Wieści z nikąd/XXXI

<<< Dane tekstu >>>
Autor William Morris
Tytuł Wieści z nikąd czyli Epoka spoczynku
Podtytuł Kilka rozdziałów utopijnego romansu
Wydawca Nakładem księgarni H. Altenberga
Data wydania 1902
Druk W. L. Anczyc i Sp., Kraków
Miejsce wyd. Lwów
Tłumacz Wojciech Szukiewicz
Tytuł orygin. News from Nowhere (or An Epoch of Rest)
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron


ROZDZIAŁ XXXI.

Stary dom w pośród nowych ludzi.

Gdym tak stał, Ellen odłączyła się od naszych szczęśliwych przyjaciół, stojących ciągle jeszcze na wybrzeżu i podeszła ku mnie. Ujęła mnie za rękę i rzekła łagodnie:
— Zaprowadź mnie do domu natychmiast; nie potrzebujemy czekać na innych — przynajmniej ja nie mam ochoty.
Chciałem powiedzieć, że nie znam drogi, i że mieszkańcy tej okolicy powinni byli prowadzić; ale prawie mimowoli stopy moje poruszyły się wzdłuż znanej mi drogi. Podniesiona droga poprowadziła nas na małe pole, objęte po jednej stronie bocznym dopływem rzeki; po prawej ręce widzieliśmy grupę drobnych domów i stodół, nowych zarówno jak i starych, a bezpośrednio przed sobą szarą kamienną stodołę i mur częściowo porosły bluszczem, po nad którym widniało kilka szarych szczytów dachu. Droga wiejska kończyła się w mieliźnie wyżej wymienionego bocznego dopływu. Przeszliśmy przez drogę i znowu prawie mimowoli ręka moja uniosła zasówkę drzwi w murze i niebawem znaleźliśmy się na kamiennej ścieżce, prowadzącej do starego domu, do którego los w postaci Dicka przyprowadził mnie w tak dziwny sposób w tym nowym świecie ludzkim. Towarzyszka moja wydała z siebie westchnienie przyjemnego zdumienia i zadowolenia; nie dziwiłem się temu, ponieważ ogród pomiędzy murem a domem napełniała woń czerwcowego kwiecia, a róże przewalały się jedna przez drugą z tą rozkoszną obfitością dobrze utrzymanych małych ogródków, która na pierwszy rzut oka pozbawia patrzącego wszelkiego innego uczucia z wyjątkiem uczucia przyjemności. Kosy śpiewały jak umiały najgłośniej, gołębie gruchały na krawędzi dachu, wrony wśród wzniosłych wiązów sprawiały hałas pomiędzy młodymi liśćmi, a jerzyki mijały się z piskiem koło szczytów. Sam dom pozostawał w harmonii ze swem otoczeniem.
Raz jeszcze Ellen odczuła moje myśli i rzekła:
— Tak, przyjacielu, to jest właśnie to, co pragnęłam ujrzeć; ten wieloszczytowy stary dom wzniesiony przez prostych włościan dawno minionych czasów, bez względu na zgiełk miast, ciągle jeszcze miłe czyni wrażenie wśród tego piękna, jakie ostatnia epoka stworzyła; i nie dziwię się, że nasi przyjaciele troszczą się oń starannie i bardzo go cenią. Zdaje mi się, jak gdyby czekał na te szczęsne dni i chował nagromadzone okruszyny szczęścia tej niespokojnej, pełnej zamieszek przeszłości.
Poprowadziła mnie do samego domu i położyła swą kształtną słońcem spaloną dłoń oraz ramię na porostami pokrytym murze, jak gdyby chciała go objąć i zawołała:
— Jakże ja kocham ziemię i pory roku — pogodę i wszystko, co ma z nią związek, i wszystko, Co na ziemi rośnie — jak to wyrosło!
Nie byłem w stanie powiedzieć ani jednego słowa. Jej zachwyt i przyjemność były tak silne i doskonałe a jej piękność tak delikatną, a obok tego tak pełna energii wyrażała je tak kompletnie, że każde oddane słowo byłoby pospolite i zbędne. Obawiałem się, aby reszta nie nadeszła nagle i nie rozwiała czaru, jaki na mnie rzuciła; ale staliśmy chwilę przy rogu bram i nikt nie nadchodził. Usłyszałem wesołe głosy niedaleko i wiedziałem już, że idą wzdłuż rzeki ku wielkiej łące po drugiej stronie domu i ogrodu.
