<<< Dane tekstu >>>
Autor Henryk Sienkiewicz
Tytuł Mieszaniny artystyczne i literackie
Pochodzenie Pisma Henryka Sienkiewicza (wyd. Tygodnika Illustrowanego), Tom LXXXI
Wydawca Redakcya Tygodnika Illustrowanego
Data wyd. 1906
Druk Piotr Laskauer i Spółka
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Indeks stron
Mieszaniny literacko-artystyczne.
II.
Profesor Tarnowski. „O dalszym ciągu rozwoju poezyi romantycznej w Polsce“.

Pod tak złożonym tytułem prelegent rozbierał w trzech odczytach „Nieboską komedyę Zygmunta Krasińskiego“. Początek pierwszego odczytu poświęcony był samej osobie poety. Biografia to niezmiernie trudna do kreślenia, zwłaszcza gdy się przemawia z katedry. Prof. Tarnowski mógł zauważyć, że między wszystkimi naszymi poetami życie tego wieszcza było najpełniejsze łez i bólów i cierpień, ale analizować tych cierpień i wyłuszczyć ich przyczyn, ich składników nie mógł. A jednak taka analiza drobiazgowa byłaby niezmiernie ważnym i niemal niezbędnym komentarzem do dzieł poety, taką tylko bowiem drogą moglibyśmy dowiedzieć się i poznać jasno, jak wyrabiał się wśród boleści ten umysł tak górny, tak ogarniający świat cały. Prelegent musiał przesuwać się koło wielu pierwszorzędnych szczegółów biograficznych, jak koło żarzących węgli — i dzięki tylko jego talentowi krasomówczemu i zręczności pisarskiej, dzięki umiejętności patrzenia w duszę ludzką, życiorys Krasińskiego rzucił tyle światła na dzieła, ile go było trzeba do ich wytłumaczenia i zrozumienia. Krasiński urodził się genialnym myślicielem. Genialnym — to znaczy twórczym, zatem władnącym tworzącą siłą fantazyi w równowadze z rozumem. Ten myśliciel kochał tak, jak mało kto ze współczesnych, cierpiał, jak nikt ze współczesnych — i z tych trzech składników: z ogromnego rozumu mędrca, z ogromnej fantazyi i ogromnego bólu — zrodził się wielki poeta, który jest zarazem wieszczem niemal jasnowidzącym. Zarówno w jego myśli, jak w jego poezyi można dopatrzyć się wpływów czy to ówczesnej filozofii, czy poetów, ale prelegent miał słuszność, twierdząc, że samej poezyi nie ma z czem porównać. Poezya ta stoi samotna, wysoka i odrębna w całej literaturze i polskiej i europejskiej. Pierwszą cechą jej odrębności jest jej charakter społeczny. Na gruncie niezmierzonej miłości dla swego narodu poeta stawia wypadki światodziejowe i, skuwając je sercem z losami własnego społeczeństwa, rozpatruje je w związku. Dowodem tego „Nieboska komedya“, jedno z najważniejszych i najgenialniejszych dzieł Krasińskiego. Dwa światy, ścierające się w niej, walczą ze sobą nietylko u nas, ale i w całym świecie. Poemat pod tym względem ma znaczenie kosmopolityczne. Wszelako naukę z tego poematu, jego głęboki sens moralny poeta przeznacza dla swoich. Duch wieszcza ogarnia ludzkość, ale unosi się tylko nad swoimi — i ich przedewszystkiem ostrzega przed pożarem, ich przedewszystkiem pragnął ocalić! Przypatrzmy się bliżej temu wspaniałemu lotowi. Oto w ludzkości rozgrywa się „Nieboska komedya“. Nowy czas występuje do walki ze starym. Po obu stronach stają ludzie, którym idzie o śmierć i życie. Jest to walka o byt tych, którzy są głodni, z tymi, którzy się już nasycili. Nim wyraz „walka o byt“ był stworzony, poeta go przeczuł i odgadł. W pierwszym obozie staje demokracya, która ocknęła się ze snu wiekowego i poczuła nagle swą siłę, w drugim — wszystko to, co się zwykle skupia pod sztandarami konserwatyzmu. Duch poety nie jest w żadnym z tych obozów, on się unosi nad nimi, patrzy na nie, jakby patrzyła sprawiedliwość dziejowa, i jest zupełnie gdzieindziej. On sądzi obie strony bez litości, a dowodem tego postacie, które wprowadza i które charakteryzuje, idąc za nim, prelegent. Na czele arystokratycznego obozu stoi hrabia Henryk. Kto to jest? Tytan, półbożek. Ma on twarz bohatera, a duszę poety. Kołysały go tradycye. Po nocach wołał go krzyk „rodowego anioła“ do wielkich czynów... Z ogromnej przeszłości szły na niego jakieś tajemne wpływy, jakieś