Woyciech Zdarzyński, życie i przypadki swoie opisuiący/Rozdział XII

<<< Dane tekstu >>>
Autor Michał Dymitr Krajewski
Tytuł Woyciech Zdarzyński, życie i przypadki swoie opisuiący
Wydawca Michał Gröll
Data wyd. 1785
Druk Michał Gröll
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


ROZDZIAŁ XII.

Zoſtałem na zawſze w Domu Satuma, który widząc przywiązanie moie do ſiebie, tak ſłodko ſię obchodził zemną, iak dobry Oyciec z Synem, przyganiaiąc mi umyſłu tylko, a nie ſerca zdrożności. Dziękuy, przychodniu Opatrzności (mówił do mnie) iż cię bez ſpoſobu do życia, i wyſtawionego na wſzelki Rodzay zbrodni ſprowadziła do tego Kraiu, gdzieś ſię nauczył pracą rąk właſnych ſzukać pożywienia, i gdzieś zabeſpieczył cnotę, która w tułaiącym ſię po świecie, ieſt tak nie ſtała, iak życie, które prowadzi. Gdym cię pierwſzy raz widział biorącego w ręce narzędzia Rolnicze, i władać niemi nie umieiącego, wnoſiłem ſobie, iż wychowany w próżnowaniu, i nakſztałt kaleki bez rąk, albo niemowlęcia bez ſiły, byłeś ciężarem dla ſpołeczeńſtwa, które cię żywiło. Spoſób, ktorym utrzymywałeś życie, był albo przemyſłem pokrzywdzaiącym innych, albo rozboiem nakſztałt dzikiego zwierza porywaiącego cudzy przychówek.
Satumo nie znaiąc tey ròżnicy, która ieſt między nami, ſądził o mnie według zwyczaiu i ſpoſobu myślenia ſwego Narodu. Powiedziałem mu, iż u nas ieſt dwoiaki Rodzay ludzi: iedni którzy nie pracuią, a ſą maiętni, drudzy, którzy ſiebie i pierwſzych żywią pracą rąk ſwoich, a żyią w oſtatniey nędzy. Nie ogł nayprzód poiąć tego, ale gdym mu wyłożył różnicę, którą czyni między nami ſtan, i urodzenie; Jakże! (rzekł z czułością) toż ludzie podobni wam naturą i ſkłonnościami, maią ſię różnić od waſ urodzeniem? i ta różnica ma uſprawiedliwiać dzikość i okrucieńſtwo waſze? Gdybym przemocą trzymał cię w podobney niewoli i patrzał na nędzę twoią z taką oboiętnością, iak ty patrzyłeś na ſmutny ſtan podobnych tobie, niemiałżebyś mię za okrutnego Tyrana? Jakimże ſercem domagaſz ſię od tych, ktòrych wolnemi ſtworzyła Natura, aby byli niewolnikami twemi? Jak możeſz przywłaſzczać ſobie krwawy ich dobytek, i uchodzących z niewoli ścigać tym Prawem, że ſą twoi poddani? Ktoż to Prawo ſtanowił? Maſzże go od Naywyżſzey Iſtności?
Rozumiałem, iż urażony tym Satumo, oddali mię na zawſze od ſiebie. Załowałem nayprzód żem ſię z tym wymowił, i nadto ſzczerze opiſał mu ſtan Rolników naſzych, ale widząc, iż gniew iego pochodził z czułości ſerca, abym podobnąż czułość z moiey ſtrony okazał, powſtałem przeciw tey nieſprawiedliwości, przypiſuiąc ią kilku tylko prywatnym, a nie całemu Narodowi iak mniemał Satumo. Na dowod zaś tego przytaczałem mu ſłowa Marcina Galla o Boleſławie Chrobrym rozſądzaiącym ſprawy między Dziedzicami, i ich poddanemi z ſprawiedliwością bez względną.[1] Uſtawę Ziazdu Wiślickiego względem poddańſtwa, którą czytałem w Januſzowſkim[2] Uſtawę Jana Olbrachta w Piotrkowie. Oſobliwie zaś wielbiłem ſprawiedliwość znoſzącą przywłaſzczone Prawo życia i śmierci.[3] Oycowſką dobroć w obchodzeniu ſię z Poddanemi, i ludzkość w nadaniu im wolności, Dziedziców Dóbr: Korſunia, Szczors, Pawłowa, i innych.[4]
Satumo wyſławiał tę ludzkość, ale ſię nadto zapędzał w uwagach nad naſzym ſpoſobem myślenia, i zwyczaiami. Z tym wſzyſtkim wybić mi nie mógł z ſerca tey miłości, którą miałem ku moiey Oyczyznie. Częſto myśląc o niey brała mię rozpacz oſobliwie na ten czas, kiedym obaczył Ziemię wſchodzącą na Niebie,iak Xiężyc, który oświaca nas Ziemian. Gniewałem ſię na chmury, ktore zaſłaniaiąc ſobą porywały mi z oczu, com miał naymilſzego. Czaſem wlepiwſzy oczy, i utopiony w myślach, zdawało mi ſię iak Aſtronomom naſzym, iż widzę na niey gór wierzchołki, które biorąc za Góry Karpackie, a bliſko nich patrząc ku Części Pół-nocney, wyſtawiałem ſobie w imaginacyi Kray naſz i, Warſzawę, biorąc dwie plamki iaśnieyſze za dwie Wieże Swiętego Krzyża.
