Serce (Amicis)/Kolej żelazna

<<< Dane tekstu >>>
Autor Edmund de Amicis
Tytuł Serce
Data wydania 1938
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Drukarz Drukarnia „Antiqua” St. Szulc i S-ka
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Maria Konopnicka
Tytuł orygin. Cuore
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
Kolej żelazna.
10. piątek.

Przyszedł do nas wczoraj Precossi i Garrone także. Jakie było przyjęcie! Choćby byli synami książąt, nie mogłoby być lepsze. Garrone był u mnie po raz pierwszy, najpierw dlatego, że jest trochę dzikus, a potem wstydzi się, że taki dryblas z niego, a jeszcze siedzi w trzeciej. Poszliśmy wszyscy otwierać drzwi, kiedy się dzwonek odezwał. Crossi nie przyszedł, bo ojciec jego po sześciu latach nareszcie z Ameryki wrócił. Zaraz mama uściskała Precossiego, a ojciec przedstawił jej Garronego mówiąc:
— Oto Garrone! To już nie tylko dobry chłopiec, to rycerz i szlachcic całą gębą!
A Garrone skłonił swoją wielką, rozczochraną głowę uśmiechając się do mnie ukradkiem.
Precossi miał na piersi swej medal i taki był wesół, taki szczęśliwy, bo ojciec jego znów się do roboty zabrał i od pięciu dni już nie pił. A syna to radby ciągle przy sobie w kuźni miał i zupełnie się odmienił.
Zaraz wzięliśmy się do zabawy; powyciągałem co tylko mam. Precossi stał w zachwycie przed moją koleją żelazną, która ma lokomotywę i leci sama przez pokój jak ją nakręcić. Nie widział jeszcze nigdy takiej zabawki i wprost oczami pożerał te wagoniki czerwone i żółte, które się za lokomotywą toczyły. Dałem klucz do nakręcenia, żeby się bawił; ukląkł, nakręcił i oczu nie odrywał od maszyny. Jeszczem go tak rozbawionym nigdy nie widział. — Przepraszam... przepraszam... — powtarzał co słowo, osłaniając rękami maszynę, żebyśmy jej nie zatrzymali, a wagoniki ustawiał i przestawiał tak ostrożnie jakby były szklane; tchnąć prawie nie śmiał na nie i wycierał co chwila, oglądał to z dołu, to z góry, uśmiechając się radośnie sam do siebie.
Staliśmy wszyscy i patrzyli na niego. Patrzyliśmy na tę cienką szyję, na biedne uszy, którem kiedyś zakrwawione widział, na ten kubrak z pozawijanymi do łokcia rękawami, z których wysuwały się wątłe rączyny, zmuszone nieraz osłaniać od uderzeń twarz bladą... Tak mi go było żal, że oddałbym mu bez żalu wszystkie zabawki moje, wszystkie książki, odjąłbym sobie od ust ostatni kawałek chleba, żeby mu dać, ściągnąłbym z siebie ostatnie ubranie, żeby go odziać, i jeszczebym przed nim na kolana padł i w ręce go całował...
— Przynajmniej mu tę kolej dam! — pomyślałem sobie. — Muszę się tylko spytać ojca, czy pozwoli.
W tej chwili uczułem, że ktoś mi do ręki wsunął kartkę. Spojrzałem; była napisana ołówkiem przez mego ojca i zawierała te słowa:
„Precossi zachwycony jest twoją koleją. Nie ma on zabawek, biedaczysko. Czy ci serce nic nie podszepnęło, Henryku?“. Natychmiast zebrałem oburącz maszynę, wagony i dając je Precossiemu, rzekłem:
— Weź, to twoje!
Patrzył na mnie, słuchał, ale nie rozumiał.
— Twoje! — powtórzyłem. — Daruję ci to!
A on obrócił wtedy zadziwione oczy na mego ojca i na moją matkę, a potem zapytał.
— Ale dlaczego?...
Więc ojciec mój rzekł:
— Henryk daje ci to dlatego, że jest twoim przyjacielem, że cię kocha i że chce tym sposobem uczcić twój medal, drogi chłopcze!
Ale on nie mogąc wyjść ze zdumienia rzecze nieśmiałym głosem:
— I... mogę to zabrać... do domu?
Więc my wszyscy:
— Naturalnie, że możesz! Prosta rzecz, że możesz!
Ale kiedy do odejścia przyszło, był już na progu, a jeszcze nie śmiał wyjść z tym wszystkim. A jaki był rozczulający w tym wahaniu i jaki szczęśliwy! Z dziesięć razy przynajmniej powtórzył swoje „przepraszam“, a usta jego drżały i uśmiechały się razem.
Garrone pomógł mu zawinąć cały pociąg w chustkę, a gdy się schylił, zachrobotały obwarzanki, którymi miał wypchane kieszenie.
— Przyjdź kiedy do kuźni — rzekł mi na odchodnym Precossi. — Zobaczysz jak mój ojciec pracuje! Dam ci też gwoździ...
Tymczasem mama przypięła do kurtki Garronego bukiecik, żeby go zaniósł w jej imieniu swojej matce. A Garrone swoim grubym głosem rzekł:
— Dziękuję! — I nawet brody nie podniósł od piersi. Ale w jego wzroku błyszczała dusza piękna i szlachetna.

· · · · · · · · · · · · · · · · · · · ·




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Edmondo De Amicis i tłumacza: Maria Konopnicka.