Trzej muszkieterowie (1913)/Tom III/Rozdział XIII

<<< Dane tekstu >>>
Autor Aleksander Dumas (ojciec)
Tytuł Trzej muszkieterowie
Podtytuł Powieść historyczna z XVII wieku
Wydawca Wydawnictwo Najsławniejszych Powieści Świata
Data wyd. 1913
Druk Drukarnia Udziałowa
Miejsce wyd. Warszawa, Lwów
Tłumacz Stanisław Sierosławski
Tytuł orygin. Les Trois Mousquetaires
Źródło Skany na Commons
Inne Cała powieść
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


XIII.
CO SIĘ WYDARZYŁO W PORTSMOUTH DNIA 23 SIERPNIA 1628 ROKU.

Felton pożegnał się z milady w taki sposób, jak się żegna brat z siostrą, udając się na zwyczajną przechadzkę: pocałował ją w rękę.
Wydawał się, jak zazwyczaj, zupełnie spokojnym, tylko w oczach migotały mu błyski, jak to bywa w gorączce, a czoło miał bledsze, niż zwykle; przytem zaciskał zęby, a przemawiał tonem krótkim i urywanym, co wskazywało, że kłębią mu się w duszy ponure myśli.
Dopóki stał na czółnie, wiozącem go ku wybrzeżu, co chwila zwracał oczy w stronę milady, która, stojąc na pomoście, ścigała go również spojrzeniem. Nie obawiali się pościgu, gdyż służba wchodziła rano do pokoju milady dopiero około godziny dziewiątej, a przebycie drogi z zamku do Londynu wymagało trzech godzin czasu.
Felton wysiadł na ląd, wszedł na mały nadbrzeżny pagórek i, ruchem ręki pozdrowiwszy milady poraz ostatni, skierował się ku miastu. Po przebyciu stu kroków, gdy się jeszcze odwrócił, by posłać jej ostatnie spojrzenie, nie mógł już dojrzeć nic więcej, prócz masztów okrętu, gdyż wzniesione łagodnie wybrzeże zasłoniło mu powierzchnię morza.
Przyspieszywszy kroku, skierował się w stronę Portsmouth, którego wieżyce i domy rysowały się przed nim w mgłach porannych w odległości mniej-więcej pół mili.
Poza miastem morze pokryte było statkami, których maszty kołysały się za podmuchem wiatru, podobne lasowi topól, ogołoconych z liści zimową porą.
Felton, idąc szybko naprzód, rozmyślał o tych wszystkich zarzutach, prawdziwych czy zmyślonych, jakie czyniono ulubieńcowi Jakóba VI i Karola I-go, a które niejednokrotnie dochodziły do jego uszu podczas dwóch lat rozmyślań i długiego pobytu wśród purytanów. Porównywał zbrodnie publiczne tego ministra, zbrodnie rozgłośne, zbrodnie, możnaby powiedzieć, europejskie, ze zbrodniami życia prywatnego, zbrodniami nieznanemi,o jakich mówiła milady, — i doszedł do przekonania, że z dwóch osobowości Buckinghama, publicznej i prywatnej, gorszą była ta ostatnia, ukryta przed okiem świata. Miłość młodego zapaleńca, to uczucie tak mu dotąd obce, tak nowe a tak płomienne, spowodowało, że wszelkie możliwe i niemożliwe czyny Buckinghama, dzięki podłym a zmyślonym oskarżeniom milady, przedstawiały mu się tak, jak się przedstawiają poprzez szkła mikroskopu drobne żyjątka — w przerażająco potwornych kształtach.
Szedł szybko, z jakimś nerwowym pośpiechem, co mu jeszcze bardziej rozpalało krew w żyłach, a niepokojąca myśl, że tam, poza nim, została kobieta, ścigana przez okrutną zemstę, kobieta, którą czcił, jak świętą, — myśl ta obok przeżytych wzruszeń ponad miarę uczuć ludzkich potęgowała jego podniecenie.
Przybył do Portsmouth około godziny ósmej rano. Całe miasto znajdowało się już w ruchu, na ulicach i w porcie bębniono pobudkę, a oddziały wojska, mające wsiąść na okręty, spieszyły ku morzu.
Okryty kurzem i zlany potem, stanął wreszcie Felton w pałacu Admiralicyi, a krew mu biła do głowy, gorącym rumieńcem pokrywając bladą zazwyczaj twarz jego. Straż pałacowa zagrodziła mu drogę, lecz Felton wezwał dowodzącego i, wyjmując z kieszeni list, rzekł krótko:
— Pilne zlecenie od lorda Wintera.
