<<< Dane tekstu >>>
Autor Klemens Junosza
Tytuł Marzyciel
Pochodzenie Wnuczek i inne nowelle i obrazki
Wydawca Emil Skiwski
Data wyd. 1896
Druk Emil Skiwski
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Cały zbiór
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


V.

Ta druga fotografia panny Teofili, robiona w rok później, w rok po ostatniej wizycie pana Ignacego, daleko lepiej się udała. Fotograf nie miał najmniejszej trudności z pozowaniem, aparat błyskawiczny wcale nie był potrzebny. Bo też i panna Teofila dużo się w ostatnich czasach zmieniła, wszyscy znajomi przyznają, że chociaż bledsza, znacznie jest teraz piękniejsza. Nie tak żwawa, nie tak ruchliwa, jak dawniej, spoważniała, nie śmieje się tak często, jak wprzódy, jest nieprzystępna i zamyślona... Wyprawa, nad którą ciotka Weronika napracowała się tyle, spoczywa w komodach i kufrach, nie zmarnuje się, bo konkurentów nie brak, ale panna odrzuciła już dwóch, nie śpieszy się za mąż. Mówi, że dobrze jej z rodzicami i że ma obowiązek pielęgnować ich...
Matka tego pielęgnowania nie potrzebuje, ale ojciec zapada na zdrowiu — od niejakiego czasu kwęka, humor utracił, ciągle mu coś dolega, tak, że porzucił biuro, wycofał swój kapitał złożony w kasie oszczędności i siedzi ciągle w domu.
Mizantropem się stał. Ciągle powtarza, że świat podły, a ludzie niegodziwi. Uśmiecha się wówczas tylko, kiedy córka przy nim usiądzie, rozmawia z nim, albo też jaką zajmującą książkę na głos czyta.
Tylko przy czytaniu sceny miłosne opuszczać musi, bo pan Ludwik zaraz przerywa, wołając:
— Kłamie bezczelnie! Teraz niema już ludzi, którzyby kochać umieli. Kłamie, łotr, obłudnik, faryzeusz!
I tak się przytem zapali, rozczerwieni, rozgorączkuje, że nieraz zachodzi obawa, aby apopleksyi nie dostał.
Teofilka uspokaja go wtedy.
— Ojcze — mówi — tak sądzić nie trzeba... są źli i dobrzy, nikczemni i zacni. Nie można wszystkich bezwarunkowo potępiać.
— Łajdaki i basta! a ty powinnaś o tem lepiej wiedzieć, niż każda inna kobieta. Jabym takich wszystkich w jeden wielki moździerz wsypał i na pieprz utłukł... Rozumiesz!?
— Ach, ojcze, ojcze... Ojczulek przecież jest chrześcijanin i bogobojny człowiek, do kościoła chodzi, pacierz mówi i codzień powtarza: „jako i my odpuszczamy naszym winowajcom...”
— No, to winowajcom, ale nie takim obłudnikom! Niech go licho porwie, nie chcę słyszeć jego nazwiska, nie chcę wspominać o nim... Nie mogę, jak cię kocham, Teofilko, nie mogę... a spodziewam się, że i ty mu chyba nie przebaczysz?
Wzruszyła ramionami z politowaniem.
— Już dawno przebaczyłam — rzekła.
— Ty?!
— Naturalnie, lepiej, że zdemaskował się wcześnie, że nie zostałam z nim na całe życie związaną.
— Może masz słuszność, moje dziecko, może... ale ja zawsze do niego żal mieć będę... Żeby taką dziewczynę jak ty porzucić, to trzeba być i złym, i głupim...
Ciotka Weronika ciągle pracuje w sklepie, wciąż coś zapomina i znów przypomina sobie... tresuje Zośkę, gniewa się na Maryannę, do państwa Ludwików często przychodzi.
Jednego dnia wpadła jak uragan.
— Wyobraźcie sobie — rzekła — widziałam ich oboje...
— Kogo?
— Ano tych... jakże ich tam! Zapomniałam... no Ignacostwo... Ona wygląda jak ćwik, on jakiś przygnębiony i smutny... Dobrze mu tak, ma co chciał.
— A cóż mu złego? Ma żonę podług swej myśli, ma majątek, to znaczy, ma wszystko, o czem marzył...
— Aha, zapewne — odrzekła ciotka Weronika — i woli swej nie ma, i służyć musi na łapkach, i tańczyć jak mu jejmość każe... Śliczne szczęście! Ja wiem... wiem... Przed Marcelim żalił się, bo i tamten także nie osobliwie wyszedł... Marcelego mi żal, ale co się tycze Ignasia, niech go tam, ma, co sobie wymarzył...







Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Klemens Szaniawski.