Orbeka/Rozdział XIV

<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Orbeka
Wydawca S. Lewental
Data wyd. 1868
Druk S. Lewental
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron
ROZDZIAŁ XIV.

Wierzymy wszyscy w sprawiedliwość Bożą — ale nikt z nas pojąć się nie może dróg, któremi się ona spełnia, wytłómaczyć. Patrzącym na ten świat widzą się sprawy jego często najnielogiczniejszą plątaniną; w danéj chwili wszystko się zdaje dziać odwrotnie, właśnie przeciwko trybowi w jakim by iść powinno. Powodzenie służy najniegodniejszym dobrego losu, noga się osuwa najzacniejszym i cnota walczy z boleścią, występek zaś rozsiada się w szczęściu i chwale..
Patrząc na to... od początku świata... wszędzie, gdzie język ludzki myśl tłómaczyć probował, odzywały się narzekania, często szło zatém zwątpienie, wiara w fatalizm ślepy... Grecy i Rzymianie, a dziś Turcy wierzą tylko w przeznaczenie, nie dodając mu prawnéj konieczności; Słowianie zdaje się że od wieków inne mieli pojęcie téj ananke, bo mówili, że los był sądzonym człowiekowi. Sąd zaś mieści w sobie rozsądek i jest wyrokiem w sprawie, a nie fatalnością ślepą. Pomimo to — wszyscy my ileż to razy na ślepe losy, na fortunę ślepą narzekamy.
A ślepą jest nie fortuna, nie losy, ale człowiek co ich nierozumié, bo końca tego dramatu, który się przed nim odegrywa, nie widzi nigdy.
Na to ślepe szczęście, ruszano ramionami w Warszawie, gdy piękna Mira powróciwszy wdową, Baronową Radipulo, po tylu skandalach, tylu dowodach płochości, zdradach, postępowaniu, któreby każdą inną kobietę potępiło, została przyjętą z nowym zapałem, weszła niezmiernie w modę i po kilku miesiącach już stary Wojewoda Wawrzęta nie wychodził prawie od niéj.
Dajemy mu to imie schwycone w powietrzu, niechcąc prawdziwego wymieniać. Starzec należał do bardzo znakomitéj w dziejach rodziny, był niezmiernie bogaty, używał dotąd najlepszéj sławy, miał lat siedemdziesiąt, dzieci dorosłe i wnuki podrostki.
W dodatku pedogra rozpoczynała się już gnieździć w trochę obrzękłych nogach, a choć jeszcze sam chodził o lasce, można się było spodziewać, że wkrótce pomocy dworzan potrzebować będzie.
Wszyscy Wawrzętowie od kilku pokoleń, kończyli na tém, że ich na krzesłach wożono.
Wdowiec po dwóch żonach, z obu mający liczną rodzinę, Wawrzęta choć miał przy sobie syna, trochę się w domu nudził, bez niewieściego towarzystwa. Jak niemal cały nasz naród szlachecki był kobieciarz... a na starość wyrzec się nie umiał niewieścich pieszczot.
Ale był to człowiek poważny i zacny, do płochéj niewiasty byłby się nie przywiązał.
Nigdy wprzód nie spotkał on Miry, o któréj słyszał coś zdala;.. dopiéro teraz wypadkiem zjechał się z nią na wieczorze u pani Krakowskiéj. Mira czuła potrzebę pokazywania się teraz jak najskromniejszą, smutną, żałobną wdówką. Strój czarny, koronki, aksamit, dodawały jéj wdzięku... Była mało mówiącą, zamyśloną, nadała sobie postać interessującą. Przy wieczerzy wypadkiem posadzono ją przy Wawrzęcie, grzeczny starzec zawiązał rozmowę, kollacya trwała dość długo, pod koniec jéj już haczyk wędki tkwił w jego gardle...