Ponieważ wiedziano powszechnie, że lord Winter jest jednym z najbardziej zaufanych przyjaciół Jego Wysokości, więc dowódca straży wydał rozkaz wpuszczenia Feltona, który zresztą był w mundurze oficera marynarki.
Młody człowiek wbiegł gorączkowo do pałacu.
Jednocześnie zaś z nim wpadł śpiesznie do przedsionka pałacu jakiś inny człowiek, również okryty kurzawą i bez tchu prawie zpowodu zmęczenia; jak zaś dalece spieszyło mu się tutaj, dowodziło to, iż koń pocztowy, na którym przybył, padł przed bramą z wyczerpania na oba kolana.
Felton i nieznajomy zwrócili się równocześnie do Patryka, zaufanego pokojowca księcia. Felton wymienił nazwisko lorda Wintera; nieznajomy nie chciał powiedzieć, kto go przysyła, i oświadczył, że wyjawić to może jedynie księciu. Obaj zaś domagali się o pierwszeństwo widzenia się z księciem.
Patryk, wiedząc, że lord Winter pozostaje z księciem nietylko w stosunkach służby wojskowej, ale i w przyjaźni, oddał pierwszeństwo temu, który przybywał w jego imieniu. Nieznajomy musiał zaczekać, choć łatwo można było zauważyć, jaką mu ta zwłoka czyni różnicę.
Pokojowiec przeprowadził Feltona przez wielką salę, gdzie oczekiwała deputacya mieszkańców Rochelli z księciem de Soubise na czele, i wszedł do gabinetu, gdzie Buckingham po kąpieli przebierał się we wspaniałe swe szaty, co czynił zazwyczaj z wielką starannością.
— Porucznik Felton, wysłannik lorda Wintera! — oznajmił Patryk.
— Wysłannik lorda Wintera! — powtórzył Buckingham. — Niech wejdzie.
Felton wszedł do gabinetu w chwili, gdy Buckingham zrzucał na kanapę bogaty strój poranny, haftowany złotem, aby przywdziać wyszyty perłami kaftan z błękitnego aksamitu.
— Dlaczego baron nie przybył sam? — spytał Buckingham. — Oczekiwałem go dzisiaj rano.
— Baron de Winter polecił mi oznajmić Waszej Dostojności — odparł Felton, — że było mu niezmiernie przykro wyrzec się tego zaszczytu, ale nie mógł opuścić zamku, gdyż osobiście musi tam pełnić straż.
— Tak — rzekł Buckingham, — wiem o tem; ma tam jakąś uwięzioną.
— O tej właśnie uwięzionej pragnę mówić z Waszą Dostojnością — oświadczył Felton.
— Proszę, niech pan mówi.
— Tylko ty sam, milordzie, możesz wysłuchać tego, z czem tu przybywam.
— Patryku, zostaw nas samych — rzekł Buckingham, — ale bacz przy drzwiach na odgłos dzwonka; niebawem cię zawołam.
Patryk wyszedł z pokoju.
— Jesteśmy sami — oświadczył książę; — niech pan mówi.
— Milordzie! — rzekł Felton, — lord Winter pisał już do Waszej Dostojności, prosząc o rozkaz deportacyi, jakiej ma uledz pewna kobieta, nazwiskiem Karolina Backson.
— Tak jest, i odpowiedziałem mu, że podpiszę ten rozkaz, skoro mi go przyniesie lub przyśle.
— Oto jest ten dokument, milordzie.
— Daj pan — rzekł książę.
I wziąwszy papier z ręki Feltona, przebiegł go szybko oczyma, a następnie, kładąc na stole, wziął pióro do ręki, by położyć na dokumencie swój podpis, — gdy Felton zapytał go:
— Przepraszam, milordzie! Czy Wasza Dostojność wie 0 tem, że wymienione tu nazwisko Karoliny Backson nie jest prawdziwem nazwiskiem tej młodej kobiety?
— Tak jest, wiem — odpowiedział książę, zanurzając pióro w kałamarzu.
— A czy Wasza Dostojność zna jej prawdziwe nazwisko? — zapytał Felton krótkim, suchym tonem.
— Znam.
Na to oświadczenie Felton zbladł. Książę zbliżył pióro do papieru.
— I znając to nazwisko, Wasza Dostojność podpisze jednak ten dokument? — spytał młody oficer.
— Oczywiście — rzekł Buckingham; — podpisałbym chętnie nawet dwa razy.
