W Roztokach/Tom II/X

<<< Dane tekstu >>>
Autor Władysław Orkan
Tytuł W Roztokach
Wydawca Towarzystwo Wydawnicze
Data wydania 1903
Druk Wł. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Lwów
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom II
Pobierz jako: Pobierz Cały tom II jako ePub Pobierz Cały tom II jako PDF Pobierz Cały tom II jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
X.

Nazajutrz — rano — w domu ojców.
Zośka, stojąc przed Frankiem, spoczywającym na ławie w smutku i opuszczeniu, żaliła się głośno:
— Takeś już o nas doznaku zabaczył... Ani słóweczka, ani pozdrowienia, ani pamięci nijakiej... Przecie nawet obcy ludzie dopytują sie o siebie... A tyś brat — i takeś zdołał wytrzymać, żeś sie słóweczkiem nie obezwał... Dyć wiem, że ci markotno musiało być na nas, ale coż ja winowata? Kiebyś wiedział, co ja od tego czasu podeznała...
Głos jej załamał się w płaczu. Przetarłszy oczy zapaską, żaliła się dalej:
— Jakeś wtedy z domu poszedł, tom se miejsca ni miała do spoczynku. Tak mię to trapiło... A potem, jak cię nie widać było jeden dzień, drugi i trzeci, to mi sie widziało, że sie w płaczu doznaku zatopię... Ani jeść, ani usnąć, ani robić co — nic nieporada było. I ciągle mi sie zdawało, że jakiś grzech na duszy dźwigam. Poszłach do spowiedzi, powiedziałach księdzu wszystko, ale i to nie pomogło. O ciebie byłach w sercu niespokojna, bo wiem, jakiś ty do wszystkiego nagły. Myślę se: «Kto wie, co se mógł udumać, na jakie złe postanowienie trafić...» I już mnie nic nie ciekawiło, ino to, co sie kany z tobą dzieje. A tu, jak na despet, nikt z dołu nie przychodził; potem, choć-em sie spotkała z kim z ludzi, nikto mi nijak nie umiał powiedzieć. I przeżyłach dużo czasów w niespokojności trawiącej. Przecie se możesz uważyć...
Franek podziękował jej uściśnieniem dłoni, choć mało co i słyszał z tego, co mówiła.
— Dopiero, jak mi donieśli, że w Hucisku ostajesz, wtedy mię trwoga o cię opuściła. Ale wsze było mi przykro. Zbierałach sie iść do ciebie, ino tak zawdy cosi zachodziło. Miałach też niemały kłopot...
— Wiem, wiem — przerwał Franek, nie chcąc, aby mu o tem sama powiadała.
— Skądże wiesz?
— Od ludzi...
Pomilczała jakąś chwilę, poczem rozpoczęła o powodzeniu obecnem.
— Teraz u nas tak, jak dawniej... Jędrek do lasa jeździ, i dziś pojechał, ledwo sie na dzień namieniało, ja koło domu zrabiam, co potrzeba, a ta zaś mała pasie, choć jej bydło nie chce słuchać, bo to przecie jeszcze dziecko; ale coż robić, o pasterza tak niełatwo... no, teraz przynajmniej jesień, bydło ma kany chodzić, przestrono, to ta i z paseniem biedy dużej nima; może każdej chwili przyjść do chałupy, jak zziębnie, zagrzać sie, posiedzieć... Zresztą wiesz dobrze, jak bywa, boś sam w tem wszystkiem był. Tak tu u nas, mój bracie, nic sie wiele nie zmieniło, ino trochę smutniej teraz... a czasem to nawet tak, że sie na płacz bez niczego zbiera...
Zasępiła się, chciała coś dalej powiedzieć, zawahała się jednak chwilę, wreszcie przybliżyła się ku niemu ze szczerem postanowieniem i poczęła dużo ciszej:
— Poskarżę ci sie, mój bracie, co mnie najboleśniej trapi... Bo komuż powiem, jak nie tobie? A może mi sie jako ulży...
Franek podniósł zciężałą od zmęczenia głowę, spojrzał na siostrę pytająco.
