Tajemnice Nalewek/Część I/III

<<< Dane tekstu >>>
Autor Henryk Nagiel
Tytuł Tajemnice Nalewek
Część I-sza
Wydawca E. Wende i S-ka
Data wyd. 1926
Druk Drukarnia Leona Nowaka
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cała część I
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Cała powieść
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron
III
NA ŚLADACH

Kiedy za kwadrans pan Natan, odprowadziwszy Ejtelesa, wrócił do pokoju kasowego, zastał obecnych niespokojnych i zatrwożonych. Urzędnik policyjny, który w tej chwili dyktował rodzaj protokółu jednemu z towarzyszących mu, postąpił na jego spotkanie.
— Są nowości — rzekł.
Pan Lurje zatrzymał się, pytając oczyma.
— Sprawdzono, że wasz kasjer nie żyje. Ten pan przyniósł tę wiadomość.
— Samobójstwo, czy... — zapytał, pan Natan głosem zupełnie już równym i spokojnym.
— Niewiadomo... Wizja przekona. Prawdopodobnie będę musiał tam być. Tymczasem skończymy protokół i jeszcze zadam panu kilka dodatkowych pytań.
— Jestem na pańskie rozkazy.
Po chwili urzędnik przejrzawszy rodzaj protokółu, zbliżył się do pana Lurjego.
— Uprzedzam pana — rzekł — iż pytania moje nie należą bynajmniej do urzędowego śledztwa, które prowadzić będzie odpowiednia władza sądowa. Ja pragnę tylko zebrać ważniejsze informacje, ażeby dać materjał tej władzy.
Pan Natan skłonił się.
— Proszę pana — ciągnął dalej urzędnik — czy do pokoju kasowego, oprócz drzwi, które otworzyliśmy, niema innego wejścia?
— O ile wiem, nie! — odrzekł po namyśle pan Natan.
— A więc w żadnym razie nie przypuszcza pan, żeby można było się dostać do kasy z zewnątrz?
— Tak przypuszczam.
W tej chwili między zgromadzonymi dały się słyszeć szepty. Z grona zebranych urzędników wystąpił jeden i, zwracając się do urzędnika, rzekł:
— Przepraszam pana, ale mnie się zdaje, że do kasy powinno być drugie wejście...
Obecni powiedli dokoła wzrokiem: nigdzie żadnych drzwi, żadnego śladu wejścia.
— To byłoby dziwne! — zrobił uwagę pan Lurje.
Mówiący był to człowiek stary, niski i pochylony. Odrzekł po chwili:
— Kiedy pan Ejteles wynajął dwa lata temu ten dom na nasze biuro, robione tu były konieczne przeróbki i ja wtedy nadzorowałem nad niemi, jako dawniejszy rządca domu p. Ejtelesa na Nalewkach.
— No i cóż?
— I pamiętam doskonale, że pomiędzy tym pokojem a pokojem, znajdującym się pod nim na parterze, znajdowały się schodki żelazne wewnętrzne... Była nawet mowa o tem, czy komunikację tę zostawić, ale ostatecznie, ponieważ tutaj miała być kasa, a na dole biuro magazyniera i przejście mogłoby przeszkadzać kasjerowi w pracy, postanowiliśmy drzwi zamknąć, czy też zamurować, dobrze nie pamiętam...
— Nic a nic o tem nie wiedziałem — szepnął pan Natan.
— Gdzież są te drzwi? — pytał dalej urzędnik policyjny.
Dający objaśnienia obejrzał się dookoła, wreszcie skierował się ku wielkiej szafie, stojącej przy jednej ze ścian.
— Oto zapewne tu, za szafą — rzekł.
Urzędnik zajrzał w szczelinę.
— Tak — rzekł po chwili — tutaj muszą być drzwi. Stan ich sprawdzi sędzia śledczy, a ja tymczasem opieczętuję pokój. Nasza czynność skończona. Ale, ale — dorzucił po chwili — chciałbym też wiedzieć, kto obecnie pracuje w pokoju prawdopodobnie połączonym schodami z kasą.
Była chwila milczenia.
— Pan Strzelecki, nasz główny magazynier, jest to jego gabinet — odrzekł wreszcie p. Natan.
— Pan Strzelecki?... Czy to przypadkiem nie ten sam urzędnik, którego nieobecność dziś od rana skonstantowano i który doręczył panu Ejtelesowi wyraz, zamykający kasę?
— Ten sam.
— Czy nie mogliby mi panowie udzielić dokładnego adresu tego pana?
Była króciutka chwila milczenia. Naraz przy półotwartych drzwiach pokoju kasowego dał się słyszeć jakiś hałas.
— A, oto i pan Strzelecki! — zawołał ktoś.
Zebrana u drzwi gromadka rozstąpiła się, jakgdyby cofając się z przerażeniem, i na progu ukazał się Strzelecki. Był to wysoki, przystojny mężczyzna, w sile wieku, o sympatycznej twarzy. W tej chwili jednak postać jego nie budziła sympatji. Twarz czerwona, z oczyma, jakgdyby zaspanemi, nosiła wyraźny ślad całonocnej biesiady, czy też jakichś strasznych wzruszeń; odzież była zmięta, a bielizna nawet rozerwana.
Przybyły, jakgdyby nie zdając sobie sprawy z dziwnego wrażenia, jakie sprawiał, zbliżył się do pana Natana i chciał coś powiedzieć. Urzędnik policji zamienił w tej chwili dwa słowa z jednym ze swych sąsiadów. Zbliżył się do Strzeleckiego.
— Jestem przedstawicielem prawa — rzekł — i aż do dalszego rozporządzenia właściwej władzy aresztuję pana.
— Mnie? za co? — zawołał chrapliwym głosem Strzelecki.
Urzędnik, nie wdając się w dalsze objaśnienia, skinął na ajentów i polecił im wyprowadzić przytrzymanego. Ten spoglądał osłupiałemi oczyma na obecnych. Zdawało się, że zapadł w jakiś stan półsenny. Pozwalał powodować sobą.
Ajenci wyszli. Urzędnik policyjny opróżnił tymczasem pokój kasowy i polecił przyłożyć pieczęcie na drzwi. Około Strzeleckiego, wyprowadzonego pod konwojem, tłoczyli się obecni.
Naraz nowy wypadek zwrócił uwagę ogólną. Przy przejściu Strzeleckiego przez pierwszy pokój, z ławki podniosła się młoda kobieta, która rozmawiała poprzednio z panem Lurje.
— A, to pan, panie Strzelecki! — rzekła zastępując mu drogę, widocznie nieświadoma jego aresztowania. — Co panu jest — pytała — czy pan chory?...
Strzelecki patrzył na nią osowiałym wzrokiem; przeciągnął ręką po czole.
— Dobrze, że pana widzę... Umyślnie się tu wybrałam i czekam na pana przeszło godzinę. Wczoraj, będąc u mnie wieczorem, widać przez roztargnienie zostawiłeś pan to...
Zręcznie otworzyła małą skórzaną torebkę i wyjęła z niej paczkę biletów bankowych.
— Przynoszę pańską zgubę, tylko pięć tysięcy rubli — rzekła, śmiejąc się perłowym śmiechem.
Strzelecki patrzył na nią osłupiały.
— To nie moje! — zawołał wreszcie głosem chrapliwym, jakgdyby mu kto gardło dłonią ściskał.
Scena ta sprowadziła już wszystkich do pierwszego pokoju. Urzędnik policyjny znalazł się tuż obok młodej kobiety. W dwóch słowach objaśnił jej położenie rzeczy.
— Nazwisko pani? — zapytał wreszcie, gdy na jego żądanie złożyła mu pieniądze.
— Tema Z... — odrzekła, wodząc po zgromadzonych dumnym wzrokiem.
— Adres?
— Wspólna Nr. ...

