Wielki nieznajomy/Tom II/XXII

<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Wielki nieznajomy
Wydawca J. K. Gregorowicz
Data wyd. 1872
Druk K. Kowalewski
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


Z rana Pilawski nie przyszedł, dziadunio wszakże przewidywał go na wieczór i sam nie wiedział co począć z Elwirą. Radby był jéj zdobytą wiadomość co najprędzéj udzielić, a nie śmiał, dorozumiewał się jak będzie bolesną. Poproszono go na obiad, panie były same. Elwira uśmiechnięta wyszła do niego z kwiatkiem w ręku, wesoła, a zobaczywszy chmurną jak nigdy twarz zatrwożyła się. Co to dziaduniowi?
— Nie, tykom tak, trochę nie zdrów, zwyczajnie stary, zachciałaś, rzekł zamykając w sobie smutek pan Szczęsny.
— Nie był dziadek u Levisona?
Spojrzał na nią wielkiemi oczyma i skłamał nader i zręcznie. A! u Levisona! Zapomniałem! przepraszam, nic pilnego.
Elwirze o to tylko chodziło, aby ów smutek nie z bióra Levisona pochodził. Troskliwie zajęła się dziaduniem wnosząc, że może by zgotować co trzeba.
— Ale nie, jako żywo głowa mi cięży, bronił się stary, nie troszczcie się o mnie.
A w duchu powtarzał sobie. Jak ja jéj to powiem i kiedy?
Siadając do stołu przyszła mu myśl jowialna.... pojechać do Pilawskiego i z nim się we cztery oczy rozmówić. Zdało mu się z razu, iż to było najprostszym sposobem ukończenia z nim.. jednak po chwili znowu przekonał się iż, bez poprzedniéj rozmowy z Elwirą, do niczegoby to nie prowadziło. Był wprawdzie pewien że wnuczka krawczyka przepędzi, lecz, zawsze należało jéj powiedzieć kto on był. Na to się dziadunio zebrać w żaden sposób nie mógł i gniewał się na siebie. Elwira starała się go swą wesołością rozbawić, ale ta go drażniła jeszcze więcéj. Obiad podano powoli. P. Sciańska któréj oka nic nie uszło przypatrywała się staremu i przeczuwała, że coś ciężkiego miał na ramionach.
W powietrzu czuć było nawałnicę.
Przeszli do salonu, podano kawę czarną. Dziadek który zwykle trzymał się prosto i był rzeźwy, dziś nogami powłóczył, zgarbił się, zgrzybiał nagle. Przy kawie dopiero nieco się rozgadał o przeszłości i z godzinę prawił jak to dawniéj inaczéj bywało. Wzdychał, narzekał, a najwięcéj fukał na ludzi, iż wszyscy ze swego stanu by wyjść chcieli i radzi by udawać innych niżeli są. Na te kwaśne wykrzykniki dziadunia właśnie lokaj oznajmił pana Pilawskiego. Elwira kazała prosić, Sciańska spojrzała na dziadunia i odkryła odrazu, iż jego zły humor był w jakimś związku z gościem. Mimowoli brwi mu się ściągnęły, warga dolna opadła i ukośne wejrzenie skierowało się ku drzwiom. Pilawski wszedł poważny, prawie smutny i nader skromny. Dziadunio wstał by go przywitać, ale nosa ucierał tak zręcznie że już ręki nie podał. Czemubym jéj nie miał dać, rzekł w sobie, takiemu krawcowi co by ze swem rzemiosłem się nie tając porządny mi surdut uszył, ale temu co się kryjąc z kwalifikacją wnuczkę mi bałamuci, nie doczekanie.
Rozmowa jak wczora zaczęła się wielce rozumna, kipiąca i szumująca dowcipem. Dziadek w niéj prawie nie miał udziału.. ale słuchając jéj w głowie mu się mięszało. Krawiec bowiem gadał tak, jakby nigdy nożyc innych oprócz tych któremi papier krają nie trzymał.
— Prawda, mówił sobie p. Szczęsny, że odebrał wychowanie znakomite... i nie winien pewnie iż się urodził synem krawca, że skromny i przyzwoity, ale niech go djabli porwą.... krawiec! no! krawiec i kwita.. Gdyby Elwirka wiedziała o tem, słowa by do niego nie potrafiła wyrzec.. a tak z sobą emablują.... Jestem pewny, że ta bestja wie już, iż sama Domska także z nożyczkami miała do czynienia i z igłą, a to go ośmiela.. Niech go kroć.. boć ma rację.... ma rację. I jak mi się odetnie w ten sposób gębę mi zamknie, nie ma co mówić.
