<<< Dane tekstu >>>
Autor Eugeniusz Małaczewski
Tytuł Na Atlantyku
Pochodzenie Pod lazurową strzechą
Wydawca Instytut Wydawniczy „Bibljoteka Polska“
Data wyd. 1922
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


NA ATLANTYKU.


Są takie chwile, cudne, choć powszednie,
kiedy się serce ni cieszy, ni smęci,
lecz tak, jak wszystko naokół, bezwiednie
bije olbrzymiem, jak ocean, tętnem. —
Miałem te chwile. Iżby nie zanikły,
lecz by się stały wspomnieniem pamiętnem,
niechaj ich urok opowie wiersz zwykły,
który układam sobie dla pamięci.
 
Po rozpląsanej Atlantyku głębi,
od nieba nisko, a od lądu zdala,
płynie mój okręt. Z pod steru się kłębi
i wstecz z pod wody wysnuwa się fala
malachitowa, zielona przejrzyście,
okryta piany serwetą dziurawą..
Szum nieustanny wre wśród wód, jak liście,
gdy o burt statku uderzą swą ławą.

Spoglądam przed się — na prawo — na lewo —
wszędy horyzont ma wodę w swem kole;
a naszych masztów gołolistne drzewo
w pośródku koła, jak na krągłym stole,
buja się, kreśląc po powietrzu krzyże
i esy, nagłe, jak chybki lot mewi.

Patrzę na fale... Jak wicher są chyże...
Z niczego fala taka się wykrzewi,

wydmie się gniewnie i, chybocąc, płynie,
a szczyt jej złamie się i kurzem bryzga,
aż się rozchwieje nagle na głębinie...
I na jej miejscu już inna się ślizga.

Na fale patrzę: jednakie jak gdyby,
a takie różne... Jedna jest podobna
do szklanej, wiatrem wydmuchanej szyby;
druga, płynąca od innych z osobna,
lewjatanowym wydłuża się skrętem;
inna — zielenią znów stoży się w sobie,
aby się rozpaść, rozprysnąć ze szczętem — —
A wnet już nowa na pustym jej grobie
wyrasta żywym garbiskiem, pagórem...

Patrzę na fale — idą wszystkie do mnie,
rwącym się, w pianie zaszarganym sznurem,
taneczne, szumne i tęskne ogromnie....

I w tem patrzeniu na to wód zjawisko
tak zapamiętać się można i ulec,
jakby się miało przed wzrokiem ognisko,
co kwiatem ognia odsuwa hamulec,
zamykający wyobraźnię klamrą...
Wy czar ten znacie... W samotne wieczory,
gdy światła w cieniach fijołkowych zamrą, —
złociste kwitną w kominach jęzory....
Patrzeć w nie można długo, jak w obłoki,
a zaś w obłoki tak długo, jak w fale,
w te morskie fale....


A lot mew szeroki?
Mew, które skrzydłem nie ruszają wcale,
a po powietrzu, jak wzrok się przenoszą?
Okręt na fali kołysze się miękko,
ja godzinami z radosną rozkoszą
patrzę na mewy... Zda się, że ich ręką
można dosięgnąć... Każda się lazurzy
z pod spodu śnieżnie, a z wierzchu pokostem
oksydowana jest srebrnym... Gdy wnurzy
w wodę pierś, skrzydła zaś rozpostrze mostem
od szczytu jednej aż do drugiej fali, —
Morze odtrąci ją wraz z kiścią piany,
Więc znów, jak wprzódy, lotem się zuchwali....
I wzrok mój, śmigiem ptasim opętany,
nie wie, co ptak jest, a co — okwit fali!...
Mewy i fale — fale i mew loty —
patrzę i słucham — Atlantyk dokoła...
O burty pluszcze szum... jest jak nawroty
piosenki wiecznej, której nikt nie zdoła
śpiewać, prócz Morza.... Jedyna to chwila,
kiedy się serce ni cieszy, ni smęci,
lecz się ku falom, jak mewa, nachyla
i samo sobie śpiewa ku pamięci....





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Eugeniusz Małaczewski.