Wśród lodów polarnych/XVI

<<< Dane tekstu >>>
Autor Juliusz Verne
Tytuł Wśród lodów polarnych
Data wydania 1932
Wydawnictwo Księgarnia J. Przeworskiego
Drukarz „Floryda“ Warszawa
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Le Désert de glace
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
XVI.
Raj polarny.

W dniu 29 maja słońce po raz pierwszy nie zaszło; jego tarcza zaledwie dotknęła horyzontu i niezadługo podniosła się znowu, rozpoczął się okres dni trwających 24 godzin.
Równocześnie ukazały się stada rozmaitych ptaków, jak dropiów, gęsi kanadyjskich, które nadleciały z Florydy i Arkanzasu, niosąc wiosnę.
Śnieg, pod wpływem promieni słonecznych topniał szybko. Doktór zajął się ponownem uprawianiem ziemi a po upływie 3 tygodni rzeżucha miała drobne listki, prawie na cal długie. Wrzosy poczęły wychylać swe blado różowe kwiatki.
Cała ta roślinność, pomimo swego ubóstwa, znacznie wpłynęła na zmianę i ożywienie krajobrazu.
W dniu 15 czerwca doktór zauważył znaczne podniesienie się temperatury i ze zdumieniem spostrzegł na termometrze 14 st. ciepła.
Widok okolicy zmieniał się w oczach, szumiące wodospady toczyły się z gór.
Lody poczynały się rozstępować, tym sposobem kwestja, dotycząca oczyszczonego z lodów morza, miała się niebawem w zupełności rozstrzygnąć.
Dom lodowy topniał powoli, trzeba było ciągle go reperować.
Temperatura nie długo jednak utrzymała się na tym poziomie.
Około połowy czerwca budowa szalupy była tak daleko posunięta, że niezadługo należało oczekiwać jej ukończenia.
Podczas gdy Bell i Johnson zajęci byli budową szalupy, pozostali podróżni urządzili szereg polowań, których wynikiem było zabicie pary reniferów, niezwykle trudnych do podejścia.
Nie widziano jednak nigdzie piżmowców, których Parry licznie napotykał na wyspie Melville; postanowiono więc zrobić dalszą wycieczkę w celu ich odnalezienia.
Trzej myśliwi, uzbrojeni w dubeltówki, topory i noże, wyruszyli rano, zabrawszy ze sobą Duka i zapas prowiantów na kilka dni. W ciągu 2 godzin myśliwi zrobili około 7-iu mil, nie napotkawszy żadnej zwierzyny. Około 10 zrobiono odpoczynek celem posilenia się, poczem ruszono dalej.
Okolica przedstawiała płaszczyznę pozbawioną roślinności.
— Nie szczęści się nam dziś, mówił Altamont do doktora.
— Nie traćmy jednak nadziei, dopiero mamy początek lata a jeśli Parry spotkał piżmowce na wyspie Melville, to i my je spotkamy.
— My jednak znajdujemy się więcej na północ, zauważył Hatteras.
— Wyglądamy raczej na podróżnych niż na myśliwych, mówił wzdychając Altamont.
— Cierpliwości! rzekł doktór, okolica poczyna zmieniać swój wygląd i dziwiłbym się bardzo gdybyśmy w tych nizinach, w których poczyna się już ukazywać roślinność, nie spotkali zwierzyny.
— Przypuszczać trzeba, że okolica ta niemożliwą by była do zamieszkania, mówił Altamont.
— Ja ze swej strony, dowodził doktór, sądzę, że niema kraju któryby kosztem pracy i nauki, nie można uczynić mieszkalnym.
— Czy w dolinie, którą widać ztąd dokładnie, mówił doktór, nie mogłoby osiąść kilku przedsiębiorczych kolonistów? Zdaje mi się nawet, że spostrzegam czworonogich mieszkańców tego kraju.
— Istotnie, mówił Altamont, gotując się do strzału, są to zające podbiegunowe.
— Czekaj! zawołał doktór, nie strzelaj, one same do nas przyjdą.
W istocie zbliżały się 3 młode zające skacząc pomiędzy karłowatemi krzewami, ku naszym myśliwym, których zdawały się zupełnie nie obawiać i w końcu znalazły się u nóg doktora, który je pogłaskał i rzekł:
— Po co strzelać do stworzeń, które zbliżają się do nas z zaufaniem?
— Darujmy im więc życie, powiedział Hatteras.
— A tym kuropatwom, lecącym do nas? Tym czaplom, dumnie kroczącym na wysokich nogach?
Stado pierzastych stworzeń przybliżyło się do myśliwych bez obawy.
Był to dziwny i wzruszający widok; zwierzęta zdawały się czynić wszystko aby jaknajgościnniej przyjąć ludzi.
Myśliwi posuwali się brzegiem strumienia a gdy wyszli z doliny, spostrzegli stado reniferów, gryzących mech, wydobywający się z pod śniegu.
Myśliwi znaleźli się w pośrodku stada, zwierzęta nie uciekały. Doktór z trudnością mógł powstrzymać Altamonta od strzału, co mu się wreszcie udało.
— Powiedzcie mi wreszcie, czy nie przyszliśmy tutaj na polowanie? pytał amerykanin doktora.
— Tak jest, polować jednak mieliśmy na piżmowce, mięsa mamy poddostatkiem, popatrzmy lepiej na te zwierzęta, podchodzące do nas bez bojaźni.
— Dowodzi to, że dotąd nie widziały one człowieka.
— Zapewne, i z tego wnosić można o ich pochodzeniu; przekonany jestem, że nie pochodzą one z Ameryki.
— A to czemu?
— Gdyby tam zrodzone były, wiedziałyby z pewnością, co sądzić o człowieku. Przybyły one zapewne z północnych krańców Azji, nietkniętych stopą człowieka.
— Myśliwy nie zwraca jednak uwagi na takie rzeczy, mówił amerykanin.
Na podobnych rozmowach zeszedł myśliwym cały ten dzień, który spędzili w dolinie.
Do snu ulokowano się w wydrążeniu skały, jakby umyślnie dla nich wykutem.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Juliusz Verne i tłumacza: Anonimowy.