portretu pani du Deffant, jaki księgarze mieszczą na czele jej korespondencji z Horacym Walpole; strawiła życie na czekaniu śmierci ośmdziesięcioletniego teścia, aby zmienić tytuł margrabiny na tytuł księżnej! Prosta margrabina, ale w istocie bardzo szlachetnego rodu i córka kawalera wstęgi św. Ludwika, żądała od Saint-Germain, takiego jakiem było w r. 1820, honorów, które w owej epoce świat ten oddawał jedynie księżnej. Ponieważ nie błyszczała pięknością ponad wszystkie inne, nie miała rotszyldowej fortuny, ani dowcipu pani de Stael, Saint-Germain z r. 1820 nie chciało jej przyznać honorów płatnych księżnej. Wówczas, przez dumę, oraz z braku przyjaciela, któryby jej otworzył oczy na niesłuszność jej roszczeń i na nudę jaka ją czeka, margrabina zakopała się w Carville, pod pozorem, że trzeba jej morskiego powietrza; dodawała bowiem historycznie: „Pan de Miossens przywiózł mnie do Francji dopiero w r. 1815; od dzieciństwa mieszkałam w Anglji“.
Rewolucja roku 1789 i Wolter, to nie były dla niej rzeczy wstrętne: to były rzeczy nieistniejące. Nonsens ten, rozciągający się na najmniejsze szczegóły, naprzykład aby nazywać mera Carville wójtem, był pociechą mojej młodości i nie pozwalał mi brać na serjo żadnej z impertynencji, od których roiło się w zamku i które wypędzały zeń wszystkich sąsiadów. Margrabina nie mogła zebrać ani sześciu osób przy stole inaczej niż płacąc dziesięć franków od głowy swemu kucharzowi, poza olbrzymią pensją i zwyczajnemi rachunkami.
Margrabina wierzyła naiwnie, że jest z innej gliny niż wszystko co ją otacza. Egoizm jej był tak naturalny, tak prosty, że to już nie był egoizm. Ale, o ile margrabina przypuszczała szczerze że jest z innej rasy niż szlachta i wieśniacy okoliczni, uważała wzamian, iż wnuk dawnego rejenta rodziny de Miossens jest czemś o wiele wyższem od księdza du Sailllard, od doktora Sansfin, etc.; nie mówiąc o chłopach i mieszczanach. Raz jeden w czasie każdego pobytu wspominałem jej o pewnym akcie, sporządzonym 3-go sierpnia r 1578 przez jednego z moich przodków. Była to fundacja mszy żałobnej, zakupionej w parafji Carville przez Febusa Hektora de Miossens, kapitana pięćdziesięciu żołnierzy utrzymywanych przezeń dla króla.
Kiedy położnica albo ranny żądali pomocy jaśnie pani dziedziczki (taki był urzędowy tytuł), posyłała dubeltowego ludwika. To jej kupiło sympatję wsi.
W gruncie, pani de Miossens nudziła się piekielnie; człowiek, którego najbardziej nienawidziła, jako bezecnego jakobina, żył szczęśliwy w Paryżu i panował! Jakobin ten, był to nie kto inny jak sympatyczny Akademik, powszechnie znany pod imieniem Ludwika XVIII-go.
Wśród tego wiejskiego życia, w jakiem zagrzebała się przez wstręt do Paryża, księżna nie miała innej rozrywki prócz relacji z ploteczek w Carville, o których była doskonale powiadomiona przez jedną ze swych panien służących, pannę Piotrusię, mającą kochanka na wsi. Co mnie bawiło, to że opowiadania Piotrusi posługiwały się wyrażeniami bardzo niedwuznacznemi, często o soczystości wcale uciesznej, zwłaszcza gdy ich słuchała dama, której język był wzorem przesadnego często wykwintu.
Nudziłem się zatem potrosze w zamku Carville, kiedy zjechała nam misja, pod wodzą człowieka wielkiej wymowy, księdza Le Cloud, który od pierwszego dnia oczarował mnie.
Misja ta była prawdziwą gratką dla księżnej, która co wieczór miała dwadzieścia osób na kolacji. Na tych kolacjach mówiło się wiele o cudach. Hrabina de Sainte-Foi i dwadzieścia innych dam z okolicy wieczerzających co wieczór w zamku wspomniały księdzu Le Cloud o mnie, jako o człowieku, z którego możnaby coś zrobić. Zauważyłem, że te wielce szlachetnie urodzone i tak dobrze myślące damy nie bardzo wierzą w cuda; ale popierały je całym swoim wpływem. Korzystałem z tego widowiska; nie ukrywano się przedemną, bo nie opuszczałem ani jednej rekolekcji księdza. Niebawem, znudzony banialukami, które trzeba było opowiadać miejscowym figurom, nabrał do mnie sympatji; że zaś był daleki od ostrożności księdza du Saillard, rzekł raz:
— Ma pan ładny głos, umie pan dobrze po łacinie, rodzina zostawi panu najwyżej jakie dwa tysiące talarów, przystąp pan do nas.
Zastanawiałem się głęboko nad propozycją, która nie była zła. Gdyby misja została jeszcze miesiąc w Carville, sądzę, że byłbym się zaciągnął na rok do armji księdza.
Obliczałem, że uciułałbym tyle, aby móc spędzić dobry rok w Paryżu; że zaś miałem wstręt do skandalów, wróciwszy do Paryża z poleceniem księdza Le Cloud, byłbym mógł wykołatać jakąś posadę podprefekta, co mi się wówczas zdawało wielką karjerą. Gdybym przypadkiem znalazł przyjemność w tem, aby fantazjować z ambony jak ksiądz Le Cloud, byłbym pozostał w tym fachu.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Stendhal i tłumacza: Tadeusz Boy-Żeleński.