Trzej muszkieterowie (1913)/Tom III/Rozdział XIV

<<< Dane tekstu >>>
Autor Aleksander Dumas (ojciec)
Tytuł Trzej muszkieterowie
Podtytuł Powieść historyczna z XVII wieku
Wydawca Wydawnictwo Najsławniejszych Powieści Świata
Data wyd. 1913
Druk Drukarnia Udziałowa
Miejsce wyd. Warszawa, Lwów
Tłumacz Stanisław Sierosławski
Tytuł orygin. Les Trois Mousquetaires
Źródło Skany na Commons
Inne Cała powieść
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


Filip Champaigne, Bogini zwycięstwa wieńczy Ludwika XIII.
XIV.
WE FRANCYI.

Król angielski, Jakób I-szy, dowiedziawszy się o śmierci Buckinghama, powodowany obawą, aby ta straszna wieść nie zniechęciła do dalszej walki oblężonych mieszkańców Rochelli, przedsięwziął wszelkie środki, jak opowiada Richelieu w swoich pamiętnikach, w celu przecięcia drogi do Francyi i przedewszystkiem zamknął wszystkie porty całego swego królestwa, wydając rozkaz baczenia, by przed wyruszeniem armii, zgromadzonej przez Buckinghama, nie wypłynął z nich żaden statek. Objął też król w zastępstwie zmarłego księcia naczelny dozór nad temi wojskami. Surowość zaś swego zarządzenia posunął tak dalece, że wstrzymał wyjazd posłów duńskich, posiadających już zezwolenie powrotu do kraju, i zatrzymał posła holenderskiego, który miał odprowadzić do portu Flissingen okręty z Indyi, wysyłane przez Karola I-go do Zjednoczonych Prowincyi.
Ale zarządzenia te uczynione zostały dopiero w pięć godzin po zamachu, to znaczy — o godzinie drugiej popołudniu. A przez ten czas zdążyły już wypłynąć z portu dwa statki. Jeden z nich, jak wiemy, wiózł milady, która nie mogła mieć wątpliwości co do śmierci Buckinghama, gdyż żałobny sztandar, wywieszony na maszcie okrętu admiralskiego, świadczył o tem dowodnie. Co się tyczy drugiego statku, opowiemy później, jakim sposobem wydostał się z portu i kogo wiózł na pokładzie.
Tymczasępn w obozie pod Rochellą nie zaszło nic nowego. Król jegomość nudził się, jak zazwyczaj, w obozie zaś bardziej może jeszcze, aniżeli gdzieindziej, i korzystał z każdej sposobności, aby się nieco rozerwać. Zdarzyło się też, że postanowił udać się incognito do Saint Germain na uroczystości w dniu Świętego Ludwika i wezwał kardynała, aby przygotował mu orszak, złożony z dwudziestu muszkieterów. Kardynał, któremu nuda królewska udzielała się także niekiedy, z największem zadowoleniem pozwolił oddalić się swemu królewskiemu towarzyszowi, przyczem król zapowiedział swój powrót do obozu na połowę września.
Pan de Tréville, uprzedzony przez kardynała, spakował toboły podróżne, a wiedząc, że przyjaciele jego mają gorącą chęć i nawet nieodzowną potrzebę powrotu do Paryża, jakkolwiek przyczyna nie była mu znana, wyznaczył ich właśnie do orszaku, mającego towarzyszyć królowi.
Czterej młodzi ludzie dowiedzieli się o tem życzliwem postanowieniu swego bezpośredniego zwierzchnika w kwadrans później, i teraz dopiero d’Artagnan mógł w całej pełni ocenić łaskę, wyświadczoną mu przez kardynała, który przeniósł go do szeregów muszkieterskich; gdyby nie to, musiałby pozostać w obozie, podczas gdy przyjaciele jego byliby w Paryżu.
Nie trzeba dodawać, że źródłem tej ochoty odwiedzenia Paryża była obawa niebezpieczeństw, mogących grozić pani Bonacieux, gdyby spotkała się w klasztorze w Béthune ze swą śmiertelną nieprzyjaciółką, milady. Toteż, jak mówiliśmy, Aramis napisał natychmiast do Maryi Michon, owej tak wysoko ustosunkowanej właścicielki składu bielizny w Tours, aby wyjednała u królowej dla pani Bonacieux pozwolenie opuszczenia klasztoru i udania się do Lotaryngii lub Belgii.
Na odpowiedź Aramis nie czekał długo; w osiem czy dziesięć dni później otrzymał już list następującej treści:

„Kochany kuzynku.
„Przesyłam ci upoważnienie mojej siostry, na mocy którego nasza mała służąca, skoro twojem zdaniem powietrze tamtejsze jej nie służy, może opuścić klasztor w Béthune. Siostra moja daje to zezwolenie tem chętniej, że kocha bardzo tę dziew-
czynę, której zresztą i nadal przyrzeka swą opieką i pomoc.
Ściskam cię serdecznie.
Marya Michon.“
Do listu dołączone było upoważnienie, brzmiące, jak następuje:
„Przełożona klasztoru w Béthune raczy zwolnić i powierzyć opiece oddawcy niniejszego pisma nowicyuszkę, która wstąpiła do klasztoru z mojego pozwolenia i za moją wiedzą.
W Luwrze, dnia 10 sierpnia 1623 roku.
Anna.“