Pod urokiem czarownicy, Wawrzęta przez dni kilka nie mówił tylko o niéj, usiłując ją bronić od złych języków. U Starościnéj Małogoskiéj spotkali się raz drugi. Wawrzęta przysiadł się wcześnie do swojéj znajoméj. Ona była zachwycającą prostotą, naiwnością dziecinną, skromnością układu... słowem, tém wszystkiém na czém jéj w istocie najwięcéj zbywało.
Przy wieczerzy Wawrzęta podał jéj rękę, mówił tylko z nią, odprowadził i zasiedział się dłużéj niż zwykle.
Zaczęto już szeptać o téj skłonności starego, rodzina, córki zamężne, synowie, zięciowie, nieco przelękli, bo u nas małżeństwa siedemdziesięcioletnich starców wcale nie były osobliwością, ze wszech stron puścili na Wawrzętę wieści o przeszłém życiu wdówki. Przesyłano mu biografie, listy, dokumenta, satyry, piosnki, z każdą niemal pocztą, znajdował je codzień na stolikach. Ale w takich razach działanie słowa, najprzeciwniejszy skutek wywiera, jest-to dowiedzioném, i Wawrzęta bronił swéj przyjaciołki, upór się w nim zrodził i przyspieszył wybuch staréj namiętności, która w piecu siedemdziesięcioletnim diablim się pali płomieniem.
Oburzyło pana Wawrzętę, że smarkacze chcieli go uczyć rozumu, i mieli już za niedołęgę potrzebującego kurateli. — Odprawił przychodzących z plotkami, różnie, trochę niegrzecznie, a bardzo dumnie. — Gdy sprobowano kogoś namówić, aby się trochę pośmiał ze starego — (myślano że to poskutkuje) — Wawrzęta odparł: — Mości panie... rejestra z przeszłości niebezpieczne, gdyby się nam i naszym paniom ze wszystkich grzechów spowiadać przyszło, każdy by miał torbę grzechu, a świat torbę śmiechu. Co było a nie jest, to nie pisać w regestr.
Wawrzęta pojechał naumyślnie do Miry.
Mira wiedziała dobrze, iż na taką grubą zwierzynę inaczéj trzeba polować, niż na pospolitych fircyków. Grała więc rolę niewiasty ubogiéj, zrujnowanéj przez nieszczęśliwy skład okoliczności, spotwarzonéj, ale chrześciańską rezygnacyą przejętéj, — była skromną i dumną razem, nie przyjmowała żadnych podarków, nie żądała pomocy, mieszkanie miała nader szczupłe, sługę jedną... jeździła najętym powozem...
Wszystko to coraz bardziéj jednało jéj serce Wawrzęty, który nie mógł się domyśléć ani Annibala w buduarze, ani kilku dobrych przyjaciół, mających różne w dniu godziny. Jak wszystkie niewiasty do intryg wdrożone, Mira dzień miała bardzo ściśle podzielony pomiędzy klientów swych, tak, że nigdy jeden drugiego nie spotykał. Praca, odwiedziny, nawet modlitwa służyły jéj za tłómaczenie, iż nie zawsze mogła być widzialną.
Wawrzęta znajdował ją zawsze nad książką, przy fortepianie, nawet nad robotą. Dodać należy, iż przybywał karetą huczącą po bruku, że powoli wchodził na schody, a zatém na przygotowanie właściwego przyjęcia dość było czasu.
Mira choć grała tym razem, jak dawniéj mówiono, va banque, postępowała cierpliwie, rozważnie, wcale nie myśląc psuć sobie gry niepotrzebnym pośpiechem, ani przedwczesną chciwością. Wawrzęta z delikatnością niezmierną, różnemi drogami chciał jéj dopomódz, widząc w położeniu, które zdawało się potrzebować przyjacielskiego wsparcia, baczna wdowa odrzucała wszelkie ofiary.