— Wiesz... on za mną chodzi...
— Kto?
— Jaś... Naprawdę ci gadam... Widzieć to go nie widzę, ale go czuję wsze i słyszę... Najczęściej w nocy... Ledwo głowę przyłożę do pościeli, on już za oknem śpiewa... Pamiętasz tę jego nutę? «Oj, sługował ci ja, Zosiu»... I słowa wyraźnie słychać... Nie śmiem sie nikomu skarżyć... I co ja, biedna, pocznę?
Patrzyła załzawionemi oczyma na brata, a skoro się nie odzywał, poczęła dalej tłómaczyć drżącym i cichym głosem.
— Bać to sie nie boję, ino mi tak jakoś dziwnie... nie umiem powiedzieć, jak... Strasznie mi ciężko na sercu... Tak, jakby on przezemnie poszedł z tego świata... I widzi mi sie, że on mnie tem śpiewem woła... Nijak mnie też już ten świat nie cieszy...
Nachyliła się ku niemu, sparła głowę na jego ramieniu i wyszeptała w płaczu:
— Oj, bracie, bracie!... żebyś wiedział... Poratuj mnie jako... pociesz... bo mi tak ciężko!... tak ciężko!...
I płakała mu cicho za ramieniem.
A Franek siedział, równie ciężkim przytłoczony smutkiem, i słowem jednem nie mógł jej pocieszyć.
— Coż ja poradzę? — wyrzekł wreszcie z westchnieniem głębokiem.
Odjęła głowę od jego ramienia i zapatrzyła się przed siebie.
— Ja wiem... on ma do mnie prawo... Tak mu na Sądzie musieli powiedzieć...
Po długiem, ciężkiem milczeniu poczęła mówić, czerwieniąc się na zbielałych licach:
— Wiesz... to dziwnie... czasem chciałabych go widzieć... i boję sie... tych oczów jego... Sama nie wiem, co sie ze mną dzieje... We dnie to chodzę zwyczajnie, i nikt by nie zgadł, co mam w sercu, a w nocy to mi sie świat doznaku odmienia... Wiesz... nawet nie śpię z Jędrkiem... bo mi sie teraz zdaje, że to grzech — czy jak — czy ja wiem zresztą... No nie mogę sie przezwyciężyć i... zdawało mi sie wciąż, że on tam patrzy...
Z powracającym smutkiem dokończyła:
— Strasznie mnie to życie zwiędło! Wolałabych już i nie żyć... Żeby ino nie ta mała...
Po chwili:
— Nie chodź ty od nas, Franuś, może mi bedzie jako lżej przy tobie. Jak chcesz, to podziel grunt — bo on ci pewnie pieniędzy nijakich nie da — jak nie przystanie z dobrej woli, to podziel przez sąd. Mnie już nic o to nie chodzi...
— Tego nie zrobię. Darmo. Niema o czem gadać.
Wstał — przeszedł się po izbie. Zośka siedziała, płacząc cicho. Stanął przed nią, ujął jej obie opuszczone dłonie i przycisnął do swoich piersi.
— Żal mi cię... Strasznie mi cię żal... ale darmo.
Politowaniem jego wzruszona, jeszcze rzewniej zapłakała. I długi czas cicha izba odzywała się jej szlochem. Franek chodził w zachmurzeniu, głowę zwieszając od ciężaru bezradnego smutku. Wreszcie, gdy się już ustanowiła w płaczu, zbliżył się ku niej ze słowami:
— Moja kochana Zosiu, mam do ciebie prośbę... Idź, powiedz Hance, że ją tu czekam... Niech przyjdzie... Chcę z nią parę słów przemówić...
Silił się na spokój wierzchni, ale głos mu drżał, gdy mówił; zauważyła to siostra i, wytarłszy zapaską łzy, przyjrzała mu się teraz lepiej. Aż o swoich strapieniach wszystkich zabaczyła, tak się jego wyglądu przelękła.
— Co tobie, bracie?
— Nic... — odparł, odwracając twarz.
— Żebyś sie ty widział!...
— Idź i powiedz jej... — począł, zagadując.
