Wielki nieznajomy/Tom II/VIII

<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Wielki nieznajomy
Wydawca J. K. Gregorowicz
Data wyd. 1872
Druk K. Kowalewski
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


Deszcz kropił — chłodny wiaterek dął od Tatrów, wózki jechały do Muszyny, ale tu sekundanci zszedłszy się pod parasolami na grobelce zawyrokowali, że na słocie i w błocie strzelać się było niepodobna.
— To bardzo dobrze, dodał Surwiński, ale czekać na pogodę, na ciepło, na suszę, na wszystkie dogodności może potrwać długo.. do nieskończoności, tego roku wątpię żeby się wypogodziło. Austrja może być rozkrajaną jak kawon na kawałki i gdzie my się potem będziemy szukali?
Sekundant Greifera, który występując chciał już pokazać odwagę niepoślednią, aby o niéj i po zgonie jego mówiono — hr. Żelazowski dorzucił.
— Zgadzam się całkowicie ze zdaniem szanownego preopinanta, bo mój klient także nie życzyłby sobie czekać na rozprawę. Ma co być niech będzie zaraz, co prędzéj to lepiéj. Szop chruścianych podostatkiem się znajdzie w Muszynie, można nająć jedną pod pozorem strzelania do celu.
— I strzelać się po ciemku? czy przy pochodniach? zapytał żartobliwie Hotkiewicz.. ’S geht nicht.
— E! słuchaj majorze, dorzucił Żelazowski, jakby trochę mniéj pewne były strzały — co to szkodzi — i tak Pilawski strzela djabelsko. Zdajmy trochę na losy.
— A no, jeśli się ci panowie zgodzą strzelać w szopie, pójdziemy do żyda do karczmy i rzecz skończona..
Pilawski pozostał był w domu zajezdnym oczekując na decyzję i palił spokojnie cygaro. Greifer w drugim chodził po izbie jedząc miętowe cukierki... Sekundanci poszli. Słuchaj, panie Stanisławie, odezwał się Żelazowski wchodząc — szczęści ci się, deszcz leje, na podwórzu dziś nic nie podobna urządzić — żeby raz co prędzéj skończyć, mówimy strzelajcie się w szopie.. Trochę będzie ciemno, Pilawski może nie dojrzy i.. ocalejesz.
— Jak sobie chcecie, co chcecie, gorsze oczekiwanie nadewszystko, rzekł podchodząc Greifer — jam się gotów strzelać i po ciemku..
— Więc jeśli Pilawski się zgodzi?
— Róbcie co się wam podoba.
— Daj mi cygaro! rzekł Żelazowski i wyszedł. Pilawski był także tego zdania, że lepiéj jest raz skończyć prędzéj. Sekundanci poszli zamówić szopę. Żyd nie mógł dobrze zrozumieć na co, musiano mu długo tłumaczyć że będą o zakład strzelać do celu. Dla niepoznaki pożyczono tarcicę, zamówiono aby nikt im nie przeszkadzał i obiecano pięć reńskich. Żyd mogący tak korzystnie pustą szopę wynająć zgodził się na wszystko. Nie mógł tylko zrozumieć, dla czego ci panowie z Krynicy tak daleko szukać szopy przyjechali, mogąc ją na miejscu dostać.
Stajnia po zwleczeniu różnych rupieci leżących na drodze, acz ciemna okazała się dosyć dogodną. Była dłuższą niż potrzeba nawet. Żydom aby nie mieli ochoty zaglądać zapowiedziano, że mogą się na kule! narazić.. i plac wkrótce został przygotowany..
Przez dwoje wrót przeciwnych weszli prawie razem Pilawski i Greifer, zdala skłonili się sobie, sekundanci nabijali pistolety.. p. Stanisław był blady lecz czuba zacierał do góry raźno i chodził podrygując jakoś, jakby go ta sprawa nic a nic nie obchodziła. Pilawski spokojny stał w kątku zamyślony, odmierzono kroki, usunęli się świadkowie.. dano znak. Pistolety się podniosły.. oba przeciwnicy szli zwolna, Pilawski nie mierzył jeszcze gdy Greifer gorączkowo pospieszył, wypalił i.. lewa ręka Pilawskiego na wysokości serca.. została strzaskaną. Gabriel ścisnął pięść tylko, postąpił krok, zmierzył chwilę mimo bólu i w toż samo miejsce trafił Greifera. Potem rzucił pistolet i chwycił się za lewe ramię z którego krew buchała obficie. Greifer padł i nie mógł się wstrzymać od krzyku boleśnego.
