Pieśń białego domu/Wstęp

<<< Dane tekstu >>>
Autor Aleksander Szczęsny
Tytuł Pieśń białego domu
Wydawca J. Mortkowicz
Data wydania 1915
Drukarz Drukarnia Naukowa
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


PIEŚŃ BIAŁEGO DOMU.

Gorąco jest w mieście w upalne letnie dnie. Ludzie chodzą tuż pod murami domów, aby choć trochę korzystać z cienia, pochowanego po kątach. W ogrodach, łabędzie śpią u brzegu sadzawek, pod zwisającemi nieruchomo gałęźmi srebrzystych wierzb, a asfalt chodników miękki jest jak najdoskonalszy dywan.
Tylko słońce nieustannie czuwa na niebie i uważa, aby każda najmniejsza choćby powierzchnia wody, każdy nowy dach blaszany, albo szyba otwartego okna odbijały je jak lusterko.
Kiedy nadchodzą takie dnie, spoglądam z utęsknieniem, siedząc w swojem mieszkaniu, na zielony worek podróżny, wiszący w kącie. Gdybyż teraz można było wydostać się za miasto i iść przez łąki, ku tym czarnym lasom, u których jakby kończy się ziemia.
Aż wreszcie nadchodzą dnie, kiedy mam więcej wolnego czasu. Wstaję raniutko i oglądam troskliwie rzemienie tłomoczka, nim go zarzucę na plecy. Mam w nim wszystko, co niezbędne jest do pieszej podróży. Wreszcie wesoło wychodzę na ulicę.
Zaczyna się już robić gorąco. Stróże polewają podwórza i przedsienia, z bram, które mijam, zawiewa wilgotny chłód.
Ale oto wydostaję się za miasto. Droga wije się przedemną daleko, po bokach rosną wysokie topole, a gdzieś pośrodku zboża sterczy samotna dzika gruszka.
Widzę przed sobą pociąg, jak posuwa się pod lasem. Długie kłęby pary ciągną się nad nim niby półprzezroczysta biała liszka, słaby gwizd dochodzi aż tutaj, a wagony, maleńkie jak zabawka, ciągną się długim sznurem. Niedaleko płynie rzeka. W zaroślach nadbrzeżnych roją się owady. Jętki krążą nad małemi zatokami w piasku, a miasto ukryte we mgle powietrza, pokazuje tylko swoje najwyższe wieże.
Tak idę coraz dalej. Aż wreszcie mój czas wolny upływa i trzeba wracać do miasta. Ale wtedy wszystkim kwiatom, które spotykam po drodze, mówię, że zobaczymy się jeszcze. Wiatr faluje zboże, kwiaty nachylają się ku mnie, a ja — uśmiecham się do nich ogorzałą twarzą.

W jednej z takich wędrówek, dość daleko od miasta, natrafiłem na zamknięty biały dom, stojący niedaleko od drogi. Było wtedy południe. Zmęczony i zgrzany, wszedłem przez zniszczoną bramę ogrodzenia na duże podwórze. Po trawnikach przed domem widać było odrazu, że tutaj nikt nie mieszka. Klomby zarosła gęsta dzika trawa, pełna małych żółtych kwiatków, pokryła ona także, choć nie tak gęsto, żwirowane niegdyś ścieżki. Niektóre z zamkniętych zielonych okiennic domu podparte były poczerniałemi żerdziami.
Zbliżyłem się do drzwi i wziąłem za klamkę. Drzwi się otworzyły. Z dużego przedpokoju wązkie drewniane schody prowadziły na górę. Znalazłem tam mały, również otwarty pokoik z wychodzącym na tyły domu balkonem.
Stanąłem na nim, aby się przypatrzeć pięknemu widokowi.
Za domem był duży ogród owocowy, a za nim aleja topolowa, prowadząca do drugiej drogi tuż nad rzeką.
Szeroka rzeka zakręca w tem miejscu, a na środku jej znajduje się duża wyspa zarośnięta krzakami.
Gdy upał dokuczył mi bardzo na balkonie, zszedłem po chwili na dół i w dużym pokoju postanowiłem przeczekać południe. Pokój był zupełnie pusty. W ścianach tkwiły tylko gwoździe po obrazach, a na spłowiałej tapecie widać było ciemniejsze miejsca tam, gdzie one niegdyś wisiały, albo gdzie stały meble. W świetle, wpadającem przez duże serca okiennic, wirował drobniutki kurz, mucha brzęczała gdzieś w kącie. Urwaną gałązką oczyściłem podłogę z kurzu na środku pokoju i położyłem się tam na chwilę z głową opartą o mój tłómoczek. Wkrótce usnąłem.
Kiedym się obudził, światło w okienicach było czerwonawe, a więc spałem do zachodu słońca. Przez otwarte drzwi dolatywało brzęczenie koników polnych. Wstałem i wyszedłem przed dom, ale choć spóźniony, nie ruszyłem zaraz w drogę...
Bo oto kiedym usiadł na chwilę na schodach przed drzwiami, dom przemówił do mnie. Przemówił echem swoich pustych pokoi, patrząc jakby wycięciami zamkniętych okiennic.
A tymczasem niebo pociemniało i okryło się gwiazdami. Głosy wieczorne zlały się powoli w jedno ciche brzmienie, w którem utonął głos domu. Ale ów głos, i to, co po nim nastąpiło, obudziły we mnie chęć wysnucia sobie całej — długiej opowieści.




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Aleksander Szczęsny.