<<< Dane tekstu >>>
Autor William Morris
Tytuł Wieści z nikąd czyli Epoka spoczynku
Podtytuł Kilka rozdziałów utopijnego romansu
Wydawca Nakładem księgarni H. Altenberga
Data wydania 1902
Druk W. L. Anczyc i Sp., Kraków
Miejsce wyd. Lwów
Tłumacz Wojciech Szukiewicz
Tytuł orygin. News from Nowhere (or An Epoch of Rest)
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron


ROZDZIAŁ XXV.

Trzeci dzień na Tamizie.

Gdyśmy następnego ranka schodzili ku łodzi, Walter nie mógł całkowicie wstrzymać się od tematu zeszłego wieczora, jakkolwiek miał już więcej nadziei niż poprzednio, i był bodaj zdania, że jeżeli nieszczęsny mężobójca nie da się przenieść za wodę, to będzie mógł przynajmniej żyć gdzieś w sąsiedztwie prawie samotnie; to właśnie on sam zaproponował. Dla Dicka i dla mnie wydawało się to dziwnem lekarstwem, co też Dick powiedział. Na to rzekł Walter:
— Przyjacielu Walterze, nie skazujże człowieka na rozmyślanie nad tragedyą przez osamotnienie go. To bowiem wzmocni jeno jego ideę, że popełnił zbrodnię, tak, że naprawdę może sobie odebrać życie.
Klara dodała też kilka słów od siebie:
— To pytanie. Jeżeli wolno mi powiedzieć, co ja o tem myślę, to sądzę, że lepiej niech obecnie wymartwi się całkowicie i niech spostrzeże co prędzej, jak mała była tego potrzeba; potem będzie się znowu czuł szczęśliwym. Co się zaś tycze tego, żeby miał sobie odbierać życie, to ja się niczego nie boję, z wszystkiego bowiem, co słyszałem, wnioskuję, że on istotnie kocha bardzo ową kobietę; mówiąc zaś poprostu dopóki jego miłość nie zostanie zaspokojona, nietylko będzie pragnął życia jak najmocniej, ale postara się też wyzyskać jak najbardziej każde zdarzenie swego życia — słowem utonie w niem; sądzę, że to jest właściwe wyjaśnienie jego tragicznego na rzecz zapatrywania się.
Walter zamyślił się i rzekł:
— Może masz słuszność i może wszyscy powinniśmy byli traktować sprawę nieco lżej; ale uważasz gościu — zwracając się do mnie — takie rzeczy przytrafiają się tak rzadko, że skoro się przytrafią, to nie możemy się oprzeć silnemu wrażeniu. Zresztą wszyscy jesteśmy skłonni wybaczyć naszemu biednemu przyjacielowi to, że nas uczynił nieszczęśliwymi z powodu, iż postępuje tak z racyi przesadzonego szacunku dla życia ludzkiego i jego szczęśliwości. Nie będę już nic więcej o tem mówić, tylko tyle: zabierzcie mnie ze sobą w górę rzeki, ponieważ pragnę poszukać samotnego mieszkania dla tego biedaka, skoro już chce tego koniecznie, a słyszałem, że jest tam jedno po za Streatley, któreby nam odpowiadało bardzo dobrze; jeżeli mnie więc wysadzisz tam na brzeg, to ja już pójdę piechotą na wzgórek dla zbadania rzeczy na miejscu.
— Czy dom ten jest pusty? — spytałem.
— Nie — odparł Walter — ale człowiek, który tam mieszka opuści go, oczywiście, skoro się dowie, że nam jest potrzebny. Sądzimy, że świeże powietrze i samotność wpłyną korzystnie na biedaka.
— Tak — zauważyła Klara z uśmiechem — a przytem nie będzie tak daleko od swej ukochanej, aby nie mogli się z łatwością widzieć, gdy im przyjdzie ochota — co niewątpliwie nastąpi.
Tak rozmawiając doszliśmy do łodzi i niebawem wypłynęliśmy na piękny szeroki prąd, a Dick posunął się szybko po spokojnej wodzie wśród wczesnego ranka letniego, nie było bowiem jeszcze szóstej godziny. W krótkim czasie znaleźliśmy się na tamie, a gdyśmy wznosili się coraz wyżej na przypływającej wodzie, nie mogłem się wydziwić, że do tej pory przetrwały tamy najprostszej konstrukcyi, przeto spytałem:
— Dziwiłem się, gdyśmy mijali tamę za tamą, że wy tak zamożni ludzie, a szczególniej tak chciwi przyjemnej pracy, nie wynaleźliście czegoś, coby uwolniło od tego uciążliwego płynięcia w górę zapomocą tak prymitywnych środków.
Dick roześmiał się.
— Mój kochany przyjacielu — rzekł — jak długo woda ma niewygodny zwyczaj płynięcia z góry na dół, to obawiam się, że musimy kpić zeń i posuwać się tamami w górę, gdy twarzami odwracamy się od morza. Nie rozumiem zresztą, co można zarzucić tamie w Maple-Durham, którą uważam za bardzo ładną miejscowość.
Istotnie twierdzenie nie podlegało wątpliwości, pomyślałem sobie, patrząc na zwisające gałęzie olbrzymich drzew, przez których bujne liście przedzierały się błyszczące promienie słoneczne, i słuchając śpiewu kosów, zmieszanego z szemraniem wody. To też nie umiejąc powiedzieć dlaczego pragnę usunięcia tam, czego zresztą wcale nie chciałem, milczałem. Ale Walter za to rzekł:
