Tajemnice Nalewek/Część I/IV

<<< Dane tekstu >>>
Autor Henryk Nagiel
Tytuł Tajemnice Nalewek
Część I-sza
Wydawca E. Wende i S-ka
Data wyd. 1926
Druk Drukarnia Leona Nowaka
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cała część I
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Cała powieść
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron
IV
„ZŁOTA LOŻA“

Jesteśmy w gabinecie jednej z pierwszorzędnych restauracji. Dokoła dywany, złocenia, lustra i marmury. Wygodne, miękkie meble zapraszają do spoczynku; przy ścianie stoi fortepian. Na środku gabinetu stół nakryty białym obrusem z zastawą, przy stole trzech młodych ludzi. Garson krząta się około stołu.
Znajdujemy się w tak zwanej „Złotej loży“.
Obecni są to: doktór Zerman, wesoły Lolek i adwokat Julek.
„Loża“ stanowi miejsce zwykłych zebrań całej, że się tak po warszawsku wyrażę, „paczki“ młodych ludzi, inteligentnych, względnie zamożnych lub przynajmniej posiadających pewne środki, związanych mniej lub więcej ścisłemi węzłami znajomości i przyjaźni.
Pierwotnie przychodzili tutaj pojedyńczo na kolacje różnemi czasy, bez planu i systemu. Następnie zaczęli się gromadzić przy jednym stole, aż wreszcie na propozycję właściciela restauracji objęli niejako w posiadanie jeden z gabinetów. Posiedzenia „Złotej loży“ nie były ani obowiązkowe, ani bardzo stałe. Zdarzało się, że nieraz po kilka dni nikt nie zajrzał do „Loży“, zdarzało się, że całemi tygodniami wszyscy byli w komplecie.
Dostęp do „Loży“ nie był wcale trudny. Jeden warunek był ściśle przestrzegany: przyjmowano tylko nieżonatych. Kobietom także dozwalano niekiedy wstępu, za ogólną zgodą zebranych. Ma się rozumieć, dam, tu przyjmowanych, nie można było uważać za wzory cnót domowych.
W „Loży“ gawędzono i jedzono kolację. Przedewszystkiem gawędzono.
W chwili, kiedy wchodzimy do „Loży“, kompletu niema. Trzej zasiadający przy stole jakoś niebardzo widać przystają do siebie. Niema gawędy i wesołego śmiechu, który się zwykł o złocony sufit tej salki obijać. Doktór kołysze się na krześle. Lolek bębni palcami po stole i przegląda się w lustrze, a Julek wtłoczył nos w jakąś gazetę.
Naraz, jak huragan, wpadł do gabinetu młody człowiek lat trzydziestu sześciu, wysoki, mocny brunet o przystrzyżonej brodzie i po rajtarsku sterczących wąsach, postać butna, pełna energji, widocznej z każdego ruchu, tryskającej z dużych czarnych oczu.
— Słyszeliście? — wołał już od progu — skandal, nieprawdopodobieństwo, niemożebność!
Wszyscy zerwali się od stołu.
— Co takiego? Co? — pytali.
— Książę Bismarck przeszedł na katolicyzm?
— Świat się przewrócił do góry nogami?
— Czy może kto z „Loży“ się ożenił?
— Coś bez porównania gorszego... Ale pozwólcie mi odetchnąć. Niema tu zresztą powodu do żartów.
Trzej obecni zgromadzili się dokoła przybyłego, który ciężko oddychał.
— Więc cóż? — zapytał niecierpliwy Lolek.
— Janek Strzelecki jest w tej chwili w więzieniu.
— Nie może być!
— Oskarżony o kradzież trzechkroć stu tysięcy rubli i zabójstwo...
— Co? jak?
— Gadanie...
— Ależ to ohydne posądzenie, to nieprawdopodobne, niemożebne! — wołał Julek.
Doktór Zerman spoglądał z niedowierzaniem na przybyłego.
— Czy to tylko nie nowa farsa Władka? — zrobił sceptyczną uwagę.
— Czytajcie! — zawołał Władek, rzucając im numer gazety, w której była wzmianka o fatalnych wypadkach. — Za pół godziny będzie zresztą „Cyfra“, którego spotkałem na ulicy. Opowie wam wszystko szczegółowo; jest biedak strasznie zdekoncertowany, biegł do mnie, jako do przyjaciela Janka, uprzedzić o nieszczęściu. Prosiłem go, ażeby zaszedł do „Loży“. Wzdragał się, ale będzie... Opowie wszystko nam, którzy Janka kochamy i cenimy.
— A jeżeli Strzelecki rzeczywiście jest winien? — zrobił uwagę doktór.