Wszystko to odbyło się tak nadzwyczaj prędko, że świadkowie ledwie na swych miejscach stanęli, już biedz musieli napowrót. Pilawski nie mówiąc słowa wszedł do izby, siadł na ławie i czekał na doktora zamówionego, który miał natychmiast nadjechać. Niespodziewano się wcale aby ich aż dwóch mogli potrzebować, gdyż nikt Greifera o tak trafny strzał nie posądził, Pilawski pomimo otrzymanéj rany jeszcze miał siłę posłać kulę w toż samo miejsce.. i zgruchotać też rękę przeciwnikowi.
Wypadek pojedynku zmięszał wszystkich, najmniéj może Pilawskiego który z pomocą Surwińskiego rękę obandażował aby zbyt wielkiego upływu krwi nie dopuścić. Greifer który był na śmierć przygotowany, z razu ucieszył się tem, iż na ręce się skończyło, ale całe jego męztwo i moc ducha opuściła go po chwili.. ogarnęła trwoga i prawie blizkim był mdłości.
— Strzela to, strzela — rzekł Żelazowski, niech go licho porwie, kiedy już postrzelony miał jeszcze siłę oddać wet za wet, z taką dokładnością, iż może się nie trafiło nikomu podobnych dwóch ran jak te oglądać. Nie mają już sobie nic do wyrzucenia.
Pomimo bólu, Pilawski około którego na chwilę się znalazł William aby mu rękę ścisnąć — zapalił cygaro — ani syknął... Doktór nadjechał i ze zdumieniem znalazł obu rannych.. spojrzawszy jednak na Pilawskiego zmiarkował, że ten prędzéj poczekać może i pobiegł obandażować Greifera, który mdlał co chwila. Oba mieli kości strzaskane cięższą wszakże była rana Pilawskiego, bo w niéj dwie koście naruszone zostały. Obandażowawszy go na prędce, doktór pobiegł do Gabriela który cierpiał więcéj a mniéj się skarżył. Anglik natychmiast dosiadł konia i pocwałował do Krynicy. Konie hrabiny stały na wszelki wypadek w gotowości. Ona sama siedziała w oknie, szarpiąc chusteczkę niecierpliwie i niemogąc słowa wyrzec.. tak się czuła niespokojną! Baronowa Ormowska siedziała przy niéj. Panny z Salomeą szeptały w drugim pokoju.
— Nie ma się co obawiać o naszego faworyta.. odezwała się Ormowska, strzela doskonale, a Greifer jak wszyscy utrzymują, wcale nie wprawny. I temu się też nic złego nie stanie, bo Pilawski zacny człowiek.
— Moja droga baronowo, westchnęła hrabina, to jest osobliwsza rzecz, ja siebie poznać nie mogę..
Ten pojedynek dopiero napełnił mnie prawdziwym strachem o siebie. Byłam najpewniejszą że tego Pilawskiego sobie z głowy i serca wybiłam, że Anglika wolę.. że... Otóż ci się przyznam choć mi wstyd, czuję w téj chwili...
Zniżyła głos hrabina.
— Że gdybym go straciła — nie przeżyłabym téj straty..
— Cichoż! cicho! na Boga! kładnąc palce na ustach i wskazując drugi pokój w którym były panny — odparła Ormowska.. nie mów że tego tak głośno.. po cóż wszyscy o tem wiedzieć mają.
Hrabina oczy sobie zakryła chusteczką.
— Zła jestem na siebie — nie mogę tego sobie przebaczyć. Ja com panowała zawsze nad sercem.. proszę cię.. a teraz.. Upokarza mnie to.. I tak jestem śmieszną, dodała, że się boję.. boję się.
— Ale o cóż znowu?
— W tych pojedynkach niewiedzieć komu szczęście służy.. westchnęła Palczewska.. i załamała ręce. Greifer źle strzela, ale przebiegły i zły, a tamten prawy i szlachetny. Na téj głupiéj ziemi naszéj moja Baronowo, prawie zawsze szczęście służy tym co go nie są warci. Spuściła oczy.
W téj chwili tentent dał się słyszeć pod oknem, hrabina oczy podniosła zobaczyła Wiliama, i nie czekając by wszedł do pokoju, gwałtownie otwarła okno i wychyliła się wołając: Co się stało?