— Widzisz gościu, wiek nasz nie jest wiekiem wynalazków. Ostatnia epoka uczyniła dla nas wszystko w tym zakresie, a my obecnie zadowalamy się używaniem takich w spadku otrzymanych wynalazków, jakie są nam potrzebne, a dajemy pokój tym, które nam nie są potrzebne. Faktycznie wierzę, że dawniej, nie mogę oznaczyć lat kiedy, używano jakiejś maszyneryi zamiast tam, jakkolwiek ludzie nie doszli do tego, żeby zniewalać wodę do płynięcia w górę. Musiało to być bardzo kłopotliwe, a zwyczajne tamy uznano za zupełnie wystarczające, przyszło je zaś łatwo ponaprawiać w chwili potrzeby przy pomocy materyału, będącego zawsze pod ręką; i oto, jak widzisz, są tu znowu.
— Zresztą — dodał Dick — ten rodzaj tamy jest ładny, jak pan to możesz widzieć; i trudno zaprzeczyć, że tama maszynowa, nakręcająca się jak zegarek, byłaby szpetna i zepsułaby ładny widok rzeki; a to dostateczny powód do zachowania tych prostych tam. Bywaj mi zdrów! Stary znajomy — rzeki do tamy, wyprowadzając łódź przez otwartą bramę silnem uderzeniem haka. — Żyj długo i odmładzaj nieustannie swój sędziwy wiek!
Płynęliśmy naprzód; woda posiadała znane mi wejrzenie z tych czasów nim Pangbourne zostało gruntownie zkanalizowane, co jeszcze pamiętałem. Pangbourne stanowiło ciągle jeszcze wyraźną wieś — to znaczy określoną grupą domów możliwie ładnych. Drzewa bukowe porastały wzgórek, wznoszący się powyżej Basilden; ale płaskie pola poniżej nich były bardziej zaludnione niżeli za mojej pamięci, ponieważ widniało pięć wielkich domów bardzo starannie pomyślanych, tak, aby nie psuć charakteru okolicy. Poniżej na zielonym wybrzeżu, w tem właśnie miejscu, gdzie woda zwraca się ku Gornig i Streatley, pół tuzina dziewcząt zabawiało się na trawie. Gdyśmy je mijali, powitały nas, poznawszy, żeśmy podróżni, a myśmy się też chwilę zatrzymali dla pogadania z niemi. Kąpały się, więc były bose i lekko ubrane, zmierzały ku łąkom w Berkshire, ponieważ tam zaczął się sianokos, ale właśnie czekały aż póki ludzie z Berkshire nie przybyli w swej łodzi dla zabrania ich. Z początku napierały się koniecznie, abyśmy się razem z niemi udali na sianokos i razem spożyli śniadanie; ale Dick wyjechał ze swoją teoryą zaczęcia sianokosu w górze rzeki, i nie zepsucia mi smaku przez zakosztowanie tej przyjemności gdzieindziej, tak, że choć niechętnie ustąpiły, mszcząc się za to zadawały mi mnóstwo pytań o kraju, z którego przybywam i o panującym tam sposobie życia, na które było mi nieco trudno odpowiedzieć; niewątpliwie odpowiedzi, jakie im dawałem, wprawiały je w zdumienie. Zarówno w odniesieniu do tych ładnych dziewcząt, jak i do każdego innego w drodze spotkanego zauważyłem, że pomimo poważnych wieści, jakie słyszeliśmy w Maple-Durham, wszyscy chętnie rozprawiali o wszelkich drobiazgach życia: o pogodzie, o plonie siana, o ostatnim nowym domie, o braku lub obfitości takich lub innych ptaków, i tak dalej, a rozprawiali o tych rzeczach nie w sposób głupi konwencyonalny, lecz w sposób dowodzący istotnego zainteresowania. Co więcej spostrzegłem, że kobiety wiedziały o tem tyle samo co mężczyźni: znały nazwy kwiatów, oraz ich właściwości; znały sposób życia tych lub innych ptaków czy ryb.
Inteligencya ta wpłynęła na moją ocenę ówczesnego życia wiejskiego; ponieważ w minionej epoce zwykło się było mówić, i to na ogół biorąc, słusznie, że po za swą codzienną pracą wieśniacy niewiele wiedzieli o wsi i nie umieli nic o niej powiedzieć; ci zaś ludzie chłonęli chciwie wiadomości o tem, co się dzieje na polach, w lasach, lub na dolinach, jak gdyby byli mieszczuchami świeżo uwolnionymi od tyranii cegły i wapna.

Jako uwagi godny szczegół mogę przytoczyć to, że bodaj było nietylko więcej ptaków nie łupiezkich, ale że nawet ich wrogowie ptaki drapieżne były pospolitsze. Jastrząb unosił się nad głową, gdyśmy wczoraj mijali Medmenham; sroki ukazywały się gęsto w zaroślach; widziałem kilka kani a nawet orlika; a teraz gdyśmy mijali ładny most, który zajął miejsce basildońskiego mostu kolejowego, para kruków zakrakała nad naszą łodzią. Wnioskowałem z tego wszystkiego, że czasy stróżów zwierzyny minęły, i nie potrzebowałem nawet pytać o to Dicka.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: William Morris i tłumacza: Wojciech Szukiewicz.