<<< Dane tekstu >>>
Autor Iwan Turgieniew
Tytuł Lgow
Pochodzenie Z „Zapisek myśliwego”
Wydawca Bibljoteka Dzieł Wyborowych
Data wyd. 1897
Druk Drukarnia Artystyczna Saturnina Sikorskiego
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Klemens Junosza
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Cały zbiór
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron
VIII.
Lgow.

Pojedźmy do Lgowa — rzekł do mnie Jermołaj — nastrzelamy tam mnóstwo kaczek.
Chociaż dla prawdziwego myśliwego dzika kaczka nie jest ponętną, ale w braku innej (było to w początku sierpnia, słonki jeszcze nie przeleciały, a chodzenie na kuropatwy już mi się sprzykrzyło), posłuchałem Jermołaja i udaliśmy się do Lgowa.
Lgów, jest to duża wieś stepowa, ze starożytną cerkwią murowaną o jednej kopule i dwoma młynami na błotnistej rzece Rosocie.
Rzeczka ta, o pięć wiorst za Lgowem, zamienia się w szeroki staw, po brzegach a gdzieniegdzie i na środku zarosły gęstą trzciną.
Na tym to stawie, pomiędzy trzciną, jest mnóstwo kaczek wszelkiego rodzaju: krzyżówek, różeńców, cyranek, nurów i t. d. Od czasu do czasu niewielkie stada unosiły się i przelatywały nad wodą, a po strzale zrywały się takie chmary, że myśliwy pomimowoli chwytał się za głowę.
Poszliśmy z Jermołajem wzdłuż stawu, ale naprzód, ptaki przy brzegu bywają ostrożne i nie dosiadują, a powtóre, chociaż jaka nieostrożna cyranka padała od strzału, to jej psy z pomiędzy gęstej trzciny nie mogły wydobyć; pomimo najszlachetniejszych poświęceń, nie mogły one ani płynąć, ani brodzić i tylko napróżno kaleczyły swe szacowne nosy o ostre brzegi trzciny.
— Nie — rzekł Jermołaj, to na nic; trzeba łódki. Chodźmy napowrót do Lgowa.
Poszliśmy. Zaledwie zrobiliśmy kilka kroków, z gęstych krzaków wybiegł do nas dość lichy wyżeł, a za nim ukazał się człowiek średniego wzrostu, w granatowym wytartym surducie, żółtawej kamizelce, pantalonach koloru bleu d’amour, wsuniętych w cholewy dziurawych butów, w czerwonej chustce na szyi i ze strzelbą pojedynką na ramieniu. Gdy psy ze zwykłym, właściwym ich rodowi chińskim ceremoniałem, obwąchiwały nową dla nich osobistość, nieznajomy zbliżył się do nas i nader grzecznie się ukłonił.
Sądząc z powierzchowności, mógł on mieć dwadzieścia pięć lat życia, jego długie blond włosy sterczały w nieruchomych promieniach, niewielkie czarne oczy mrugały uprzejmie, cała twarz, obwiązana czarną chustką, jakby od bólu zębów, uśmiechała się.
— Pozwoli pan, że się przedstawię — rzekł miękkim głosem — jestem myśliwy tujszy, Władimir. Usłyszawszy o pańskiem przybyciu i dowiedziawszy się, że raczyłeś pan udać się nad brzegi naszego stawu, postanowiłem, jeżeli to nie będzie panu niemiłem, ofiarować mu swoje usługi.
Myśliwy Władimir mówił, pisz maluj, jak młody aktor prowincyonalny, grywający role pierwszych kochanków.
Zgodziłem się na jego propozycyę i nie wszedłszy jeszcze do Lgowa, już poznałem jego historyę.
Był to człowiek dworski, puszczony wolno. W młodości uczył się muzyki, czytywał różne książczyny, a teraz będąc, jak wielu ludzi w Rosyi, bez gotówki, bez stałego zajęcia, żywił się, jak to mówią, manną niebieską. Wyrażał się w sposób nader wyszukany i widocznie lubił popisywać się swemi manierami. Zdaje się, że musiał to być straszny łobuz i wedle wszelkiego prawdopodobieństwa, miał powodzenie: ruskie dziewczęta lubią wymowę. Powiedział mi nawiasowo, że odwiedza niekiedy sąsiednich obywateli, bywa z wizytami w mieście, grywa w preferansa i ma znajomości ze stołecznymi ludźmi. Uśmiechał się po mistrzowsku i bardzo rozmaicie, szczególniej zaś było mu do twarzy ze skromnym uśmiechem, który igrał na jego ustach, gdy słuchał jak kto inny mówi. Jermołaj, jako człowiek nie bardzo wykształcony, a wcale nie „subtelny“, zaczął go „tykać“... Trzeba było widzieć, z jakim szczególnym uśmiechem Władimir mówił do niego: „wy“...