Anglik rękę tylko podniósł do góry i wskazał że idzie. W progu obłocony jeszcze się otrzepywał od deszczu, a hrabina stała już nad nim..
— Kto ranny? Greifer.. mów, na miłość Boga kto ranny — wszak nie on?
— Obadwa, rzekł anglik chłodno.
Palczewska uderzyła w ręce, padła na kanapkę, porwała się natychmiast.
— Jakaż rana?
— W rękę.. kość strzaskana.
— A! mój Boże! zawołały kobiety.. A tuż z drugiego pokoju nadbiegły panny, z garderoby sługi, z ulicy ciekawi i otoczyli kołem anglika..
— Jakże Greifer mógł go ranić!
— A tego to przyznam się że nierozumiem, począł William powoli. Strzelali się w szopie, bo na deszczu nie było podobna.. Greifer wystrzelił pierwszy.. trafił w rękę. Pilawski mimo bólu i krwi, miał dosyć przytomności żeby wycelować i oddać mu słowo w słowo taką samą ranę w lewą rękę. Pojedynek osobliwy.
— Powinien go był zabić! w pierwszym przystępie gniewu zawołała hrabina — po co takie trutnie żyć mają, żeby poczciwych ludzi czernili i kaleczyli.... Wydawszy się temi wyrazami z sympatją dla Pilawskiego, którą anglik zdawał się obserwować z zajęciem, pani Emilja wybiegła do ludzi, aby natychmiast powóz szedł po chorego. Dla pośpiechu niedowierzając pannie Salomei, bez parasola wyszła na deszcz i dotarła sama aż do stajni. Wszyscy patrzali na to ze zdumieniem wielkiem. Ormowska nie tyle była zgorszoną, jak raczéj litowała się nad biedną hrabiną. Wróciła ona po chwili zmokła i ze łzami w oczach.
— Panie Williamie, rzekła poufale podając mu rękę, bądź tak dobrym — jedź po niego... pilnuj go.. a ja ci go polecam, ja go kocham jak brata..
Na brata Anglik odpowiedział wejrzeniem pełnem wyrazu, dosyć tęsknem, hrabina nie spostrzegła go nawet. Daj mi wiedzieć, dorzuciła szybko, daj mi wiedzieć jak tylko przybędzie.. ja pójdę do niego, do Greifera niech sobie idzie kto chce..
— Pójdzie Jaworkowska, gdy nie będzie wilgoci, szepnęła Baronowa.
William już siadał do powozu, gdy prezesowa która niezastała w domu Ormowskiéj a pieczona była nowiną niepodzieloną jeszcze z nikim — wpadła z ogromnym parasolem nie mieszczącym się we drzwi.
— Jest utrapienie... cicho szepnęła Palczewska..
— Przepraszam, dzień dobry... rzekła prędko, byłam pewna że tu kochaną Baronowę dobrodziejkę znajdę... bo miałam coś do zakomunikowania, bardzo, bardzo ciekawego.. Ale niechże odetchnę. Spojrzała po twarzach posępnych i nie domyśliła się nic jeszcze...
— Wszak to, proszę państwa.. ta Domska z córunią, rozśmiała się, obrała sobie chwilę właśnie dziś do wyjazdu. Ci panowie na pojedynek, a ona do powozu i fru z Krynicy. Już jej nie ma, dali pan pojechała.. Widziałam sama..
— I cóż pani w tem znajduje złego, dziwnego czy nie wiem już jak się mam wyrazić... przerwała gospodyni.
— Jak to? pani ma za rzecz naturalną? Ale to skandaliczne! Toż to jest przyznanie się do tego wyraźne, że one były powodem pojedynku.. który choćby się najszczęśliwiéj skończył..
Hrabina westchnęła zniecierpliwiona, odwróciła się i ukradkiem łzę otarła. Hercegowina dopiero postrzegła iż — coś się już stać musiało..
— Cóż to ja widzę — co widzę? piękne oczki płaczą? czyby już była jaka wiadomość? Czy Greifer zabity, boć przecie grubszy od gwoździa!?
— A! po Greiferze by podobno nikt nie płakał — zawołała odwracając się hrabina, temu się należała nauka...
— A cóż? cóż się stało! porwała się prezesowa — już panie wiecie! na miłość Bożą?..
— Pilawski ranny — szepnęła Ormowska i Greifer ranny.. Oba jednakowo..
Prezesowa stanęła osłupiała..
— A te panie sobie pojechały! Ślicznie! A tu się za nie krew leje.