fale. To, co zmarłe, zmartwychpowstawało w jego fantazyi i otoczyło go tak silnie, że stał się człowiekiem, który ciałem żył na ziemi, duszą w grobach. Świat rzeczywisty, świat kupców, rzemieślników i fabrykantów — zbrzydł mu, więc stworzył sobie inny, pełen gotyckich zamków, katedr, świateł i uroczych cieni. Jednem słowem, żył fantazyą, która wkrótce zawładnęła jego rozumem i wszystkiemi władzami duszy. Chciał widzieć wszystko poezyą i samego siebie poetycznym. Bo fantazya jego zwracała się również i na siebie samą. Dziwny objaw. Prelegent zwraca tu uwagę na pewien stosunek między Hamletem a hrabią Henrykiem. Pierwszy staje się niezdolnym do czynu z powodu nadmiaru refleksyi, drugi z powodu fantazyi. Hamlet tak rozważa, tak rozpatruje z każdej strony fakt życiowy, tak wątpi, czy go już ujrzał w świetle prawdziwem, że tylko rozważa, a tymczasem życie niesie jego bierną łódź, gdzie chce. Hrabia Henryk popada w straszny nałóg szukania przedewszystkiem form poetycznych w tem, co go otacza — i w sobie samym. Ten nałóg tak wyjaławia jego duszę, że w końcu staje się ona niezdolna ani kochać, ani nienawidzieć prawdziwie. Czy spada na niego szczęście, czy nieszczęście — on nie oddaje się ani po prostu ani całkowicie wrażeniu, bo fantazya jego szuka przedewszystkiem formy poetycznej. Analogia między Hamletem a hr. Henrykiem jest świetnem spostrzeżeniem prof. Tarnowskiego. Obaj są ludźmi, jakby z góry skazanymi na to, by zabiła ich rzeczywistość. Ta niezdolność życiowa Henryka jest jego przekleństwem, bo z niej płyną i jego zbrodnie. Oto w części I-szej poematu czuwa jeszcze nad nim anioł-stróż. Z ust jego płyną słowa:
„...Pokój ludziom dobrej woli. Błogosławiony pośród stworzeń, kto ma serce — on jeszcze zbawion być może. Żono dobra i skromna, zjaw się dla niego — i dziecię niechaj się narodzi w domu waszym“.
Następuje ślub, wesele. Ona jest mu piękna w osłabieniu swojem, w kwiatach, perłach i wstydzie. Ona mu będzie pieśnią. To fantazya mówi nie serce... Potem, gdy przyjdzie życie codzienne, bez fantastycznych przyborów z pereł, kwiatów i osłabień — on ją porzuci. Żona „dobra“ oddała mu duszę całą, mogła nasycić serce, potrzebę szczęścia, ale nie nasyciła fantazyi — więc oto kona w szpitalu obłąkanych. Wyprosiła tylko przed śmiercią u Boga, by jej syn był poetą, bo ojciec inaczej kochać go nie będzie. Syn jest poetą — i właśnie dlatego widomem przekleństwem dla ojca. Dziecię, gdy mówi pacierz, fantazyuje. Dziecię to żyć nie będzie, bo jest poetą, cieniem, aniołem, ale nie człowiekiem. Ten ojciec pozostanie bezdzietnym — i chyba dramat będzie mógł układać ze śmierci żony i syna. Kara i potępienie zawieszone nad nim. Syn jest karą dla wyjałowionej duszy przez fantazyę. Taki to człowiek stanie się w obozie arystokratycznym wodzem walki na śmierć i życie. Dlaczego on? Bo on wśród tego świata, któremu imię „morituri“, jeszcze najlepszy, najwyższy, najbardziej bohaterski. Poza nim tłum hrabiów, książąt i baronów — to tłum tchórzów, obżartuchów, pochlebców, tłum dusz tak właśnie małych, jak wielkie są wypadki, wobec których stać trzeba.
W obozie tym poeta znalazł jednego skaleczałego moralnie bohatera i więcej nic. Ten jeden potrafi umrzeć, jak wielki artysta, ale nie potrafi żyć. I on jeden. Inni — to śledzie, które zginą bez wieści i bez sławy w paszczy rewolucyjnego wieloryba. Żaden najskrajniejszych pojęć pisarz nie obszedłby się tak bez litości z tym obozem, jak obszedł się z nim Krasiński. Uznanie poetyczne Henrykowi, całkowita pogarda innym — śmierć wszystkim. Gdzie sympatya autora? Czy w obozie przeciwnym? Zstąpmy tam. Na czele jego Pankracy. Czy imię te wypadkowe? Czy poeta, jak sam pisze, wybrał je dlatego tylko, że brzydkie? Trudno uwierzyć, gdy w tem imieniu brzmi: panowanie wszystkich. Ale mniejsza o to. Pankracy — to drugi tytan, drugi półbożek. Z twarzy jego bije potęga. „Głos jego przeciągły, ostry, wyraźny, każde słowo rozeznasz, zrozumiesz, ruchy jego powolne, łatwo wtórują słowom, jak muzyka pieśni — czoło wysokie, obnażone — włosa jednego na czaszce niemasz, wszystkie wypadły, strącone myślami — skóra przyschła do czaszki, do liców, żółtawo się wcina pomiędzy kości i muskuły, a od skroni broda czarna wieńcem twarz opasuje — nigdy krwi, ni zmiennej barwy w licach. Oczy niewzruszone, wlepione w słuchaczy, chwili jednej wzruszenia, pomieszania nie dojrzeć; a kiedy ramię wzniesie, wyciągnie, wytęży ponad nimi, schylają głowy, zda się, że wnet uklękną przed tem błogosławieństwem wielkiego rozumu — nie serca — precz z sercem, z przesądami etc.“