Słyſząc mię Satumo częſto powtarzaiącego imię Warſzawy, ſpytał ſię nakoniec, cobym przez to rozumiał. Gdym mu opowiedział położenie Miaſta tego, rozległość, piękność okolicy, wſpaniałość wielu Domow, życie w nim mieſzkaiących, niezamilczaiąc nawet o rozpuście, i zbytkach nie odłączonych od Miaſt takich, iakim ieſt Warſzawa; Dziękuię (rzecze) Opatrzności, iż nas zachowała od tych oſad ſzkodliwych cnocie i ſpołeczeńſtwu. Miaſta waſze ſą ſkładami tych zbytkow zagranicznych, które handel w prowadza z zepſuciem obyczaiów, i rozwiązłością życia. Łakomſtwo poprowadziło waſ w odległe Kraie, abyście ſzukali w nich bogactw, opuſzczaiąc prawdziwy ſkarb, iakim ieſt Rolnictwo. Wieyſkie waſze oſady właściwe ſiedliſko cnoty wzgardzone od was, tych tylko ſtały ſię mieſzkaniem, ktorzy wam w zbytkach wyrównać nie potrafią; Coż za korzyść macie z Miaſt waſzych? Oto tę podobno, iż żądze waſze nie poſkromione w wymyſłach z miękczyły wam ſerce, i odrodnemi was uczyniły od Przodków.
Patrz na nas iak żyiemy ſzczęśliwi, bo uſzczęśliwienie naſze, nie na zbytkach i prożney okazałości, ale na dogodzeniu prawdziwym potrzebom Natury zakładamy. Rolnictwo, i pomnożenie bydląt domowych ieſt naſzym pierwſzym ſtaraniem, a ſtraż granic Kraiu naſzego, aby beſpiecznie poſiadać maiątek, ieſt nam powodem, iż razem z narzędziem rolniczym noſiemy broń dla odporu. Każdy Obywatel Sielany ieſt razem Zołnierzem i Rolnikiem. Utrzymywanie oſobnych na to ludzi, aby ſię bili o naſz maiątek mamy za rzecz niegodną imienia męſkiego. Nigdy naiemnicze męſtwo wyrównać nie potrafi temu, które pochodzi z ściſłych związków miłości ku żonie, dzieciom, i przywiązania do maiątku właſnego.
Gdzież ta okazałość Kraiu (ſpytałem ſię Satuma,) ktora murami Miaſt zdobiąc Ziemię poznać daie każdemu, iż ią poſiada polerowny Naród? Gdzie mieyſce ſchadzek i rozrywek waſzych, które by wam ſłodząc nudność życia wieyſkiego, podawały ſpoſobność ſłodkiego obcowania z przyiaciołmi, i przerwania na czas nie odłączonych troſkow od ſtarań i zabiegów ludzi gmyraiących w ziemi? Miaſta ſą dla naſ mieyſcem zabaw, gdzie guſt, wſpaniałość, i obfitość założyły ſobie mieſzkanie. Myliſz ſię (odpowiedział mi na to) biorąc powierzchowność, za iſtotę rzeczy. Ta mniemana wſpaniałość z wyſokich ſtoſów kamieni według dziwacznych uſtaw Architektury waſzey zrobiona, cóż przydać może tey ozdobie, którą każdemu Kraiowi dała natura? Rola wydaiąc z łona ſwego pożywienie dla nas nie potrzebuie inney ozdoby, iak tę, gdy ią czyniemy żyźnieyſzą. Zamiaſt uprawy podſycaiącey iey płodność, zawalaſz iey łono ſtoſami czczych kamieni, aby ſię w tym mieyſcu ſtała, dla ciebie nie płodną. Znoſząc na iedną kupę rozproſzone głazy, które Natura wgłębi ukryła zoſtawuiąc ci doſyć grubą warſtwę, abyś ią orał pługiem, zdaieſz ſię ſzukać raczey zguby twych Ziomków, a nie ozdoby Kraiu.
