Wieści z nikąd/XXIV

<<< Dane tekstu >>>
Autor William Morris
Tytuł Wieści z nikąd czyli Epoka spoczynku
Podtytuł Kilka rozdziałów utopijnego romansu
Wydawca Nakładem księgarni H. Altenberga
Data wydania 1902
Druk W. L. Anczyc i Sp., Kraków
Miejsce wyd. Lwów
Tłumacz Wojciech Szukiewicz
Tytuł orygin. News from Nowhere (or An Epoch of Rest)
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron


ROZDZIAŁ XXIV.

W górę Tamizy — drugi dzień.

Nie ociągali się z przyjęciem mojego wniosku; zaiste bowiem, jeżeli chodziło o porę dnia, to najlepiej było zaraz wyruszyć, ponieważ było już po siódmej, a dzień zapowiadał się bardzo gorący. Wobec tego więc powstaliśmy i zeszliśmy ku naszej łodzi — Ellen zamyślona i nieprzytomna; staruszek bardzo uprzejmy i łaskawy, jak gdyby chciał wynagrodzić za swe zgryźliwe opinie. Klara była wesoła i naturalna, tylko, jak mi się zdało, nieco posmutniała; ona też nic nie miała przeciwko ruszeniu w drogę, spoglądając często nieśmiało i bojaźliwie na Ellen i jej dziwnie dziką urodę. Wsiedliśmy do łodzi a Dick zajmując swe miejsce, rzekł:
— No, mamy ładny dzień! Staruszek zaś zapytał się raz jeszcze.
— Więc podoba ci się, co?
Niebawem Dick zaczął szybko posuwać łódź po zarosłej trawami wodzie. Obróciłem się, gdyśmy wpłynęli na środek i machając dłonią ku naszym gospodarzom, ujrzałem Ellen opartą na ramieniu staruszka, pieszczącą jego jak jabłko rumiany policzek, i wcale ostry ból przejął mnie na myśl, że już nigdy więcej nie ujrzę pięknej dziewczyny. Uparłem się, aby mi oddano wiosła i tego dnia sporo nawiosłowałem; to zapewne tłomaczy fakt, żeśmy bardzo późno przybyli do miejsca, zamierzonego przez Ryszarda. Klara szczególniej czule zachowywała się względem Dicka, co zauważyłem ze swego siedzenia; on zaś tak był szczerze uprzejmym i wesołym jak zawsze; mnie ten widok mocno cieszył, ponieważ mężczyzna jego temperamentu nie byłby w stanie przyjmować jej pieszczot wesoło i bez zakłopotania, gdyby urocza wieszczka ostatniego naszego schronienia była na niego najmniejsze bodaj wywarła wrażenie.
Nie potrzebuję nic mówić o rozkosznych tutaj brzegach rzeki. Zauważyłem nieobecność banalnych will, których staruszek tak żałował; spostrzegłem z przyjemnością, że mych dawnych wrogów, to znaczy „gotyckie“ mosty z lanego żelaza zastąpiono pięknemi strukturami dębowemi. Również brzegi lasem pokryte, któreśmy mijali, postradały swoje wymuskanie i były tak dzikie i piękne, jak tylko tego potrzeba, chociaż wyraźnie drzew nie zostawiono bez troskliwego dozoru. Zdawało mi się, że w celu otrzymania najrzetelniejszej informacyi najlepiej będzie udawać niewiniątko co do Eton i Windsoru. Istotnie Dick sam pochwalił się z tem, co wiedział, gdyśmy się zatrzymali w pobliżu pierwszego.
