<<< Dane tekstu >>>
Autor Aleksander Błażejowski
Tytuł Sąd nad Antychrystem
Wydawca Ilustrowany Kurier Codzienny
Data wyd. 1927
Druk Drukarnia Ilustrowanego Kuriera Codziennego
Miejsce wyd. Kraków
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron

zaciekawieniem na pieszą wędrówkę obojga i czekali niecierpliwie na chwilę, kiedy usiądą na trotuarze.
— Ale są „pod gazem“ — zauważył jeden z szoferów, wywołując głośny śmiech towarzyszy.
Mężczyzna, bardziej przytomny od swej towarzyszki, obejrzał się i spostrzegł, że stał się przedmiotem wesołego widowiska, postanowił więc zaniechać dalszych prób spaceru i tłumiąc atak czkawki, krzyknął:
— Dorożka!!
Pięciu dorożkarzy podcięło konie, starając się prześcignąć jeden drugiego. Wybór dorożki stanowił niemały kłopot dla wesołej pary, bo gdy on decydował się już wsiąść w jedną, to ona z uporem ciągnęła do drugiej. Wreszcie decyzja zapadła i oboje usiedli na poduszki wehikułu. Pan w karakułowym kołnierzu podał adres jakiegoś hotelu, na który znów jego towarzyszka nie chciała się zgodzić.
— Do mnie nie możesz jechać — upierała się, bełkocąc monotonnie.
— Ależ przyrzekłaś mi... — perswadował nieznajomy.
— No dobrze, ale tu w tej dorożce musisz mi przysiądz, że będziesz się zachowywał cicho jak kot...
— Przysięgam.
Wreszcie ustalono adres. Woźnica zaciął konia i dorożka potoczyła się wolno po nierównym bruku ulicy Senatorskiej.

