Panna do towarzystwa/Część druga/XXXIV

<<< Dane tekstu >>>
Autor Xavier de Montépin
Tytuł Panna do towarzystwa
Data wyd. 1884
Druk Drukarnia Noskowskiego
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. La Demoiselle de compagnie
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


XXXIV.

— Masz jaki pomysł? zapytał Filip de Garennes.
— Tak, panie baronie, i jak mi się zdaje praktyczny... odrzekł Julian.
— Jakim sposobem dowiesz się o dniu przyjścia tej depeszy, i o godzinie odniesienia jej do doktora Gilberta?
— To, już moja rzecz... Czy doktór, mówiąc panu baronowi, że oczekuje telegramu z Nowego-Yorku, nie dodał przypadkiem, że go oczekuje wkrótce?
— Tak, ale nie oznaczył czasu, sam nie wie kiedy to nastąpi...
— To niedobrze... Jednakże nie przeszkodzi mi to działać...
— Czy pan baron zauważył w Morfontaine, wprost naprzeciwko wielkiej alei, przecinającej las i prowadzącej do willi doktora Gilberta, maleńki umeblowany pawilon do wynajęcia.
— Nie, nie zauważyłem.
— Ale za to ja zauważyłem, przypadkiem, i to wielkie szczęście, gdyż pawilon ten będzie bardzo wygodnem obserwatoryum... Muszą być pewne godziny wyznaczone do wręczania telegramów; w prowincyonalnych bowiem biurach, nie dzieje się tak jak w Paryżu, gdzie jest mnóstwo ludzi do roznoszenia depesz... Można się wywiedzieć o godzinach, obliczyć odległość z Survilliers do Morfontaine i pilnować roznosiciela depesz... Wystarczy mieć cokolwiek cierpliwości, aby być pewnym, że się to powiedzie. — Jeżeli roznosiciel wejdzie na drogę do willi, można będzie ztąd wnosić, że ma w kieszeni wiadomości z Nowego-Yorku i — przeszkodzić wiadomościom tym, dostać się do miejsca przeznaczenia... Cóż pan baron myśli o tym szkicu scenaryusza?
— Bardzo dobrze obmyślany, ale dyabelnie kompromitujący...
— Kompromitujący, pod jakim względem?
— Mieszkańcy Morfontaine są ciekawi... Będą się dowiadywać, kto wynajął pawilon... Będą się wypytywać, śledzić, urządzą owe szpiegostwo, w którem celują małomiasteczkowi próżniacy, a ponieważ będziesz zmuszony wychodzić po prowizye, będziesz śledzony, podglądany, a ostatecznie poznany...
— Poznany! zawołał Vendame. — Ależ cóż znowu! Pan baron obraża mnie! Przecież nie jestem tak głupi, aby znowu wziąść czerwoną perukę, która już raz tak dobrze nam usłużyła! Przebiorę się i urządzę sobie taką głowę, że pan baron sam mnie nie pozna. — Zresztą przedsięwezmę środki ostrożności. Nikt wiedzieć nie będzie, że ten pawilon jest zamieszkały...
— Tamtejsi mieszkańcy wiedzieć o tem będą koniecznie. — Ta buda musi przecież należyć do któregoś z nich.
— Nie sądzę...
— Dla czego?
— Dla tego, że czytałem przywieszoną na drzwiach kartę; napisane tam są słowa następujące: „Zgłosić się należy osobiście lub na piśmie do p. Loiseau 22. ulica de Turenne w Paryżu.“
Filip począł się śmiać.
— Masz prawdziwie zdumiewającą pamięć! — rzekł nakoniec. Ale zkąd przyszła ci myśl wyuczenia się tego napisu? Czyżbyś już wówczas przewidywał, że ten pawilon może się nam przydać?
— Nie bynajmniej, tegom nie przewidywał, ale pan baron kazał mi na wszystko zwracać uwagę, i ze wszystkiego zdać sobie sprawę. Byłem posłusznym rozkazowi, i czasu nie traciłem.
— Widzę to.
— Cóż pan baron postanawia? Czy trzeba działać? Depesza z New-Yorku może zgubić wszystko.
— Jeszcze jedna zbrodnia... wyszeptał Filip pochmurnie.
— Chcąc zrobić jajecznicę, trzeba stłuc jaja! — Kto pragnie celu, musi pragnąć i środków, odrzekł filozoficznie Vendame. — Nic zresztą nie dowodzi, ażeby depesza przyjść miała przed śmiercią Genowefy, kiedy ona przestanie nam zawadzać, nie będzie potrzeby dotykać się roznosiciela. Chciałbym, ażeby pan baron dał mi carte blanche. Chodzi mi bardzo o pomacanie jak najprędzej, tej części sukcesyi, którą pan baron raczył mi przyobiecać... liczę na to, aby zostać porządnym człowiekiem.