Łatwo pojąć, że te stosunki pokrewieństwa Aramisa ze szwaczką, nazywającą królowę „siostrą“, budziły wesołość i wywoływały żarty ze strony młodych ludzi. Ale Aramis, wskutek grubych dowcipów Portosa rumieniąc się po białka oczu, poprosił przyjaciół, aby zaniechali docinków na ten temat, i oświadczył, że, jeżeli powiedzą choćby jedno jeszcze słowo, nie użyje już nigdy pośrednictwa swej kuzynki w tego rodzaju sprawach.
Odtąd czterej muszkieterowie przestali wspominać nazwisko Maryi Michon, mając już zresztą to, czego pragnęli, mianowicie rozkaz wypuszczenia pani Bonacieux z klasztoru Karmelitanek w Béthune. Co prawda, rozkaz ten nie miał dla nich wielkiej wartości, dopóki obozowali pod Rochellą, a więc na drugim końcu Francyi, i d’Artagnan zamierzał już nawet prosić pana de Tréville o urlop, przyczem zdecydowany był wyjawić mu otwarcie, jak ważna sprawa skłania go do wyjazdu, — gdy właśnie otrzymał wraz ze swymi trzema towarzyszami wiadomość, że król udaje się do Paryża z orszakiem, złożonym z dwudziestu muszkieterów, i że do orszaku tego zostali i oni wcieleni.
Na tę wieść zapanowała wśród nich ogromna radość. Wysłali naprzód służących z tobołami podróżnymi, a rano wyruszyli sami w drogę.
Kardynał odprowadził Najjaśniejszego Pana z Surgeres do Mauzé, gdzie król i minister rozstali się wśród objawów największej przyjaźni.
Aczkolwiek królowi, spragnionemu rozrywek, zależało bardzo, by stanąć w Paryżu na dzień 23, to jednak zatrzymywał się tu i ówdzie po drodze, śledząc lot srok, do którego to sportu wpoił mu zamiłowanie pan de Luynes. Z dwudziestu muszkieterów jego orszaku szesnastu radowało się bardzo tymi odpoczynkami, czterech zaś przeklinało te przystanki z całej duszy. D’Artagnan zwłaszcza doznawał ciągle jakby dzwonienia w uszach, co Portos tłómaczył w następujący sposób:
— Pewna bardzo wielka dama objaśniała mię, że, jeżeli komu dzwoni w uszach, dowodzi to, iż mówią o nim wiele.
Wreszcie nocą na 23-ci kawalkata przybyła do Paryża. Król podziękował panu de Tréville i pozwolił udzielić każdemu z żołnierzy czterodniowego urlopu z tym jednak warunkiem, by się nie pokazywali pod karą Bastylii w miejscach publicznych.
Jak się łatwo domyślić, puszczeni zostali na urlop przed innymi nasi czterej przyjaciele, przyczem Atos, zamiast czterech dni, otrzymał od pana de Tréville sześć wolnych dni i ponadto dwie noce, gdyż przyjaciele nasi wyjechali dnia 24 o godzinie piątej popołudniu, a pan de Tréville wpisał łaskawie w urlopie datę 25-go rano.
— Mój Boże! — mówił d’Artagnan, ufający zawsze w swe własne siły, — zdaje mi się, że nazbyt kłopocemy się całkiem prostą sprawą. Za dwa dni, zajeździwszy dwa lub trzy konie, co zresztą jest mi obojętne, gdyż mam pieniądze, będę w Béthune. Oddam przełożonej list królowej i zabiorę mój słodki skarb, którego szukam, nie do Lotaryngii jednak, ani do Belgii, lecz do Paryża, gdzie będzie lepiej ukryty, zwłaszcza, że pan kardynał przebywa pod Rochellą. Później, gdy wrócimy z wojny, częścią dzięki protekcyi kuzynki, częścią w uznaniu zasług, jakie osobiście oddaliśmy królowej, łatwo otrzymamy wszystko, czego możemy zapragnąć. Ponieważ zaś ja i Planchet poradzimy sobie w tej tak łatwej wyprawie, więc najlepiej będzie, gdy wy pozostaniecie tutaj. Bo i pocóż macie się narażać na daremne trudy?
Atos odpowiedział na to spokojnie: — My także, kochany d’Artagnanie, mamy pieniądze; co do mnie, nie zdążyłem jeszcze przepić reszty sumy, otrzymanej za dyament, a zdaje mi się, że tak Aramis, jak i Portos, nie przejedli również do ostatka swych udziałów z tego dyamentu. Wobec tego i my możemy zajeździć po kilka koni. Pamiętaj zaś, d’Artagnanie — dodał tonem ponurego ostrzeżenia, na które dreszcz wstrząsnął młodym człowiekiem, — pamiętaj, że w Béthune właśnie kardynał naznaczył spotkanie tej kobiecie, siejącej nieszczęście, gdziekolwiek się uda. I gdybyś miał, d’Artagnanie, spotkać się z czterema wrogimi ci mężczyznami, puściłbym cię bez obawy samego; ponieważ jednak możesz się zetknąć przypadkiem z tą kobietą, więc pojedziemy wszyscy czterej wraz ze służącymi, i daj to Boże, aby siły nasze były wystarczające.