— Tam oto widnieją — mówił Dick — piękne stare budowle, które wzniósł na wielkie kollegium czyli zakład naukowy jeden z średniowiecznych królów, zdaje mi się Edward VI; uśmiechnąłem się sam do siebie słysząc tę jego, całkiem naturalną pomyłkę; miał on zamiar, aby synowie biednych ludzi pobierali tam taką naukę, jaka istniała za jego czasów; ale rzecz prosta, że w epoce, o której pan zdajesz się wiedzieć tak wiele, zepsuto wszelkie dobre intencye fundatora. Mój stary krewniak powiada, że traktowano je ordynarnie i zamiast uczyć synów biednych ludzi wiedzy, uczyli synów bogatych ludzi nic nie wiedzieć. Z tego, co on mówi, wynika, że to było miejsce dla „arystokracyi“, jeżeli pan wiesz, co to słowo znaczy; (mnie objaśniono jego znaczenie), która w ten sposób pozbywała się swych męskich potomków na większą część roku. Hammond dałby panu całe mnóstwo wyjaśnień, tyczących się tego przedmiotu.
— A do czegóż te budynki służą obecnie? — spytałem.
— Budynki zostały bardzo znacznie zniszczone — odparł — przez ostatnie kilka pokoleń arystokracyi, która odznaczała się chyba nienawiścią do pięknych starych budynków, jakoteż do wszystkich pomników historycznej przeszłości; ale mimo to jest to jeszcze rozkoszna miejscowość. Nie możemy jej oczywiście używać zupełnie w myśl fundatora, ponieważ nasze idee o uczeniu młodzieży są odmienne od idei epok minionych; wskutek tego budynek obrócono na miejsce zamieszkania dla ludzi oddanych nauce; ludzie też ze wszech stron przybywają i uczą się rzeczy, których chcą się uczyć; istnieje tam też wielka biblioteka najlepszych książek. Zdaje mi się przeto, że stary nieżyjący król czułby się bardzo dotknięty, gdyby odżył i zobaczył, co się tam dzieje.
— Ha! — rzekła Klara z uśmiechem — przedewszystkiem spostrzegłszy brak chłopców.
— Nie zawsze, moja kochana — odparł Dick — ponieważ jest tam często sporo chłopców, którzy przychodzą po naukę, a także — rzekł z uśmiechem — aby się nauczyć wiosłowania i pływania. Pragnąłbym bardzo, żebyśmy mogli to miejsce odwiedzić; ale będzie lepiej uczynić to z powrotem.
W tej chwili otwarły się bramy przystani, którą też opuściliśmy płynąc dalej. Co się tyczę Windsoru to nie mówił nic, póki nie zabrałem się do wioseł, a podnosząc wzrok, rzekł:
— A cóż to znowu za zabudowania?
Potem ciągnął dalej:
— Miałem zamiar czekać, dopóki pan sam nie zapytasz. To jest Windsor Castle: ten także miałem zachować na czas powrotu. Prawda, że stąd wygląda bardzo ładnie? Ale jego wielka część powstała w epoce upadku, a my nie mieliśmy zamiaru burzyć budynków, skoro już tam stały; tak samo zupełnie jak z budynkami Targu nawozowego. Wiesz pan oczywiście, że był to zamek naszych królów średniowiecznych, używany potem jako pałac przez parlamentarnych komercyalnych słomianych królów, jak ich mój stary krewniak nazywa.
— Tak — odparłem — wiem to wszystko, a do czegóż służą budynki obecnie?
— Mieszka tam wielu ludzi — odparł — gdyż pomimo wszystkie braki jest to bardzo miła miejscowość; znajduje się tam również dobrze zaopatrzony skład starożytności różnego rodzaju, które zdawały się zasługiwać na zachowanie — nosiło to nazwę muzeum w czasach, które pan tak doskonale rozumie.
Szarpnąłem przy tych słowach wiosłami przez wodę i pomykałem tak, jakbym uciekaj od tych czasów, które doskonale rozumiałem; niebawem więc mijaliśmy zeszpecone ongi brzegi rzeki pod Maidenhead, które obecnie wyglądały tak ładnie i ponętnie, jak brzegi w górze rzeki.
