Pierwszy śnieg (Małaczewski)

<<< Dane tekstu >>>
Autor Eugeniusz Małaczewski
Tytuł Pierwszy śnieg
Pochodzenie Pod lazurową strzechą
Wydawca Instytut Wydawniczy „Bibljoteka Polska“
Data wyd. 1922
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron

PIERWSZY ŚNIEG.

Opuśćcie swoje samotnicze ściany
o, zamyśleńców marzycielskie bractwo, —
na świat wylećcie, jak niebieskie ptactwo.
Przyszła na ziemię godzina przemiany.
Pierwszy śnieg prószy...

Wiosłami wspomnienia
na pierwo-śniegach z lat ubiegłych wieńca
odtrąćcie siebie od szarego brzegu
tej powszedniości, co myśl wam zacienia
i do najczystszych radości zniechęca —
wylećcie na świat cieszyć się ze śniegu...

Jesienne niebo późnego południa
parę chwil temu jeszcze błękitniało
modrością bladą, która tak ocudnia
tłem swojem — klonów złocistość wspaniałą,
i buków szkarłat, królewski w swej barwie.

Naraz — sfrunęło kilka szronów z chmury
niedużej... jako gdy mlecza się narwie
już odkwitłego i dmuchnie nań z góry.

A potem błękit szarawo-białemi
chmurami zasnuł się nieomal wszystek
(prócz jednej blado-lazurowej szpary)
i biały meszek w oczach rósł na ziemi

i wkrótce każda gałązka i listek
stały się srebrną ze złotej i szarej.

A teraz spójrzcie: lecą całe chmary
wątłych śnieżynek — jakoby okwity
z olbrzymiej starej wiśni, wybujałej
kwieciem gałęzi gdzieś, hen, nad błękity:
jeden strząs boży i świat się stał biały.

W pogodzie ducha, dawno niezaznanej,
z uśmiechem, który warg nam nie wysila,
depcem mech śniegu, jak puch morskiej piany;
a idziem krokiem tak lekkim, że mila,
choćby najdłuższa, wyda się stajaniem.

Czujemy, jako bez żadnej przyczyny
ocknięta radość wnet nami owładnie...
i nim spostrzeżem to — dziećmi się staniem
w sobie i usta, nawykłe do drwiny,
szepną nie: „pięknie“ już, ale „Jak ładnie“.

Cokolwiek ujrzym, wszystko nas ucieszy;
bo się na wszystkiem dziewicza biel kładnie,
bo śnieg już wszędy rośnie, mszy się, strzeszy,
śmigając, plącząc się w powietrznym pląsie,
niby wyroje ciem białych, co lśnią się
blaskiem matowym, wirując...

I oto
przyłapiem siebie na dawnej zabawie
z lat, wspominanych z najcichszą tęsknotą:

spostrzegłszy gwiazdki śniegu na rękawie
podniesiem rękę, jak niegdyś do twarzy,
aby się przyjrzeć kropli, skrysztalonej
w przecudne wzory z takiem powiązaniem,
że podobnego coś ani wymarzy
nawet dłoń drobna koronczarki zręcznej;
i spojrzy na nie wzrok, w przeszłość zwrócony,
z dawnem zdumieniem a z nowem kochaniem,
dwu gwiazdkom śniegu, jak dwu siostrom wdzięczny.

Pójdziem w rozkwitłe sprawą zimy parki,
gdzie drzewa stoją w śniegu, jakby w komży:
gdy wiatr nadleci — gałęziami miotnie...
szron z nich opadnie, obłokiem nas omży,
a one szumem nas pobłogosławią
za naszą duszę wieczyście żórawią,
za serca, zawsze bijące — odlotnie.

I w nieprzytomnej długiej wałęsance
wśród białych parków w zaśnieżonem mieście,
będziemy marzyć w krwi nagłym szeleście,
jakby o sławie, jakby o kochance,
o tem: że śnieg ów, co, jak białe róże,
rozkwitł na krzach i bluszczy się na murze
i jak łza szczęścia topnieje na rzęsie, —
łączy nas wszystkich takich marzycieli,
jako ja jestem, jako wy jesteście...
i że Bóg z wiśni swej gwiazdki nam trzęsie,
abyśmy sobie siebie przypomnieli.




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Eugeniusz Małaczewski.