<<< Dane tekstu >>>
Autor Andrzej Stopka Nazimek
Tytuł Sabała
Podtytuł Portret, życiorys, bajki, powiastki, piosnki, melodye
Wydawca L. Zwoliński i Spółka
Data wyd. 1897
Druk Drukarnia Narodowa
Miejsce wyd. Kraków
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron

Wszakże zawsze tej pieśni słuchamy najchętniej,
Która w sercu słuchacza czemś nowem odtętni.
(Homer, Odysea, I księga).

S

Szczupłe wiadomości o życiu pasterskiem, gospodarskiem, myśliwskiem i zbójeckiem u ludu podtatrzańskiego, nikną coraz bardziej. Idą w zapomnienie różne piękne podania, baśnie i legendy, które jeszcze niedawno tak żywo zajmowały Podhalan.
Wprawdzie i dziś jeszcze od czasu do czasu odezwie się ta dawna chęć słuchania i opowiadania sobie nawzajem baśni »jakto drzewień bywało«, schodzą się górale i gwarzą, ale zwyczaj ten zachował się tylko w niektórych wsiach Podhala. W Zakopanem, w Kościelisku i w Poroninie nie masz go prawie. We wsiach więcej odległych od Zakopanego zakonserwowały się jeszcze dawne zwyczaje, za które mieszkańcy tych wsi zyskali sobie u Zakopianów pogardliwą nazwę »wsiàków«.
Było jednak pod Tatrami jak i na całem Podhalu inaczej.
Wszak młodzi pamiętają jeszcze te zimowe wieczory, kiedy schodziliśmy się na tak zwane »prządki«. Kobiety snuły lniane nici, a my czytaliśmy różne piękne powiastki. Płakaliśmy nad nieszczęśliwem życiem Genowefy i oburzaliśmy się na okrutnego Gola, to znów Jasiek Hotarski, lub inni opowiadali dziwnie na młodą wyobraźnię działające powiastki o zaklętych w granity królewnach, o dziadulach śpiących w środku turni, czarownicach i czarownikach, o grotach i pieczarach, któremi można było na wylot przejść ziemię i w ten sposób wyemigrować tanim sposobem do Ameryki.
Smoki strzegące tej drogi i kości ludzkie, rozrzucane po zjedzeniu ciała na cztery strony świata, ukazywały się nam młodszym we śnie i napawały strachem.
Zwyczaj »schodzenia się na prządki« był rozpowszechniony na całem Podhalu, a więc w Zakopanem i w Kościelisku.
Niestety, jakże dziś inaczej! Obecnie gorączka wzbogacenia niweczy tu wszelkie duchowe życie. Całą uwagę zajęła dziś budowa domów, przyswajanie sobie pańskich manier, co chyba u Zakopianów doszło do punktu kulminacyjnego.
Nie wiedzą oni widocznie, czy wiedzieć nie chcą, że te cechy, tak ich od reszty ludu wyróżniające, sprawiły, iż w ostatnich czasach zainteresowano się tak góralami, jakoteż ich przeszłością.
Trzeba przyznać, że możeby tego nie było, gdyby do tego nie pomagała w wysokim stopniu sympatya do cudownych okolic, które zamieszkują.
Zachwycony cudnymi widokami turysta identyfikuje skały, lasy, hale z ludźmi pośród nich mieszkającymi, a nawet i zwierzętami, boć one do pewnego stopnia tworzą rzeczywiście jedno, jeden widok.
Czyż można sobie wyobrazić ruń hali bez tych białych, śnieżnych owieczek, bez turlikania ich dzwonków, bez śpiewu, wyskania i gry na fujarce wesołego juhasa?
Czego się nie używa, śniedzieje i niszczeje. Tak zniszczały podania tatrzańsko-zbójeckie, zanim skrystalizowały pod piórem skrzętnego i umiejętnego badacza.
Krwawe one były, to prawda, ale podmiotowej istoty zbrodni w nich nie było. Zbójowano w dobrej myśli, a zbójectwo dawne nie uchodzi jeszcze dziś wśród ludu za coś zdrożnego; owszem było w niem i jest coś bohaterskiego, dobrego, »bo choć bogaty stracił, ale biednemu wse cosi kapło«.
Żyły zatem w ustach ludu krwawe i śmiałe napady na dwory okrutnych panów, sołtysów, to wreszcie na bogatych żydków handlarzy, zamieszkujących liptowskie i węgierskie równie.
Rosły i pomnażały się podania o budowie kościołów przez zbójników, o zdobieniu ich ołtarzami i obrazami świętych — które pokradziono w innych kościołach.
— Bogu ta o to — mówiono — nie markotno o zbójectwo, ale co byś sie ś nim, jak ci sie udà, podzielił, a dawàł mu okwiare nie na ostatku, ino wse z końca.
Bogate w przygody życie bohatera, zbójnika Janosika, o którym dawniej krążyło wiele wiadomości, znane jest dzisiaj w nader skąpych szczegółach.