Filip namyślał się przez chwilę, potem rzekł głuchym głosem:
— Niepodobna zatrzymać się na pochyłości na jakiej się znajdujemy... Działaj więc.
— Wybornie... Jutro wieczorem będę już zainstalowany w Morfontaine.
— A ja muszę jutro wyjechać do Bry-sur-Marne.
— To mi wszystko jedno... — Pan baron nie byłby dla mnie żadną pomocą. — Tylko potrzeba mi...
Julian zatrzymał się.
— Pieniędzy, nie prawdaż? dokończył pan de Garennes.
— Tak jest... nerwu wojny.
— Oto są...
Filip otworzył portfel i podał Vendamowi kilka biletów stofrankowych.
— Postaram się aby to wystarczyło, rzekł kamerdyner. — Teraz pan baron nie potrzebuje już mną się zajmować... Muszę się przebrać, aby się udać na ulicę de Turenne.
— Czy zobaczę cię przed wyjazdem do Morfontaine?
— Tak jest, jeżeli pan baron powróci tu dziś wieczorem.
Młody adwokat wyszedł, podczas gdy Julian udał się do zajmowanego przez siebie pokoju.
Tu oddał się cały przebraniu, okazując w tem talent w najwyższym stopniu, mogący z niego uczynić wcale niezłego komedyanta.
Zręczna charakteryzacya twarzy, zmieniła go niedopoznania i postarzyła przynajmniej o jakie lat dziesięć. Włożył błąd perukę, ubranie zamożnego kupca, kapelusz z szerokiem rondem, oczy ukrył pod okularami zielono-niebieskawemi, wyszedł, wsiadł do fiakra na najbliższej stacyi, i kazał się zawieść na ulicę de Turenne N. 22.
Pan Loiseau był fabrykantem imitacyi jubilerskich. Mieszkał na drugiem piętrze.
Vendame przybrał akcent cudzoziemski, zmieniwszy przytem głos, i rzekł mu:
— Podobno pan posiadasz pawilon do wynajęcia w Morfontaine?
— Tak panie, mały domek, który kazałem wybudować za życia mojej małżonki. Spędzaliśmy tam niedziele... Czy miałbyś pan zamiar wynająć go?
— Właśnie...
— Czy znasz pan jego rozkład?
— Nie, i znać go wcale nie potrzebuję... Jakikolwiek on jest, wystarczy mi... Będzie to tylko czasowe schronienie, które chcę mieć w Morfontaine... kupiłem tam place, na których mam zamiar budować... Wszak jest najmniej trzy pokoje, nieprawdaż?
— Oprócz tego kuchnia.
— Umeblowane, jak mówi karta?
— Umeblowane, tak, ale tak... pobieżnie...
— To mi wszystko jedno, nie chodzi mi o o zbytki. — Czy możemy rozmówić się zaraz?
— Oh, nic nie przeszkadza...
— Wiele pan chcesz za wynajęcie?
— Na cały rok?
— Nie, tylko na sześć miesięcy, z możnością przedłużenia umowy.
— Na sześć miesięcy wynajmę panu za pięćset franków.
— To drogo, ale ponieważ potrzebuję, nie będę się targować.
— Kiedyż pan myślisz zająć w posiadanie?
— Tego nie wiem... może za tydzień... może za piętnaście dni. Ale liczyć się będzie od dzisiejszego dnia. — Zapłacę panu za miesiąc z góry... Przygotuj mi pan kwit.
— Do licha, panie, jak jesteś szybki w interesach! zawołał jubiler zachwycony, zaraz panu dam kwit i klucze, jak nazwisko, jeżeli łaska?
— Richard — odpowiedział Julian — Dyonizy Richard.
— Zamieszkały?
— Napisz pan w Morfontaine, ponieważ będę tam mieszkać...
— To prawda...
— Oto pieniądze.
Właściciel kwit podpisał i podał Julianowi, który przeczytał go starannie, włożył w portfel, klucze schował do kieszeni i pożegnał się z jubilerem, zeszedł na dół, wsiadł do fiakra i rzekł do woźnicy:
— Ulica Assas.
— To rzecz główna! rzekł idąc do mieszkania swego pana. Teraz należy przygotować co tylko będzie potrzebne, ażeby się tam zamknąć na jakieś piętnaście dni, gdyż bądź co bądź nie może to trwać dłużej jak dwa tygodnie. Ależ! dodał nagle uderzając się w czoło, — nie potrzeba będzie się zamurowywać... mam inny sposób... Pawilon jednakże zawsze mi będzie potrzebny...