— Ja za niego ręczę — wołał głośno, bijąc się w piersi, Władek Stawinicz — ja ręczę. To jest nieporozumienie, które trzeba wyjaśnić. Strzelecki nie ma rodziny, nie ma nikogo, my powinniśmy się zająć jego sprawą i wyprowadzić ją na jaw.
— Ja jestem tego samego zdania — dorzucił gorąco adwokat.
W tej chwili do „Loży“ weszło jeszcze paru młodych ludzi. Wiedzieli już oni o fatalnym wypadku i przychodzili wzruszeni, niespokojni... Stanęli wszyscy na środku saloniku i przerzucali się uwagami i pytaniami.
Ogólna opinja była, że Strzelecki padł ofiarą nieporozumienia i że do przyjaciół należało zajęcie się jego losem... Panowało ogólne wzburzenie.
Bo też Strzelecki był jednym z najstalszych członków „Loży“. Nazywano go żartobliwie wice-prezesem, podczas kiedy tytuł prezesa przyznawany był bezspornie Stawiniczowi. Zresztą Janek Strzelecki, o charakterze serdecznym, pełnym wylania, gotów zawsze do przysług i nawet poświęceń, był lubiany i kochany przez wszystkich. Pomiędzy zebranymi nie było pewno ani jednego, któryby nie doznał od niego przysługi lub grzeczności. To też wieść o jego aresztowaniu wywołała prawdziwą burzę.
— Onegdaj był jeszcze tutaj... Siedzieliśmy do trzeciej w nocy — zrobił ktoś uwagę.
— A wczoraj?
— Wczoraj go nie było.
— Właśnie też, jak mówi „Cyfra“ — wtrącił Stawinicz — przestępstwo popełniono wczoraj.
Doktór znacząco pokiwał głową.
— Szczegóły! gdzie są szczegóły? — wołał adwokat.
— Ach, jak to dobrze, że ty jesteś tutaj, Julku — rzucił się ku niemu Stawinicz. — Dotąd nie zwróciłem na ciebie, a właściwie na twój charakter odpowiedniej uwagi. Panowie — dorzucił, zwracając się do wszystkich — oto mamy radcę prawnego, który nam dopomoże do rozplątania fałszywych niewątpliwie poszlak, otaczających Janka.
— Z całego serca...
W tej chwili ktoś dyskretnie zapukał do drzwi. Do gabinetu wsunęła się pochylona postać znajomego już czytelnikom naczelnika buchalterji firmy Ejteles i S-ka, p. Krośnowskiego. „Cyfra“, jak go pospolicie nazywano, stał we drzwiach niezdecydowany. Władek Stawinicz poskoczył ku niemu w jednej chwili, wprowadził do środka, posadził na krześle i przedstawił obecnym, jako szczerze życzliwego dla Strzeleckiego.
Po chwili głosem drżącym, cichym, niekiedy odpoczywając, p. Krośnowski zaczął opowiadać. Opowiadanie było krótkie, ale dokładne i ścisłe. Po kwadransie wszyscy byli świadomi rzeczy.
Gdy mówca zamilkł, zapanowało chwilowe milczenie.
— Poszlaki są, niewątpliwie — zabrał wreszcie głos adwokat Julek — ale ja, jako prawnik i były sędzia śledczy, najlepiej was mogę zapewnić, że takie poszlaki nic jeszcze bezwzględnie nie dowodzą. Jesteśmy w pierwszym dniu po spełnieniu występku, czy występków, śledztwo właściwe nie zaczęte, dotąd więc nic niewiadomo. To, co w tej chwili zdaje się strasznem, może być tylko drobnostką, którą jutro niewątpliwe fakty obalą. Zdarza się bardzo często, iż śledztwo kilkakrotnie błędną zdąża drogą, zanim trafi na właściwy tor. Jutro lub pojutrze może okażą się stokroć poważniejsze poszlaki przeciwko komu innemu.
— Przyznać jednak trzeba, że tak, jak jest, rzecz przedstawia się głupio! — zrobił uwagę sceptyczny doktór.
— Bynajmniej! Jak tu jesteśmy, wszyscy mamy najgłębsze przekonanie, że Strzelecki jest niewinny.
— Niewątpliwie.
— Otóż, jeżeli zechcemy, wychodząc z tego punktu, poszukać dziś jeszcze, nawet przed bliższem zbadaniem faktów, przypuszczalnego wyjaśnienia wszystkich jakoby mówiących przeciw niemu poszlak, napewno je znajdziemy.. Co więcej, znajdziemy przypuszczalne środki dowiedzenia nicości tych poszlak.
