<<< Dane tekstu >>>
Autor Anonimowy
Tytuł Wyspa grozy
Pochodzenie
Przygody Zagadkowego Człowieka
Nr 1
Wydawca Wydawnictwo „Republika”, Sp. z o.o.
Data wyd. 11.1.1938
Druk drukarnia własna, Łódź
Miejsce wyd. Łódź
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


Pies duch

Tom Wills nie krzyczał więcej. Zaschło mu w gardle, a szum morza zagłuszał jego wołania. Był przywiązany do ogromnego bloku bazaltowego i nie mógł się nawet ruszyć. Niebo było czarne jak atrament, przypływ wzmagał się co raz bardziej, białe bryzgi uderzały z mocą o sąsiednie skały...
Bakerstret... Mrs. Brown... dzielny inspektor Scotland-yardu Goodfield i Harry Dickson... mistrz, który go kochał jak syna... wszystko to utraci na zawsze.
Woda dotykała już jego nóg. Tom stracił wszelką nadzieję, i oczekiwał śmierci z rezygnacją.
Nagle zalała go olbrzymia fala.
— Mistrzu!... — Boże! — szepnął Tom. W tej samej sekundzie poczuł, że stało się coś niezwykłego. Ktoś rozrywał jego więzy. To nie woda rozluźniła sznury. Tom czuł wyraźnie jakieś dziwne, małe uderzenia, niebywale silne. Teraz już nie wątpił. Z całą pewnością ktoś chciał go uwolnić.
I rzeczywiście, w pewnej chwili sznur zerwał się, jakby go ktoś przeciął. Tom stoczył się ze skały, zakryła go znów potężna fala, ale jakaś zbawcza pomoc wyrwała go z objęć nowego niebezpieczeństwa. Poczuł wreszcie pod stopami ląd. Drżąc z radości zawołał:
— Dziękuję ci! Dziękuję mój zbawco!... I nagle zamarł z przerażenia. Przed nim stał olbrzymi rudy pies. Tom zauważył, że spojrzenie jego nie było wrogie. Zwierzę czyniło jakieś dziwne manewry. Oddalało się i znów wracało i zdawało się mocno niecierpliwić. W końcu chwyciło kłami za połę marynarki Toma i pociągnęło go za sobą.
— On chce, abym za nim poszedł! — zrozumiał wreszcie Wills.
Pies zaszczekał widocznie zadowolony z tego, że wreszcie został zrozumiany przez człowieka, którego ocalił. Potem pobiegł naprzód, kierując się na południe wyspy omijając odkryte miejsca z których mógłby być widziany z zamku. Tom z trudem biegł za zwierzęciem, ale za każdym razem kiedy zwalniał kroku, pies nawracał i proźnym warczeniem objawiał swe niezadowolenie.
— Zdaje mi się, że to dziwne zwierzę prowadzi mnie do kryjówki Sulkey’a. Tak było istotnie. W chwilę potem, pies z radosnym szczekaniem rzucił się naprzód, a Tom za nim.
We wnętrzu groty przy ognisku, z suchych liści siedziało dwuch ludzi. W jednym z nich, Tom natychmiast rozpoznał Sulkey’a.
— Hallo! — zawołał.
Obaj odwrócili się.
— Czekamy na pana — powiedział Sulkey. Ten gentleman wysłał psa na poszukiwania.
— I znalazł mnie w odpowiedniej chwili, — odparł Tom. Przyglądał się uważnie nieznajomemu, który siedział obok Sulkey’a. Był to wysoki, szczupły mężczyzna o arystokratycznym wyglądzie z twarzą, na której malowały się oznaki wielkiego cierpienia. Rudy pies siedział obok niego i domagał się pieszczoty.
Tom spojrzał na jego ręce. Były to długie i nerwowe dłonie, a na jednej z nich... widniała szeroka biała blizna.
Nieznajomy dostrzegł zainteresowanie Toma ale nie objawiał, ani strachu ani zakłopotania.
— Tak Tomie Wills, — rzekł ze smutnym uśmiechem — to ja strzeliłem przez okno do tej ohydnej kreatury Giovanny a mój pies zakończył ponury żywot tego kryminalisty Pollocka!
A teraz, dla wyjaśnienia, opowiem pewną historię. Nazywam się Walter Flammers, niegdyś kapitan Walter Flammers, attache w Ministerstwie Wojny. Poznałem już hańbę żołnierskiej degradacji i straszliwy żywot w ciężkim więzieniu, gdzie miałem pozostać aż do końca dni moich... Przyczyną tej hańby była kobieta, która zawiodła moje zaufanie i skradła mi tajne dokumenty. Oskarżono mnie o szpiegostwo na rzecz obcego mocarstwa. Przeżyłem już dwa lata w Dartmoor między najgroźniejszymi przestępcami. Żyłem więc nie jako człowiek, ale jako numer, gdy dowiedziałem się pewnego dnia, że zmarł mój wuj i zostawił mi w spadku ogromne dziedzictwo. Fantastyczną fortunę... otrzymał człowiek, który do końca swego życia miał się odżywiać jedynie chlebem i wodą. Ale złoto ma niezwykłą siłę. Dzięki niemu mogłem uciec. Od tego czasu błądzę po całym świecie szukając tej bezecnej kreatury, która była przyczyną mojego nieszczęścia.