Dziadunio aż wstał, krew mu biła do głowy, począł chodzić po salonie. Co tu robić! co tu robić!
Jak na złość Elwira była wesołą, śmiała się, wyprowadzić potrafiła Pilawskiego z jego zadumy, zagrała na fortepianie.. potem przepatrywano Albumy. Dziadek się przysłuchiwał rozmowie. Jeden właśnie z tych zbiorów zawierał szkice nowożytnych malarzy do słynniejszych obrazów. Zaczęto rozprawiać o artystach. Pilawski mówiąc o tem nie umiał być zimnym. Wygadał się ile oryginalnych kompozycji ma u siebie i jakie.
— A! to pan masz tak cenny gabinet? zapytała Elwira..
— Jest to jedyny zbytek którego się dopuszczam, odpowiedział Pilawski.
— Patrzcie, szepnął dziadek.. krawiec ma galerję obrazów.. otóż to czasy! Gdy o tem mówi, kogożby nie zbałamucił? Można sądzić że udzielne książątko.
I strasznie zakwaszony chodził znowu ręce w tył założywszy. Z rozmowy okazywało się oprócz tego, że ma bibliotekę, że ma piękne i rzadkie kwiaty. Wszystko to do ostatniéj niecierpliwości doprowadziło pana Szczęsnego. A że poufałość rosła niezmiernie między młodemi ludźmi, i już tego wieczoru postęp był bardzo widoczny, Szczęsny powiedział sobie, że tu już nie ma co zwłóczyć i gordyjski węzeł nożycami krawieckiemi przeciąć co najprędzéj należy. Czekał tylko aby po herbacie odszedł sobie p. Gabriel i tegoż wieczora postanowił otwarcie rozmówić się z wnuczką. Pilawski widział zły humor starego i trwoga go ogarniała, ale spodziewał się i tak prędzéj czy późniéj katastrofy.
Po herbacie Elwira grała drobne noveletty i fantazyjki Schumanna, jedną ze scen leśnych, potem kawałek karnawału wiedeńskiego, przyszli na stół Schumann, Chopin, Schubert.. zabawiło to do późna. Szczęsny tylko chrząkał i pokaszliwał, aby im rzeczywistość przypomnieć. Pożegnał na ostatek chłodno odchodzącego, a sam spiesznie do salonu wrócił. Pani Sciańska jakby przeczuwając coś wyszła, chociaż nie daléj jak w sąsiedztwo drzwi drugiego pokoju.
— Coś dziadunio mi dziś, gdy ja jestem tak wesoła, tak szczęśliwa, wcale nie dopisał.
Stary ruszył ramionami.
— Zachciałaś, rzekł, starzy mają swe widzimisia.
— Czyż Gabriel się nie podobał?
Stary poprawił dobitnie. Pan Pilawski?
— Tak, uśmiechając się powtórzyła wnuczka, pan Pilawski.
— Pan Pilawski na wejrzenie każdemu się podoba, to nie ulega wątpliwości, ozwał się dziadek, ale....
— Jest, ale......
— Jest! stanowczo rzekł dziadek.
Elwira zbladła przystąpiła do niego. Stary był poważny, chłodny i myślał. Muszę ją przygotować, bo gotowa mdleć.
— Naprzód, odezwał się, siądź moja droga, spokojnie, pięknie, a potem zwolna się rozmówimy...
Nie domówił tych wyrazów gdy Elwira pochwyciła go za obie ręce. Dziadku, serce! nie miéj mnie za dziecko.. nie złoć mi pigułki, nie zaprawiaj lekarstwa, mów otwarcie.
— Będę mówił, otwarcie, ale...
— Byłeś u Levisona?
— Byłem.. rzekł stary, jeszcze z rana.
— Cóż on powiada?
— Że go zna, że znał ojca jego, że człowiek zacny, uczciwy, dobrze wychowany, bardzo majętny i jego osobisty przyjaciel.
Dziadek ruszył ramionami: Ale przyjaciel Levisona, to jeszcze nie wielka rzecz.
