<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Orbeka
Wydawca S. Lewental
Data wyd. 1868
Druk S. Lewental
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron
ROZDZIAŁ XX.

Rok prawie przeżył on w takim stanie, Anna nieodstępowała go na chwilę, miała zawsze nadzieję, że Bóg go jeszcze uleczy, że czas mu przywróci stracone władze, upatrywała polepszenie gdzie go nie było, domagała się u lekarza promyka jaśniejszego, napróżno...
Wreszcie i ją to poświęcenie, ten żywot siostry miłosierdzia wyczerpał, jednego wieczora położyła się z gorączką i niewstała już więcéj. Nędza, posty, smutek, znękanie odjęły jéj siły, przesilenie skończyło się... śmiercią.
Sławskiego na nieszczęście nie było podówczas w Warszawie, został bowiem odkomenderowany jako inżynier na prowincyą; inni znajomi i przyjaciele lub niewiedzieli o Orbece, albo byli rozproszeni, biedny obłąkany został na łasce losu. Przez jakiś czas gospodarz domu, u którego najęte było nędzne mieszkanie na tyłach w oficynie, przez litość miał o nim staranie, ale dnia jednego, gdy zabrakło dozoru, Orbeka przyodziawszy się, widząc samym, wyśliznął na miasto i — już do swéj izdebki nie powrócił.
Pierwsze kroki w ulicy stawił nieśmiało, ale nadzwyczaj pięknym wydał mu się świat otwarty, po długiém jakby więzienném życiu. Siadł pod ścianą, wesoło mu się zrobiło — począł się kłaniać przechodzącym, śpiewać trochę, i... po kilku dniach oswojenia się z brukowém życiem, z nocą na słocie, z rankiem na chłodzie, z gwarem i ruchem a ciekawością chłopięcą — zszedł na znanego miastu, szalonego Walka, o którym dziwne opowiadano historye.
Prawdziwą jego biografią znało osób wiele, litowano się nad nim, ten i ów nieznacznie rzucił mu grosz jałmużny, czasem ktoś miłosierny nakarmił, niekiedy z politowaniem przemówić spróbował.
Żebractwo nawet uliczne protekcyonalnie wzięło go w opiekę. To babka szpitalna, to dziadek kościelny podzielili się z nim chlebem; podprowadził go ktoś gdy był mniéj przytomnym i usadowił w bezpieczném miejscu, nad drogą.
Za groszaka, który spadł mu w czapkę, chłopak bułkę kupił i dał w rękę, bo wiedziano, że szalony Walek sam już o sobie pamiętać i dać sobie rady nie może.
Pomimo tych niewygód, mimo wieku, ostrości klimatu, Orbeka był czerstwy, zdrów, silniejszy niż niegdyś za dobrych czasów, bo Bóg — jest litościwym.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.