My katalisia po łodkie
Alosza, Wania, ja w sierodkie..“

Doszła do uszu szoferów rosyjska piosenka uliczna, którą wyciągał sopran w dorożce. Dorożka skręciła w Wierzbową, wreszcie zatrzymała się przed jednym z podrzędnych hoteli na Trębackiej. Woźnica zeskoczył z kozła, pomógł swoim pasażerom wyładować się na trotuar. Gdy mężczyzna z trudnością rozliczał się z dorożkarzem, jego towarzyszka nacisnęła guzik dzwonka w bramie. Zaspany szwajcar otworzył szklane drzwi i oboje wtoczyli się na schody, kurczowo trzymając się poręczy. Odkręcenie kluczem drzwi pokoju musiało przedstawiać nielada trudność, bo długo oboje wysilali się naprzemian nad tą czynnością. Wreszcie zamek ustąpił i weszli do dużego pokoju, w którym raziły szablonowe meble hotelowe.
Widok własnego pokoju podziałał widocznie rozweselająco na młodą kobietę, bo usiadła zaraz w fotelu i co chwila wybuchała głośnym śmiechem. Nieznajomy stał nad nią, utrzymując na krótkich, a mocnych jak pnie nogach, z trudnością równowagę i gestem ręki prosił, by się uciszyła. Gest ten ją jeszcze bardziej rozweselił.
— Wiera, co robisz? Pobudzimy wszystkich lokatorów — upominał mężczyzna.
— Co mi tam lokatorowie — bełkotała — rachunek hotelowy płacę dolarami, więc nie mają prawa robić mi żadnych wymówek...
— Ależ mówiłaś w dorożce, że trzeba się bardzo cicho zachowywać...
— W jakiej dorożce? — pytała z wielkiem zdziwieniem — nigdy żadną dorożką nie jechałam...
Mężczyzna zmarszczył czoło i poważnie zastanawiał się nad tem, czy rzeczywiście jest tak pijany, że zdawało mu się, iż niedawno siedział w dorożce.
Młoda kobieta wstała z trudem z fotelu, zdjęła futro, które opuściła na ziemię. On podniósł je, ale równocześnie zatoczył nogami olbrzymi łuk i wpadł na szafę.
— Ty jesteś pijany, uważaj, nie rób hałasu — upominała go towarzyszka.
Wreszcie płaszcz bez poważniejszej szkody znalazł się na wieszaku.
Młoda kobieta zapaliła żarówkę nad lustrzaną konsolą, i zaczęła się rozbierać. Za chwilę stanęła przed swoim towarzyszem w bieliźnie. Nieznajomy patrzył na jej nagie, lekko opadające ramiona, na długie, szczupłe ręce, na biały, kształtny biust, przysłonięty w połowie różową crepe de chine, na rasowe nogi, obciągnięte jedwabną pończochą.
— Piękna jesteś Wiero — szepnął cicho i chciał ją objąć ramieniem.
Trąciła go tak silnie, że padł w głęboki fotel, chwiejnym krokiem podeszła do wielkiego kufra i długo coś w nim szukała. Za chwilę silny zapach eteru wypełnił pokój.
— Pijesz eter? — spytał ją pijanym, nosowym głosem.
Odwróciła się szybko — zobaczył, że w ręce trzymała kilka fjolek i małe błyszczące pudełko.
— Chcesz? — spytała.
— Co takiego?
— No, morfinę...
— Nie, dziękuję, morfina szkodzi mi, wolę kokainę...
— Kiedy nie mam ani pół grama — odpowiedziała zmartwiona.
Następnie pilnikiem spiłowała szyjkę szklanej fjolki, wciągnęła jej zawartość w błyszczącą strzykawkę, uchyliła rąbek pończochy i pewnem uderzeniem wbiła cienką igłę w nagie udo. Towarzysz chwycił ze stolika kłębek waty, przytknął go do małej ranki.
Schowała z powrotem strzykawkę i fjolki do olbrzymiego kufra, potem usiadła na otomanie. On zbliżył się do niej, usiadł na dywanie i patrzył jej prosto w oczy.
— Dawno już używasz morfiny? — spytał, opanowując nowy atak czkawki.
— Dawno, a zresztą co ciebie to obchodzi...
— Obchodzi mnie, bo cię kocham[1] i objął ramionami jej nogi.
— Ty kochasz? — zaśmiała się głośno. Siadaj tu obok mnie — rozkazała nienaturalnym głosem i przymknęła powieki. Usiadł posłusznie a ona objęła go za szyję, przycisnęła usta do jego ust, potem mówiła sennym głosem:
— Ty mnie kochasz? Tak, czasem zdaje mi się, że rzeczywiście przywiązałeś się do mnie, a czasem masz jakieś takie chłodne, niemiłe błyski w oczach, jakbyś mnie odpychał. Wtedy chowam się zaraz, jak ślimak w swoją skorupę, a chciałabym ci czasem opowiedzieć tyle rzeczy o sobie...
— Mów, chętnie będę słuchał...
Ale ona nie odpowiedziała. Coraz wolniej głaskała ręką jego włosy, potem bezwładnie padła na otomanę. Morfina zaczynała działać, rozprężała jej mięśnie, oczy zachodziły mgłą nieprzytomności.
Mężczyzna siedział jeszcze chwilę, rękę położył na jej czarnych włosach i wsłuchiwał się w jej oddech. Po bezsennej nocy i silnej dawce morfiny, zasnęła głęboko. Wtedy wstał, chwycił ją w swoje silne ramiona i sprężystym krokiem zaniósł na łóżko. Delikatnie zdjął z jej nóg lakierowane pantofelki i starannie przykrył kołdrą. Potem wyprostował się i bacznie rozejrzał po pokoju. Cichym krokiem podszedł do olbrzymiego kufra, odchylił wieko i długo w nim szukał czegoś. Wyjął wreszcie jakieś przedmioty i ukrył je w obszernych kieszeniach ubrania. Następnie uchylił drzwi szafy, wyjął biały płaszcz, obramowany puszystym lisem. Wkońcu podszedł do łóżka, a gdy przekonał się, że ona zapada w coraz głębszy sen, zgasił światło i cicho wysunał się na korytarz.
Szybko zbiegł teraz ze schodów, wszedł do portjerni i długo trącał zaspanego szwajcara, zanim zdołał go obudzić. Kazał zaprowadzić się do budki telefonicznej. Połączył się z ekspozyturą śledczą i wezwał do hotelu komisarza dyżurnego i dwóch wywiadowców; potem spokojnie usiadł w trzcinowym fotelu i zapalił papierosa.
W niespełna pięć minut komisarz policji zadzwonił do bramy hotelu. Nieznajomy wstał, oddał jednemu z wywiadowców biały płaszcz i nachylając się do ucha komisarza policji, wydał krótki rozkaz:
Pod numerem 27-ym na pierwszym piętrze śpi młoda kobieta. Będzie pan nad nią czuwał, ażeby nie wyszła na ulicę. Oczywiście, że można kolejno ją inwigilować. Gdy zbudzi się i wyjdzie z pokoju, wtedy zaaresztuje ją pan i przewiezie na Daniłowiczowską. Proszę moje polecenie wykonać spokojnie i z wielkim taktem. Pragnę, aby pan uniknął wszelkiej brutalności...
Komisarz policji zasalutował służbowo.
Nieznajomy czekał, aż policja wejdzie na pierwsze piętro, potem szybko wybiegł na ulicę. Stał chwilę pod latarnią, zamyślił się nad czemś głęboko, wreszcie szepnął do siebie:
— Szkoda kobiety... Co robić, kiedy już taka psia służba. Zresztą dałem słowo honoru, że jutro ją dostawię...
Z pasją rzucił niedopalonego papierosa na chodnik, aż skry rozsypały się dookoła. Szybkim krokiem skierował się na Wierzbową, gdzie wsiadł w dorożkę.


ROZDZIAŁ XIII.
Pani w białym płaszczu.

Zapalono latarnie uliczne, gdy inspektor Sandberg wyszedł ze swego mieszkania na ulicę i wlókł się ociężale przez Krakowskie Przedmieście. Co chwila przystawał przed inną szybą wystawową, jakby chciał zabić kilka godzin niepotrzebnego czasu. Doszedł wreszcie do rogu Trębackiej i stanął chwilę, patrząc w głąb tej ulicy. Potem zawrócił z powrotem na Krakowskie. Wolnym krokiem doszedł do rogu Królewskiej i z zajęciem obserwował silny ruch uliczny.



  1. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; brak znaku przestankowego.