W pociągu (Czechow, 1925)

<<< Dane tekstu >>>
Autor Anton Czechow
Tytuł W pociągu
Pochodzenie Pamiętnik Adama w raju
Wydawca L. Wolnicki
Data wyd. 1925
Druk L. Wolnicki
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz J. M.
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Cały zbiór
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron
A. CZECHOW
W pociągu


Wagon pierwszej klasy. Na otomanie, obitej szkarłatnym aksamitem, rozsiadła się piękna pani. Kosztowny, artystyczny wachlarz szeleści w jej kurczowo ściśniętej dłoni, broszka na piersiach to podnosi się, to opada, niby czółenko wśród fal. Piękna pani jest podniecona...
Nawprost niej siedzi na otomanie gubernialny urzędnik od szczególnych poleceń, młody początkujący literat, zamieszczający od czasu do czasu krótkie opowiadania, czyli jak je sam nazywa: nowele ze sfery wielkiego świata... Patrzy jej wprost w oczy, patrzy bez przerwy, z wyrazem znawcy. Obserwuje, podchwytuje tę ekscentryczną, zagadkową naturę, pojmuje ją, przeziera... Dusza jej cała, jej psychologja, widoczną jest dlań — jakby leżała na dłoni...
— O, ja rozumiem panią! — wykrzykuje urzędnik od szczególnych poleceń, całując piękną panią w rękę około bransoletki, — czuła, wrażliwa na piękno dusza pani szuka wyjścia z labiryntu... — Tak! Walka to straszna, okrutna, lecz... nie trzeba rozpaczać! Pani musi zwyciężyć! O, tak!
— Opisz mnie, Włoda! — odzywa się młoda pani, uśmiechając się smutnie. — Życie moje takie niezwykłe, takie barwne, takie ciekawe! I co najważniejsze, jam nieszczęśliwa! Jam ofiara w rodzaju... ofiar Dostojewskiego. Ukaż światu mą duszę, Włoda, ukaż tę biedną duszę! Tyś psycholog. Nie upłynęło godziny, jak tu siedzimy w przedziale rozmawiając, a tyś zupełnie zgłębił mą duszę! Całą, caluśką!
— Mów pani! Błagam! Mów pani!
— Słuchaj więc. Przyszłam na świat w biednej urzędniczej rodzinie. Ojciec, dobre stworzenie, rozumne, wyrozumiałe, ale duch czasu... środowisko.. Vous comprenez? Nie, ja nie oskarżam ojca! Pił, grał w karty, brał łapówki...
Matka zaś... Zresztą, co tu mówić! Nędza, walka o kawałek chleba, poczucie własnej nicości...
Ach, nie zmuszaj mnie do tych wspomnień! Musiałam sama pracować, wywalczyć sobie drogę... Deprawujące wychowanie w instytucie, zaczytywanie się w głupich romansidłach, błędy młodości, pierwsza lękliwa miłość. A walka ze środowiskiem? A zwątpienia? A męka rodzącej się w duszy niewiary w życie i w siebie? To okropne! Ty jesteś literatem i wiesz, jak jesteśmy tragiczne, my kobiety. Ty mnie zrozumiesz, Włoda! Zrozumiesz moją głęboką duszę... Czekałam szczęścia, wielkiego szczęścia. Pragnęłam stać się człowiekiem — uważam to za największe szczęście!
— Boska! — bełkocze wniebowzięty literat, całując powtórnie rękę koło bransoletki. — Nie ciebie ja całuję o, boska, ale cierpienie całej ludzkości. Czy pamięta pani Raskolnikowa? On tak właśnie całował...
— Włoda! Włoda! pragnęłam sławy, rozgłosu... blasku, jak każda nietuzinkowa istota...
Pragnęłam czegoś niepowszedniego, niekobiecego!
I oto! Oto — stanął na mej drodze bogaty, stary generał. Pojmij-że mnie, Włoda!
Przecież to było samozaparcie się, samoofiara, zrozumiej-że mnie! Nie mogłam postąpić inaczej! Wzbogaciłam rodzinę, zaczęłam podróżować po świecie, zostałam altruistką... A jednak, jakże strasznie cierpiałam, jak nieznośne, wstrętne, godne pogardy były mi objęcia tego generała — jakkolwiek, trzeba mu oddać sprawiedliwość — odważnie walczył w swoim czasie...
Bywały chwile... straszne chwile! Wtedy krzepiła mnie myśl, że staruszkowi nie dziś to jutro zemrze się, że zacznę wtedy żyć jak zechcę, że oddam się ukochanemu mężczyźnie, będę szczęśliwą!
A mam już takiego mężczyznę! Bóg widzi, że mam! — Piękna pani coraz silniej wachluje. Twarz jej przybiera wyraz płaczliwy.
— I oto staruszek umarł. Zostawił mi coś niecoś... Dziś jestem wolna jak ptak. Zdawałoby się, że teraz mi się życie uśmiechnie... Czyż nie tak, Włoda?
Dość... Zda się wpuścić szczęście... ale, gdzie tam!
... Słuchaj mnie, Włoda! Teraz, zdawałoby się, czas już oddać się ukochanemu człowiekowi, stać się jego towarzyszką życia, pomocnicą, być szczęśliwą... odpocząć... Ale, jakie to wszystko podłe, głupie, i nikczemne na świecie! O, ja nieszczęsna, nieszczęsna, nieszczęsna! Znów spotkałam na swej drodze przeszkodę. I znów czuję, że me szczęście daleko, daleko! Ach, gdybyś ty wiedział, jaka to męka! Jaka męka!
— I cóż, i cóż stanęło znów pani na drodze? Mów pani, błagam! I cóż?
— Drugi bogaty staruszek...
Złamany wachlarz zasłania piękną twarzyczkę. Literat podpiera pięścią myślącą głowę, wzdycha, i z wyrazem znawcy psychologa — wpada w głęboką zadumę...
Pociąg świszcze i sapie. Słońce rzuca czerwone blaski zachodu na spuszczone w oknie firanki...




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Anton Czechow i tłumacza: anonimowy.