Tak opisuje go Krasiński.
Profesor Tarnowski, przekładając język poety na prozę, widzi w Pankracym uosobienie logiki, która niema litości. Zgniecie ona jęczących, nie otrze łzy, bo to sfera inna. Logika może być tylko logiczną, nie zaś miłosierną, dobrą, cnotliwą, lub kochającą. Logika — to konieczność, to bieg rzeczy i wypadków. Panowanie siły, zguba słabych — to także logika. Brak pocieszenia, ratunku, otuchy — to także logika — uosobienia w Pankracym. On stoi na czele, bo tak być musi. Poza nim w tym drugim obozie tłuszcze: przechrzty nieszczerzy, lokaje, pucybuty, nierządnice, mord i orgia. Niema myśli, są tylko instynkty; niema pragnień, są tylko apetyty; niema życia — tylko chęć użycia. W ogromnych i strasznych zarysach przedstawia się nam ten drugi obóz...
Noc, orgia! a wśród ciemności, dogasających ruin słychać wrzaski ochrypłych głosów. „Bracia moi podli, bracia moi mściwi“ — woła głos jeden. „Obywatele schyleni nad prawidłem w pocie i poniżeniu, glancując buty, poczuliśmy prawa nasze“ — woła drugi. Kobieta krzyczy: „Jestem wolną niewiastą i rozdaję miłość moją“. Podobnie ponurych i posępnych rysów szukać chyba w świecie dantejskim. Jeśli forma Fausta wpłynęła na tę „nieboską komedyę“ — treść jej przerosła spółczesną doniosłością Fausta. Te karty są straszne. Człowiek na nich podobny jest do apokaliptycznego zwierzęcia. Tem to wszystko straszniejsze, że oto przed nami zwycięzcy — i że są to „stare zbrodnie w nowych szatach“. Zarody tego wszystkiego, co ludzkość dusiło, co do jednego tkwią już w tym obozie; zwycięstwo nie przyniesie ulgi, dobra, szczęścia, zmian nawet. Tłum tego nie czuje, ale jest ktoś, co to rozumie. Twarz jego marmurowa zawsze, oblicze nie drgnie, ale pod ową ogromną czaszką wylągł się twór, który się nazywa niepokój. Pankracy rozumie, że czegoś brak w jego budowie — czegoś może bardzo ważnego. Gdzie to coś jest? Czy nie w obozie przeciwników? Tytan demokracyi idzie tam szukać. Chce on poznać tego Henryka, który oto zamknął się w zamku św. Trójcy, gdzie wie, że nie zginie, musi zginąć, ale chce zginąć. Dlaczego? Czy on może zagrzebie ze sobą to coś, czego brak Pankracemu? Nie. Z rozmowy miedzy Pankracym i Henrykiem okazuje się, że wszystkie zarzuty, jakie jedna strona czyni drugiej, są słuszne, ale każda pojedyńczo nie umie dowieść racyi swego bytu. To, co sobie przeciwstawiają, wygląda na jakieś olbrzymie, wiekowe nieporozumienie, ale jaka jest synteza tej tezy i antytezy, ani Henryk, ani Pankracy nie wiedzą, nie rozumieją, nie odgadują. Przepaść się tylko powiększa. Walka musi być śmiercią jednych lub drugich. Jakoż na drugi dzień rozpoczyna się zaciekła, jak nigdy. Zamek pada. Orcio poeta ginie, Henryk rzuca się w przepaść, Pankracy zwycięża.
A teraz co? Czy jedno złe ma zastąpić drugie? czy cały ten poemat to tylko wybuch rozpaczy? Mimowoli każdy, kto przeczytał poemat, spyta, gdzie jest poeta, co nam zostawi jako otuchę?
Jeszcze nie koniec. Pankracy stoi jako tryumfator na szczycie zamku, obok niego powiernik Leonard, gdy nagle ukazuje się na niebie straszne widziadło:
„Jak słup śnieżnej jasności, stoi ponad przepaściami, oburącz wsparty na krzyżu, jak na szabli, mściciel. Ze splecionych piorunów korona na skroni jego… Od błyskawicy tego wzroku chyba mrze, kto żyw…
Leonard do Pankracego:
— Coraz to bardziej rumieniec zbiega ci z twarzy. Chodźmy stąd, chodźmy, czy słyszysz mnie?