Jakże śmieſz wyſtawiać tyle tyſięcy ludzi ſpędzonych do kupy, i zamkniętych zewſząd murami, na zarażone powietrze, oddechem niezliczonych tam ſtworzeń, ſzkodliwe wapory z Kloak, Kanałow, Cmentarzow, Jatek, i Fabryk różnego rodzaiu zarażaiących fetorem całą Okolicę? Mieyſce takie możeż być uciech i rozrywek mieyſcem, gdzie powietrze, ktòrym oddychaſz, obciążaiąc grubemi humorami głowę czyni cię ponurym i wzdychaiącym, a zamiaſt zdrowia, ktòrego ſzukaſz w ucieſze, truie ci życie? Patrz na rybę iak rzuca zarażoną ſmrodem i mętami wodę, ſzukaiąc świeżey, w ktorey by oddychała. Ta grubość powietrza, tamuiąc oddech i bieg krwi zgęſtwioney, ieſt podobną przyczyną gnuſności i próżnowania, w którym żyie iak mi powiadałeś więkſza część Mieſzkańców Miaſt waſzych.
Ale gdyby nic więcey złego nie miały w ſobie Miaſta, iak to iedno, co z uſt twoich ſłyſzałem, iż ſą ſtekiem wſzelkich nieprawości, doſyć by na tym było dla ludu kochaiącego cnotę, aby znioſł te ſzkodliwe Oſady. Ile podſtępow, oſzukania, zazdrości, kradzieży, gwałtow, rozboiow i innych ſzkaradnych wyſtępkow przebywa pod temi gmachami, których wſpaniałość i powierzchowna ozdoba łudzi oczy waſze i ciągnie do ſiebie. Ile niepotrzebnych ludzi pod imieniem Policyi utrzymuieſz tym końcem, aby przytłumić zbrodnie, nie mogąc ich wykorzenić. Sama zaraza przeſzkadzaiąca zaludnieniu waſzemu, którą łakomcy w zyſku odnieśli za okrucieńſtwa ſwoie, zaraza na którą ſię wzdryga Natura, widząc ſię ſkażoną, iużby dawno wypleniła Miaſta waſze, gdyby Wſie nie były Zaſadą nowych Mieſzkańców. Jakichże na mieyſce tych ludzi, ktoremi rozwiozłość i ſromotna choroba zawala Szpitale waſze, codzień ie okropną śmiercią tych nędznych rozpuſtnikow wypleniaiąc, doſtaiecie Mieſzkańcow? Oto takich podobno, ktorzy przez gnuſność rzucaią Rolnictwo, ſzukaią dla ſiebie ſwobodnieyſzego życia, i całą nadzieię wyżywienia ſwego w przemyśle, albo też w zbrodni pokładaią.
Satumo mòwiąc to do mnie, zbliżał ſię do ludu, ktory powracał z pola nucąc weſołe pioſnki. Patrz (rzekł) iaka radość wydaie ſię w twarzy każdego, iak praca pokrzepia ich ſiły, i czyni zdrowemi. Poznałem w ſamey rzeczy, iż Sielanie nie znaią tych wſzyſtkich ſmutkow, i umartwienia, które ſię zlewaią na nas, ani tych chorób, które za ſobą ciągnie życie nieczynne; A z tąd wnoſiłem ſobie, iż ci wſzyſcy, ktorzy rzucaią weſołe życie na Wſi, dlatego iż w Mieście lepiey ſię bawić będą czynią podobnie iak ci, którzy dla rozrywki kupuią bilet na Teatr, aby ſię napłakali za ſwoie pieniądze, patrząc na tragiczną Scenę, która łzy wyciſka,[5]





  1. Karta 83.
  2. Karta 1080. 1081. 1082. — 83. i — 84. aż do Seymu w Krakowie za Zygmunta, Roku 1532, gdzie pierwsza Uſtawa ſtanęła o niewoli poddanych.
  3. Na Seymie Warſzawſkim 1768.
  4. Jakby był przyiął Satumo, gdybym mu był powiedział o tym Dziedzicu, który zabrawſzy poddanym ſwoim część znaczną z ſzczupłych paſtwiſk, zrobił z nich Zwierzyniec, a nie czuły na proźby, i zażalenia nędznych ſwych Chłopków, śmiał ſię z tego, iż zwyczaiem uciśnionego ludu niemogącego śmiało wyrzucić Tyranowi nieſprawiedliwość, mieyſce to przezwali Krzywdą. Może ta Powieść wpadnie w iego ręce, niech ią czytaiąc zawſtydzi ſię, i poprawi ſerce chciwe cudzey właſności, które w nim potępiam.
  5. W tey wielości mod, dziwactw, i rozrywek, które ſą w Miaſtach Wielkich, nie dziwnego, iż Maiętni nudzą ſobą zamiaſt zabawy. Częſte używanie przytępia czułość nerwow, i ſama tylko odmiana może być lekarſtwem uśmierzającym. Ta ciągnie ich wſzędzie. Bo ſię im zdaie, iż tam gdzie ich nie ma, naylepiey by ſię bawili. A tak więkſza część zabawy ſchodzi na tym, iż przeieżdzaiąc z mieyſca na mieyſce, powracaią na koniec gorzey ieſzcze znudzeni, niż wyiechali z Domu.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Michał Dymitr Krajewski.