Tako rzecze Zaratustra/W południe

<<< Dane tekstu >>>
Autor Friedrich Nietzsche
Tytuł W południe
Pochodzenie Tako rzecze Zaratustra
Wydawca Towarzystwo Wydawnicze „Ignis” S. A.
Wydanie nowe
Data wyd. 1922
Druk Drukarnia Narodowa w Krakowie
Miejsce wyd. Toruń, Warszawa, Siedlce
Tłumacz Wacław Berent
Źródło Skany na Commons
Inne Cała część czwarta
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron

W POŁUDNIE

— Spieszył więc Zaratustra, śpieszył coraz dalej, nie spotykając już nikogo. I był sam jeden, i raz wraz myślą do siebie powracał, i rozkoszował się samotnością, i chłonął ją, i rozmyślał o wielu dobrych rzeczach — całemi godzinami. W południe, gdy słońce stało wprost nad głową Zaratustry, mijał on krzywe, sękate drzewo, bujną miłością winnego krzewu tak ogarnięte, że aż przed samym sobą ukryte: z krzewu tego zwieszały się ku wędrowcowi obfite żółte grona. Wówczas wzięła ochota ugasić lekkie pragnienie i zerwać takie grono, gdy jednak ramię już wyciągnął, zrodzili się w nim inna, jeszcze większa chętka: mianowicie lec pod tem drzewem w tę godzinę doskonałego południa, i zasnąć.
Tak też uczynił; a zaledwie legł na ziemię w ciszę i przytulność barwistej murawy, już o swem niewielkiem pragnieniu zapomniał i zasnął. Gdyż, jak głosi przysłowie Zaratustry: jedno jest niezbędniejsze od drugiego. Tylko że oczy jego pozostały otwarte: — nie mogły się one nasycić widokiem drzewa i miłości winnego krzewu, — nasycić i nauwielbiać. W zasypianiu jednak przemawiał Zaratustra tak oto do swego serca:

„Cicho! Cicho! Czyż nie doskonałym stał się właśnie świat? Cóż to ze mną dzieje się?
Jak wiatru pieściwe tchnienie tańczy niewidzialne po taflowej toni morza, lekko i jak puch zwinnie, tak oto sen po mnie pląsa.
Oka mi nie zmruży, duszę w jawie pozostawia. Lekki jest, zaprawdę! ten puchowy sen.
Podmawia mnie on, nie wiem jak to czyni? dotyka mnie wnętrznie przypochlebną dłonią i zniewala mnie. Zniewala mnie sen, by się dusza wyciągnęła: —
— jak się nuży i wyciąga, ma przedziwna dusza! Czyżby dnia siódmego wieczór zaszedł ją w południe? Czy nie za długo snuła się szczęsna już pośród dobrych, źrzałych rzeczy?
Tak się pręży i wyciąga, — i wydłuża wciąż! w spokoju już legła, ma przedziwna dusza. Za wiele dobrego smakowała już; dławi ją ten smutek złoty, więc się krzywi usty.
— Jak nawa, która wpłynęła w swą cichą zatokę: — i o ziemię wsparła się wreszcie, długą drogą umęczona i niepewną tonią. Wszak ziemia najwierniejsza?
Gdzie się nawa taka do lądu przygarnie, do lądu przytuli: — tam pająka z lądu starczy, jednej jego nici. Mocniejszej tu liny zgoła nie potrzeba.
Jak znużona taka łódź w najcichszej zatoce, tak spoczywam ziemi bliski, wierny, ufny, czekający, najniklejszą nicią do niej przywiązany.
O szczęście! Szczęście! Wszak śpiewać chcesz, o duszo moja? W murawie ległaś. Lecz czas to jest tajemny, uroczysty czas, kiedy żaden pasterz fletni się nie ima.
Bacz! Południowy skwar drzemie nad łanami! Nie śpiewaj! Cicho! Świat jest doskonały.
Zamilcz, traw skrzydlaty tworze, nie śpiewaj, duszo moja! I szeptu też zaniechaj! Spójrz — cicho! stare śpi południe, ustami wraz porusza: czyż nie spija ono właśnie szczęścia kropli —
— tej brunatnej, starej kropli złocistego szczęścia, złocistego wina? Szczęście się pomyka, szczęście śmieje się. Tak się śmieje — Bóg. Cicho! —
— „Do szczęścia — jakże niewiele do szczęścia potrzeba!“ Takem mawiał niegdyś i mądrym się mniemałem. Słowa te bluźnieniem były: tegom świadom dziś. Sowizdrzały mądre lepiej powiadają.
Owóż to najmniejsze, to najcichsze, to najlżejsze, jaszczurki jednej szmer, jedno tchnienie, jeden mig, oka jedno mgnienie: — mało, oto przymiot najlepszego szczęścia. Cicho!
— Cóż się dzieje ze mną: bacz! Czyż nie pierzchnął czas? Czy nie spadam ja? Czy nie spadłem — bacz! w studnię wieczności?
— Cóż się dzieje ze mną? Cicho! Razi mnie — o biada — w serce? W serce mnie uraża! O złam się, złam nie serce po szczęściu tem, po razie tym serdecznym!
— Jakże to? Czyż nie doskonały stał się właśnie świat? Krągły, źrzały? O, ta złota, krągła obręcz — dokąd mknie też ona? Hejże, sam za nią polecę! W mig!
Cicho — —“ (tu przeciągnął się Zaratustra i poczuł, że śpi.).
„Wstawaj! wołał do siebie samego, ospalcze ty! Ty śpiochu o południu! Hejże, hejże, stare nogi! Czas już na was, czas najwyższy, dobry kawał drogi jeszcze na was czeka —
Wszak wyspałyście się już, jakże długo trwało to? Połowę wieczności! Hejże, hejże stare serce! Jakże długo będziesz ty po takim śnie — docucać się?“
(Lecz tu zasnął Zaratustra ponownie, a dusza przeciwiała mu się, broniła i ułożyła się znowuż) — „Zaniechaj mnie! Cicho! Czyż nie doskonały stał się właśnie świat? O, ta krągła złota piłka!“ —
„Wstawaj, rzekł Zaratustra, ty złodziejko mała, mitrężąca dzienny czas! Jakże to? Jeszcze ciągle przeciągać się chcesz, ciągle ziewać, wzdychać i w głębokie studnie padać?
Kimże jesteś! O duszo ma (i tu przeraził się Zaratustra, gdyż promień słoneczny padł mu z nieba prosto w twarz.).
„O nieba stropie ponade mną, westchnął i przysiadł na ziemi, przyglądasz mi się ty? Słuchasz duszy mej przedziwnej?
Kiedyż spijesz ty tę kroplę rosy, co na wszystkie ziemskie rzeczy spadła, — kiedyż spijesz duszę tę przedziwną —
— kiedy, studnico wieczności! ty pogodna, dreszczem rozkoszy wstrząsająca przepaści południowa! kiedyż duszę mą spijesz ty z powrotem?“

Tak rzekł Zaratustra i podniósł się ze swego leża pod drzewem, jak z nieznanego mu upojenia: patrzy, a tu słońce wciąż jeszcze stoi wprost nad jego głową. Z tego atoli mógłby niejeden słusznie wywnioskować, że nie długo spał wówczas Zaratustra.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Fryderyk Nietzsche i tłumacza: Wacław Berent.