Cofnęliśmy się nieco i spoglądali w górę na dom: drzwi i okna były roztwarte na wonne, przegrzane słońcem powietrze; z górnych okien zwisały festony kwiatów na cześć uroczystości, jak gdyby i inni podzielali miłość dla starego domu.
— Chodźmy do wnętrza — rzekła Ellen. — Ufam, że nam nikt w środku nie będzie przeszkadzać; nie sądzę, żeby tak być miało. Chodźmy! musimy niebawem wrócić do towarzystwa. Wszyscy udali się do namiotów; muszą bowiem mieć niewątpliwie namioty rozpostarte dla kosiarzy — dom nie pomieściłby ani dziesiątej części przybyłych — tego jestem pewna.
Poprowadziła mnie ku drzwiom, mówiąc przyciszonym głosem:
— Ziemia i to, co na niej rośnie, i całe jej życie! Gdybym mogła wyrazić lub okazać, jak ja to wszystko kocham!
Weszliśmy, nie znalazłszy nigdzie ani duszy, jakkolwiek przechodziliśmy z pokoju do pokoju — od różami ozdobionej werandy, aż do dziwnych mansardów wśród ogromnych belek dachu, gdzie dawniej rolnicy i pasterze dworscy sypiali, ale które teraz, sądząc po małej wielkości łóżek, po mnóstwie zbytecznych i porzuconych rzeczy, jako to pęków więdnących kwiatów, piór ptasich, skorupek od jaj szpaka, gąsienic w słoikach i tak dalej — musiały być czasowo zajęte przez dzieci.
Wszędzie było bardzo mało mebli i to tylko najpotrzebniejszych o najprostszych formach. Nadzwyczajne zamiłowanie ozdób, które zauważyłem u tego ludu gdzieindziej, ustąpiło tu bodaj miejsca poczuciu, że sam dom i jego asocyacye stanowiły ozdobę życia wiejskiego, wśród którego pozostał jeszcze z dawnych czasów i że ozdabiać go ponownie znaczyłoby tyle samo, co pozbawić go prawdziwego piękna.
Siedliśmy nakoniec w pokoju po za murem, który Ellen pieściła, zawieszonym do tej pory staremi tkaninami, pierwotnie bez wartości artystycznej, ale obecnie spłowiałymi na miłe szare tony, harmonizujące gruntownie za spokojem miejsca, a które byłoby źle zastąpione przez jaśniejszą i bardziej uderzającą dekoracyę.
Postawiłem Ellenie kilka bezładnych pytań, gdyśmy tam siedzieli, ale niemal nie słuchałem jej odpowiedzi, i niebawem zupełnie zamilkłem, a potem straciłem prawie świadomość czegokolwiek-bądź, z wyjątkiem tego, że znajdowałem się w starej izbie, i że gołębie gruchały na dachu stodoły, oraz na gołębniku po za oknem właśnie na przeciwko mnie.
Świadomość wróciła mi po kilku minutach, które jak w żywym śnie wydawały się atoli długim przeciągiem czasu i wtedy ujrzałem Ellen siedzącą i okazującą tem więcej życia i poczucia przyjemności i pragnienia, że odbijała od szarej wypłowiałej tkaniny z zatartym rysunkiem, dającym się obecnie znieść tylko dlatego, że się stał tak słabym i niewyraźnym.
Spoglądała na mnie łaskawie, ale tak jak gdyby mnie przezierała nawskróś. Wreszcie rzekła:
— Zacząłeś znowu rozmyślać nad tym nigdy nie kończącym się kontrastem pomiędzy przeszłością a teraźniejszością. Czyż nie tak?
— Istotnie — odparłem. — Myślałem o tem, czem ty, ze swą zdolnością oraz inteligencyą, połączoną z zamiłowaniem przyjemności, oraz niecierpliwością wobec niedorzecznych powściągów — czem ty byłabyś w przeszłości. A nawet obecnie, gdy wszystko od dawna zostało już wywalczone, serce moje ściska się na myśl o tem trwonieniu życia, które odbywało się przez tyle lat.
