<<< Dane tekstu >>>
Autor Jerzy Bandrowski
Tytuł Na polskiej fali
Wydawca Dom Książki Polskiej, Sp. Akc.
Data wyd. 1935
Druk Drukarnia M. Arcta
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron
XLIII.
Koniec róbołówstwa. Odjazd pana Żebrowskiego. Mam wracać na ląd. Pożegnanie z Dawidem. Do widzenia, morze!

Rybołówstwo właściwie skończyło się około Świąt Wielkanocnych, gdy wędzarnicy zamknęli wędzarnie i zaczęli likwidować swe interesy. Zaczęły napływać od letników zadatki na mieszkania, rybacy zamienili się w murarzy i cieślów i przystąpili do budowy nowych domów lub remontu i rozbudowy starych. Dawid robił ramy okienne i drzwi do nowych domów z bit sosnowych, tak żywicznych, iż w warsztacie jego pachniało jak w lesie. Było słonecznie, lecz zimno, i według wyrażenia Dawida — gdy na raju drzewięta już zieleniały, tu nawet trawa jeszcze nie wynikała.
— Przednówek rybacki! — tłumaczył mi pan Żebrowski. — Niewody ciągnąć i drewać będą jeszcze do świętego Wojciecha, kiedy to, według starego przysłowia, łosoś ma nosem w kraj uderzyć, a potem idzie sobie...
— Dokąd?
— Zoologji się nie uczyłeś? — huknął na mnie pan Zebrowski. — Panowie uczeni powiedzieli ci, że on wędruje Wisłą, a potem w górę naszych rzek, więc choć on przed wisielną wodą ucieka, choć wtedy, kiedy powinien być tam, jest tu, choć wszystko jest inaczej, niż mówię — ty masz wierzyć im a nie mnie, bo oni są mądrzy a ja jestem tylko praktyk!
Pan Żebrowski nie wierzył w wędrówkę łososi, utrzymywał natomiast, że łosoś rzeczny a morski to dwie zupełnie odmienne ryby.
— Owszem, są łososie wiślane czyli srebrne, żyjące w kalnej wodzie u ujścia naszych rzek, ale to znowu zupełnie inny łosoś, a takie łososie, jak nasze, z czerwonemi centkami też się czasem w naszem morzu pojawiają, lecz są mniej cenne — zresztą tu trafiają się też czasami i nasze pstrągi rzeczne, które odmiennie niż na lądzie, żyją tu karnami, choć zwykle nie żyją gromadnie... To są cuda! Ale nasz łosoś bałtycki to łosoś bałtycki i nic innego! Zresztą może się mylę! Nie jestem ichtjologiem! Zbadaj ty, ja nie mam czasu!
Tu zaczął mi wykładać:
— Nauczyłeś się rybołówstwa — więcej nie potrzebujesz, bo rybakiem i tak nie będziesz. Wiesz dużo — i nic. Teraz dla ciebie tylko — albo statek, albo Gdynia i szkoła. Dobrze, że to nasze rybołówstwo widziałeś, bo ono — zmieni cię z gruntu. Tu przeszedłeś szkołę klasyczną, jak gdybyś Homera czytał. Dowiedziałeś się coś trochę o wietrze — komu dziś w marynarce wiatr potrzebny! Dawniej to była marynarka — na statkach żaglowych, jo, kiedy trzeba było w ciemną noc biegać podczas burzy jak zając po masztach i rejach, ale dziś — konduktor tramwajowy może być marynarzem. Dawniej, kiedy manc nie było, rybacy w zimie w ciemną noc wyjeżdżali na szproty z małemi niewodami, po połowie jechali z rybą do Gdańska i na drugą noc dopiero wracali, a na drogę nie mieli nieraz nawet chleba, tylko kawałek solonego węgorza i burak cukrowy albo brukiew dla ugaszenia pragnienia — tak, to było co innego... Dziś rybołówstwo zwyrodniało i rybacy już nie ci, co dawniej... Im się uśmiecha hotelarstwo, nie rybołówstwo...
— A pan by w zimie pojechał na całą noc z niewodem na szproty? — zapytałem.
— Chłopie, był czas, kiedy ja się tu rozbijałem po całem morzu, jak warjat. Pomarenk nie pomarenk, kuter nie kuter, co chcesz! Dziś, żebyś mi dwadzieścia złotych za godzinę dawał, wolałbym ci dwadzieścia złotych dodać, byle nie jechać! Mam już dość! Czemu ja mam wciąż pracować na morzu, w sztormie, w douce, w deszcz czy w śnieg, czemu ja mam wciąż marznąć i szarpać się? Pracować? Jo, dajcie mi przy psiecku żaki w cieple wiązać. Powoli czas i mnie zejść z pola.