— Nie mogę w to uwierzyć — rzekł Felton rwącym się głosem, — aby Wasza Dostojność wiedział, że chodzi tutaj o lady Winter...
— Wiem doskonale... choć dziwię się doprawdy, że i panu to wiadomo!
— I Wasza Dostojność podpisze ten wyrok bez wyrzutów sumienia?
Buckingham spojrzał dumnie na młodego człowieka.
— Zadajesz mi, mój panie, dziwne zapytania — rzekł, mierząc go wzrokiem z góry do dołu, — i doprawdy jestem bardzo cierpliwy, odpowiadając na nie.
— Odpowiedz mi jednak, mości książę! — prosił Felton. — Położenie jest groźniejsze, aniżeli może sądzisz.
Na te słowa Buckingham, w przypuszczeniu, że młody człowiek, jako wysłannik lorda Wintera, przemawia tak w jego imieniu, odpowiedział łagodniejszym już tonem:
— Podpiszę bez żadnego wyrzutu sumienia. Tak baron, jak i ja, wiemy dobrze, że lady Winter jest zbrodniarką i że, skazując ją tylko na deportacyę, wyświadcza się jej niemal łaskę.
Książę dotknął pióro do papieru.
— Nie podpiszesz tego wyroku, milordzie! — zawołał Felton, postępując krok naprzód.
— Nie podpiszę? — zapytał Buckingham. — I dlaczegóżto nie miałbym podpisać?
— Bo namyślisz się, milordzie, i postąpisz względem milady sprawiedliwie.
— Postąpię sprawiedliwie, wysyłając ją do Tyburnu — rzekł Buckingham. — Milady jest nędznicą!
— Milordzie! milady jest aniołem; ty sam wiesz o tem najlepiej... I dlatego żądam jej uwolnienia.
— Cóż to? — rzekł podniesionym głosem Buckingham, — oszalałeś pan, że śmiesz się odzywać do mnie w ten sposób?
— Wybacz, milordzie! Mówię, jak umiem, i staram się panować nad sobą. Ale zastanów się, milordzie, co zamierzasz uczynić, i strzeż się, abyś nie przebrał miary!
— Co?! — zawołał Buckingham. — Zdaje mi się, że mi ten człowiek grozi!
— Nie, milordzie; ja proszę jeszcze i powiadam: kropla wody wystarcza, aby przepełnić czarę; drobny występek może ściągnąć karę na głowę, oszczędzaną dotąd, mimo nieprzeliczonych zbrodni...
— Poruczniku Feltonie! — oświadczył Buckingham, — wyjdziesz pan stąd natychmiast i udasz się do obozowego więzienia!
— Wysłuchaj mię do końca, milordzie. Uwiodłeś młodą dziewczynę, znieważyłeś ją, splamiłeś!... Napraw teraz swą względem niej zbrodnię i wypuść ją na wolność, a nie będę nic więcej żądał od ciebie.
— Nie będziesz pan żądał? — rzekł Buckingham, spoglądając z gniewnem zdumieniem na Feltona i podkreślając każdą zgłoskę tych czterech słów.
— Milordzie! — mówił Felton z rosnącem podnieceniem, — milordzie! miej się na baczności! Cała Anglia jest znużona twymi występkami! Milordzie! nadużyłeś królewskiej władzy, którą przywłaszczyłeś sobie bezprawnie! Milordzie! jesteś znienawidzony przez ludzi i wstrętny Bogu!... Bóg ukarze cię później, ale ja... ja ukarzę cię dzisiaj jeszcze!
— Cóż to jest?! — zawołał Buckingham, zmierzając ku drzwiom.
Felton jednak zagrodził mu drogę.
— Błagam cię pokornie, milordzie — rzekł, — podpisz rozkaz wypuszczenia lady Winter na wolność... Pomyśl, że to kobieta, którą sam zbezcześciłeś...
— Usuń się pan — rzekł z mocą Buckingham, — bo zawołam służbę i każę cię zakuć w kajdany.
— Nie zawołasz — oświadczył Felton, stając pomiędzy księciem a dzwonkiem, który znajdował się na inkrustowanym srebrem gerydonie. — I strzeż się, milordzie, albowiem jesteś w ręku Boga!...
— W ręku szatana, chciałeś powiedzieć! — zawołał Buckingham podniesionym głosem, aby zwrócić tem uwagę służby w sąsiednim pokoju.
— Podpisz, milordzie, akt uwolnienia lady Winter! — mówił Felton, podsuwając księciu jakiś papier.