Tak upływał ranek, ranek rozkosznego dnia letniego; jednego z tych dni, które, gdyby były pospolitsze na tych wyspach, uczyniłyby nasz klimat bez kwestyi najlepszym ze wszystkich klimatów. Lekki wietrzyk pociągał z zachodu; małe chmurki, które zjawiły się mniej więcej w porze naszego śniadania, podnosiły się coraz wyżej na firmamencie; pomimo palącego słońca nie tyle pragnęliśmy deszczu, ile obawialiśmy się go. Pomimo, że słońce smaliło, powietrze napełniało uczucie świeżości, które wzbudziło w nas pragnienie spoczynku podczas gorącego popołudnia na łanie kwitnącej pszenicy, widzianej z pod cienistych gałęzi drzew. Nikt nie dręczony zbyt ciężką troską, nie mógł tego ranka czuć się inaczej jak tylko szczęśliwym i należy powiedzieć, że jakkolwiek w istocie rzeczy nie brakowało może trosk i obecnie, to jednak myśmy ich nie czuli.
Minęliśmy kilka pól, na których zbierano siano, lecz Dick, a szczególniej Klara, byli tak zazdrośni o swą uroczystość w górze rzeki, że nie pozwolili mi wiele o tem mówić do siebie. Mogłem jeno zauważyć, że ludzie na polach czynili wrażenie silnych i przystojnych, zarówno mężczyźni jak i kobiety, i że ubranie ich nie tylko nie zdradzało nieczystości, ale nawet takie czyniło wrażenie, jak gdyby poubierali się specyalnie na tę okazyę — lekko oczywiście, ale wesoło i ozdobnie.
Zarówno tego dnia jak i poprzedniego spotykaliśmy i mijali wiele różnego gatunku łodzi. Największa ich część używała wioseł tak jak i my lub żagli w sposób, w jaki się używa żagli w górnej części rzeki; ale co chwila utykaliśmy na barki, naładowane sianem lub innymi produktami wiejskimi, lub wiozące cegły, wapno, budulec, i tak dalej, a te poruszały się bez żadnego widocznego dla mnie motoru — tylko mężczyzna jakiś stał przy sterze, śmiejąc się i rozmawiając z innymi. Dick widząc przy jednej sposobności tego dnia, że mocno wpatrywałem się w jedne z barek, rzekł:
— Jest to jedna z naszych nowożytnych barek motorowych; równie łatwo jest stosować motory do wehikułów wodnych, jak i do lądowych.
Rozumiałem dobrze, iż te „wehikuły motorowe“ zajęły miejsce naszej dawnej pary; ale strzegłem się stawiania jakichkolwiek pytań odnośnie do nich, ponieważ wiedziałem dobrze, iż nie zrozumiem ich budowy, i że pytając się, mogę się zdradzić lub uwikłać w jakąś niemożliwą do wyjaśnienia komplikacyę; wskutek tego zauważyłem jeno: „Oczywiście pojmuję“.
W Bisham wysiedliśmy na brzeg, gdzie pozostały jeszcze resztki starego Opactwa i domu Elżbietańskiego, dodanego potem do nich, nie zepsutych przez lata troskliwego i umiejętnego zamieszkania.
Ludność miejscowa była jednakże tego dnia przeważnie w polu, zarówno mężczyźni jak i kobiety; wskutek tego spotkaliśmy zaledwie dwóch staruszków i jednego młodszego mężczyznę, który pozostał w domu dla pracy nad jakiemś dziełem literackiem, którąśmy prawdopodobnie znacznie przerwali. Sądzę atoli także, iż ciężko zapracowany człowiek, który nas przyjął, nie miał nam bardzo za złe przeszkodzenia mu. W każdym razie nalegał na nas kilkakrotnie, abyśmy dłużej pozostali tak, żeśmy go istotnie opuścili dopiero wieczorem.