Miała ona mocne postanowienie wydać się za Wawrzętę, dlatego względem niego była okrutniejszą nawet, niż kiedykolwiek dla innych. Rumieniła się jak wiśnia, gdy końce paluszków chciał pocałować. Raz znalazł ją zapłakaną, i wyznała mu, po wielu naleganiach, iż lęka się, aby jego odwiedziny o nowy szwank nie przyprawiły jéj sławy... Wawrzęta rzadziéj się więc pokazywał.
Gra to była mądra, choć niebezpieczna, bo rodzina miała czas wystawić baterye, szukać środków obrony, a wiedziała dobrze co jéj groziło, gdy się różowe te łapki do skrzyń antenatów dostaną. Popłoch w obozie był tem większy, że Wawrzęta ilekroć go zaczepiono zdaleka, dawał taką odprawę, iż powracać nie było bezpiecznie.
Nie było prawie środka dla odwrócenia klęski, rachowano tylko na czas, na rozmysł, a zapomniano, że ten sam czas rodzi nałogi serca, nawyknienia nieprzełamane, dla starych szczególnie.
Wawrzęta przywiązał się, a jak to ongi poufale mówiono, zaszłapał i zaszłapał tak fatalnie, że się już wyplątać nie mógł.
Pomimo nóg obrzękłych, wieczorem ukląkł, całując rączki Bogini, oświadczył się, i z nieśmiałością wielką, ofiarował serce, imie i ślub natychmiastowy.
Dla wytrwania w przybranym charakterze do końca, Mira się rozpłakała i odpowiedziała stanowczą odmową, nie żeby w sercu nie czuła szacunku, a nawet tkliwszego uczucia dla pana Wawrzęty, (bo ona zawsze lubiła tylko ludzi w wieku statecznym) — ale że jéj nie tajno było jakie prześladowanie, jaką na siebie ściągnie nienawiść całéj rodziny, że zostanie posądzoną o chciwość, i t. p.
Dodała, że gdyby była niezależną, bogatą, z chęcią, z radością oddałaby rękę temu, którego serce jéj z tysiącaby wybrało... ale... i t. d.
Ta przemowa miała i to w sobie dobrego, iż naprowadzała wojewodę nieznacznie na myśl konieczności zapewnienia jéj losu, aby nie została na łasce nieprzyjaznéj familii.
Tego wieczora, nic jednak stanowczego nie wyrzeczono. Mira się opierała. Wawrzęta przysięgał miłość, decyzyą odłożono i czułe nastąpiło rozstanie.
Ale licho chciało, że dworzanin Wawrzęty coś u drzwi podsłuchał, nazajutrz gruchnęła po familii wieść o oświadczynach; nakazano pospolite ruszenie, co żyło zebrało się na klęczkach błagać starca, aby pięknego imienia nie dawał istocie, która go nie była warta.
Rozpacz dochodziła do tego stopnia, że córka Wawrzęty księżna C. błagała, aby ją sobie wziął, chował, obdarzył jak zechce, byle się z nią nie żenił... Synowie uciekli się pokątnie do innego środka i powtórnie przez panią Lullier ofiarowali pół miliona, byle starcowi ręki odmówiła.
Ale już to wszystko przychodziło za późno. Mira była pewną, że dostanie oprawę większą niż to co jéj obiecywano, a tytuł, imie, położenie towarzyskie, i miłości własnéj tryumf musiały też wchodzić w rachubę.
Nic nie pomogło, ani przyjaciół uwagi, ani łzy córek, ani pokorne prośby synów, Wawrzęta był niewzruszonym; listów bezimiennych, których mu przysyłano krociami, nierozpieczętowywał nawet, rzucając je w ogień; wyrobił indult i cichusieńko, rano o godzinie siódméj, wziął ślub u Kapucynów. Za świadków służyli: plenipotent, stary palestrant i dwóch pisarzy od jakiegoś mecenasa. Małżonkowie pocztą wyjechali na wieś, do rezydencyi wojewody.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.