Zośka dopiero teraz przybaczyła sobie zapowiedzi. Niepokój stanął w jej oczach, zwróciła się też do brata z nieśmiałemi słowy:
— Ty... może ona nic nie winna...
Franek postrzegł jej obawę, ujął ją za rękę.
— No nie trwóż sie... Nic ją przykrego nie spotka... Chciałbych pomówić z nią na osobności... Powiedz jej, niech zaraz przyjdzie... Najlepiej, przywiedź ją z sobą...
— To tak pilno ci trzeba widzieć ją?
— Koniecznie!
Uspokojona już w sercu, poczęła się wartko zaodziewać.
— Jakby też tu Marysia przyszła do chałupy, to poradź jej, mój drogi, że mleko pod blachą...
Wytarła oczy chustką, żeby nikt nie domyślił się jej płaczu i, zapowiedziawszy prędki powrót, poszła.
Franek ostał sam w izbie.
— Czy też Hanka przyjdzie? — myślał, niepokojąc tem pytaniem serce. — Kto wie, co tam mogło zajść od wczora...
Nasuwały mu się przed oczy obrazy coraz to bardziej trwożące. I w chorem sercu przypuszczał, że wszystko mogło zajść... Dlaczegożby go miało ominąć i najgorsze zło? Już wiarę w powodzenie stracił; pewność, darząca myśli nadzieją, zmarła w nim dnia wczorajszego. Teraz tak osłabł w sercu, że się nie ośmielił znikąd dobra dla siebie spodziewać. Dawniej widział duszę swoją polaną słoneczną, z której myślami jak ptactwem na wszystkie strony powietrzne wylatał — teraz widzi ją spaleniskiem smutnem, po którem myśli snują się jak pogorzelcy... Czegoż od świata spodziewać się, kiedy jedyne dobro spłonęło? Chyba jakiego pocieszenia od kochanych serc... I jak owi pogorzelcy zwracają oczy na drogę, czy nie ujrzą zbolałych twarzy swych przyjaciół, i zwracają je coraz beznadziejniej — tak myśli jego smutne wyzierają przyjaciółki i wyczekują coraz to niepewniej...
— Ktoż wie, co jej tom naopowiadano, jakie uczucia przez to dla mnie chowa... Aleć mnie naprzód powinna wysłuchać... Ach, czemu ja dawniej nie mówił z nią o wszystkich swoich zamysłach i oddalałech do ostatka... Teraz coż mówić już o tem? Kiedy runęło... I nie zdołałbych nawet...
Dumanie jego przerwał stuk niegłośny w sieni. Ktoś, słychać było, szarpał drzwi i nie mógł ich otworzyć. Frankowi serce zabiło — myślał, że to Hanka. Drzwi się nareszcie otwarły nieśmiało — i weszła, a raczej przewlekła się przez wysoki próg do izby nieduża siostrzenica. Temu jeszcze źle było jej wejść, że była opasterzona płachtą lnianą, która jej małym, obutym stopom zawadzała.
— To ty, Maryś? — przywitał ją wujek.
Obróciła ku niemu zadziwione oczy, potem podeszła cicho i pocałowała go w rękę.
Odrazu zauważył w niej zmianę dość dużą i przyjrzał się jej lepiej, skoro stanęła przy nim koło ławy. Nie była to już ta Marysia rozswawolona, śmiechliwa, która go kiedyś zwodziła koniczynnem «szczęściem», ale jakosi dziwnie przystarzała w oczach, jakby od tego czasu przeżyła niejedno w sieroctwie lato.
Zastanowił się Franek w sercu zadumionem... Mróz, idący po polach, kwiatka nie ominie. Smutek, idący po ludziach, i na to dziecko tchnął swoim mrożącym wiewem.
— Coż tobie, Maryś? Czy ci zimno?
— Nie...
— Samaś pasła?
— Sama...
— Może ci sie jeść chce?
Nie odpowiedziała.
— Rozodziej-że sie i weź se mleko z pod blachy. Mama ci tam ostawiła i kazała, żebyś se wzięła, jak przydziesz...