— No, no? — pokręcił głową doktór. — A cóż, naprzykład, powiesz o tym wyrazie, doręczonym właśnie w przeddzień zbrodni nie przez kasjera, ale przez Strzeleckiego?
— Może to być najzwyklejszy przypadek. Nie można przecież przypuszczać, ażeby Halberson zabrał kopertę ze sobą do domu, a Strzelecki dopiero po zamordowaniu go doręczył ją Ejtelesowi. Zabójstwo, jeśli to tylko w samej rzeczy zabójstwo, mogło być dokonane jedynie wieczorem lub w nocy. Koperta musiała być doręczona w chwili zamknięcia biura, między 4 a 5, kiedy niewątpliwie jeszcze kasjer żył. Halberson musiał więc ją oddać z dobrej woli Strzeleckiemu, prosząc o doręczenie szefowi, ponieważ nie mógł sam dla jakichkolwiek powodów udać się z kopertą. Mogło to być w biurze lub na podwórzu, byli przy tem napewno świadkowie, którzy tę okoliczność stwierdzą. Zestawienie czasu pomiędzy oddaniem koperty Strzeleckiemu a wręczeniem jej Ejtelesowi przekona, że przez czas tak krótki koperta nie mogła być otworzona; sprawdzić można samą kopertę, która przecież istnieje.
— A schody?
— A zlitujcie się ludzie, przecież te schody właśnie mogą być ratunkiem naszego przyjaciela. Czyż nie rozumiecie, że skoro on niewinny, to i na schodach nie znajdziecie żadnych śladów przejścia? A wtenczas — wszystko jest jak najlepiej.
— Lecz jego stan nienormalny, późne przybycie do biura, wreszcie Tema i pięć tysięcy?...
— To najłatwiejsze do wyjaśnienia. Pieniądze to drobnostka. Wiem przecież i nawet moglibyście w razie potrzeby świadczyć, że Janek miał zawsze trochę pieniędzy a ostatniemi czasy mógł nawet rozporządzać większemi sumami. Nie można powiedzieć, żeby te sumy pochodziły z nadużyć, ponieważ przedewszystkiem nie miał on w ręku kasy, a po drugie nadużyć nie było. Co do późniejszego przybycia do biura i dziwnego stanu, zlitujcie się! kto bez winy, niech nań rzuci kamieniem. Czy z obecnych tu nikt nigdy nie znajdował się w stanie mniej poczytalnym po kilkunastu kieliszkach szampana? To właśnie tłumaczy jego mniej jasne odpowiedzi na to, co miała mówić Tema, podobno jakieś zaprzeczenie.
— Rzeczywiście! — zrobił uwagę napół już przekonany doktór Zerman.
— I pomyślcie sami, jeżeli punktem wyjścia musi zawsze być przypadkowe w ten lub inny sposób poznanie wyrazu zamykającego kasę, który mu przypadkowo powierzył kasjer, to jakże sobie wytłumaczyć przygotowanie, przedsięwzięcie i wykonanie narazie, expromptu tak trudnej roboty, jak przeniknięcie do środka pokoju kasowego i otworzenie kasy ogniotrwałej — bez kluczy? Jeśli kasjer doręczył Jankowi kopertę z wyrazem o 4-ej, to kiedyż dobrał on klucze, kiedy dostał się do kasy, kiedy to wszystko obmyślił i wykonał? Wreszcie jedna jeszcze uwaga: czy, zamierzając spełnić podwójną zbrodnię, Janek byłby tyle nieostrożny, ażeby wprowadzać odrazu kogo należy na swój ślad, doręczając zamiast Halbersona wyraz, zamykający kasę?... Przecież najprostszem byłoby podrzeć kopertę, a „wyraz“ włożyć do kieszeni... I oto znikłaby odrazu pierwsza nitka, która zaczęła prowadzić do kłębka niewątpliwie, fałszywych poszlak... Zapytuję się, kto mu kazał koniecznie oddawać kopertę, kiedy mógł ją sobie najspokojniej zatrzymać?...
Ale tymczasem entuzjazm obecnych, podniecony wybornemi uwagami i logiką Julka, doszedł już do najwyższych granic; nie pozwolono dalej mówić adwokatowi.
— Dość, dość! — wołał ktoś — idź, powtórz tylko to samo sędziemu śledczemu, a jutro będziemy tu jedli ze Strzeleckim kolację.
— Ale też gada, jak najęty! — robił uwagę wesoły Lolek.
— Brawo Julek, perła adwokatów warszawskich! — krzyczał na cały głos Stawinicz.
— Więc jutro Janek będzie wolny? — pytał kto inny naiwnie.