— Pod przymusem? Żartujesz chyba! Hej! Patryku!
— Podpisz, milordzie!
— Nigdy!
— Nigdy?
— Hola! służba! do mnie! — krzyknął książę, sięgając po szpadę.
W tejże chwili wszedł spiesznie do gabinetu Patryk i, nie domyślając się grozy położenia, rzekł:
— Milordzie, list z Francyi!
— Z Francyi? — powtórzył Buckingham, i radość w oczach mu zabłysła na samą myśl, od kogo list ten pochodzi.
Jednocześnie zaś Felton, szybkim ruchem wyciągnąwszy z zanadrza nóż z zaschniętą na ostrzu kroplą krwi milady, wbił go po rękojeść w bok Buckinghama.
— Zdrajco! — krzyknął Buckingham, — zamordowałeś mię!...
Patryk, widząc, co się stało, podbiegł do księcia, wołając o ratunek.
Felton zaś tymczasem wybiegł do przyległego pokoju, gdzie oczekiwali na audyencyę wysłańcy Rochelli, i nie zatrzymany przez nikogo, nie widząc zresztą nic przed sobą i koło siebie, blady, z błędnym wzrokiem i ze śladami krwi na rękach i na ubraniu, skoczył ku schodom pałacu.
Tu jednak ktoś uchwycił go za ramię. Był to lord Winter, który, stwierdziwszy ucieczkę milady, podążał do Buckinghama.
— Nieszczęśliwcze! — zawołał, widząc krew na rękach młodego oficera. — Coś uczynił?! Domyślałem się... odgadłem o minutę zapóźno!
I nieopierającego się Feltona oddał w ręce straży, która właśnie w tej chwili ukazała się na schodach w pogoni za mordercą.
Podczas gdy straż wyprowadzała Feltona na mały taras, górujący nad morzem, lord Winter pospieszył do gabinetu Buckinghama. Jednocześnie zaś wpadł do gabinetu nieznajomy, którego Felton spotkał był poprzednio w przedsionku.
Książę leżał na kanapie, kurczowo zaciskając ręką ranę w boku. Spostrzegłszy nowoprzybyłego, zapytał słabnącym głosem:
— Ach! Laporte! zapewne przybywasz od niej...
— Tak, mości książę — odpowiedział wierny sługa Anny flustryaczki, — ale... może zapóźno.
— Ciszej, Laporte!... mógłby kto usłyszeć... Patryku, nie wpuszczaj tu nikogo. Och! nie dowiem się już, co do mnie pisze! Boże! umieram!...
I książę przy tych słowach zemdlał.
Tymczasem wbiegli do pokoju lord Winter, wysłannicy Rochelli i oficerowie nadworni Buckinghama. Niebawem zaś wieść, napełniająca pałac rozpaczą i jękami, przedostała się na miasto, a wystrzał armatni oznajmił, że wydarzyło się tu coś niezwykłego i nieoczekiwanego.
Lord Winter, rwąc włosy na głowie, powtarzał z rozpaczą:
— O jedną minutę zapóźno! o jedną minutę! Och! nieszczęście! nieszczęście!...
Oczywiście spóźnienie to było rzeczą przypadku. Po ucieczce milady doniesiono mu, że przy jednem z okien zamkowych kołysze się drabinka sznurowa. Natychmiast pobiegł do pokoju uwięzionej, a nie znalazłszy jej i spostrzegłszy otwarte okno oraz przecięte kraty, przypomniał sobie ostrzeżenie, jakie przesłał mu d’Artagnan przez usta swego służącego, i zadrżał o życie księcia. Nie zwlekając ani chwili, pobiegł do stajni, skoczył na pierwszego-lepszego z brzegu nieosiodłanego konia i popędził cwałem do pałacu. Było już po zamachu... Na schodach — jak wspomnieliśmy — spotkał okrwawionego Feltona.
Po niejakimś czasie książę odzyskał przytomność, i nadzieja wstąpiła w serca obecnych.
— Panowie! — mówił słabym głosem, — pozostawcie mię samego z Patrykiem i Laportem. — A spostrzegłszy barona, rzekł do niego: — Ach! to ty, Winterze? Przysłałeś mi dzisiaj rano szczególnego szaleńca... Spojrzyj, co ze mną uczynił!
— Milordzie! — zawołał baron, — nie pocieszę się nigdy! — I źlebyś zrobił, drogi Winterze — mówił Buckingham, wyciągając rękę ku niemu. — Nie znam człowieka, któryby zasługiwała to, aby ktoś inny opłakiwał go przez całe życie... Ale teraz proszę cię, pozostaw nas samych.