— Ale któż ci powiedział że za nie? oburzyła się hrabina..
— Chyba bym oczów i uszów nie miała, żebym sama tego nie postrzegła.. kokietowano obu.. chcąc mieć do wyboru i na zapas... a skończyło się na ranach.. Może śmiertelne i może będzie pogrzeb? dodała...
Ormowska coś szeptać zaczęła, bo znudzona tą paplaniną gospodyni wybiegła do drugiego pokoju... Prezesowa ścigała ją oczyma.
— Proszę Baronowéj, szepnęła.. jak to się hrabina niepotrzebnie kompromituje.. No — przede mną to jeszcze nic — to nic — ba ja to przy sobie zatrzymam, lecz gdyby kto inny ją widział, zaraz by się domyślił że jeden z dwóch ma miejsce w serduszku... a że tam podobno i angielski turysta siedzi.. więc iluż się ich tam zmieścić może?
Ruszyła ramionami.
— Powiem Baronowéj, odezwała się cichutko po chwilce, że teraźniejszych kobiet nie rozumiem. Boć mamy słabości, to pewna — ale trzeba przynajmniéj umieć je jako osłonić.. dla oka.. dla oka.
— Moja prezesowo, zamknęła rozmowę staruszka, daj już pokój — nie ma w tem nic tak złego.. przecież że się uczciwego i miłego człowieka niewinnie pokrzywdzonego żałuje, w tem grzechu nie widzę... Hrabina ma dobre serce — nic więcéj.
Prezesowa zagryzła usta.. Czas jéj już było iść, bo miała z czem. Wątpiła ażeby o pojedynku już kto wiedział, chciała więc pierwsza tę nowinę zanieść mianowicie duchownym... z powodu iż pojedynek każdy ekskomunice podpada... I mimo deszczu pożegnawszy się co prędzéj, wybiegła dzielić się najświeższemi wiadomościami.
Podróż pani Domskiéj i Elwiry aż do Krakowa upłynęła w posępnem milczeniu. Obie nie miały ochoty do rozmowy, rozmyślały co poczną, jak sobie poradzą.. Elwirę dręczył ukrywany niepokój o Pilawskiego, i choć wiedziała że obawy zbytniéj o niego mieć nie była powinna, serce się trwożyło. Nie wiedziała nawet kiedy i jak potrafi otrzymać o nim wiadomość. Mógłby napisać — mówiła w duchu, ale téj odwagi, tego trochę zuchwalstwa mieć nie będzie.. Przebaczyłabym mu je chętnie! Ta cisza, to milczenie, to oczekiwanie...
Matka właśnie na ciszę, milczenie, brak wiadomości i czas co wspomnienia najgorętsze powoli zaciera, rachowała najwięcéj. Mierząc się oczyma i sercami jechały tak spiesząc do celu podróży, matka w nadziei iż ukończona wojna dozwoli wywieść gdzieś Elwirę — Elwira że potrafi skłonić matkę do zwinięcia zakładu i obrania innego życia, które by ślady pierwszego zatarło. Znajdowały się obie w tym stanie ducha, który nie dozwalał wzajemnie zwierzyć się swych myśli i po raz pierwszy jakimś chłodem wiał między sercami matki i dziecięcia.. Podróż wydała się nieznośnie długą.. W Krakowie zabawiły dzień jeden, a że jechały bardzo powoli, wiadomość zaś o pojedynku na skrzydłach poczty poprzedziła je na Wawel i już zużytkowaną została w jednym z dzienników, Elwira przerzucając w hotelu gazety, znalazła w jednéj z nich króciuchną wzmiankę, bez wymienienia miejsca i osób, o osobliwszem spotkaniu dwóch młodych ludzi, którzy się postrzelili w tak dziwny sposób itd. Redaktor dodawał ogólne uwagi o szkodliwości pojedynków, o kościelnych przeciw nim dekretach.. i o daremnie przelanéj krwi tak dla kraju szacownéj. Artykuł ten właśnie dla tego iż mówił o dwóch ranionych, nie zdawał się Elwirze stosować do wypadku tego. Była pewną że Pilawski rannym być nie mógł. Rzuciła dziennik mówiąc sobie iż nie w jednéj Krynicy mogli się pojedynkowicze znajdować, ale prędzéj w Iwoniczu, Żegestowie, Szczawnicy itp.