— Dlaczego jesteś pan podwiązany chustką — zapytałem — czy zęby bolą?
— Nie — odrzekł — jest to raczej zgubny skutek nieostrożności. Odwiedził mnie przyjaciel, dobry człowiek, lecz wcale nie myśliwy... jak to bywa. Otóż pewnego dnia mówi on do mnie: kochany przyjacielu, weź mnie na polowanie; radbym bardzo poznać, na czem polega ta rozrywka. Rozumie się, nie mogłem odmówić koledze; postarałem się o broń dla niego i poszliśmy. Polowaliśmy jak należy, poczem umyśliliśmy odpocząć. Ja usiadłem pod drzewem, on zaś, ze swej strony, zaczął manewrować strzelbą i mierzyć we mnie. Prosiłem go, żeby dał pokój, ten jednak, wskutek swego niedoświadczenia, nie usłuchał. Rozległ się strzał — i zostałem pozbawiony podbródka, oraz wskazującego palca ręki prawej.
Doszliśmy do Lgowa. I Władimir i Jermołaj orzekli, że bez łódki polować nie można.
— Suczok ma krypę — rzekł Władimir — lecz nie wiem, gdzie ją schował. Trzeba pobiegnąć do niego.
— Do kogo? — zapytałem.
— A tu mieszka jeden człowiek, przezwisko ma Suczok.
Poszli do niego z Jermołajem. Ja powiedziałem im, że czekać będę koło cerkwi. Oglądając mogiły na cmentarzu, ujrzałem czworoboczną urnę z napisami: i jednej strony literami francuskiemi: „Ci gît Théophil Henri vicomte de Blangy“, z drugiej po rusku: „pod tym kamieniem pogrzebano zwłoki poddanego francuskiego hrabiego Blanżia, urodził się w roku 1737, umarł 1799 roku, całego życia jego było 62 lata;“ z trzeciej „pokój jego popiołom“ a z czwartej ośmio-wiersz, opisujący losy emigranta, który w Rosyi znalazł gościnność, uczył dzieci i przeniósł się do lepszego życia.
Przyjście Jermołaja, Władimira i człowieka o dziwnem przezwisku Suczok, przerwało moje rozmyślanie.
Bosy, obdarty i rozczuchrany Suczok miał koło sześćdziesięciu lat.
— Czy masz łódkę? — zapytałem.
— Mam — odrzekł głuchym i rozbitym głosem — ale bardzo zła.
— A co?
— Rozkleiła się, klepki z niej wypadają.
— O! wielka bieda! — zawołał Jermołaj — można pozatykać dziury pakułami.
— Zapewne, że można.
— A coś ty za jeden? — spytałem.
— Pański rybak.
— Jakiż z ciebie rybak, jeżeli masz łódź w takim nieporządku?
— Bo w naszej rzece ryb nie ma.
— Ryby nie lubią rdzawiny błotnej — zauważył poważnie mój strzelec.
— No — rzekłem do Jermołaja, postaraj się o pakuły i wyporządź nam łódkę — tylko prędko!
Jermołaj poszedł.
— Wszakże — rzekłem do Władimira — w takiej łodzi możemy pójść na dno...
— Bóg łaskaw — odrzekł. — W każdym razie można przypuszczać, że staw nie jest głęboki.
— Tak; głęboki on nie jest — wtrącił Suczok, który mówił jakoś dziwnie, jakby rozespany — ale na dnie jest grzęzki muł i trawa, cały staw trawą zarośnięty, są i głębie.
— Jednak, jeżeli trawa tak gęsta, to i wiosłować nie będzie można.
— Któż na takiej krypie wiosłuje? Trzeba się odpychać. Ja pojadę z panami. Mam ja taką żerdź, a można i łopatą.
— Łopatą niedobrze — wtrącił Władimir, w niektórych miejscach do dna nie dostanie.
— To prawda.
Usiadłem na mogile, czekając na Jermołaja, Władimir, dla przyzwoitości, odszedł trochę na bok i także usiadł, tylko Suczok stał ciągle na miejscu, zwiesiwszy głowę i założywszy ręce za plecami.
— Powiedz mi — spytałem — jak dawno jesteś tu rybakiem?
— Siódmy rok — odrzekł.
— A czem byłeś wprzód?
— Stangretem.
— Któż cię tak zdegradował?
— Nowa pani.
— Jaka pani?