Baron wyszedł ze łzami w oczach.
W gabinecie pozostał tylko książę, Laporte i Patryk.
Lekarza na razie nie znaleziono.
— Będziesz żył, milordzie, będziesz żył! — powtarzał wierny sługa Anny Austryaczki, klęcząc obok kanapy.
— Co pisze do mnie? — pytał słabym głosem Buckingham, zlany krwią, opanowując ból, byleby mówić o ukochanej. — Co pisze? Przeczytaj mi jej list.
— Och! milordzie! — załkał Laporte.
— Spiesz się, Laporte! Czyż nie widzisz, że nie mam czasu na stracenie?
Laporte zerwał pieczęć i przysunął księciu pergamin przed oczy. Ale Buckingham nadaremnie usiłował rozróżnić litery.
— Czytaj, czytaj! — mówił. — Ja już nie widzę... Czytaj, bo za chwilę może już i słyszeć nie będę... i umrę, nie dowiedziawszy się treści listu.
Laporte przeczytał:

„Milordzie!

Ponieważ od chwili poznania ciebie musiałam przez ciebie i dla ciebie wiele wycierpieć, zaklinam cię, jeżeli dbasz o mój spokój, zaniechaj tych wielkich zbrojeń przeciwko Francyi i zaprzestań wojny, której jawnym powodem, jak mówią głośno, są zatargi religijne, lecz o której powszechnie mówią pocichu, że wywołała ją twoja miłość ku mnie. Wojna ta może narazić na największe katastrofy nietylko Francyę i Anglię, lecz i ciebie samego, milordzie, naraża na niebezpieczeństwa, A gdyby cię one dotknęły, nie potrafiłabym tego nigdy przeboleć.

Strzeż swego życia, które jest zagrożone, a które z chwilą, gdy przestanę widzieć w tobie wroga ojczyzny mojej, będzie dla mnie tem droższe.
Oddana ci
Anna.“

Buckingham zebrał wszystkie uciekające siły życia, aby nie stracić ani słowa z tego listu. Ale, gdy go wysłuchał do końca, doznał gorzkiego rozczarowania.
— I nie polecono ci oświadczyć mi ustnie nic więcej? — pytał.
— O tak, mości książę: królowa nie przestawała prosić, abyś czuwał nad sobą, milordzie, gdyż otrzymała wiadomości, że chcą cię zamordować.
— I to już wszystko? wszystko? — pytał niecierpliwie Buckingham.
— Kazała mi jeszcze powiedzieć księciu, że go zawsze kocha.
— Ach! dzięki Ci, Boże! — westchnął Buckingham. — Śmierć moja zatem nie będzie dla niej śmiercią obcego człowieka!...
Laporte zalał się łzami.
— Patryku! — rzekł książę, — przynieś mi szkatułkę, w której były złożone dyamentowe zapinki.
Patryk przyniósł szkatułkę, a Laporte poznał, że była ona niegdyś własnością królowej.
— A teraz podaj mi jeszcze białą atłasową torebkę, na której są wyhaftowane perłami inicyały królowej.
Patryk wypełnił rozkaz.
— Weź to, Laporte — rzekł Buckingham. — To są jedyne pamiątki, jakie miałem od niej... ta srebrna szkatułka i te litery. Oddasz te rzeczy Jej Królewskiej Mości. A jako ostatnie wspomnienie... — rozejrzał się dokoła, szukając jakiego cennego przedmiotu, — jako ostatnie wspomnienie, zawieziesz jej...
Szukał przez chwilę, i wzrok jego, przyćmiony mgłą śmierci, padł na nóż, który wypadł z rąk Feltona i ociekał jeszcze na ostrzu purpurową krwią.
— Zawieziesz jej ten nóż — dokończył książę, ściskając dłoń Laporte’a.
Poczem omdlewającą ręką włożył z trudnością torebkę i nóż do srebrnej szkatułki, dając znak, że nie może już mówić, — w chwilę zaś później w skurczach śmiertelnych osunął się z kanapy na podłogę.
Patryk jęknął straszliwie.
Buckingham usiłował jeszcze uśmiechnąć się, i śmierć zatrzymała ten uśmiech, znacząc na czole wyraz szczęścia, niby ostatni pocałunek miłości.
W tejże chwili wpadł z przerażeniem nadworny lekarz księcia, którego znaleziono nareszcie na pokładzie statku admiralskiego — niestety, zapóźno.