PANKRACY.

Połóż mi dłonie na oczach, zadław mi pięściami źrenice, oddziel mnie od tego spojrzenia, co mnie rozkłada w proch.

LEONARD.
Czy dobrze tak?
PANKRACY.

Nędzne twe ręce, jak u ducha, bez kości i mięsa, jak woda, przejrzyste, jak szkło, przejrzyste, jak powietrze. Widzę wciąż!

LEONARD.

Oprzyj się na mnie.

PANKRACY.

Daj mi choć odrobinę ciemności…

LEONARD.

O mistrzu mój!

PANKRACY.

Ciemności, ciemności!!

LEONARD.

Hej, obywatele, hej! bracia demokraty, na pomoc. Hej! ratunku — pomocy — ratunku!

PANKRACY.

Galilee, vicisti...

(Umiera).

Komu fantastyczny nastrój poematu zostawił choć najmniejszą wątpliwość co do jego tendencyi, co do myśli, temu prelegent układem całości pomógł do zrozumienia jej w całej pełni. Te dwa światy walczące ze sobą walczyły tylko w imię nienawiści, która nie tworzy. Duch poety wyższy nad stronnictwa i partye unosi się ponad obozami i mówi nam, że nie o to dbać trzeba, by stare zbrodnie w nowe obłóczyć szaty, bo tworzy tylko miłość jedna, której widomym symbolem było zjawisko owo, widziane przez Pankracego. Do wyrównania wiekowych przepaści trzeba dobrej woli. Poza rachunkiem logicznym, poza walką o byt, poza siłą — jest coś, co się w te kategorye nie mieści, a co wypadki dziejowe chryzmatem prawdziwej ludzkości znaczy, co świat człowieczy od wierzącego różni. Kto przy tej trzeciej sile stoi, ten przetrwa burze — i usłyszy w przyszłości: pokój ludziom dobrej woli!...

Sala ratuszowa, w której odbywały się lekcye, przedstawiała w końcu trzeciego odczytu niezwykły widok. Jasnowidzenie poety, który tak uprzednio, a tak wyraziście streścił w potężnych, a krótkich zarysach jakoby dzieje lat ostatnich, i nierozwiązane a groźne zagadnienia, na które sami patrzymy, — jasnowidzenie to, uprzytomnione wymową prelegenta, wywarło wrażenie czegoś niezwyczajnego. Sam też prelegent, doszedłszy do konkluzyi, do nauki, płynącej z poematu, począł mówić z niezwykłym zapałem, który z kolei udzielił się słuchaczom. Wzruszenie odbiło się też na wszystkich twarzach — i cały odczyt przybrał charakter prawdziwej biesiady duchowej, z której dajemy tylko niedokładne sprawozdanie, musieliśmy bowiem dla braku miejsca pominąć wiele szczegółów, bądź z charakterystyki artystycznej, dawanej przez prelegenta, bądź z jego wywodów ogólnych.

Słowo. R. 1882. № 46.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Henryk Sienkiewicz.