Metamorfozy (Kraszewski, 1874)/Część pierwsza/XXIV

<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Metamorfozy
Podtytuł Obrazki
Wydawca Gubrynowicz i Schmidt; Michał Glücksberg
Data wyd. 1874
Druk Kornel Piller
Miejsce wyd. Lwów; Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


Długie wieczory zimowe, wszyscyśmy się schodzili do Teofila, każdy ze swoim tłumoczkiem dziennym, ze swą troską i zaprzątnieniem, a zbliżenie się dodawało nam sił i podpierało tych, których mała jaka przeciwność zachwiała. Znajdowali oni chętną pomoc w towarzyszach, a nikt jej nigdy nie odmówił koledze, bo wszystko im było wspólne i choć często wyradzały się kłótnie, rzadki był bardzo przykład by te nad jeden wieczór potrwały, po wybuchu chwilowym, namiętnym, ognistym, ściskał się mocniej jeszcze węzeł przyjaźni.
Stan ten trwał zrazu bez żadnych zmian znacznych po przybyciu i rozlokowaniu się w Wilnie, drobne różne okoliczności zaczęły go potem powoli zmieniać, a największą zmianą było nieustanne przerzucanie się Teofila u którego się zbierano, który spróbowawszy medycyny, prawa, nauk przyrodzonych, literatury, zrażony wreszcie, nie wiedział co począć z sobą, bo już nie miał ochoty do niczego. Longin, który niby nim najwięcej kierował i narzucał mu się, zamiast pomocy i litości, jaką był powinien okazać, prześladował go teraz nielitościwemi szyderstwy. Teofil począł coraz mniej uczęszczać na prelekcje, zobojętniał, bawił się czytaniem wyrywanem i bez ciągu, zagrażało mu nawet w przyszłości, że będzie musiał uniwersytet porzucić.
Potrzeba więc było radzić, a Serapion cichy i milczący, gdy szło o niego samego, postrzegłszy co się święci, pobiegł do Baltazara, którego za najstateczniejszego uważał i miał sobie za obowiązek zwrócić na to jego uwagę.
— Teofilowi potrzeba coś poradzić, rzekł, inaczej porzuci nauki... spróbował wszystkiego po troszę, dziś mu już nic nie smakuje.
— E! to głowa otwarta na cztery wiatry, odparł Baltazar, który do nudnych spraw dla miłości bliźniego mieszać się nie lubił — co ty chcesz? przerobić człowieka? takim się urodził i takim umrze, na nic mu uniwersytet i nic po nim uniwersytetowi — niech sobie lepiej do domu powraca.
— Ależ szkoda by go było, rzekł po cichu i skromnie Serapion, nie jest on bez talentu... mógłby się stać sobie i drugim użytecznym... Gdybyśmy go zachęcili, podali mu radę dobrą, zwrócili go na drogę pracy?
— Jakiejże pracy? ruszył ramionami Baltazar — co ty chcesz z niego zrobić? Dosyć Longin z niego naszydził, a przecie nic na nim wymódz nie potrafił.
— Gdybyśmy się kiedy zeszli do niego i łagodnie a serjo przedstawili mu następstwa tej niestałości, może poznawszy siebie popracowałby nad sobą.
— Kochany Serapionie, ty to zawsze mierzysz drugich sobą... ty co innego, on co innego... wszystko to daremne, bo z Teofila prócz dobrego towarzysza nic nie będzie, człowiek co niema wytrwałości, zgubiony.
— Ale mógłby ją właśnie w sobie wyrobić!
— Gadaj zdrów...
— Zejdźmy się wieczorem...
— Ja przyjdę, ale tylko, żeby posłuchać i zobaczyć, jak się do przerabiania człowieka weźmiecie, czarnoksiężnicy!
Poczciwy Serapion poszedł tak milczkiem i do innych, wstąpił do Konrada, którego zastał nad tualetą i studjami komologicznemi; — porzucił wreszcie gospodarz szczotkę i wesoło powitał rzadkiego u siebie gościa.
— Przyjdziesz dziś do Teofila? spytał po prostu Serapion.
— Wieczorom? nie wiem! mam dziś wieczór! jestem proszony... zawołał Konrad.
— No, to przed wieczorom twoim, chodzi o to, aby Teofilowi poddać zapału i ochoty, na których mu zbywa...
— A jakże! a jakże! doskonale! będę, powiem mu kazanie! Potrzeba żeby starał się usposobić na żywego członka społeczeństwa, nie martwą cząstkę jego... musiemy go sprostować, natchnąć, pokierować!