Gadaje i Bliźniaki, co zbójowali, nie chcąc dać umrzeć z głodu swym starym, ukochanym rodzicom, pomarli razem ze swem zbójeckiem rzemiosłem, tak, że dziś tylko opinia ma ich za »honornych hłopów«, zjednując dla ich potomków mimowolny szacunek.
Stary Wojdyła i Fatla kuli, jak wieść niesie, ciupaki, piki, noże zbójeckie i inną broń, kuli konie złotemi podkowami, ale dla kogo, tego dokładnie dziś nikt nie pamięta.
Obławy kłusownicze na niedźwiedzie, dziki, rysie i wilki przemieniły się w daleko mniej sportowne, ale zyskowniejsze polowania na bogatych gości.
Bzdurstwem nazywają dziś Zakopianie przygody nieszczęśliwego w miłości, a tak pięknego Janika, o którym do dziś dnia tyle piosnek śpiewają góralki.
Przestały zajmować opowiadania o okrutnych czynach mściwego Marduły, lub o miłości awanturnicy Kacki, kochanki śmiałego Matei, o bogato rzeźbionej, wystawionej dla niej pod reglami chałupie, o darach bogatych, którymi ją obsypywał i wreszcie o tragicznym końcu jej zalotników, ginących jeden po drugim z ręki strasznego Odyseusza-Matei.
Konserwatorów góralskiej mody było dawniej wśród górali więcej. Nosili oni do niedawna spodnie »ze zàscypkom«, cuhy bez oblanki, kapelusz »wymascony«, a »ubuwali się po wierhu«.
Cały ten strój był im tak własny, że nie było w nim nawet nitki cudzej roboty. Wszystko było albo własnego — domowego wyrobu, albo w każdym razie Podhala.
Z tych ludzi ubierających się po staroświecku pamiętam: Michałka, Michnę i Skwarka.
Z opowiadań pamiętam tylko Skwarkowe, które przy sposobności na innem miejscu przytoczę i objaśnię.
Z rozognioną twarzą i skrzącemi się oczyma, prawił on pasterzom krów na Groniku dziwy o czarownikach, co wodę w Pisanej, gdy chcieli, odwrócili ku Bystrej, o czarownicach, będących egipską plagą przy chodowli krów, lub wreszcie o mnogich skarbach w górach i lasach, co się świecą i suszą podczas cichej, letniej nocy.
Objaśniał słuchaczom dokładnie, jak zapomocą święconej laski, zwanej »kulmagą« można zaznaczyć w nocy to miejsce, by później we dnie do pieniędzy trafić. »Kieby wto był godny«.
Wygrzebywał z popiołów przeszłości i odtwarzał nam w bogatej swej wyobraźni baców i juhasów — »co mieli telo psów ino, co teràz nàwięksý baca owiec«.
Dla ludoznawstwa strata to wielka i niepowetowana niczem, że nie znalazł się ktoś o kilkadziesiąt lat pierwej, któryby zajął się spisywaniem zwyczajów i obyczajów, pieśni i opowiadań ludowych.
Tatrami się zajmowano, ludem w nich mieszkającym aż do Dembowskiego, Matlakowskiego i St. Witkiewicza[2] nic prawie.
Nie można się temu zresztą dziwić.
Łatwiej bowiem było podziwiać, opisywać, opiewać lub malować niebotyczne szczyty, bijące w oczy blaskiem zwierciadła jezior, niż odszukać starych górali, co zagrzebali się w kurnych izbach i w wielkim zaduchu mieszkali między cielętami i jagniętami.
Tam trzeba było szukać zgrzybiałych staruszków, co grzejąc się przy ogniu na nalepie, lub posuwając po izbie przy pomocy stołeczka, już dawno progu izby nie przestąpili.
Byliby ożyli, gdyby ich kto był zapytał: »Jak to drzewień bywało«. Byliby opowiedzieli naiwnie wszystko, co widzieli, słyszeli, lub przeżyli.
Niestety — nie uczyniono tego.
Dziś pozostaje tylko nader oględne i sprytne cofanie się w owe dawne czasy, gubienie się w domysłach i wnioskach. Gdy zaś przyjdzie coś spisać, trudno odróżnić, pomimo największej ostrożności to, co jest ówczesne, rodzime, od naleciałości późniejszych i świeżego wymysłu.
I te badania, choćby były poczynione z wielką zręcznością, odtworzyć owego dawnego, tak charakterystycznego życia góralskiego stanowczo nie potrafią.
Pozostanie ono zawsze fotografią gór na księżycu położonych, a będzie to tylko teraźniejszość, lub niedawna przeszłość z większym, lub mniejszym pozorem dawności.

separator poziomy




  1. Wszelkich objaśnień co do znaczenia wyrazów gwarowych szukaj na końcu.
    à czytaj jak o
    ý»»długie i
    é»»głębokie y.
  2. Znakomite dzieło St. Witkiewicza p. t. »Na przełęczy« zawiera nader trafną charakterystykę ludu góralskiego i wiele wiadomości o Sabale, których tu już nie powtarzam.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Andrzej Stopka Nazimek.