Serce nie drgnęło przeczuciem.. Nie wspomniała o tem matce, aby nie ściągnąć na siebie burzy, że się zbyt losem Pilawskiego zajmuje.
Troskę o niego zmniejszyła obawa o matkę. Czy to że wody niewłaściwie były zapisane, czy że pora nie była dobrą, czy że pani Domska nazbyt się niepokoiła przy kuracji — w drodze już uczuła się słabą. Zatrzymała się w Warszawie aby poradzić doktora, ale ten uznał że w ogóle wody które skutkują z razu, wywołują czasem pozorne pogorszenie zdrowia a późniéj reakcja je przywraca.. Domskie z tą pociechą ruszyły do Berlina, ale w drodze matka ciągle czuła się niedobrze, a przybywszy do domu, położyła się w łóżko... Berlin właśnie się wieścią tryumfów ożywiał i rósł już do przyszłéj wielkości, wszystko tu poruszało się, kipiało, żyło, gorączkowało, gdy nasze panie przybyły. Elwira po raz pierwszy znalazłszy się znowu wśród tego otoczenia w którem wzrosła, — uczuła jakiś wstręt i obrzydzenie do życia pod którego jarzmo wracała.. Zwykle nie wiele się ona zajmowała interesami, lecz mimowolnie przez matkę wiedziała o nich, dla matki się niemi kłopotała — teraz nawał pracy, zachodów i trudności ciążący na pani Domskiéj, wydał się jéj nieznośnym.
Domska była coraz gorzéj. Nazajutrz wezwano zwykłego lekarza, tego, który wody poradził, — przyszedł — i choć znalazł, że nic nie było groźnego.. nagderał wielce. Stary niemiec był poufałym domu przyjacielem, człowiekiem bardzo zacnym, Greheimrathem i uczonym naturalistą.
Miał prawo do klientów swych odzywać się czasem nieco szorstko i prawa tego używał.
— Wody by były pomogły, rzekł, ale przy wodach trzeba spokoju.. trzeba zapomnienia o świecie... o kłopotach, o domu, jejmość pewnie nadto siedziała myślą w Berlinie.. może się jeszcze gryzła czem innem. Cóż dziwnego że wody nie tak jak powinny skutkowały?
Ale to przejdzie i będzie wszystko dobrze!
Elwirze dom, jéj śliczne pokoiki, ulubiony fortepian, książki wszystko wydało się jakoś nieznośne, niemiłe, niesmaczne nie wyjmując Berlina. Nieustanne przychodzenie panien po radę, po pieniądze.. nudziło i niecierpliwiło.
W kilka dni po przybyciu, pani Domska wstała wprawdzie, zajęła się swemi interesami, ale wieczorem położyła znowu i nazajutrz gorzéj uczuła.. Posłano po doktora lekarz przepisał lekarstwo. Elwira nieznacznie wysunęła się za nim, postrzegły chmurkę na jego czole.
— Czy by mamy słabość była groźną? spytała niespokojnie Geheimratha.
— A! nie, rzekł trochę kwaśno lekarz.. groźnego nic nie ma.. ale potrzeba spokoju, wypoczynku.. pilności.
— Kochany radzco — chwytając go za rękę cicho szepnęła Elwira — jesteś przyjacielem domu.. bądź że moim sprzymierzeńcem w sprawie, która i zdrowie matce przywrócić może i mnie by uszczęśliwiła. Rzuć przy mnie słowo, że należałoby spocząć.. niech ten nieszczęsny magazyn sprzeda. Mamy dla nas bardzo dosyć, ja więcéj nie pragnę — matka odżyje — a ja — ja dopiero żyć zacznę. Geheimrath ruszył ramionami:
— Bardzo chętnie, rzekł, poprę myśl pani, chociaż, chociaż przyznam się, że nie godziłoby się korzystnego interesu, w chwili gdy on się jeszcze jak najpomyślniéj rozwinąć obiecuje — porzucać — to — po polsku.
— Tak — może — szepnęła Elwira — ale myśmy do tego stworzone nie były.
Rozśmiał się stary i po niemiecku klapnął ręką po ramieniu panienkę parę razy.
— Ha! ha! szlachecka krew się odzywa! Ja wohl! A któż stworzony do tego czy do tamtego, z patentem w kolebce? Nauczyłyście się panie pożytecznéj pracy, należałoby w niéj wytrwać.. No i grosz z tego piękny płynie.
— Doprawdy, radzca, mamy go dosyć, dosyć, a zdrowie matki więcéj warte..