Cyryll przyjął podobne wezwanie milczeniem, Albin uściskiem, Jordan ręką machnął tylko i o mroku wszyscy się do Teofila powoli ściągać poczęli. Oprócz wymienionych było jeszcze kilku przypadkowo przybyłych i do tej nienależących kolonij, ale im wcześnie oznajmiono o co chodziło.
Teofil był właśnie w jednym ze swych paroksyzmów zwątpienia zupełnego, nic mu nie smakowało, wszystkiego popróbował i rzucił, życie zdawało się obojętne... zastaliśmy go nad książką, którą przewracał nie czytał, leżącego na łóżku w szlafroku, i poziewającego szeroko.
Aleksander Macedoński pierwszy stanął naprzeciw łoża w postawie teatralnej, założył ręce na piersi i odezwał się do niego podniesionym głosem:
— Patrzcie! oto człowiek! ma młodość! ma dostatek! ma czas, ma talent... boć i talent jest... a że mu Pan Bóg dał wszystko, niczego użyć nie umie! Skosztował tylko po trosze z jednej i drugiej miseczki i już się znudził wszystkiem... panowie medycy szukajcie mu lekarstwa... niepodobna opuścić kolegę!
— Jako medyk, przerwał Baltazar, jako starszy od was wszystkich, nicbym innego nie poradził nad porządną frykcję, któraby funkcje żywotne do harmonji powołała, bo jest dezorganizacja jakaś... ale Teofil już na to za stary... Medycyna nic tu nie poradzi, ale gdyby ojciec majątek stracił, a kawałka chleba zabrakło, kto wie możeby żelazna konieczność...
Konrad, który wszedł wystrojony chuchając w białe rękawiczki i począł serdecznie do zbytku witać po kolei wszystkich, rozbrajając żarty, które czuł, że go z powodu elegancji podejrzanej spotkać mogły — podchwycił żywo:
— Wina cięży nie tyle na Teofilu, co na społeczeństwie.
— Jakto na społeczeństwie? przerwał żywo Serapion — co ci jest?
— O tak! rzekł Konrad, Teofil nic nie winien, że wychowania jego nie zastosowano do charakteru, że jednako karmiono go jak innych, że poczciwemu ojcu dozwolono wypieścić syna. Społeczeństwo powinno było odebrać dziecię ojcu i czuwać nad niem, zrobić djagnozę umysłu i stosownie do niej postąpić. Dziś, złe dokonane, sam on tylko z tego zwątpienia dźwignąć się może wyrabiając w sobie wolę silną...
— To jest, mruknął Longin, żeby toczyć, potrzeba tokarni, a tokarnia musi być wprzód wytoczona sama...
— Czego wy chcecie odemnie? podchwycił Teofil, oglądając się po zgromadzeniu, które łoże jego otaczało... Cymbuś! nastawiaj samowarek i daj mi fajkę! Et tu Brute contra me? wyźwierzył się do Konrada — i ty elegancie, próżniaku i światowcze? Czegoż powtarzam, chcecie od nieszczęśliwego, padającego ofiarą swej żądzy nauk i sławy? Wszakżem próbował wszystkiego? wszakżem się zapalał? wszak siedziałem po nocach? chodziłem jak zwarjowany? Cóżem winien, że jak kamień od razu idę na dno i widzę marność wiedzy ludzkiej? Mogęż ja gdy mi ręce bezsilne opadną, gwałtem się skazywać na pracę, któraby była bezpłodną?
— Możesz, rzekł po cichu i zwolna Serapion, zbierając się na odwagę wystąpienia w cudzej sprawie — możesz, powtórzył, praca nie jest zabawą, — męczy, to dobrze, nuży, tak być musi, łamie człowieka, to jej powinność... Widzisz chwilami, że droga, którą idziesz, pusta, ale nie wiesz dokąd prowadzi, a iść wytrwałe potrzeba.
— Ale gdzież się zajdzie nie miłując przedmiotu? spytał Teofil, tu potrzeba miłości!
— Tak jest... a więcej jeszcze nad nią wytrwania — rzekł Cyryll. — Być-że może, abyś z całego ogromu wiedzy ludzkiej nic dla siebie wybrać i stale ukochać nie potrafił?
Dixisti, odparł leżący, tak ono właśnie jest — wybierałem po kolei każdą naukę, kochałem każdą i żadna mi się wzajemnością nie wypłaciła. Zupełnie tak jak kobiety... z daleka prześliczności... zachwycasz się, zbliżysz, rozpoznajesz... ehe! plama na twarzy, brodawka na nosie... nogi jak stempory, ręce czerwone, i ideał przemienił się w kucharkę...
