Wśród lodów polarnych/I

<<< Dane tekstu >>>
Autor Juliusz Verne
Tytuł Wśród lodów polarnych
Data wydania 1932
Wydawnictwo Księgarnia J. Przeworskiego
Drukarz „Floryda“ Warszawa
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Le Désert de glace
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
Inwentarz Doktora.

Wzorem wielu odważnych poprzedników, kapitan floty angielskiej Hatteras, wyruszył na swoim brygu „Forward“ celem odkrycia bieguna północnego, pragnąc aby zaszczyt ten spotkał ojczyznę jego, Anglję.
Napróżno jednak walczył dzielny marynarz przez dziewięć miesięcy, z burzami, prądami i lodowcami, napróżno nadludzkie czynił wysiłki, ulepszając prace swoich poprzedników. Kiedy bowiem z brygiem swoim dotarł po za krańce znanych już mórz podbiegunowych i pracę swoją do połowy wykonał, jeden wypadek zniweczył jego nadludzkie wysiłki.
Oddalony o 2500 mil od brzegów ojczystych „Forward“ padł ofiarą zbuntowanej załogi i kapitan, wraz z czterema najlepszymi ludźmi, pozostałymi z osiemnastu, znalazł się wśród lodów, bez środków pomocniczych i ratunkowych. Nie stracił on jednak nadzieji i odwagi.

Resztki dymiące brygu, który zbrodnicza ręka wysadziła w powietrze, rozrzucone były po polu lodowem, kadłub zaś był wciśnięty pomiędzy bryły lodowe.
Verne Wśród lodów polarnych (1932) p004.jpg
Nie bacząc na straszną katastrofę, kapitan Hatteras zebrawszy w około siebie małą gromadkę dzielnych towarzyszów. — Dra Clawbonny, sternika Johnsona i cieślę Bella — przemówił do nich z wiarą i zapałem, oświadczając, że bądź co bądź, przedsięwzięcie ich udać się musi.

Po obejrzeniu resztek pozostałych po wysadzonym brygu, doktór Clawbonny stwierdził, że kosztowne jego narzędzia, zbiory i książki uległy zupełnemu zniszczeniu. Kiedy zamyślił się on nad ogromem poniesionych a niepowetowanych strat, podszedł doń sternik Johnson, na którego rękach widniały jeszcze ślady walki, jaką stoczył ze zbuntowaną załogą statku.
Doktór podał mu rękę i począł pocieszać go, zachęcając do wytrwałości i odwagi.
— I ja bardzo żałuję naszego statku, do którego przywiązaliśmy się wszyscy, — mówił doktór.
— Ktoby przypuszczał doktorze, że to zbiorowisko belek desek i żelaza stanie się dla nas tak drogiem?
— A co się stało z szalupą Johnsonie?
— Ocalała, doktorze lecz Shandon i reszta buntowników zabrali ją ze sobą.
— A pirog?
— Oto szczątki z niego doktorze, patrz pan na tą kupę rumowisk.
— Pozostaje nam więc tylko czółno, które zabraliśmy na wycieczkę.
Co się stało z saniami, któremi wyruszyliście na wycieczkę? — pytał Johnson.
— Pozostawiliśmy je o milę stąd. Simpson który z nami wyruszył, zmarł w drodze, zamiast niego przywieźliśmy jednak innego, człowieka, którego znaleźliśmy umierającego. Jest nim kapitan Altamont, amerykanin.
Tymczasem kapitan Hatteras stał z rękami skrzyżowanemi na piersiach, milczący i zamyślony. Na twarzy jego malowała się jednak dawna energja.
Johnson, jak gdyby nie zwracając uwagi na kapitana, zaczął wydawać rozporządzenia.
— Doktorze, zechciej udać się do sań i sprowadź je tu wraz z chorym. Kapitanie, czy zechce pan towarzyszyć doktorowi?
— Pragnę zastanowić się nad tem, co dalej czynić mamy, musimy jaknajprędzej zadecydować coś stanowczego, pozwólcie mi zastanowić się, sami tymczasem, czyńcie co za stosowne uznacie.
Doktór poprawił na sobie odzież, wziął do rąk okuty kij podróżny i ruszył w stronę, gdzie pozostawił sanie.
Tymczasem Johnson i cieśla Bell zabrali się do przygotowania schroniska, które wyrąbywali w grubym lodzie. Niezadługo pracowali już w wydrążeniu, wyrzucając zeń bryły lodu.
Kapitan kilkakrotnie chciał zbliżyć się do miejsca katastrofy z brygiem, lecz za każdym razem wracał się; zdawało się, że jakaś obawa odpycha go od resztek jego statku.
Nie upłynęło i godziny gdy powrócił z saniami doktór, wioząc na nich owiniętego w płótno namiotu, chorego Altamonta. — Wygłodzone psy ledwie powłóczyły nogami, należało coprędzej dać im pożywienie, i wypoczynek, co również należało się ludziom.
Po upływie trzech godzin domek z lodu był gotów; wstawiono weń mały piecyk żelazny, który doktór znalazł w rumowiskach, prawie, że nieuszkodzony i wkrótce przyjemne ciepło napełniło schronisko nieszczęśliwych rozbitków.
W głębi domku, na kołdrach ułożono chorego Altamonta, zaś czterej anglicy zajęli miejsca około piecyka, posilając się sucharami i pijąc herbatę. Były to resztki prowiantów znajdujących się w saniach.
Kapitan ciągle był milczący, towarzysze zaś jego szanowali to milczenie. Po skończonym posiłku doktór wyprowadził Johnsona i zaproponował mu aby bezwłocznie pozbierać resztki rzeczy z brygu, które mogły się na coś przydać. Przedewszystkiem zaś proponował zbierać żywność i drzewo, jako rzeczy najpotrzebniejsze.
Drzewa było wiele, za to żywności zebrano bardzo mało. Wszędzie przeważała wielka ilość żelaznych części maszyn okuć i blach. Wybuch był tak gwałtowny, że wszystko prawie, było podruzgotane i spalone. Zapasy spiżarniane uległy przeważnie zniszczeniu, znajdowały się bowiem w bliskości prochowni.
Doktór, czyniąc dalsze poszukiwania, znalazł resztki pemikanu, około 15 funtów, 4 dzbany, zawierające 5 — 6 kwart wódki, oraz 2 paczki chrzanu, który mógł zastąpić utracony sok cytrynowy, używany z pomyślnym skutkiem przeciw szkorbutowi. Po upływie dwóch godzin doktór i Johnson zeszli się razem, komunikując sobie wzajemnie szczegóły dotyczące znalezionych przedmiotów. Artykułów żywnościowych odszukano niestety bardzo mało, znalazło się zaledwie trochę suszonego mięsa, około 50 funtów pemikanu, 3 worki sucharów, trochę czekolady, niewiele wódki i dwa funty kawy. Nie znaleziono natomiast śladów kołder, hamaków i odzieży, widocznie spaliły się zupełnie.
Po dokładnem obliczeniu okazało się, że znalezione zapasy wystarczą zalewie na trzy tygodnie, i to przy skromnych porcjach codziennych.
Opału starczy nam także na trzy tygodnie, ale co będzie później? — zapytał Johnson.
— Później niech się dzieje wola Boska!
Niezadługo obaj powrócili do sań i psów, a zaprzągłszy je, zwieźli znalezione zapasy, poczem nawpół przemarzli zajęli miejsca obok piecyka.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Juliusz Verne i tłumacza: Anonimowy.