To nie wiele dla nas znaczyło; nocy były widne, gdyż księżyc świecił w trzeciej kwadrze, a dla Dicka było rzeczą obojętną siedzieć w łodzi czy wiosłować; to też posuwaliśmy się szybko naprzód. Promienie zachodzącego słońca oświecały jasno ruiny zabudowań w Medmenham, obok których wznosiła się nieregularna masa budynku, bardzo miłego, według Dicka, jako miejsce zamieszkania; na obszernych łąkach naprzeciwko widniało mnóstwo domów pod wzgórkiem; zdaje się, że piękność miejscowości, zwanej Henley, zniewoliła ludzi do wznoszenia tam domów i mieszkania w znacznej ilości. Słońce ukazało nam nieco niżej Henley mało zewnętrznie zmienione od czasu, jak ja je pamiętałem; światła dziennego brakowało nam już, gdyśmy mijali rozkoszne brzegi pod Wargrave i Shiplake; ale niebawem pojawił się za nami księżyc. Pragnąłem widzieć na własne oczy, jakiem powodzeniem cieszył się nowy porządek rzeczy w usunięciu tego szpetnego bezładu, którym komercyalizm zanieczyścił brzegi szerokiego strumienia koło Reading i Caversham; niewątpliwie w powietrzu wieczornem rozchodziły się zanadto rozkoszne wonie na to, aby tam miało istnieć jeszcze wstrętne niechlujstwo tak zwanej manufaktury; na pytanie moje, jakiego rodzaju miejscem jest Reading, odparł Dick:
— O! ładnem miejscem w swoim rodzaju, przeważnie przebudowanem w ciągu ostatnich stu lat; są tam też liczne domy, jak to pan możesz wnioskować ze świateł, widniejących pod wzgórzem. Jest to jedno z najgęściej zaludnionych miejscowości nad Tamizą, w tej okolicy. Trzymaj się, gościu! bo zbliżamy się do końca naszej podróży na dzisiaj. Muszę prosić o wybaczenie mi, że nie zatrzymuję się w jednym z tych tu domów, ale przyjaciel, mieszkający w bardzo miłym domu w Maple-Durham, pragnął koniecznie, abyśmy oboje z Klarą do niego zajechali, płynąc w górę Tamizy; sądzę zaś, że nie będziesz pan miał nic przeciwko tej odrobinie nocnej podróży.
Nie potrzebował mnie zachęcać, żebym się trzymał, bo byłem w wybornym humorze; jakkolwiek nowość i podniecenie spokojnego i szczęśliwego życia, które widziałem wszędzie wokół siebie, były co prawda nieco nużące, ale głębokie zadowolenie zajmowało miejsce znużenia, tak, że istotnie czułem się jakby na nowo urodzony.
Wylądowaliśmy niebawem tam, gdzie, jak pamiętałem, rzeka zawracała pod kątem na północ ku starożytnemu domowi w Blunts; po prawej stronie rozciągały się obszerne łąki, po lewej zaś długi szereg pięknych starych drzew, zwieszających gałęzie nad wodą.
Gdyśmy opuścili łódź, rzekłem do Dicka:
— Czy idziemy do starego domu?
— Nie — odparł — jakkolwiek doczekał zielonego starego wieku i jest porządnie zamieszkały. Nawiasem mówiąc, widzę, że pan dobrze znasz Tamizę. Ale przyjaciel mój, Walter Allen, który prosił mnie, abym się u niego zatrzymał, mieszka w domu nie bardzo wielkim, zbudowanym tu niedawno, ponieważ łąki te tak są lubiane, zwłaszcza w lecie, że zaczęło się stawianie zbyt wielkiej ilości namiotów w otwartem polu; to też okoliczne parafie, które sprzeciwiały się temu, zbudowały trzy domy stąd do Caversham, i jeden wielki nieco dalej w Basildon. Patrz, tam oto widać światła domu Waltera Allena!