Poczęła zgrabiałymi paluszkami rozplątywać węzeł łoktusy za szyją.
— Poczkaj-że, bo nie dasz rady, ja ci rozwiążę...
Rozodział ją pomału, przygarnął ku sobie i pogłaskał ją po włosach.
— Moja też to pasterka... Cożeś to tak ujkowi nie rada?
Zaczerwieniła się i nic nie umiała odrzec.
Stała przy nim w cichości, i widać dobrze jej było, bo zabaczyła na piękne o mleku. Po jakimś czasie, skoro Franek na nowo rozpoczął myśleć o rzeczach swoich, podniosła główkę ku jego schylonej twarzy i wyszeptała:
— Wiecie, ujku? Mama tatę bili...
Franek popatrzał w jej oczy zlęknione.
— Nie baj, nie, dziecko, to ci sie zdawało...
— Naprawdę!... Potem tata poszli i nie przyszli aże potem, potem...
Chciała dalej opowiadać, ale ją wstrzymał surowy glos wujka:
— Idź-że, weź se mleko. A o tem nie myślij...
Usłuchnęła, choć niechętnie, i poszła ku piecowi, a Franek zwrócił się do okna i oczy posłał na drogę. Nie widać było nikogo. Porachował czas, odkąd Zośka wyszła z domu, i widział, że już powinny były nadejść. Tem się pocieszał, że Zośka byłaby już na ten czas wróciła, gdyby jej albo nie zastała albo nie mogła ze sobą uprosić.
Oparty łokciem na oknie, patrzał przez szyby uporczywie, a serce w piersi tłukło mu się coraz niespokojniej.
— Czy też przyjdzie? czy się da nakłonić?
Nie mógł już ustać ani usiedzieć spokojnie; fale serca rzucały nim od kąta do kąta; chodził dużymi krokami to prędzej, to wolniej; wątpienie poczęło go osłabiać — siadał, ale znowu niecierpliwość nie dała mu długo siedzieć, i tak miejsca nie miał w izbie od niespokoju wewnętrznego. Wreszcie udumał iść naprzeciw i zabrał się ku drzwiom, kiedy w te razy przed nim się otwarły — i stanęła w nich Zośka, za nią Hanka...
Omało nie padł z nagłego wzruszenia. Serce zatrzepotało w nim radością trwożną, nogi się pod nim zachwiały, i ledwo zdołał namacać stół blizki, na którym sparł się dłonią. Ciżba przypomnień miłych i bolesnych poczęła mu przemocą cisnąć się do głowy. I stał pobladły mocno obok stołu, a naprzeciw niego, przy drzwiach, stanęła Hanka z widocznym niepokojem w twarzy.
Zośka, pojąwszy Marysię za rękę, przeszła z nią zaraz do izdebki. Ostali więc sami dwoje. I długą chwilę serca im tętniły jak dwa zegary w pustej izbie.
Franek pierwszy poszepnął:
— Myślałech, że już nie przyjdziesz...
Była w tych słowach, dalekich od myśli serca, i wymówka jej zobojętnienia (że od tak dawna nie starała się go widzieć) i radość z jej obecności. A gdy Hanka nic na to nie odpowiedziała, Franek, przemógłszy obawę, która mu się zrodziła w sercu z niewyraźnych przeczuć, przemówił drżącym ze wzruszenia głosem:
— Pamiętasz, co ci powiedziałech jednego wieczoru, kiedyś mnie przez te działy puste odprowadzała do domu?
Hanka wzruszyła na to ramionami, co przełożone na słowa znaczyło:
— Skądże ja mogę pamiętać?
— Ja zaś wyraźnie baczę... Ująłech cię za rękę, pytając: «A jak nadejdzie czas, że powiem: Pójdź ze mną na koniec świata...»
Wstrzymał się, jakby pamięci jej chciał dopomódz ciszą, i wyrzekł twardo:
— Teraz ten czas nadszedł.
Po chwili, gdy milczenie jej uparte poczęło go trwożyć, zbliżył się ku niej i, ujmując ją za rękę jak wówczas, serdecznie spytał:
— Pójdziesz w świat ze mną, Hanuś?