Ja wohl! począł radzca — ja wohl! zdrowie matki rzecz pierwsza: tylko. Przerwał. A no, jutro pogadamy. I wyszedł spoglądając na zegarek. Nazajutrz pani Domska była lepiéj. Elwira jeszcze przed przyjęciem Geheimratha rzuciła słówko o tem, że matka potrzebowała spokoju, iż lekarz był tego zdania, iż należałoby pozbyć się interesu i wypocząć. Dla nas, mamy bardzo dosyć — dodała Elwira, mojem zdaniem można by sprzedać magazyn, osiąść na wsi, a tam powietrze, spokój.. życie ciche.. wygodne.
— Dziecko moje — odezwała się Domska.. kto lat kilkadziesiąt wrósł już w coś, temu się wyrwać trudno. Uczyniłabym to może dla ciebie, dla siebie nie bo czuję, że by mi tego brakło co tobie ciąży.
Córka zaprotestowała gorąco, pani Domska zamilkła. Nadszedł konsyljarz, i rozpytawszy chorą zadumał się. Elwira poddała mu myśl wczorajszą.
— Tak jest, tak, potwierdził, zapewne że oderwanie się od interesów mogłoby dla zdrowia być pomyślnem.. Nie przeczę temu, ale w świecie się trafia różnie. Popieram zdanie panny Elwiry, a jednak nie mogę się wstrzymać bym anegdotki o moim przyjacielu Finanzialracie Werhuber nie przytoczył.
Domska oczy na niego zwróciła.
— Mów twoją anegdotkę, szanowny doktorze.. szepnęła cicho!
— Bardzo prosta, bo prawdziwa — Finanzialrath Werhuber miał lat sześćdziesiąt i pięć wieku, a trzydzieści i pięć służby. Przez ten czas nawykł był tak regularnie chodzić do biura ministerjum swego.. trawić w nim godzin kilka, wracać o pewnéj porze do domu, iż to życie stało się dlań drugą naturą. Stary był wszakże zażądał dymisji. Będę sobie odpoczywał — mówił przyjaciołom o! będę sobie odpoczywał. Dano mu dymisję, pensję i król w uznaniu zasług przysłał mu order Korony drugiéj klassy. Werhuber był szczęśliwy.. Do biura pierwszego dnia zerwał się iść o swojéj porze, a przypomniawszy sobie iż nie jest do tego obowiązanym, rozśmiał się i pozostał w domu. Bawił się patrząc na złote rybki na oknie, na pelargonje w wazonach, czytał Spenerowskę gazetę, ziewał i jakoś czas przeszedł. Drugiego dnia poszedł na przechadzkę, dzień mu się wydał niesłychanie długi. Nigdy takim nie bywał. Dziwna rzecz w kancellarji biegły godziny tak żywo, teraz lazły tak zwolna. W tydzień spotkałem Werhubera zmienionego nie dobrze, poradziłem mu podróż, wody, nie chciał słuchać.. Zachodził parę razy do ministerjum, do znajomych, pomagał tam, pytał, wtrącał się, wyproszono go. W miesiąc był do niepoznania...
Doktór niedokończył jakoś. Domska spojrzała, sposępniała Elwira.
— Człowiek potrzebuje pracy, aby mógł znieść życie, dodał Geheimrath a nawyknienie drugą naturą, Elwira znajdowała, że mimo obietnicy lekarz jéj nie dobrze usłużył i trochę się pogniewała na niego. Mama się w téj pracy nie urodziła, nie zrosła — dodała, los nam ją twardy narzucił.. tęsknić tak bardzo nie widzę powodu.
Na tem się skończyło dnia tego. Domska wciąż jeszcze chorą była i chorą.
Elwira oszczędzając jéj troski niepotrzebnéj, pomimo że się nawet leżąc w łóżku domagała aby jéj listy przynoszono, postanowiła je zatrzymać, przeglądać i odpisywać — jakkolwiek to zajęcie wcale jéj nie smakowało. W dziesięć dni po powrocie przeglądając stos różnych korespondencji prawie wszystkich tyczących się magazynu, Elwira zdziwiona została listem na którym postrzegła stempeł Krynicy.. Pochwyciła go zarumieniona, drżąca. Adres był do matki, poznała na nim rękę Jaworkowskiéj. Nie miała prawa rozpieczętować, ale mogła przynieść go matce osobno i w ten sposób zmusić niejako do podzielenia się wiadomościami, które niechybnie zawierać musiał.