— Ta, która nas kupiła... Panu zapewne nie wiadomo, Alona Timofiejewna, taka gruba, niemłoda.
— Zkądże przyszło jej do głowy zrobić cię rybakiem?
— A Pan Bóg ją wie. Przyjechała do nas z Tambowa, kazała zgromadzić wszystkich dworskich i wyszła do nas. My naprzód do ręki, a ona nic, nie gniewa się, potem kolejno zapytuje, kto czem jest, jakie obowiązki pełni? Przyszła i moja kolej. — Czem byłeś? — Stangretem, mówię. — Stangretem? Spojrzyj-że na siebie, coś ty za stangret!? Będziesz teraz rybakiem i zgolisz brodę. W razie mego przyjazdu będziesz ryby na pański stół dostarczał. Słyszysz? Od tego czasu jestem rybakiem. Zapowiedziała mi też, żebym staw w porządku utrzymywał... a jakżeż go utrzymać w porządku?...
— Do kogożeście wpierw należeli?
— Do Siergieja Siergiejewicza Piechtierewa. Dostaliśmy się mu w spadku, ale on niedługo nas posiadał, wszystkiego sześć lat. U niego właśnie byłem stangretem, ale nie w mieście — tam miał innych — lecz na wsi.
— A za młodu także byłeś stangretem?
— Ale gdzieżtam? Stangretem zostałem przy Siergieju Siergiejewiczu, wpierw zaś byłem kucharzem i także nie w mieście, tylko tak, na wsi.
— U kogóż byłeś kucharzem?
— U dawnego pana, Afanasja Nefedycza, wujaszka Sergieja Sergiejewicza. Lgow kupił właśnie wujaszek, a siostrzeniec otrzymał go w spadku.
— A od kogo kupił?
— Od Tatiany Wasilewny.
— Cóż to za Tatiana Wasilewna?
— A ta, która umarła w zeszłym roku, pod Bołchowem, czy pod Karaczowem, jako panna. Za mężem nie była. Nie zna pan? Dostaliśmy się jej po ojcu Wasiliu Siemionowiczu... Długo ona nad nami była... dwadzieścia latek...
— Cóż i u niej byłeś także kucharzem?
— Rzeczywiście naprzód byłem kucharzem, a potem zostałem „kofeszenkiem“ (kawiarzem).
— Czem?
— Kofeszenkiem.
— Cóż to za służba?
— Nie wiem, proszę pana. Byłem przy bufecie i nie nazywałem się Kuźma, tylko Antoni, gdyż pani tak kazała.
— Więc prawdziwe twoje imię jest Kuźma?
— Kuźma.
— I ciągle byłeś kofeszenkiem?
— Nie; nie ciągle, byłem i aktorem.
— Czy być może?
— A jakże; byłem... na teatrze grałem. Nasza pani teatr u siebie zaprowadziła...
— Jakież ci role dawano?
— Co pan rozkaże?
— Coś ty robił w teatrze?
— Nie wie pan? Wezmą mnie i wystroją i ja chodzę tak wystrojony, albo stoję, albo siedzę, jak wypadnie. Każą: mów to i to, to ja mówię. Raz przedstawiałem ślepego... pod każdą powiekę włożyli mi ziarnko grochu. A jakże!
— A potem czem byłeś?
— Znów zostałem kucharzem.
— I za cóż cię znów zdegradowano z kucharstwa?
— Bo mój brat uciekł.
— A czem byłeś u ojca twojej pierwszej pani?
— Różne miałem obowiązki, naprzód byłem kozaczkiem, forysiem, ogrodnikiem, dojeżdżaczem.
— I jeździłeś z psami?
— Jeździłem i z psami, alem się rozbił. Z koniem upadłem i konia skaleczyłem. Stary pan był bardzo surowy: kazał mnie oćwiczyć i oddać na naukę do Moskwy, do szewca.
— Jakżeż na naukę? Chyba jako dojeżdżacz dzieckiem nie byłeś.
— O miałem wówczas więcej niż dwadzieścia lat.
— Cóż to za nauka w takim wieku?
— Widać, że można, skoro pan kazał. Ale on, na szczęście, wkrótce potem umarł — a mnie znów wzięli na wieś.
— Kiedyżeś się uczył sztuki kucharskiej?
— Alboż tego kto się uczy? przecież i baby gotują.
— No — rzekłem — Kuźmo, widziałeś ty różne rzeczy w twem życiu! A cóż teraz robisz jako rybak, kiedy nie macie wcale ryb?