Przeszliśmy przez trawę po łąkach w potopie światła słonecznego i wkrótce dotarliśmy do domu, nizkiego i zbudowanego wokoło czworoboku dosyć dużego na to, aby słońce mogło oświecać jego wnętrze. Walter Allen, przyjaciel Dicka, opierał się o uszak drzwi, czekając na nas i zaraz też zabrał nas do hali bez wymiany zbytecznych słów. W hali znajdowało się niewielu ludzi, ponieważ pewna ilość mieszkańców brała właśnie udział w sianokosie w sąsiedztwie, a niektórzy, jak nas Walter objaśnił, spacerowali po łące rozkoszując się śliczną księżycową nocą. Przyjaciel Dicka wyglądał tak na lat czterdzieści, wysmukły brunet, o uprzejmym i myślącym wyrazie twarzy; ku mojemu zdziwieniu atoli lekki cień melancholii przysłaniał jego twarz, przytem był nieco roztargniony i nie zwracał uwagi i na naszą rozmowę, pomimo wyraźnego wysiłku przysłuchiwania się.
Dick spoglądał na niego od czasu do czasu i mieszał się; w końcu rzekł:
— Słuchaj — no, stary, jeżeli stało się coś takiego, o czem nie wiedzieliśmy wtedy kiedyś do nas pisał, to czy nie byłoby lepiej, żebyś nam o tem zaraz powiedział? Inaczej bowiem pomyślimy sobie, żeśmy się zjawili nie w porę i że niezupełnie jesteśmy pożądani.
Walter zarumienił się i z trudnością powstrzymując się od łez, ale w końcu powiedział:
— Naturalnie, Ryszardzie, że każdy tutaj cieszy się z twego przybycia, jakoteż z przybycia twych przyjaciół; ale faktem jest, że pomimo wspaniałej pogody i doskonałego zbioru siana nie dzieje się u nas wszystko najlepiej; mieliśmy tu dzisiaj śmierć.
Na to rzekł Dick:
— Powinieneś umieć to przenieść, sąsiedzie, takie rzeczy są nieuniknione.
— Zapewne — odparł Walter — ale to była śmierć gwałtowna i zdaje się, że pociągnie za sobą co najmniej jeszcze jedną, i to nam jakoś bardzo psuje humory; mówiąc prawdę, to jest jeden powód więcej, dlaczego jest nas tu dzisiaj tak mało.
— Opowiedz nam całą historyę, Walterze — rzekł Dick — może jej opowiedzenie przyniesie ci nieco ulgi.
Na to rzekł Walter:
— Dobrze, opowiem; i opowiem ją pokrótce, jakkolwiek sądzę, że możnaby z tego zrobić długie opowiadanie, jak się to robiło z podobnemi rzeczami w dawnych powieściach; mieszka tu bardzo urocza dziewczyna, którą wszyscy lubimy, a względem której pewni czują więcej niż sympatyję; naturalnym objawem było to, że jednego z nas przekładała nad innych. Inny znowu z pomiędzy nas (nie powiem jego nazwiska) uległ mocnemu szałowi miłosnemu, wskutek którego był możliwie niemiły — nie wskutek złych skłonności, rzecz prosta; rezultat tego taki, że dziewczyna, która z początku dosyć go lubiła, jakkolwiek wcale go nie kochała, zaczęła go gruntownie nielubieć. Ci z nas, którzy go znali najbliżej — ja pomiędzy nimi — radzili mu, żeby sobie szedł precz, ponieważ pogarszał swoje położenie z dnia na dzień. Ale on nie chciał słuchać naszej rady, co także było według mnie rzeczą jasną, wskutek czego zniewolił nas do tego, żeśmy mu kazali wynosić się, grożąc, że w przeciwnym razie zostanie wysłany do Coventry, ponieważ osobiste zmartwienie tak nim zawładnęło, że czuliśmy, iż my będziemy zmuszeni wynieść się, jeżeli on tego nie uczyni.