Julek wreszcie zebrał się na odpowiedź.
— Jesteście warjaci, mówić z wami poważnie niepodobna. Wszystko, com tu powiedział, jest tylko przypuszczalne; mówiąc to, co mówiłem, chciałem wam dowieść, że poszlaki nawet tak pozornie silne, jak świadczące przeciwko naszemu przyjacielowi, mogą przy pewnych okolicznościach nie mieć żadnego znaczenia. Tymczasem zresztą nic stanowczego powiedzieć niepodobna, brak nam bowiem faktów. O tem tylko mogę was zapewnić, że postaram się być au courant sprawy Janka i że użyję wszystkiego, ażeby go wyciągnąć z toni, do której tak strasznie pociąga go zbieg okoliczności... Tymczasem trzeba czekać!
— Czekać, jakto czekać! — odezwał się naraz od drzwi głośny okrzyk z akcentem, wyraźnie przypominającym Nalewki.
Jak huragan, wpadł przez otwarte narozcież drzwi, młody człowiek o typie wybitnie żydowskim, o długim, krogulczym nosie, czarnych, przylepionych do skroni włosach i sinawo podkrążonych oczach. Do rumianej twarzy miał jakgdyby przylepiony półgłupowaty, półszyderczy uśmiech, który szeroko rozchylał jego wargi. Był ubrany elegancko, podług ostatniej mody; w butonierce miał kwiatek. Ciągnął on dosłownie za rękę znaną już nam pannę Temę Z., która opierała mu się trochę, śmiejąc się.
— Czekać — ryczał dalej przybyły. — Pan potrzebujesz nie mówić takie słowo, panie mecenas... Co to jest czekać, kiedy jemu w kozę gryzą stonogi, karaluchy i inne, z przeproszeniem, ptactwo...
— A — Szmulek! książę Stasz! — wołano zewsząd — co za losy cię przywiodły?
— Ja już tak zawsze... jak pięść do nosa — odpowiedział przybyły.
— Słuchajno, Ejteles, czy można gadać z tobą poważnie?
— Zaco nie, jak wół do karety...
— Czegożeś więc wpadł tutaj, jak bomba, i przywlókł jeszcze ze sobą Temę?
— Ty potrzebujesz nie robić niewłaściwe porównanie. Ja tu przyleciałem na ratunek naszego Janka. Mój dziadek, ten ganef, wsadził go do kozy. To rozbój, gałganiarstwo! Naszego wiceprezesa, Janka Strzeleckiego, co ja go kocham tak prawie, jak Temę... I o co? O marne trzysta tysięcy... Ty wiesz, Lolek, co to są moje te trzysta tysięcy. Ja pozwalam staremu wydziedziczyć mnie na tych pieniądzów i cicho, sza.. Jak pies z dziadem w wąskiej ulicy!
Zgromadzeni z uśmiechem, lecz z prawdziwem zajęciem przysłuchiwali się lawinie bezładnych słów, wypadających z ust przybyłego, zaczerwienionego i roznamiętnionego. Tema stała nieopodal, oparłszy się o fortepian. Wybornie skrojona, gustowna suknia opinała bogate jej kształty. Na jej ustach przestał już błądzić uśmiech, który było widać przed chwilą.
— Potrzebujecie, moi panowie, wiedzieć, że i ona rozpacza o tego biedaka... Dziś, kiedy do niej przyszedłem, zastałem ją taką spłakaną, jak groch z kapustą. Nie może sobie darować, że ona stała się trochę przyczyną jego nieszczęścia. Ale ja jej powiedziałem: kpij sobie z tego, jak kwiatek do kożucha.
— W samej rzeczy, powiedział mi to — rzekła, uśmiechając się lekko, Tema.
— A bo nie? I dodałem, że to nieprawda; Janek nie może być zbójca, złodziej, rabuśnik...
Stawinicz zbliżył się do zaperzonego Ejtelesa i uścisnął mu serdecznie dłonie.
— Poczciwy jesteś, Szmulek! — rzekł. Z całem sercem przyjmiemy twą pomoc w celu udowodnienia niewinności Strzeleckiego.
— Tak, ale i pomoc Temy także.. Ja bez niej jestem cały kapcon, tak jak te kucharek sześć, co to niema co jeść...
— Właśnie! — roześmiała się przez łzy Tema.
— No, kiedy tak — zawołał Szmulek, a właściwie Stanisław Ejteles, rodzony wnuk szefa firmy Ejteles i Sp. — to my potrzebujemy się napić szampana... Hej, garson, szwinia chce pić — zamrożone! — zakonkludował z powagą — tylko cały kosz...



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Henryk Nagiel.