Walter Flammers umilkł, skręcił papierosa, zapalił go i po chwili ciągnął dalej:
— I znalazłem ją. Dlatego znajduję się teraz na Cat-rock.
— Ale chyba nie tutaj ją pan znalazł. — krzyknął Tom.
— Właśnie, że... tutaj. Gertruda Rau, czyli Gerda von Rauenfelzen albo Giovanna Pantenelli — to jest kobieta której szukałem.
Młody człowiek słuchał, skamieniały z wrażenia. Zalała go fala smutku. Nie mógł zrozumieć, w jaki sposób w tak cudownym ciele mogła się kryć taka ciemna dusza.
Walter Flammers zdawał się zgadywać jego myśli, gdyż ze smutkiem potrząsnął głową i rzekł:
— Rozumiem cię mój chłopcze, i mnie kiedyś oczarowała swoim wdziękiem jak tylu innych, a teraz tego szaleńca Dorringtona.
Dwa razy mój gniew okazał się silniejszy od rozsądku i owa razy usiłowałem ją zabić. Straciłbym wówczas wszelkie dowody mej niewinności. Ale czuwała nade mną Opatrzność i chybiłem.
— Po raz pierwszy zdarzyło się to tego wieczoru, kiedy zabito Mac Loggana! — mruknął Tom.
Flammers spuścił głowę.
— Mac Loggan był po m ojej stronie. O tym dobrze wiedziała Giovanna, czyli raczej Gerda. Nie dowierzała mu, obawiała się trochę i to wystarczało, aby wydać na niego wyrok śmierci.
Słynna biała ręka zadała cios. Byłem, jak zwykle, na swym miejscu, zamknięty w skrytce ukrytej w murze jak, każdego wieczoru, przysłuchiwałem się rozmowom, trapiąc, węsząc i szukając nowych przestępstw. Ręka uderzyła zbyt szybko, a ja zbyt późno wystrzeliłem, aby uratować Mac Loggana. Pan był na drodze strzału i gdyby nie to, zabójca otrzymałby zasłużoną karę.
— Ale ja przecież sam widziałem tę rękę! — zawołał Tom.
— Stara blaga, mój drogi przyjacielu, którą bardzo łatwo zaimprowizować w atmosferze strachu. Jest to zwykła gumowa rękawiczka wysmarowana fosforyzującą oliwą, poruszana za pomocą gruszki wypełnionej powietrzem przez... piękną Giovannę. Ja niestety asystowałem przy tym dramacie jako bezsilny świadek.
— Kiedy Mac Loggan nie był jeszcze ranny, tylko przestraszony widokiem niesamowitej ręki, Giovanna skoczyła aby schronić się w ramionach narzeczonego i w tedy właśnie rzuciła sztylet, który przebił gardło nieszczęśliwego. Miała ona za sobą świetne wyszkolenie we władaniu bronią. Zauważyłem jej ruch z mojej kryjówki i chciałem strzelić. W tym momencie pan się wysunął, musiałem przeto przesunąć broń i to ją ocaliło,
Tom Wills ukrył w rękach płonące czoło. Nic nie rozumiał.
— Ale po co ta cała seria niesamowitych zbrodni na tej nędznej wysepce?...
Flammers pobłażliwie uśmiechnął się.
— Mistrz pana, Harry Dickson od razu wszystkiego się domyślił, pan jest młody i na pewno kiedyś dorośnie do jego poziomu. Zatem pana oświecę.
— Gerda von Rauenfelzen nie jest zwykłym szpiegiem. Jest ona nawet swego rodzaju osobistością. Ranga jej odpowiada conajmniej randze generała. Na Wilhelmstrasse w Berlinie ona wydaje rozkazy. Jest niezwykle inteligentna, ukończyła wyższe studia w Jenie i Heidelbergu z tytułem doktora filozofii i nauk ścisłych. Jest odważna do szaleństwa zdolna do wszystkiego, wyzuta ze skrupułów i moralności. Piękność jej nie ma równej na całym świecie. Wszystko to oddała na usługi niemieckiego wywiadu. Trzeba przyznać, że ta kobieta kocha szalenie swój kraj, zwłaszcza od czasu, gdy, jej bracia padli na froncie we Flandrii. Wtedy zaczęła stawiać pierwsze kroki na drodze swej kariery. Po jakimś czasie znalazła się w Neapolu jako Giovanna Pantanelli. Anglia nie interesuje się nią wcale, ale nie słusznie gdyż, Gerda pracuje przeciwko Wielkiej Brytanii.