Podbiegł do księcia, a ująwszy go za rękę, czas jakiś trzymał ją w swojej dłoni, badając puls.
— Nie żyje — rzekł wreszcie.
— Nie żyje! pan mój nie żyje! — zawołał rozdzierającym głosem Patryk.
Na ten okrzyk ciżba obecnych wpadła do gabinetu, i nastało zgiełkliwe zamieszanie.
Lord Winter zaś po stwierdzeniu przez lekarza śmierci Buckinghama udał się na taras zamkowy, gdzie Felton, odzyskawszy po zamachu cały swój spokój i zimną krew, otoczony strażą, oddawał się rozmyślaniom.
— Nędzniku! — zawołał baron, — cożeś uczynił?
— Pomściłem się — odpowiedział Felton.
— Ty się pomściłeś?! — zawołał baron. — Powiedz raczej, że stałeś się narzędziem tej występnej kobiety... Ale przysięgam ci, że będzie to już ostatnia jej zbrodnia!
— Nie rozumiem, co pan mówisz — odparł spokojnie Felton; — nie wiem, o kim mówisz, milordzie... Zabiłem księcia Buckinghama, bo odmówił dwukrotnie podpisania nominacyi mojej na kapitana; ukarałem go za niesprawiedliwość, i oto wszystko.
Lord Winter ze zdumieniem spojrzał na pilnujących Feltona ludzi, nie wiedząc, co sądzić o podobnej zatwardziałości.
Było jednak coś, co pokrywało chmurą pogodne czoło Feltona. W całej swej naiwności szlachetnego człowieka miał to przekonanie, że lada chwila zjawi się tu milady, by paść mu w ramiona, oskarżyć się o współudział w zbrodni i ponieść śmierć z nim razem. To też każdy szmer czyichś kroków napełniał go tą nadzieją, a następnie rozczarowywał boleśnie.
Lecz oto nagle z wysokości tarasu, skąd rozległy był widok na olbrzymią przestrzeń morza, Felton orlim wzrokiem marynarza dostrzegł punkt, który przez kogo innego mógłby być uważany za mewę, bujającą nad falami morskiemi, i na widok tego punktu chwycił się ręką za serce, a śmiertelna bladość pokryła mu oblicze. Punkt ów był żaglem okrętu, kierującego się ku wybrzeżom Francyi.
W tej chwili zrozumiał Felton, że się pomylił w swych nadziejach na szlachetność milady, i stwierdził ostatecznie, że ta uwielbiana przez niego kobieta z całą egoistyczną obojętnością pozostawiła go na pastwę losu, ani dbając, co się z nim stanie.
— Milordzie! — rzekł do barona, — błagam cię o ostatnią łaskę!
— Czego żądasz? — zapytał baron.
— Powiedz mi, która godzina.
Baron wyjął zegarek.
— Dziewiąta za dziesięć minut — oświadczył.
— Dziękuję — rzekł Felton.
I stało się jasnem dla niego, że milady przyspieszyła swój odjazd o półtorej godziny; stało się mu widocznem, że, skoro tylko usłyszała wystrzał armatni, zwiastujący nieszczęsne wydarzenie, kazała podnieść kotwicę. I oto statek jej płynął pod błękitnem sklepieniem nieba w znacznej już odległości od wybrzeży Anglii.
— Bóg tak chciał! — szepnął z rezygnacyą fanatyk, nie odrywając oczu od okrętu, na którego pokładzie oczyma ducha dostrzegał białe zjawisko, któremu życie swe poświęcił w ofierze.
Lord Winter zaś śledził jego spojrzenie, widział boleść, malującą się na twarzy nieszczęsnego młodzieńca, i odgadł wszystko.
— Zanim jednak tę zbrodniczą kobietę dosięgnie ręka sprawiedliwości, przedewszystkiem ty sam poniesiesz karę, nieszczęśliwcze! — rzekł do Feltona. — Lecz przysięgam na pamięć mego brata, którego tak kochałem, że wspólniczka twoja nie ujdzie już teraz kary.
I skinął, by zaprowadzono Feltona do więzienia.
On zaś, gdy go wyprowadzano z tarasu, aż do ostatniej chwili spoglądał na odległe fale morskie, poczem, zwiesiwszy głowę na piersiach, zniknął, otoczony strażą, w pałacowym krużganku.
Lord Winter zbiegł szybko po schodach pałacu i udał się do portu.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Aleksander Dumas (ojciec) i tłumacza: Stanisław Sierosławski.