— A panie, ja się nie skarżę. Chwała Bogu, że mnie rybakiem zrobili. A oto innego, takiego jak ja starowinę, Andrzeja Pupyra, pani kazała oddać do fabryki papieru, do czerpalni. Grzech, powiada, darmo chleb zjadać! Andrzej liczył jeszcze na zmiłowanie: ma on siostrzeńca, który w kantorze pańskim pracuje jako pisarz. Obiecał powiedzieć pani o stryju, przypomnieć. No i przypomniał! Ja sam widziałem, jak Andrzej siostrzeńcowi temu do nóg się schylał.
— Czy rodzinę masz? Byłeś żonaty?
— Nie, panie, nie byłem. Nieboszczka Tatiana Wasiliewna, niech Bóg jej da królestwo niebieskie, nikomu nie pozwalała się żenić. Uchowaj Boże! Nieraz mówiła: przecież ja jestem panną i żyję, czegóż oni chcą, co znów za zbytki!?
— Z czegóż żyjesz teraz, bierzesz pensyę?
— Jaką tam pensyę, panie... Jedzenie dają — i z tego jestem, chwała Ci Panie, bardzo kontent. Niech Bóg przedłuży dni naszej pani.
Jermołaj powrócił.
— Łódka naprawiona — rzekł surowo — biegaj po żerdź, ty!
Kuźma pospieszył po żerdź. Przez cały czas rozmowy mojej z biednym starowiną myśliwy Władimir spoglądał na niego z pogardliwym uśmiechem.
— Głupi człowiek — rzekł, gdy ten odszedł — zupełnie niewykształcony, chłop, nic więcej. Dworskim człowiekiem nazwać go nie można, a precz się chwalił! Gdzież jemu aktorem być? Napróżno raczył się pan trudzić rozmową z nim.
W kwadrans później byliśmy już na krypie. Psy zostawiliśmy w izbie pod dozorem stangreta Jehudiła. Nie bardzo nam było wygodnie, ale myśliwi nie grymaszą. W tylnym końcu krypy stał Suczok i odpychał się żerdzią, my z Władimirem siedzieliśmy na ławeczce, Jermołaj umieścił się na przodzie. Pomimo pakuł, woda wkrótce pokazała się w statku. Na szczęście, dzień był cichy, a staw jakby śpiący.
Płynęliśmy powoli. Starowina z trudnością wyciągał z grzęzkiego mułu swoją długą żerdź, oplątaną zielonemi nićmi roślin podwodnych, a gęste, okrągłe liście lilij błotnych również tamowały bieg naszej łodzi. Nareszcie dobraliśmy się do trzciny i zaczęło się używanie! Kaczki zrywały się z szumem, przestraszone naszem niespodzianem pojawieniem się w ich posiadłościach, strzały rozlegały się, a zabite ptaki wywracały kozły w powietrzu i ciężko spadały na wodę. Wszystkich postrzelonych kaczek nie mogliśmy zebrać; lżej ranione dawały nurka, zabite spadały w tak gęstą trzcinę, że nawet rysie oczy Jermołaja nie mogły ich wypatrzeć, w niedługim jednak czasie łódka nasza po brzegi napełniona była zwierzyną.
Władimir, ku wielkiej uciesze Jermołaja, strzelał nieszczególnie i po każdem pudle dziwił się, opatrywał i przedmuchiwał strzelbę, kiwał głową i nareszcie tłomaczył nam, dlaczego mianowicie chybił. Jermołaj strzelał, jak zawsze, zwycięzko — ja, wedle swego zwyczaju, dość licho. Starowina patrzył na nas oczami człowieka od młodości znajdującego się w służbie pańskiej; od czasu do czasu wołał: jeszcze kaczka, jeszcze kaczka! Pogoda była prześliczna: białe chmury wysoko unosiły się nad nami, odbijając się wyraźnie w wodzie, trzcina szumiała dokoła, staw miejscami błyszczał od słońca, jak stal. Właśnie zabieraliśmy się do powrotu, gdy nagle spotkał nas dość nieprzyjemny wypadek.