Jest na archipelagu Hebrydów, daleko na północy, mała wysepka, która przydałaby się Niemcom do ich planów i zamierzeń. Ta wyspa to Cat-rock.
Jacht Turellich jedzie na wycieczkę morską w te okolice. Niedaleko wybrzeża rozbija się... jedynie Gerda została uratowana. Znaleźli ją strażnicy zamku i dali jej schronienie. Udaje szaloną. Posiada tyle silnej woli, że potrafi przez kilka miesięcy nie wyrzec ani jednego słowa. W tym czasie wyspa staje się terenem najbardziej niesamowitych wydarzeń. „Straszy“, ludzie umierają ze strachu w końcu wszyscy dochodzą do wniosku że trzeba opuścić tę ziemię. To jest właśnie wielka gra Gerdy: opróżnić wyspę z jej mieszkańców! Właściciela, Harvey Dorringtona nie bierze nawet w rachubę, gdyż przypuszcza, że nigdy nie porzuci on Londynu dla tej zapadłej posiadłości. Tymczasem los chce inaczej. Dorrington traci majątek. Otrzymuje dziwaczną propozycję i wyjeżdża, aby zamieszkać w Cat-rock.
Tom Wills przerwał kapitanowi Flammers.
— Ciekaw jestem, kto był autorem tej oferty?
Flammers uśmiechnął się i zapalił zgaszonego papierosa.
— To ja, drogi panie... Znalazłem Gerdę, ale to jeszcze nie wszystko. Wtedy posłałem jej Dorringtona, aby wpadła w potrzask.
— Jakto, czy pan i Harvey byliście w zmowie?
— Ależ nie, — przerwał Flammers trochę zniecierpliwiony — Wiedziałem tylko, że Gerda zagra na swej piękności.
Szybko dowiedziałem się o projekcie przyjazdu właściciela wyspy. Wtedy przygotowała sobie plan: poślubi Dorringtona, a potem zabije go, pozorując wypadek na polowaniu, czy na morzu. W rezultacie ona sama zostanie absolutną władczynią wyspy.
Bieg sprawy jest doskonały. Rybacy opuszczają wyspę zaraz po przybyciu Dorringtona. Ale jest niespodzianka. Właściciel przyjeżdża w towarzystwie. Zacni panowie Smiles i Corming! Mocno pomieszali plany pięknej Gerdy! Ale ona nie uważa się za zwyciężoną. Wysyła swoich ludzi do adwokatów, ale tylko jeden z nich jest przyjęty.
— Shattercromby! — krzyknął Tom.
— Hauptmann Kurt Eckerstein — oto jego prawdziwe nazwisko! — Ale Giovanna nie przewidziała interwencji Dicksona. Nie przypuszczała, że napotka tak wielkiego przeciwnika. Czekano na Wielki Dowód...
Trzeba było przyśpieszyć małżeństwo. Sulkey miał pobłogosławić ich związek w zastępstwie pastora. Tymczasem znika on w przeddzień ślubu...
To na razie dosyć, niezadługo dowie się pan reszty, rzekł Flammers, którego czoło nagle się zasępiło.
— Od jak dawna jest pan na wyspie? — zapytał Tom.
— Od przeszło dwóch miesięcy, obserwuję kuglarskie sztuczki Gerdy. Ale nic nie mogłem przedsięwziąć przygotowując się do Wielkiego Dowodu.
— Co to ma znaczyć? — zapytał młody detektyw.
Flammers spojrzał na niego z powagą.
— Tego się podjął pana mistrz i on jest jedynym człowiekiem, który może panu wytłumaczyć...
Nagle pies zaczął warczeć.
— Cicho Hurry! — rozkazał kapitan.
Sulkey i Tom nadstawili uszu. Usłyszeli jakiś dziwny hałas, który wyraźnie odcinał się od szumu morza i ryku fal.
— Wydaje mi się, Mr. Wills, że oto zbliża się Wielki Dowód — zawołał uroczyście Flammers.
Słychać było teraz dźwięk rozmów i szczęk broni i odgłos ciężkich kroków.
— Zgaś ogień Sulkey, a ty bądź cicho Hurry! — rozkazał kapitan.
Wszyscy trzej zbliżyli się do wyjścia i pilnie nadsłuchiwali.
— Gerda wie, że tym razem przegrała grę, postanowiła opuścić wyspę i nikogo tu nie pozostawić.
— A co się stanie z moim panem? — szeptał przerażony Sulkey.
— Niech Bóg ma go w swej opiece — odparł Flammers.