— Nie.
Wyrwała rękę z jego dłoni. W twarzy jej już nie było niepokoju, ale zawziętość surowa, która mówiła: «Nie ustąpię, choćby nie wiedzieć co...» Aże się Franek zadumiał temu wyrazowi, którego nie widywał dawniej w jej obliczu, a który mu nagle zbaczył podobieństwo jej do ojca. Zimno też powiało na jego serce: tak od jej odpowiedzi krótkiej, jak i od jej postaci odmiennej. Przecie chciał wierzyć, że to złuda jego przemęczonych zmysłów. I, przewalczywszy w sobie wszystkie uczucia nieswoje, począł z tem większą mówić serdecznością.
— Hanuś! Dziecino moja! Cożeś ty mi rzekła? Przecie sie zastanów w sercu... Ja z tobą nie mogę ostać, to ty musisz ze mną... Inaczej przecie chyba być nie może. Myślałech ci ja nie słowa na swaty upytać, ale darmo... Niósłech ci z Huciska dobro, o jakiem nawet nie śniłaś, ale ludzie odebrali... I stoję przed tobą biedny, nawet biedniejszy niż przedtem, ale mię to nie cofa, iżbych ci nie śmiał powiedzieć: Pójdź ze mną na koniec świata... Bo wiem, bo wierzę, że ci podołam dać szczęście. A ty mi bedziesz bogactwem, całem dobrem życia... Lękasz sie może niewygód? Dalekich trudów i pracy? Ja ci na miłość przysięgam, że wszystko uciążliwe od ciebie odejmę i stanę ci sie opiekunem, jak ojciec dziecku najdroższemu...
— Co o tem gadać — przerwała — kiedy nie pójdę, i koniec.
— Hanuś!!!
— Ja wiem, że obiecować umiesz...
Frankowi nagła myśl przebłysła głowę.
«A może ona sama, bez niewolenia, przystała?...» I to go tak zmieszało w sercu, że się cofnął, upadł bez czucia na ławę i w milczeniu już słuchał potwierdzeń domysłu.
— Obiecowałeś, że wypłat dostaniesz — i cożeś dostał? powiedz.... Obiecowałeś, że ci przypadnie pół roli, jak sie ze szwagrem podzielisz... I coż z tych obiecanek wyszło? To, żeś sie wstydził pokazać i do Huciska-ś uciekł. Potem-eś jeszcze obiecował... ale myślisz, że ja tym obiecankom wierzyła? Pociskowałeś sie, skoroś sie dowiedział, że sie z Michałem zaczęło... Coż? miałach na ciebie czekać, aże ubocz zetniesz? Wiedziałach przecie, że i z tego nic ci dobrego nie przyjdzie, boś po lesie pozbierał wszystkich głodomorów, jakichsi Dyabłów, Cyrków, i tameś ich pasł... Na dopłatek jeszcze, zamiast wrócić do ludzi jak ludzie, przypadłeś z lasu jak jaki powicher i narobiłeś takiego tateru, że cię wszyscy, nie wyłączając i ojca, za waryata uznali... Jakimże teraz prawem śmiesz mnie napastować? Co było między nami, to już przeszło i na tem sie skończyło. Kochanie co inszego, a życie co inszego. Żebyś był umiał żyć jak ludzie żyją... Teraz przynajmniej miej rozum i nie gadaj tak we świat do niczego, bo ludzie naprawdę gotowi pomyśleć...
W miarę, jak mówiła, poczęła się Frankowi w oczach dwoić. I widział, jak postać jego Ukochanej oddzielała się od jej postaci, rysowała się poza nią mglisto, aże nakoniec mgłą się odbiła na ścianie i znikła, raczej wróciła do jego pamięci. Przed nim stała tylko Hanka, zwyczajna Hanusia.
I rozśmiał się tak szeroko z tej swojej pomyłki, że aż Zośka z izdebki przybiegła patrzeć, co się stało, a Hanka już naprawdę z trwogą pomyślała, że Franek zwaryował.




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Władysław Orkan.