— To nieszczęście właśnie, że ty kucharki kochać nie umiesz, przerwał Konrad... trzeba umieć kochać, mieć miłość, a ideał ona stworzy, serce twe chłodne i próżne...
— Bałamucicie młokosy! przerwał żywiej niż zwykle Baltazar — porównanie nie racja, Cymbuś gotów myśleć, że się jego pan kochał w Marytornie... skończyliście, jak zawsze, na błazeństwach!
— Widzę, że to cały spisek na mnie, rzekł Teofil śmiejąc się — ale cóż poradzicie, kiedy mi ochoty braknie?
— Ochoty się nabiera, byle chcieć jej, rzekł Baltazar.
— A kto nie umie? kto nie może?
— Robi bez ochoty, a z obowiązku — odparł Cyryll — czy myślisz, że i my mamy ochotę zawsze? że i na nas nie napadają chwile znużenia i zniechęcenia? każdy na to choruje, ale słabość zwyciężyć umie!
— A więc recepta! dawaj receptę! zawołał Teofil.
— Weźmiesz-że lekarstwo? wątpię!
— Czasem się ono daje i gwałtem! szepnął Longin z boku.
— Ale naprzód lekarstwo!
— Wytrwanie uporczywe! rzekł Cyryll.
— Ależ właśnie o to chodzi! ja go nie mam!
— Ucz się go wprawą powolną... usus te plura docebit.
— Żart żartem, zawołał Longin, tobie raz przecie potrzeba się namyślić, wybrać stanowczo i wybrawszy przedmiot nie rzucać już go choćby się wyczerpał i umęczył.
— Dajcie mi przedmiot... sam go wybrać nie umiałem, wybierzcie dla mnie...
— Słuchajcie! rzekł panująco Longin, znam dosyć człowieka, zrobiemy konsyljum walne, a ja jako ordynarjusz opowiem historją choroby.
Wszyscy widząc, że się na długo zabiera, poprzysiadali na krzesłach, łóżku, poręczach, kufrze i oknie, a twarz ospowata ciekawego Cymbusia, który o samowarku zapomniał, ukazała się we drzwiach.
— Poczęło się to, mówił Longin, od niepomiernego użycia różnych niestrawnych umysłowych pokarmów — chory obżarł się, był głodny, dopadł nagle do zastawionego dla licznego towarzystwa stołu, pił, jadł, opychał się i dostał w wysokim stopniu...
— Niestrawności! przerwał Teofil... dobrze... ale tu ani emetyku, ani hipekakuany nie zaadministrujesz?
— Natura młoda sama się pozbędzie niepotrzebnego, ale na przyszłość trzeba przepisać djetę, mówił stanowczo Longin. Głowa się do wszystkiego paliła, a nie każda rzecz wszystkim dobra, medycyna kochanku nie dla ciebie, kochałbyś się we wszystkich swych pacjentkach... prawo nadto poważne i suche, na filozofa nie wyglądasz. Kiuvierem nie bodziesz, bo jakby ci przyszło z zęba odgadywać źwierzę, nie doszedłbyś dalej szczęki... Tobie panuje imaginacja i pierwsze wrażenie, każda rzecz cię porywa, odbija się w tobie i wstrząsa cię do głębi, jesteś stworzony na poetę lub literata, który niczem innem nie jest tylko źwierciadłem odbijającem otaczające go życie: wróć więc do literatury i trzymaj się już jej jak pijany płotu...
— Literatury! zaśmiał się Teofil, masz mnie więc za człowieka co nic poważniejszego, surowszego nie potrafi?
— Mam, i tak jest! rzekł Longin.
— A to może i prawda, zmieniając ton, odparł Teofil, powstając z łóżka... zawsze w sobie czułem to powołanie...
Wszyscy się rozśmieli. Cymbuś pokiwał głową, ruszył ramionami wyraziście, i spluwając powrócił do samowara. Mina jego zwróciła oczy wszystkich, Longin wskazał go gospodarzowi.
— Oto patrz, rzekł, nawet Cymbuś już w ciebie nie wierzy i śmieje się z ciebie.
— Bo nikt mnie nie rozumie! nikt na całym święcie! — krzyknął tragicznie obwiniony.
— Owszem, doskonale, rzekł Baltazar, ale gdybyś ty Teofilu lepiej swą słabość zbadał, możebyś coś na nią poradził.
— Nie rozumiecie mnie, nie! mówił dalej gospodarz — dusza moja łaknie nad miarę, ale ma jakieś przeczucie znikomości rzeczy ludzkich, nicości nauki, próżni życia. Goreję a nic mnie nie chłodzi, pragnę, nic mnie nie napaja, wołam, nikt nie odpowiada.