Vendame zdjął przebranie, przybrał napowrót naturalną swoją powierzchowność i poszedł na obiad do małej restauracyi na ulicy Vavin.
O dziesiątej powrócił na ulicę Assas, aby zdać sprawę Filipowi z tego co uczynił.
Pan de Garennes już powrócił, i wysłuchawszy go, rzekł:
— Bardzo to dobrze... Pokładam w tobie całkowite zaufanie, i pozwalam ci robić, co ci się podoba... Jedną rzecz ci tylko polecam, to jest powrócić, jak tylko będziesz w posiadaniu depeszy... uwolnisz mnie tym sposobem od wielkiego niepokoju.
— Nie stracę ani minuty. Ze swej strony pan baron zechce mnie uprzedzić, w razie gdyby śmierć Genowefy moją willegiaturę uczyniła zbyteczną...
— Będziesz natychmiast zawiadomiony...
— Życzę dobrej nocy panu baronowi, jutro rano puszczam się w podróż.
Dwaj wspólnicy rozstali się.


Raul de Challins, prosząc swego kuzyna o upoważnienie towarzyszenia mu do Bry-sur-Marne, wymyślił pretekst zdania sprawy ciotce z rezultatu dopełnionych poszukiwań.
W rzeczywistości zaś jedynym celem jego było, zbliżenie się do Genowefy.
Obraz młodej dziewczyny na chwilę nie wychodził mu z myśli, i dawał mu zapominać o zmartwieniach i niepokojach.
Przypominał sobie smutek młodej dziewczyny w chwili wyjazdu. Ostatnie jej słowa które słyszał z jej ust, brzmiały mu w uszach, i wywoływały niewypowiedzianą obawę.
Ostatecznie tęsknił do widoku Genowefy, lecz czyliż miał poprzestać tylko na widzeniu swej ukochanej? Czy będzie mógł z nią rozmawiać? Naturalnie bez świadków...
W wątpliwości tej postanowił napisać do niej.
— Jeżeli jutro nie będę mógł być z nią sam na sam, rzekł, w każdym razie znajdę sposobność wręczenia jej listu.
Usiadł natychmiast przy stole i zapełnił cztery strony, namiętnemi oświadczeniami, których powtarzać nie będziemy, lecz w których odbijała się jak w zwierciedle cała jego dusza i serce.
Po skończeniu listu, odczytał go, włożył w kopertę, i nazajutrz rano udając się na dworzec Wschodni dla spotkania się z kuzynem, wsunął go do kieszeni.
O dziesiątej obaj młodzi ludzie powitali się przy kasie kolejowej.
W pięć minut potem zajęli miejsca w pociągu mającym ich dowieść do Nogent, zkąd pieszo dojdą do Bry-sur-Marne, do willi baronowej.
Pani de Garennes w przeddzień wieczorem odebrała depeszę Filipa.
Zapowiedź przyjazdu zamiast ją zaniepokoić, przeciwnie, zachwyciła ją.
Po rozmowie z doktorem Loubet i posiadając receptę przez niego podpisaną, czuła się silną i nie obawiała się wcale, aby wiedziano, że Genowefa jest cierpiącą.
Życzyła sobie tego nawet, a nie podejrzywając bynajmniej, że siostrzeniec zakochanym był w jej pannie do towarzystwa, myślała:
— Raul w razie potrzeby, będzie mógł zaświadczyć, o staraniach jakiemi otaczam tę młodą dziewczynę, pomimo jej podrzędnego w moim domu stanowiska.
Genowefa nie wiele była gorzej.
Digitalinę zadawano jej w bardzo słabych dozach, w oczekiwaniu dnia, kiedy nic nie stanie na przeszkodzie przyśpieszenia i skończenia w sposób nagły i prawie piorunujący.
Biedne dziecko doświadczało ciągłych boleści w okolicach serca, lecz bóle te były głuche i nie mogły wywołać przesilenia.
Wielki upadek sił ogarniał młode dziewczę.
Traciła apetyt i sen.
Ciemne koła otaczały jej powieki, oczy zdawały się powiększone i wśród bladej twarzy błyszczały ogniem gorączki.
Do tych cierpień fizycznych przyłączały się cierpienia moralne, których przyczyny znamy, a oprócz tego opanowała ją nuda, nuda ciężka i nieustająca.
Walczyła jednakże, walczyła z energią i odwagą, na jaką przy osłabieniu ogólnem zdobyć się mogła, i często od chwili pierwszego symptomatu choroby, powtarzała sobie:
— Raul byłby w rozpaczy, gdybym umarła, on sam umarłby może... chcę żyć dla niego...
I, powtarzamy, wola ta dodawała jej siły do walki.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Xavier de Montépin i tłumacza: anonimowy.