Z furją zapalił papierosa.
— Cóż my tu mamy? Węgorze, szproty i łososie! Tak wszyscy mówią. E! I tego im mało. Ale my tu mamy dostęp do morza, mamy tu swoją prawdziwą szkołę morską. Od czasu zależy zdobyć więcej, bo morze stoi dla wszystkich otworem. A tu — jest nasze gniazdo wypadowe na cały świat! I dlatego tu nam trzeba uczyć się i tworzyć, a przedewszystkiem poznać, jo?
Uścisnął mi mocno rękę.
— Dzielny chłopak z ciebie, choć mi łabędzie spłoszyłeś. Jak będziesz w Gdyni, wpadnij do mnie. Pojedziemy na łososie, na takie! Powiadam ci — cuda!
W Wielki Piątek rano dostałem list od pana Zielińskiego i całej jego rodziny — z bardzo serdecznem zaproszeniem na święta. Nie myślałem o tem, nie spodziewałem się tego i — aż mi serce zabiło, tak mnie ta myśl olśniła!.
Ledwo skończyłem list, wszedł do mnie Dawid — w okularach na nosie, miną uroczystą i pełną godności i z listem w trochę podniesionej ręce. Wyglądał jak obrażony nauczyciel, zamierzający dać burę niegrzecznemu uczniowi.
— To jest list! — oświadczył mi, kładąc list na stole. — To jest list! — powtórzył głośniej — Od pana Zielińskiego. Osobliwie!
Przeczytałem list. Oto jego treść w krótkości:
Pana Zielińskiego poinformowano, że mniej więcej około Wielkiej Nocy rybołóstwo się kończy. Że zatem ja, poznawszy wszystko, co się poznać dało, nie mam potrzeby siedzieć dłużej nad morzem i mogę wracać: raz dla tego, że chcą mnie mieć na święta, powtóre ponieważ powinienem trochę odpocząć, po trzecie trzeba się zastanowić, do jakiej ja mam szkoły wstąpić, marynarki wojennej czy handlowej, a po czwarte należy pomyśleć o egzaminie i uczyć się.
— Osobliwie! — potwierdził Dawid.
— Ale kiedy ja powiedziałem, że chcę tu zostać rok! — oponowałem słabo i dość niedorzecznie, co też Dawid natychmiast przypieczętował, mówiąc:
Jak ja gdzie nie mam żadnej sprawy, to tam niepotrzebnie nie siedzę. A tu ty żadnej sprawy już nie masz, teraz musisz jachać dalej! Czytaj last! (Tak rybacy wymawiają „list“).
Dalej pan Zieliński dziękował Dawidowi za opiekę nademną, pytał go, czy nie jestem mu co winien i posyłał od siebie sto złotych.
Tu się Dawid rozsrożył.
— Ja? Ja mam wziąć sto złotych? A za co? Za co ja od ciebie mam wziąć sto złotych, powiedzi! Ty mi co miesiąc dawałeś pieniądze, ale ja te wszystkie dętki mam! Le co za światło, za opał za pranie, bo nawet za pokój ja nie wezmę! I tak niktby nie mieszkał! A ty tu pracowałeś, dawałeś nam od wszystkiego, co sam miałeś.
Zrobiła się awantura!
Nie było sposobu!
Dopiero powoli poszło jakoś z Dawidową. Wytłomaczyłem jej, żeby nie była niemądra, że ja zresztą nie mogę inaczej, to i owo, no i jakoś się to załatwiło. A „doch” ja miałem jeszcze, prócz dawniejszych zaoszczędzonych pieniędzy, dobrych kilkaset złotych od pana Żebrowskiego za węgorze i za foki, a prócz tego jeszcze nie sprzedane znaczki pocztowe, prawie nienaruszone pieniądze po stryju, no i Zeiss, prawdziwy majątek!
Dobrze!
Jadę!
Ale przedewszystkiem muszę państwu Zielińskim przywieźć eleganckiego łososia — co się zowie. Musi mi go dostarczyć Józk. Aha, Józk i Anton, moi kochani towarzysze. Wam coś trzeba przecie na pamiątkę... Mam! Dwa termosy! Jak wyjedziecie znów rano na bretlindzi, kiedy przemokniecie, zziębniecie, będziecie mieli ten łyk gorącej herbaty, a spójrzcie wtedy, bracia, w stronę, gdzie błyszczą okna Gdyni i pomyślcie o mnie!
