Poezye Józefa Massalskiego/Do Alexandra Ł.

<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Massalski
Tytuł Poezye
Podtytuł Tom drugi
Data wyd. 1828
Druk A. Marcinowski
Miejsce wyd. Wilno
Źródło skany na Commons
Indeks stron
DO ALEXANDRA Ł.....


Dowiedziałeś się przyjacielu, że polowałem wczoraj na zające, i zapytujesz mnie, czy się podobało to polowanie; odpowiadam, że musiało się podobać; lecz nie mnie, a zającóm, bo żadnegom nie zabił.

Jeszcze onegdaj, z wieczora,
Z miną Nemroda, pan Łowczy,
Wydał nam wyrok stanowczy;
Że ponieważ piękna pora;

A zatém pożyteczniéj użyć jéj nie można, jak pójść nazajutrz na polowanie. Zapytałem po cichu dojeżdżacza czy będzie śniadanie w torbie; odebrawszy pomyślną odpowiedź, potwierdziłem wyrok pana Łowczego.

Lecz trzeba, rzekł, nieodbicie
Być nam już w kniei o świcie.

Zraniło niemiłosiernie moje uszy ostatnie jego słowo. Niepozwalam, krzyknąłem, o świcie; chyba o południu. Oburzył się pan Łowczy na ten myśliwski barbaryzm; inni żartować zaczęli; ja przypomniałem odpowiedź dojeżdżacza, rzekłem zgoda, i poszliśmy spać.

Ledwo ranne błysło zorze,
Już rad nie rad byłem w borze.
Zagrały trąbki, okrzyki,
Harap klaska, pieski gonią,
Strzelce biegą na przesmyki,
Ja pod krzakiem drzémię z bronią.
Aż huczne obok wystrzały
Nagle słodki sen przerwały.

Trochęm się z razu zatrwożył;
Lecz przypomniałem, żem w kniei,
Żem tu nie przyszedł w nadziei,
Bym pod krzak spać się położył.
Myśl ma więc była o strzałach;
Jak ma paść pod moim grotem
Wykrętny zając; a potém:
Myśl o niebieskich migdałach!
W tém posuwistemi skoki
Sadzi szarak kosooki.
Nim chwyciłem broń do ręki,
Nim przyłożyłem do szczęki,
Nim się kurek odprowadził,
Zając już wiorstę odsadził.

Słyszałem kiedyś, że w takim razie psy na trop nawołać należy; zacząłem zatém z całych sił krzyczeć; ale, że krzyk ten nie był podług myśliwskich przepisów, zbiegli się do mnie wszyscy towarzysze, i pytali się przestraszeni, jaki mi się zdarzył nieszczęśliwy przypadek. Skończyło się na tém, że na mnie jeszcze więcéj, niżeli ja na psy, nahałasowali.

Nie tak się zląkłem hałasu,
Jak tych słów naszéj drużyny:
Niéma już w kniei źwierzyny,
Idźmy do inszego lasu.

Miałem chęć poprawić mój grzech, i poszedłem z nimi; pomimo jednak téj chęci, troskliwie pytałem o to, jak prędko wrócimy do domu?

Ale zniknęły te troski,
Gdym postrzegł, że z bliskiéj wioski
Dziéwczęta cudnéj urody
Biorą w tym lesie jagody.

Daruj Elino! masz słowo,
Że już tak płochym nie będę.
Wdałem się z niemi w gawędę.
W tém Łowczy, kiwnąwszy głową,
Rzekł: bracia! nie traćmy czasu;
Któżby chciał ścigać źwierzęta,
Gdy w kniei takie dziéwczęta?
Idźmy do inszego lasu.

Upadam do nóg rzekłem, i dopomniałem się o część mnie należną śniadania: — Nie zasłużyłeś — odezwali się wszyscy. — kucharz mi tego w domu nie powié — pomyśliłem i pożegnałem śmiejących się towarzyszów,

Którzy mi na pożegnanie
Ten dali wyrok niestety!
Że nigdy na polowanie
Brać nie należy poety.


PD-old
Tekst lub tłumaczenie polskie tego autora (tłumacza) jest własnością publiczną (public domain),
ponieważ prawa autorskie do tekstów wygasły (expired copyright).