— Przerażasz mię, Atosie! — zawołał d’Artagnan. — Skąd takie obawy? Co nas może spotkać?
— Wszystko, co może być najgorszego — odparł Atos.
D’Artagnan spojrzał kolejno na towarzyszów. Wszyscy mieli na twarzach wyraz zaniepokojenia.
Ruszono w drogę wyciągniętym kłusem, nie mówiąc już ani słowa do siebie.
Dnia 25-go wieczorem, gdy przybyli do Arras, i d’Artagnan, zsiadłszy z konia przed gospodą pod Złotą Broną, wszedł napić się wina, spostrzegł przez drzwi gospody na dziedzińcu pocztowym jakiegoś jeźdźca, który zmieniał konia, dosiadając świeżego. D’Artagnan zwrócił na niego baczną uwagę. Gdy jeździec wyjeżdżał z bramy, wiatr rozwiał mu płaszcz, którym się starannie pomimo sierpniowego ciepła osłaniał, i zerwał mu kapelusz z głowy, — jeździec jednak w lot pochwycił ręką kapelusz, a nacisnąwszy go szybko na oczy, pomknął kłusem drogą w kierunku Paryża.
Nie obcy był snadź jednak d’Artagnanowi ów jeździec, gdyż młody Gaskończyk na widok zdemaskowanej przez wiatr twarzy jego zbladł i wypuścił szklankę z ręki.
— Co panu jest? — spytał zaniepokojony Planchet, a nie otrzymawszy odpowiedzi, począł wołać:
— Panowie! na pomoc! Mój pan traci przytomność!
Trzej przyjaciele wbiegli natychmiast do gospodniej izby, — lecz d’Artagnan wyminął ich szybko, kierując się do drzwi, by skoczyć na konia. Zatrzymali go jednak na progu.
— Do licha! d’Artagnanie! dokąd lecisz? — pytał Atos.
— To on! — wołał d’Artagnan zmieszany, a pot wystąpił mu na czoło. — To on! Pozwólcie mi go dopędzić!
— Kogo? — zapytał Atos.
— Tego człowieka!
— Jakiego człowieka?
— Tego nędznika... To mój zły geniusz, którego spotykałem zawsze, ilekroć groziło mi jakieś nieszczęście... ten sam, którego ujrzałem po raz pierwszy, gdy towarzyszył owej strasznej kobiecie... ten sam, którego ścigając, naraziłem się na zajście z naszym przyjacielem Atosem... ten sam, którego widziałem jeszcze w owym dniu, gdy pani Bonacieux została porwana... Teraz poznałem go! to on we własnej osobie! Widziałem go dobrze, gdy wicher podwinął mu płaszcz i zerwał kapelusz z głowy.
— Do licha! — odezwał się Atos zakłopotany.
— Na koń, panowie! na koń! dogonimy go z pewnością...
— Mój drogi! — rzekł Aramis, — zastanów się, że pojechał on w stronę przeciwną celowi naszej drogi, że ma świeżego wierzchowca, podczas gdy nasze konie są zmęczone, i możemy je tylko forsowną jazdą dobić, nie mając zgoła nadziei, iż go dościgniemy. Pozostaw tedy zemstę na kiedy-indziej, d’Artagnanie, a natomiast ratujmy kobietę.
Tymczasem, gdy trzej przyjaciele powstrzymywali d’Artagnana, puścił się za jeźdzcem w pogoń chłopiec stajenny z jakimś papierem w ręku, wołając:
— Panie! panie! ten papier wyleciał panu z kapelusza! Panie! panie!
— Mój przyjacielu! — zawołał na chłopca d’Artagnan, — masz tu pół pistola za ten kawałek papieru.
Chłopiec na te słowa zawrócił.
— O, proszą pana! niech go pan sobie weźmie — rzekł.
I, uszczęśliwiony hojną nagrodą, wręczył papier d’Artagnanowi, który go z zaciekawieniem rozwinął.
— I cóż? — pytali przyjaciele.
— Jest tu tylko jedno słowo — odparł d’Artagnan.
— Tak — rzekł Aramis, — ale jest to nazwa jakiegoś miasta lub wioski.
„Armentières“? — czytał Portos, — Armentières?... Nie znam takiej miejscowości!
— Ale słowo to napisane jest jej ręką! — oświadczył Atos.
— No, no! — rzekł d’Artagnan. — Schowajmy troskliwie ten kawałek papieru... Może nie napróżno wydałem ostatniego pistola. A teraz na koń, przyjaciele!
I czterej towarzysze puścili się kłusem drogą ku Béthune.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Aleksander Dumas (ojciec) i tłumacza: Stanisław Sierosławski.