Pobiegła z nim do pani Domskiéj.
— Jest list z Krynicy! zawołała podnosząc go do góry.
— Daj że mi go, daj proszę, żywo zrywając się z posłania odpowiedziała matka, to od Jaworkowskiéj, nie ma pewnie nic, ale miło mi go będzie przeczytać. Spojrzała na córkę drżącą.. ale pomimo rozbudzonéj ciekawości list schowała pod poduszkę. Ja to sobie późniéj przeczytam, nic pilnego rzekła:
Trochę urażona wyszła zaraz Elwira, aż się jéj matce żal zrobiło. Pomiarkowała że lepiéj jest nic nie taić i odwołała ją nazad.
— Przeczytaj mi ten list, rzekła napozór obojętnie...
Drżącą ręką rozerwała Elwira kopertę, pobiegła po liście oczyma i zbladła.. oczy matki żadnego jéj nie straciły ruchu i serce się ścisnęło. Pani Jaworkowska pisała jak następuje:
Kochana Zuziu! Żądałaś ode mnie wiadomości, więc pomimo mojego bicia humorów do głowy, siadam ci donieść że żyję i czekam wypogodzenia, aby do domu wyruszyć. Tego dnia gdyście wyjechały, pan Pilawski strzelał się w Muszynie, ale w szopie z panem Stanisławem... Miałam smutne przeczucie które się ziściło.. Greifer wprawdzie pierwszy strzeliwszy ranił go, ale ten nieznośny.. Pilawski oddał mu takim samym strzałem, iż doktorowie wydziwić się nie mogą, jak doskonale trafił w to samo miejsce i w tą samą kość w którą już był ranny.. Oba teraz leżą, podobno Pilawski niebezpieczniejszy.. obie kości obrażone... Greifer prędzéj przyjdzie do siebie, o Pilawskiego się lękają.
Tu głosu zabrakło Elwirze i dwa łez strumienie się puściły...
— O Pilawskiego się lękają, dodała cicho, aby mu ręki odjąć nie było potrzeba.. Ten wypadek odsłonił jedną tajemnicę, któréj myśmy się i dawniéj trochę domyślały. Hrabina Palczewska która zdawała się tak mocno zajętą swoim Anglikiem, formalnie się dla Pilawskiego skompromitowała. Anglik siedzi to prawda, ale hrabina całe dnie i wieczory razem z nim spędza u łóżka chorego, a pieści go, a dogadza, a płacze i rozpacza, że nam wszystkim za nią wstyd. Jużciż nawet gdyby dla niego czuła przywiązanie.
Tu Elwirze głosu zabrakło, spuściła ręce z listem na kolana i czytać przestała. Matka wzięła list Jaworkowskiéj i sama po cichu czytała daléj.
— Gdyby dla niego czuła przywiązanie tak gwałtowne... powinna by umieć je dla przyzwoitości poskromić... Mówią że i chory kawaler tą czułością pięknéj wdowy wreszcie się dał wywieść ze swego chłodu i czuje się szczęśliwym... Są ludzie co utrzymują, a to do niéj podobne, iż mu się hrabina oświadczyła sama, i że scena była nader czułą i tragiczną. Prezesowa utrzymuje, iż aż doktór hrabinie zakazał tych zbyt częstych i nadto długich odwiedzin, znajdując że wrażeniami zbyt gorącemi, zdrowiu chorego szkodziła. Mogą to być plotki Prezesowéj, ale stojąc w tym samym hotelu mogę poświadczyć tylko, iż istotnie ona, jéj służba, kuchnia, dzień i noc tu gospodarują. Anglik go pilnuje także i zdaje się niezrażony postępowaniem hrabinéj, czule też do niéj przywiązany. Słowem powieść Dumas’a, moja droga. Żałuję bardzo że końca jej domyślając się tylko, doczytać nie będę mogła, bo muszę wyjeżdżać. Już też dosyć mam Krynicy i jéj rozkoszy.. Od kąpieli dostałam strasznéj wysypki, od Prezesowéj plotek formalnéj niestrawności, od widoków tego romansu hrabinéj mam obrzydliwość emetykową. Żal mi biednéj kobiety, to pewna że zacna i poczciwa, ale głowa przewrócona, serce jakieś nienasycone i kapryśne... a pozory ją potępiają, itd.
Był jeszcze i przypisek następujący..
