Nieuzasadnione obawy

<<< Dane tekstu >>>
Autor Władysław Wścieklica
Tytuł Nieuzasadnione obawy
Pochodzenie Upominek. Książka zbiorowa na cześć Elizy Orzeszkowej (1866-1891)
Data wydania 1893
Wydawnictwo G. Gebethner i Spółka, Br. Rymowicz
Druk W. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Kraków – Petersburg
Źródło Skany na Commons
Inne Cała część II
Pobierz jako: Pobierz Cała część II jako ePub Pobierz Cała część II jako PDF Pobierz Cała część II jako MOBI
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron
NIEUZASADNIONE OBAWY.

Władysław Wścieklica.jpg


Jedną z najbardziej palących spraw społecznych naszych czasów jest bezwątpienia kwestja robotnicza. W krajach najbardziej przemysłowych przechodziła już ona przez różne fazy: wzburzała tłumy, pochłaniała liczne ofiary, rozpalała uczucia filantropów, zajmowała umysły uczonych mężów stanu i panujących. Starano się ją najpierw zażegnać postronkiem, ołowiem i żelazem. Gdy to się nie powiodło, próbowano ją złagodzić cząstkowemi ustępstwami.
Środek drugi wydał lepsze owoce od pierwszego, a chociaż sprawy od razu nie rozstrzygnął, bo rozstrzygnąć jej za jednym zamachem niepodobna, to jednakże sprawił przynajmniej, że choroba ze stanu ostrego przeszła w chroniczny. Dzięki temu kuracja może się odbywać powoli, stopniowo, bez użycia zbyt radykalnych środków, niepewnych a groźnych dla istnienia dotkniętego cierpieniem organizmu.
Na czem to cierpienie polega i jakie są jego przyczyny?
Istota kwestji społecznej daje się określić krótko: to nędza i niepewność bytu miljonów ludu pracującego. Arbeiterfrage ist eine Magenfrage — według orzeczenia socjalistów.
Na dokładne wyłuszczenie przyczyn powstania kwestji robotniczej w dzisiejszej jej formie brak mi tu miejsca. Ogólnie jednak jako źródło jej można wskazać nieodpowiedniość istniejących praw do potrzeb obecnego systemu produkcji i opartego na nim ustroju społecznego. Nie mam na myśli potępiania własności prywatnej, ani nie pragnąłbym jej zniesienia, jak tego domagają się socjaliści rewolucyjni. Zdaniem mojem, krok taki byłby cofnięciem cywilizacji wstecz o kilkadziesiąt wieków. Wydaje mi się jednak konieczną rzeczą zaprowadzenie wielu reform i ograniczeń, tak w obecnem prawie własności, jak również w t. zw. wolności pracy. Któż nie uzna tego za potworne nadużycie, żeby przedsiębiorcy, dla szybszego pomnażania fortuny, wolno było skazywać robotników na powolną śmierć głodową przez odmawianie im poza skąpą płacą wszelkiego prawa do słusznego udziału w zyskach z przedsiębiorstwa kiedy ryzyko strat ponoszą oni często w większym jeszcze stopniu, niż ich prawnabywca; rozciągać długość dnia roboczego do granic, nie pozostawiających pracownikom dostatecznego czasu na odpoczynek i odnowienie sił zużytych; powoływać do fabryki kobiety zamężne i dzieci nieletnie na miejsce pozbawionych zajęcia mężczyzn; rzucać na pastwę nędzy bez żadnej pomocy i opieki długoletnich swych pracowników w razie choroby, starości, lub stagnacji przedsiębiorstwa i t. p.
Dawne prawo cechowe przewidywało wszystkie podobne wypadki, o ile się one naówczas zdarzeć mogły, i starało się zabezpieczyć od nich los ubogich pracowników. Prawo dzisiejsze, pomimo daleko bardziej naglącej potrzeby, stawia na tej drodze dopiero pierwsze, słabe i bardzo nieśmiałe kroki, a już z wielu stron odzywają się głosy wołające „gwałtu“!