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Tego dnia, w jednem z najbardziej rozpowszechnionych pism codziennych czytano następującą wiadomość:
„Podwójne przestępstwo.
„Jeden z najpoważniejszych domów bankierskich i towarowych w Warszawie padł ofiarą olbrzymiej kradzieży.
„W niepojęty dotąd sposób skradziono z kasy ogniotrwałej, bez użycia gwałtu, sumę około trzechset tysięcy rubli.
„Jednocześnie kasjera firmy znaleziono w mieszkaniu nieżywego. Dotąd niewiadomo dokładnie: czy jest to samobójstwo, czy też zabójstwo?
„Niezmiernie zawikłana ta sprawa przedstawia wiele tajemnic, które sprawiedliwość niewątpliwie wyjaśni.
„Jak dotąd, przypuszczać można, iż kasjer padł ofiarą zbrodni i że ta sama ręka, która spełniła kradzież, zadała cios śmiertelny.
„Są to zresztą tylko przypuszczenia...
„Z powodu pewnych poszlak aresztowany został jeden z pracujących w kantorze; istnieją przeciwko niemu bardzo poważne dane.
„Mówią także, iż w sprawę zawikłana została jedna z przedstawicielek lekkiego świata Warszawy.
„Zapewnić wreszcie możemy czytelników, iż wypadki powyższe nie zachwieją wcale wybornego położenia firmy, której solidność jest powszechnie znana“.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Henryk Nagiel.