— I cóż może być przeciwko niemu! łamiąc ręce zawołała Elwira, jeśli uczciwy, rozumny i majętny, co na Boga! nie rozumiem... nie pojmuję. Czy zabił kogo?
— Nie, ale prawie gorzéj niżby on kogo zabił... bo on sam zabity na wieki wieków.
— W jaki sposób? mówże, zlituj się.
P. Szczęsny tarł włosy, ruszał ramionami, zżymał się, stanowcze słowo owe przez usta mu przejść nie mogło. Obawiał się, wstrzymywał, dławił niem. Ilekroć spojrzał na tę królewską postać swéj Elwiry a predykat, krawiec, żenił się w jego wyobraźni z tym ideałem.. tracił przytomność. Jak jéj to powiedzieć. Milczał. 5
— Dziadku, na miłość Bożą, niech wiem co mnie czeka, błagała Elwira, niech wiem.. nic okropniejszego nad niepewność! głowę tracę. Możeż być splamionym, niegodnym mnie.
— Jak ja ci to powiem... jest to... jest to trywialne tragiczne rozwiązanie, wyjąknął dziadek ocierając pot z czoła, tragicznie trywialne...
Elwira bladła.
— Dziej się wola Boża.. zawołał spojrzawszy na nią stary, twój Pilawski jest: krawiec!
Wnuczka zrazu nie zrozumiała.
— Jakto, krawiec? spytała.. co to ma znaczyć?
— Jest bogaty krawiec, krawiec! powtórzył dziadek...
— Przyjaciel hrabiego Ernesta! wykrzyknęła Elwira, to nie może być! Hrabia Ernest dla niego tu przyjeżdżał, sam mi się dziś do tego przyznał.
— Takich hrabiów teraz mnóstwo co dla tonu całują się z krawcami. Czas mamy taki! ale nie mniéj jest to, krawiec.
Spojrzał na Elwirę, która stała blada, milcząca głowa jéj zwolna jak więdniejący kwiatek schylała się na pierś.. ręce się zeszły i konwulsyjnie ściągnęły, nie mówiąc słowa poczęła przechadzać się po pokoju zadumana, przybita. Dziadek chciał jéj dać saméj ból ten przetrawić w sobie, nie odzywał się także. Naostatek nie mogąc się doczekać by przemówiła, ozwał się już sam do niéj.
— Cóż ty na to?
— Krawiec! śmiejąc się dziko, dziwnie, ironicznie zawołała Elwira, krawiec! Fatalność, przeznaczenie, szyderstwo doli nade mną.
— Czynię tylko tę uwagę, rzekł dziadek, że naprzód jeszcze ci nie zapomniano, iż jesteś córką modystki.. pójdziesz za krawca, toś skazana żyć między naparstkami.. i nie więcéj. Elwira milczała chodząc.
— Cóż ty na to? poczekawszy rzekł stary.
Ruszyła ramionami i powtórzyła z rodzajem bolesnéj skargi, krawiec..
A potem chodziła znowu..
Dziadek zmiarkował wreście, że stanowczą rolę on powinien był odegrać, że Elwira walczyła z sobą.
— Mnie się zdaje, rzekł spoglądając na zegarek, że gdybyśmy nocnym pociągiem wyjechali gdziekolwiek bądź, wszystko jedno dokąd byle ruszyć z Berlina.. to by było najlepiéj.
Wnuczka nie mówiła nic, milczenie było wymowne, upokorzona, z sercem ścisniętem płakała.
— Powiem pani Sciańskiéj, żeby maleńki kuferek upakowała: ona tu może zostać a my się przejedziemy nad Ren.. czy do Ems.. na parę tygodni. Powietrze zdrowe.
Czekał odpowiedzi, ale jéj nie otrzymał. Raz Elwira zerwała się z krzesła nagle, jakby idącego dziadunia wstrzymać chciała i bezsilna opadła na krzesło, powtarzając raz jeszcze, krawiec!
Dziadek zadysponował pakowanie, sam zaś poszedł po powóz. Sciańska przyniosła worek podróżny i burnus, pytając co ma zabrać, ale ruszeniem ramion odpowiedziała jéj tylko Elwira. Słychać było turkot powozu, który się zbliżał do furtki.. W kwadrans późniéj pani Sciańska chodziła po swoim pokoju i pozamykawszy drzwi wszystkie, zabierała się do snu... może nie bardzo nieszczęśliwa z tego, iż została sama panią domu.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.