Krótkowidze dzwonią na alarm, grożąc, że „hydra socjalizmu podniesie głowę“, gdy choćby najmniejszej cząstce słusznych żądań, rozpiętej na krzyżu mąk głodowych i niewywczasu rzeszy ludu pracującego, stanie się zadość.
Trzeba uspakajać maniaków, o ile przez nich nie przemawia głuchy na wszelkie argumenty interes osobisty; trzeba im tłómaczyć, że ulżenie cierpieniom zrozpaczonych może się tylko przyczynić do ich uspokojenia. Rozumieją to dobrze ci, co pragną koniecznie wywołać wybuch. Zasadą ich jest: im stosunki gorsze, tem lepiej dla nas i dla naszych celów. I trzeba przyznać, że ze stanowiska tych ludzi, zasada to najzupełniej logiczna. Niema pomiędzy rewolucjonistami takiego, któryby przemawiał za cząstkowemi reformami. Kiedy w parlamencie niemieckim dyskutowano nad prawem przymusowego ubezpieczenia inwalidów pracy, wszyscy socyalisci demokraci głosowali przeciwko niemu wspólnie z pseudo-liberalnymi przedstawicielami, zaniepokojonego o swą kieszeń, bogatego mieszczaństwa. Rozumni zachowawcy, przeciwnie, domagali się podniesienia skali proponowanych emerytur i rzeczywiście ulepszyli i rozszerzyli słaby projekt pierwotny. Przykład to bardzo pouczający.
Za czasów Lassalle’a potrzeba było podobno „dopiero przekonywać robotników niemieckich, że są nieszczęśliwi“. Dziś w krajach, gdzie już ziemi niezajętej brak i gdzie przemysł wielki, rozpostarwszy swoje panowanie, zrujnował spokojny choć nędzny byt drobnych rzemieślników, wydziedziczeni proletarjusze są już bez żadnych przekonywań postronnych doskonale świadomi swojego nieszczęścia. Zajęcie się więc ich losem nie doda nic do tej ponurej świadomości, lecz może tylko wlać pociechę w ich serca.
Przez tych, co się obawiają, że reformy, dążące do polepszenia bytu nędzarzy „mogą nadmiernie rozbudzić apetyt zgłodniałych tłumów“, przemawia widocznie źle skrywana niechęć do należytego nakarmienia łaknących. Naturalnie, że dopóki reformy będą tylko pewnego rodzaju przekąską, dopóki, „apetyt tłumów“ się nie uspokoi. Ażeby głodnego nasycić, potrzeba mu dać posilny chociaż skromny obiad, nie nikłą „przystawkę“. Na to każdy szczery zwolennik reform musi być przygotowany. Szarlatanerja á la Bismarck nic tu z pewnością wskórać nie zdoła.
W kraju naszym, a tembardziej w Rosji, kwestja robotnicza nie przybrała jeszcze charakteru groźnego i palącego zagadnienia społecznego, jak to się dzieje w większości państw zachodnio-europejskich. Ale i u nas i w znacznej części Cesarstwa są już setki tysiący istot interesowanych w jaknajśpieszniejszem przeprowadzeniu tych reform, które stan zapalny kwestji robotniczej postawił na porządku dziennym na zachodzie Europy. Dlatego każdy krok prawodawstwa naprzód na tej drodze powinnibyśmy witać z radością i oddziaływać na opinję w tym kierunku, nie obawiając się „rozbudzenia nadmiernego apetytu zgłodniałych tłumów“.
Niech się lepiej i dla nich znajdzie skromne nakrycie przy tej uczcie, jaką cywilizacja dotąd wybrańcom tylko w nadmiernej obfitości zapewniła.

Łódź.Władysław Wścieklica.



Upominek - ozdobnik str. 29.png




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Władysław Wścieklica.