— Przyjął ten wyrok lepiej, niż spodziewaliśmy się, gdy coś nieznanego, może widzenie się z dziewczyną, a potem gorąca wymiana słów ze szczęśliwym rywalem, która nastąpiła bezpośrednio, wyrzuciła go całkowicie z równowagi; uchwycił za siekierę i rzucił się na rywala, gdy nikogo więcej nie było; w walce zaatakowany ugodził przeciwnika i zabił go. Teraz z kolei zabójca tak jest podrażniony, że może odebrać sobie życie; a jeżeliby to nastąpiło, to bodaj, że i dziewczyna popełni samobójstwo. A temu wszystkiemu nie mogliśmy tak samo położyć tamy, jak trzęsieniu ziemi z przed półtora roku.
— To bardzo nieszczęśliwy wypadek — rzekł Dick — ale skoro człowiek ten nie żyje i nie może być przywołany do życia, a zabójca nie ma w sobie złości, to nie mogę pojąć, dlaczego nie miałby tego wkrótce przecierpieć. Zresztą, śmierć poniósł ten, który na nią zasłużył, a nie odwrotnie. Czemuż miałby człowiek dręczyć się nieustannie prostym wypadkiem? A dziewczyna?
— Co do niej — rzekł Walter — to cała sprawa przejęła ją bodaj więcej przerażeniem niżeli smutkiem. Co mówisz o nim, jest prawdą, lub raczej powinnoby nią być; widzisz, wzburzenie i zazdrość, stanowiące preludyum do tej tragedyi wytworzyły wokół niego złą i gorączkową atmosferę, od której, zdaje się, nie może się uwolnić, mimo to radziliśmy mu usunąć się, nawet poza morze; on atoli jest w takim stanie, że nie wiem, czy byłby zdolnym pojechać sam, chybaby mu kto pomógł i zdaje mi się, że mnie przypadnie ta rola, to zaś mi się wcale nie uśmiecha.
— O, potrafi się tem bodaj zainteresować — rzeki Dick. — Wkrótce będzie musiał patrzeć na całą aferę z rozsądnego punktu widzenia.
— W każdym razie — ciągnął dalej Walter — skoro uspokoiłem się przez sprawienie wam nieprzyjemności, dajmy pokój temu przedmiotowi na razie. Czy masz zamiar zawieść swego gościa do Oxfordu?
— Musimy przejść przezeń — rzekł Dick z uśmiechem — ponieważ udajemy się w górę rzeki, ale nie mam zamiaru zatrzymywać się tam, bo inaczej spóźnimy się na sianokos. Tak więc Oxford i mój uczony o nim wykład, otrzymamy z drugiej ręki od starego Hammonda, muszą czekać aż za dwa tygodnie będziemy znowu tędy wracać.

Słuchałem tego opowiadania z wielkiem zdumieniem i nie mogłem nie dziwić się z początku, dlaczego zabójca nie został pojmany, aż póki nie zostanie udowodnione, że zabił swego rywala jedynie w samoobronie. Im więcej atoli myślałem o tem, tem jaśniejszem mi się stawało, że żadne badanie świadków, którzy nie byli świadkami niczego innego jak złej krwi pomiędzy dwoma rywalami, nie byłoby rzuciło światła na całą sprawę. Nie mogłem nie myśleć także, iż wyrzuty sumienia za to mężobójstwo były wyborną illustracyą słów starego Hammonda odnośnie do traktowania przez ten dziwny lud tego, co myśmy nazywali zbrodnią, zaiste wyrzuty sumienia były przesadzone; ale nie ulegało wątpliwości, że zabójca brał wszystkie następstwa czynu na siebie i nie oczekiwał ze strony społeczeństwa oczyszczenia go przez nałożenie kary. Nie obawiałem się przeto więcej, żeby „świętość życia ludzkiego“ miała cierpieć wśród mych przyjaciół dla braku szubienicy i więzienia.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: William Morris i tłumacza: Wojciech Szukiewicz.