— Otóż dowód, jak dobrze radziłem, przerwał Longin, gotowa poezja, o rymy tylko chodzi, ruszaj na literaturę i po wszystkiem.
— To jest, powróć, dokończył Albin Fiołek, niech twą dłoń znowu jako kolegi uścisnę, siądziemy na jednej ławie i pracować będziemy razem.
— Cymbuś czy samowar nie gotów? przerwał gospodarz zmieniając ton rozmowy.
— Dajże pokój Cymbusowi i samowarowi, rzekł zbliżając się Serapion, rzecz więc postanowiona, wracasz do literatury i dajesz nam słowo, że wytrwasz.
— Słowo? na co?
— Dla tego, że cię nam wszystkim szkoda bracie, że cię nam żal Teofilu, że później ty sam żałować będziesz straconego czasu, a dla szczęścia twojego potrzeba pracy, celu, zajęcia.
Teofil rzucił mu się na szyję.
— Drogi mój milczku! rzekł, — niech-że cię uściskam za najpoczciwsze twe chęci, ale są ludzie przeznaczeni na męczarnie, i napiętnowani klejmem fatalności!
— Jak pan Piłsuć, dodał Longin — bóty robi, bez bótów chodzi i żona mu łysą głowę myje.
— Ale za to córeczka! rozśmiał się Jordan.
— Mnie się zdaje, że ten skarb nie wiele go pociesza, bo w dodatku jeszcze argusować nad nim musi, a Rózia nie łatwa do upilnowania.
— Rózia w jedno tylko okno Konrada pogląda i tam dla niej niebezpieczeństwo, rzekł Longin, reszta zabawka.
Konrad się jakoś uśmiechnął kwaśno.
— Niewdzięczny! rzekł Teofil — gdyby chciała tak patrzeć na mnie, jabym dla niej szalał!
— Szczęściem u ciebie i szał nie trwał by długo, dodał Jordan.
— Ale słowo twe? słowo? podchwycił Serapion, słowo... oto świadkowie... czekamy...
— Chcecie? daję więc uroczyście, powstając i wznosząc rękę do góry rzekł Teofil — i poprzysięgam że... ale na cóż mam przysiądz? że literatury nie porzucę aż do śmierci!
— Bylebyś dotrzymał do ukończenia kursów.
— Niech i tak będzie... biorę ją sobie za małżonkę... choć bardzo stara! rozśmiał się Teofil.
— Poezja? stara? — rzekł Albin.
— Jak świat... powtóre, trochę płocha, ale cóż robić? przyjmuję wyrok z rezygnacją.
Cymbuś, który piąte przez dziesiąte słuchał i zrozumieć nic nie mógł, a przyśniło mu się, że jego pana żeniono z Rózią szewcówną, wychylił głowę i zawołał:
— Oto, jak się pan dowie! będzie paniczowi dopiero!
Śmiech ogromny i oklaski powitały śmiałe wystąpienie Cymbusia, który ruszywszy ramionami wrócił do pieca i samowara.
Tymczasem Konrad, który nałożył już nareszcie rękawiczki i z niecierpliwością poglądał na zegarek, nie śmiejąc wyjść pierwszy, szukał widocznie powodu do oddalenia się; Longin to postrzegł, a raczej domyślił się.
— No! bez ceremonji kochanie, idź gdzie woła powinność! Czuję przez skórę, że cię korci! nie potrzeba nigdy gwałtu zadawać naturze, nas ona prowadzi do tej dymnej izdebki, ciebie ad altiora, do świetnych salonów, na ślizgawicę posadzek... dobranoc wielki mężu!
— Nie dobranoc, Pasquinie.... bo jeszcze pewnie was zastanę tu zebranych powróciwszy — odpowiedział Konrad, wymykając się — wierzcie, że mi istotnie żal, że tak miłe towarzystwo opuścić muszę.
— Ale obowiązki przedewszystkiem! — szepnął szydersko Baltazar.
— Ochota gorzej niewoli! — dodał Jordan — sam się zmuszasz i dobrze czynisz.
Konrad nie czekając reszty, potrąciwszy Cymbusia, wybiegł na wschodki śpiewając piosnkę dla nadania sobie odwagi.
Reszta zgromadzenia pozostała na cały wieczór, a Teofil nawet dał nadzieję wieczerzy i pieczonych kasztanów. Zabrało się więc na długą gawędkę, a przybycie jeszcze kilku towarzyszów z dalszych krajów, ożywiło jeszcze trochę Coenaculum, i przeniósłszy się z sypialni do wielkiego pokoju, młodzież rozsiadła się w nim na sofach do koła.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.