— Boże, zawołał Tom. Oni mówią po niemiecku.
Kapitan westchnął zrozpaczony.
— Czyżby Dickson miał przybyć za późno?!
Z zewnątrz głosy przybliżały się, liczne, groźne.
— On nie u kryje się przed nami. Znaleźliśmy już ślady tego przeklętego psa, którego ukradł z więzienia w Dartmoor i który towarzyszy mu jak cień.
— Panie kapitanie... to pana szukają!
— Naturalnie. Gerda m nie poznała. Ona nie opuści wyspy dopóki się nie upewni, że znajduję się gdzieś głęboko pod wodą, — odparł gorzko Flammers.
— Może sobie pan wyobrazić, jaka wrzawa wybuchłaby w Ministerstwie wojny, gdybym zdołał dotrzeć do Londynu. Usiłowanie opanowania wyspy angielskiej przez wywiad niemiecki! Wilhelmstrasse nie lubi takich historii i to w okresie, kiedy ustawicznie zabiega się o wzajemny sojusz.
— Ślady psa są tutaj wyraźne, — zabrzmiał jakiś głos tuż przy wejściu do groty, — ale wygląda to tak, jak gdyby ginęły w wodzie.
— To z powodu przypływu morza. Tu musi się znajdować jakaś grota. Gdyby było trzeba, zabierzemy nurków. Franz i Maillert jesteście tam?
— Nadchodzą, Herr Leutnant.
— Bardzo źle z nam — mruknął Flammers — grota nie ma innego wyjścia. Czy ma pan rewolwer, Tom?...
— Tak, Shattercromby mi go zostawił.
— Doskonale! Zyskamy trochę na czasie. Ale to wszystko nic. Wystrzelają nas, jak kaczki...
Usłyszano plusk kroków we wodzie i błocie.
— Hallo! Jest grota!
W przejściu zajaśniało światło. Ukazał się jakiś człowiek z latarnią.
— Ognia! — rozkazał Flammers.
Ze straszliwym przekleństwem padł na ziemię z roztrzaskaną czaszką, Alojzy Shattercromby, alias Kurt Eckerstein, porucznik niemieckiej Reichswehry...
— Oni są tam w środku! Zabić ich! Zabić! — ryczały wściekłe głosy.
W tej samej chwili rozległ się głuchy grzmot.
— Armaty! — krzyknął Flammers. Harry Dickson przyjechał.
— Ratuj się kto może! — krzyczał ktoś po niemiecku.
— Poddajcie się! — zabrzmiał głos angielski i jednocześnie zahuczały rewolwery.
— Czy będziecie teraz rozsądni? — zapytał dobrze znany głos.
— Ja, ja!...
— To Harry Dickson! — krzyknął Tom i nie myśląc już o niebezpieczeństwie, rzucił się w wodę, płynął, nurkował, stracił grunt pod nogami... i znalazł się w ramionach swego mistrza.
Wielki reflektor oświetlał plażę jak w biały dzień.
Tom ujrzał uniformy angielskiej marynarki otaczające grupę ponurych i zmieszanych ludzi
— Przedstawiam wam załogę U-128, niemieckiej łodzi podwodnej — rzekł Harry Dickson. Nie jest to jednostka zwyczajna, przeciętna, bowiem posiada ona kompletny aparat projekcyjny, filmowy do fabrykowania strachów i demonów na zapadłych wyspach. Łódź znajduje się teraz w rękach naszych marynarzy, strzegą jej w małej zatoce na północnym brzegu, w tym miejscu gdzieśmy się spotkali Tomie.
— Boże mój — przypominam sobie te kolory na wodzie!
— To była po prostu nafta! Ślad, który zostawiła na powierzchni łódź podwodna. A propos, czy Flammers jest tutaj? Kapitan wysunął się naprzód i Dickson uścisnął mu serdecznie dłoń.
— Czy chce pan wrócić z nam do Londynu? Pana rehabilitacja jest już tylko kwestią dni.
— A Dorrington? — zapytał Tom.
— Chodźmy do zamku — zaproponował Dickson.
Zamek był już zajęty przez wojsko. Dickson pchnął drzwi sali jadalnej i ujrzał Giovannę w fotelu z dziwnym uśmiechem na ustach z zamkniętymi oczami, nieruchomą, z grymasem bólu na ustach.
— Nie żyje! — zawołał Tom.
Tego rodzaju kobiety, z jej charakterem, nie poddają się! Wybierają raczej śmierć. Była to dzielna kobieta, mimo, że występna. Bóg tylko jeden ma prawo ją sądzić!
— A Harvey?
— On ją kochał, Tomie... zobacz sam.
I odsunął białe płótno, przykrywające Dorringtona, który popełnił samobójstwo u stóp ukochanej.

Koniec.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: anonimowy.