W chwili gdy list miałam zamykać dowiaduję się, że chory ma się gorzéj.. posłano po operatora do Krakowa, który osądzi czy odjęcie ręki jest koniecznością. Nawet mi go żal.. bo zawsze to kalectwo! Greifer już chodzi z ręką na temblaku. Policja im ma wytoczyć proces. Hrabina cała we łzach. Widziałam ją w kapliczce klęczącą, zapłakaną, trzymającą chustkę na oczach przez całą mszę i niepodnoszącą głowy.. Anglik sam pojechał po doktora... Goście nasi się rozjeżdżają chociaż deszcze ustały... Ja już muszę też do domu spieszyć, bo mi mąż pisze że się beze mnie nudzi. Bardzo poczciwe człeczysko.. itd...
List doczytawszy po cichu pani Domska wcisnęła go pod poduszkę, Elwira upomnieć się o resztę nowin nie doczytanych nieśmiała. Miała ich też zadosyć i bolesnych. Owa czułość hrabiny dla Pilawskiego nie tyle ją dotknęła, co niebezpieczeństwo w którym zostawał, przywiązania jego była pewną, a nie mogła się dziwić, że ten którego kochała, nie i starając się nawet, mógł czyjeś pozyskać serce. Trudnoż mu było choremu, opierać się czułym przyjacielskim staraniom hrabiny, które też, jak to zwykle bywa, z pomocą Prezesowéj i jéj podobnych plotkarek, mogły być fałszywie i złośliwie tłumaczone.. To co wyczytała przeraziło ją, kalectwo naprzód, cierpienie, potem niebezpieczeństwo które grozić mu mogło. Nie chcąc przed matką okazać boleści ściskającéj serce i mimowolnie malującéj się na twarzy, Elwira wyszła powoli do swego pokoju, co matkę zaniepokoiło więcéj jeszcze. Zadzwoniła natychmiast na jedną z panien swoich i kazała córki poprosić. Po chwili dość długiéj oczekiwania, Elwira przyszła z oczyma zapłakanemi ale usiłując panować nad sobą. Domska zapomniała o wszystkiem, prócz cierpienia dziecięcia, niemiły jéj ten Pilawski, stał się jeszcze wstrętniejszym, gdyż z jego przyczyny Elwiry spokój i szczęście było zachwiane... Byłaby go wreście tolerowała już i przejednała się z nim może, byle córki usta znowu się jéj uśmiechnęły a czoło zaświeciło dawną pogodą.
— Dziecko moje, co ci jest, dla czegoś wyszła? płakałaś? zawołała Domska. Mój Boże, po co się już z tem taić, tyś się do tego człowieka przywiązała.. Przekonajże się z tego listu, dodała wyciągając go z pod poduszki i oddając córce, że on nie jest wart czystego serca twojego. To bałamut jakiś. Patrz, co Jaworkowska pisze o hrabinie, juściż to kobieta... nie mogła by się tak kompromitować bez nadziei wzajemności. A ty nabiłaś sobie nim głowę i mój Boże, mój Boże! Co tu począć! łzy potoczyły się jéj z oczów.
Elwira przyklękła przy łóżku i chwyciła jéj rękę.
— Mamo! mameczko, zawołała, czego się martwisz? po co płaczesz! Znasz mnie, wstydu ci nie uczynię a jeślim mimowolnie dała uczuciu zawładnąć sobą, wierz mi, nie wina moja... Potrafię się przemódz i zwyciężyć je.. Płaczę, bo mi żal tego człowieka, jego młodości, a czuję iż my może byłyśmy powodem tego nieszczęśliwego pojedynku, który on opłaci kalectwem... Ja jego pewną jestem! Cóż mi tam hrabina.. Hrabina znajdzie innego i zapomni.. On do mnie powróci, on mi jest i będzie wiernym!
Ostatnie słowa niewyraźnie, cicho wyjęknęła Elwira, matka zbladła i już nic nad to jedno słowo nie powiedziała. Proszę cię, uspokój się, uspokój się. Ta rada byłaby jéj saméj mogła posłużyć, biedna Domska już chora zgryzłszy się córką na wieczór zachorowała mocniéj, tak iż posłać musiano po Geheimratha, który wprawdzie ręczył że nie było nie groźnego, ale zapisał zaraz lekarstwo i obiecał przyjść rano. Nazajutrz było napozór lepiéj, lecz osłabienie wielkie. Elwira zapomniała o wszystkiem siedząc u łóżka matki.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.