Dawno już mogliśmy zauważyć, że woda, potrochu, ale ciągle, dostawała się do krypy. Władimir miał polecone wylewać tę wodę dzbanem, który na wszelki wypadek przewidujący Jermołaj ściągnął jakiejś zagapionej babie. Wszystko szło doskonale, dopóki Władimir nie zapominał o swoim obowiązku. Pod koniec polowania, jakby na pożegnanie, kaczki zrywały się takiemi stadami, że ledwie mogliśmy nabijać broń. W zapale strzelania nie zwracaliśmy uwagi na stan naszej krypy; gdy nagle wskutek silnego ruchu Jermołaja (starał się dostać ręką zabitą kaczkę i całem ciałem przechylił się na zewnątrz), nasz stary statek nachylił się, nabrał wody i uroczyście poszedł na dno, na szczęście, w miejscu niegłębokiem. Krzyknęliśmy, lecz już było za późno, po chwili staliśmy w wodzie po szyję, otoczeni ciałami zabitych kaczek... Nie mogę teraz bez śmiechu wspomnieć przerażonych i bladych twarzy moich towarzyszów (prawdopodobnie i moja nie odznaczała się wówczas rumieńcem), lecz w owej chwili nie miałem ochoty do śmiechu. Pierwszy naruszył milczenie Jermołaj.
— Tfu! przepadnij! — mruknął, splunąwszy. — A ty stary dyable! — zawołał z gniewem — taką to masz łódź!
— Zawiniłem — wyszeptał starowina.
— I tyś także dobry! — ciągnął Jermołaj, zwracając się do Władimira — dlaczego nie pilnowałeś? Czemuś nie wylewał wody? Ty... ty... ty...
Władimir nie protestował — drżał jak liść, dzwonił zębami i uśmiechał się bezmyślnie. W chwili rozbicia się naszego okrętu woda wydawała się nadzwyczaj zimną, lecz wkrótce uczucie to przeszło. Gdy minął pierwszy strach, obejrzałem się. Dokoła na dziesięć kroków od nas rosła trzcina, zdaleka nad jej wierzchołkami widać było brzeg. „Źle“ pomyślałem.
— Jakżeż to będzie? spytałem Jermołaja.
— A no zobaczymy, nie będziemy tu przecież nocowali. Na, ty, trzymaj strzelbę — rzekł do Władimira.
Usłuchał bez oporu.
— Pójdę, poszukam brodu — odezwał się Jermołaj, z taką pewnością jak gdyby w każdym stawie obowiązkowo musiał być bród. Wziął od Kuźmy żerdź i puścił się w kierunku brzegu, ostrożnie macając dno.
— A umież-że ty pływać? — zapytałem.
— Nie, nie umiem.
— No, to utonie — zauważył obojętnie Kuźma.
— I bez żadnego pożytku — żałośnie dodał Władimir.
Jermołaj nie wracał, przeszła godzina, która wydała nam się wiecznością. Z początku wołaliśmy na niego i on nam odpowiadał, później umilknął zupełnie.
Nakoniec, ku nieopisanej naszej radości, ukazał się Jermołaj.
— No, cóż?
— Byłem na brzegu, bród znalazłem — idziemy. Chcieliśmy ruszyć zaraz, lecz on wpierw dostał z kieszeni, pod wodą, sznurek, przywiązał do niego zabite kaczki za łapy, wziął oba końce sznurka w zęby i dopiero poszedł. Władimir za nim, ja za Władimirem, Kuźma zamykał pochód.
Do brzegu było około dwustu kroków. Jermołaj szedł śmiało i nie zatrzymując się (tak doskonale zauważył drogę), zrzadka tylko wołał: „na lewo bo na prawo głębia“, albo „na prawo, bo na lewo ugrzęźniesz“. W niektórych miejscach woda dochodziła nam do gardła, i dwa razy biedny Kuźma, najniższy wzrostem z nas wszystkich, zachłysnął się... — No, no, no! — krzyczał na niego Jermołaj; starowina ruszał się, machał nogami, skakał i wydobywał się jednak na miejsce płytsze, lecz nawet w ostateczności nie odważył się chwycić poły mego surduta.
Zmęczeni, zabłoceni, mokrzy dotarliśmy nareszcie do brzegu. We dwie godziny później, o ile można osuszeni, siedzieliśmy w wielkiej szopie i zabierali się do kolacyi. Stangret mój, człowiek ogromnie powolny, ciężki i zaspany, stał przy wrotach i częstował Kuźmę tabaką. Ten zażywał namiętnie, aż do mdłości, pluł, kaszlał i widocznie doznawał wielkiej przyjemności. Władimir wydawał się zmęczonym, pochylał głowę na bok i mówił bardzo mało. Jermołaj obcierał broń. Psy kręciły ogonami w oczekiwaniu jadła, konie kopały i rżały pod daszkiem.
Słońce zachodziło; szerokiemi krwawemi pasami rozbiegały się ostatnie jego promienie, złote chmurki rozściełały się po niebie coraz drobniej i drobniej, niby wymyta, uczesana fala. We wsi rozlegały się dźwięki pieśni...


KONIEC.




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Iwan Turgieniew i tłumacza: Klemens Szaniawski.