Taak...
Przypomniała mi się stara, wytarta paltocina niby zimowa, w której stary Dawid wyjeżdżał w zimie po drzewo, nieraz w nordę lub zydę, przejmującą do kości. Pożyczyłem mu wówczas swego kożucha... A przecie ja chyba na futro mam jeszcze czas...
— Dawidku! — krzyknąłem ze schodów.
— Jo, Janku!
— Proszę na chwilę... Tu, czapka, skorznie, kożuch.
— Jo, Janku!
— Niech sobie to Dawid weźmie. Ja jestem młody, mnie ciepło a Dawid już marznie... A mnie co po kożuchu? Gdzie ja w tem pójdę? Na jarmark do Pucka smolaki sprzedawać? Za to niech mi Dawid przechowa moje ubranie rybackie... Manczestry, eltychy, zydwestkę... Skorznie wezmę, dobre do polowania...
Jadę! Jadę! Zatem muszę się jakoś ubrać po ludzku, w manczestrach przecie nie pojadę. Cóż ja wezmę na siebie?
Zacząłem próbować — wszystko za ciasne, za krótkie, na nic! To dlatego koszule tak na mnie trzaskały!
Zwinąłem wszystko w jeden wielki węzeł i otwarłem drzwi:
— Klemensa! Pylesa!
Zwaliłem tłumok ze schodów.
— Daj to neńce! To na buksy dla ciebie!
A teraz ja się ubiorę — jak pan, elegancko, co się zowie! Czyściutka koszula — trochę w ramionach szwy „naddały“, jak ją wciągałem — nowiutkie trzewiki, granatowe marynarskie ubranie, czarna jedwabna krawatka, mucka ze sznureczkiem — ech, jak lalka! Miałem to pierwszy raz włożyć na Wielkanoc, ale trudno! Lalka! Rybak od parady? Oho! Popatrzcie na moje plecy, moje kościste, ogromne łapy, na twarz od wiatru! A w kieszeni setki złotych!
Naraz — przypomniałem sobie!
— Wszak to dziś moje urodziny! Szesnaście lat skończyłem! Może teraz panna Andzia raczy już na mnie spojrzeć.
Zeszedłem na dół.
Dawid aż się głośno zaśmiał, gdy mnie zobaczył.
— To jest rybak! — wołał — Teraz to jesteś okrutnie ładnie przyozdobiony! Prawdziwy wizerunek rybaka!
— Jooo! — dziwowała się Dawidowa, przyglądając mi się swemi wielkiemi, poczciwemi, niebieskiemi oczami — To jest ładny chłopiec, z niego będzie marynarz!
— A teraz ja proszę Dawida na piwo!
— Ty lorbasie! — obruszył się na mnie Dawid, ale potem zwrócił się do żony: — Jo, pójdę z nim, on się doch chce pokazać, pochwalić... A każdy go pochwalić musi! Chodźmy na psiwko! (Kaszubi mówią „psiwko” — od aut.)
Właśnie gdyśmy szli „Pod Bałtyckiego Łososia” gromada bojsów stanęła przed kościołem, wielki zgiełk czyniąc drewnianemi grzechotkami. Obchodzili tak kościół trzy razy.
— Jutro popołudniu, kiedy znów zadzwonią dzwony — mówił Dawid — chłopcy będą wołać:
Wyganiajta post
I kładzieta wrony w grub —
to jest, osobliwie do garnka. Wrony — powiemy, bo przez cały Wielki Post nie wolno jeść nic od mięsa — le na Jastra (Wielkanoc) wolno już — dlatego „kładzieta w grub”, osobliwie wrony. Ale ciebie już tu wtedy nie będzie...
— To nic! — odpowiedziałem. — To nic, Dawidku, ja wrócę! Niech wam się zdaje, że się zaciągnąłem na statek i wyjechałem do Valparaiso.
— A będzie ci tam na lądzie dobrze, jak na statku!


∗             ∗

Następnego dnia pociąg helski wiózł mnie „do kraju”.
Była douka — mgła na morzu — słyszałem, jak statki na Bałtyku wołały:
— Wróóóóć! Wróóóóć!
Wróciłem.
Ale o tem kiedyindziej.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Jerzy Bandrowski.