— Tyle wieków — powiedziała — tyle stuleci!
— Prawdziwie — odparłem — zanadto prawdziwie — i znowu zamilkłem.
Powstała i odezwała się:
— No, nie pozwolę ci znowu popadać w twą zadumę. Jeżeli musimy cię utracić, to pragnę, abyś naprzód zobaczył wszystko wprzód nim nas opuścisz.
— Utracić mnie? — spytałem — powracać? Czyż nie mam się udać razem z tobą na Północ? Co przez to rozumiesz?
Uśmiechnęła się nieco smutnie i rzekła:
— Jeszcze nie; nie mówmy o tem jeszcze. Ale o czem teraz właśnie myślałeś?
Rzekłem z wahaniem:
— Mówiłem sam do siebie: Przeszłość, Teraźniejszość? Czy nie powinnaś była powiedzieć kontrast teraźniejszości z przyszłością, ślepej rozpaczy z nadzieją.
— Wiedziałam o tem — rzekła.
Potem ujęła mnie za rękę i zawołała:
— Chodź, póki mamy jeszcze czas! Chodź! To mówiąc wyprowadziła mnie z pokoju, a gdyśmy schodzili ze schodów i wychodzili z domu do ogrodu przez małe drzwi boczne, prowadzące z osobliwego przedsionka, rzekła do mnie spokojnym głosem, jak gdyby chciała, abym zapomniał jej poprzedniego zdenerwowania:
— Chodź! musimy połączyć się z resztą nim zaczną nas tutaj szukać. A pozwól powiedzieć sobie, mój przyjacielu, że jak widzę, jesteś bardzo skłonny do zapadania w senne marzenia, pewnie dlatego, że nie przywykłeś do naszego spokojnego życia wśród objawów dużej energii; nie przywykłeś do naszej pracy, będącej przyjemnością, i naszej przyjemności, która jest pracą.
Przerwała na chwilę, a gdyśmy znowu wyszli do ogrodu, rzekła:
— Mój przyjacielu, powiedziałeś, żeś myślał nad tem, czembym była, gdybym żyła w tych minionych czasach walki i ucisku. Zdaje mi się, że dosyć znam dzieje na to, aby ci odpowiedzieć. Byłabym jedną z biednych, gdyż ojciec mój, kiedy jeszcze pracował, był skromnym rolnikiem. Tego nie byłabym w stanie znieść; przeto piękność moja i spryt i zdolność — mówiła bez rumienienia się lub fałszywego wstydu — zostałyby sprzedane bogatym mężczyznom, a życie moje zmarnowałoby się; znam je bowiem na tyle, aby wiedzieć, że nie miałabym wyboru, ani też władzy nad swojem życiem; i że nigdy nie kupowałabym przyjemności od bogatych ludzi, ani nawet sposobności działania, przez co mogłabym zyskać odrobinę prawdziwego podniecenia. Byłabym zmarnowała się bądźto z nędzy, bądź przez zbytek. Czyż nie tak?
— Tak zaiste — odparłem.
Miała powiedzieć coś jeszcze, gdy mała furtka w płocie, prowadząca do małego, wiązami ocienionego pola, roztwarła się i wszedł Dick z wesołą miną, a stanąwszy pomiędzy nami położył każdemu z nas na ramieniu rękę. Potem rzekł:
— No, sąsiedzi, sądziłem, że pragnęliście obejrzeć stary dom spokojnie bez tłumu ciekawych. Czyż to nie cacko w swoim rodzaju? No, chodźmy, ponieważ zbliża się pora obiadowa. Może ty, gościu, chciałbyś wykąpać się nim zasiądziemy do długiej zapewne uczty?
— Owszem — odparłem — pragnąłbym tego.
— Zatem do widzenia sąsiadko Ellen — rzekł Dick. — Oto nadchodzi Klara dla wzięcia cię w opiekę, ponieważ sądzę, że ona czuje się tu bardziej w domu niż ty.

Gdy to mówił, Klara nadeszła z pól; rzuciwszy na Ellen jedno spojrzenie, wyszedłem z Dickiem, wątpiąc, jeżeli mam powiedzieć prawdę, czy ujrzę ją jeszcze kiedykolwiek.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: William Morris i tłumacza: Wojciech Szukiewicz.