Yankes na dworze króla Artura/XXIII

<<< Dane tekstu >>>
Autor Mark Twain
Tytuł Yankes na dworze króla Artura
Wydawca Towarzystwo Wydawnicze „Rój”
Data wyd. 1936
Druk Drukarnia Artystyczna, Warszawa
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. A Connecticut Yankee in King Arthur’s Court
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron
XXIII. INTERDYKT.

Moja uwaga została zwrócona nagle w inną stronę. Nasze dziecko znów zaczynało chorować i my musieliśmy siedzieć obok niego, gdyż sytuacja stała się bardzo poważna. Nie mogliśmy pozwolić, aby ktokolwiek wyręczał nas w tych sprawach i tak spędzaliśmy na czuwaniu dzień za dniem.
Ach Sandy! Jak cudowne było twe serce, proste, szczere i dobre! Jako żona i matka była bez zarzutu, a jednak ożeniłem się z nią z przyczyn całkiem osobliwych. Jak wiadomo, miała być moją własnością dopóty, dokąd którykolwiek z rycerzy nie odbierze mi jej na polu walki. Jeździła za mną po całej Brytanji, odnalazła mnie pod szubienicą pod murami Londynu i zajęła przy mnie swe dawne miejsce, łagodnie lecz zdecydowanie, jakby czując swe niezaprzeczalne prawo. Byłem anglikiem późniejszej epoki i sądziłem, że tego rodzaju stosunek prędzej czy później mógł mię skompromitować. Wtedy, gdy się najmniej tego spodziewała, przerwałem swe rozmyślania, oświadczając się jej. To była, oczywiście, loterja — lecz po 12 miesiącach ubóstwiałem ją i między nami zapanowała tak doskonała przyjaźń, jak tylko to można sobie wyobrazić! Wiele mówi się pochlebnego o przyjaźni ludzi tej samej płci. Lecz czyż można porównać najserdeczniejszą z nich z przyjaźnią pomiędzy mężem i żoną, gdzie pobudki z najwyższych płynące źródeł dwojga różnych istnień łączą się w jednolitą, nienaruszalną harmonję? Nie może istnieć wogóle porównanie — jedna przyjaźń jest ziemska, druga — niebieska. Przez długi czas wracałem we śnie do dziewiętnastego stulecia i mój nieukojony i wzburzony duch przysłuchiwał się dźwiękom i wymawiał słowa, zawierające pojęcia z zagasłego już dla mnie świata. Często Sandy słyszała okrzyki, wyrywające mi się z ust podczas snu, lub natarczywe żądania zapomocą użycia tych samych wyrazów, które słyszała ode mnie również na jawie i które szczególnie zapamiętała. Z właściwą sobie szlachetnością postanowiła nazwać nasze dziecko imieniem mej utraconej ukochanej. Byłem wzruszony do łez i jednocześnie omal nie runąłem jak długi, gdy ze swym czarującym uśmiechem oznajmiła, jaką szykuje mi niespodziankę.
— Imię, które było ci tak drogie, pozostanie dla nas święte i stanie się muzyką dla naszych uszu. Jestem pewna, że będziesz zachwycony i ucałujesz mnie, gdy się dowiesz, jakie imię postanowiłam nadać naszemu dziecięciu.
Oczywiście, nie mogłem sobie wyobrazić tego imienia i byłem na tyle okrutny, że pozbawiłem ją przyjemności uczynienia mi niespodzianki we właściwym czasie.
— Znam twe dobre serduszko, najdroższa! Ale chciałbym, żeby twe słodkie usteczka wymówiły teraz to drogie imię, które ma się stać zczasem muzyką dla naszych uszu.
Zmieszana i promieniejąca szczęściem niedowypowiedzenia wyrzekła:
— Hallo! — Centrala!
Nie zaśmiałem się, oczywiście, byłem wzruszony i wdzięczny, lecz wysiłek, by nie wybuchnąć śmiechem, był tak potężny, że omal mi nie skręciło kręgów. I conajmniej przez tydzień jeszcze potem słyszałem, jak trzeszczały mi kości przy każdem poruszeniu. Nigdy nie poznała swego błędu. Spoczątku słysząc ode mnie to umówione pozdrowienie telefoniczne, dziwiła się, a nawet złościła. Potem przyszło jej do głowy, że wymyśliłem ten wyraz, by uczcić i uwiecznić pamięć ukochanej, i że to było jej pieszczotliwą nazwą. Oczywiście, nie było to prawdą — ale naogół mniej więcej się z nią pokrywało.
Dwa i pół tygodnia spędziliśmy przy kołysce naszego maleństwa i nie wiedzieliśmy o niczem, co się działo poza ścianami dziecinnego pokoju. Ostatecznie byliśmy wynagrodzeni — nasz skarb zaczął powoli powracać do zdrowia. Cośmy wtedy czuli? Radość? Wdzięczność?
Wszystkie słowa były zbyt ubogie, by wyrazić to uczucie. Każdy je zna, kto wyrywał swe dziecię z krainy cieni i widział, jak życie doń powraca i uśmiech radości zaigra na ukochanym buziaku.
W jednej chwili powróciliśmy do rzeczywistości. I natychmiast przeczytaliśmy nawzajem w naszych oczach jedną i tę samą myśl: dwa tygodnie minęły od odejścia naszego okrętu, dotąd jednak nie powrócił!
W następnej chwili już byłem przy swej eskorcie. Z ich twarzy widziałem, jak straszliwy przeżywali niepokój. W ich otoczeniu ruszyłem na wzgórze, by rozejrzeć się po morzu. Gdzie się podział mój olbrzymi handlowy okręt, olśniewający pięknem swych białych, rozwiniętych żagli?
Znikł. Ani żagla, ani dymu, od końca do końca jak okiem sięgnąć — pustka i martwota bezludna w tem królestwie wiatru i ruchu. Szybko zawróciłem, nic nikomu nie mówiąc. Opowiedziałem tylko Sandy o smutnej nowinie. Nie przychodziło nam do głowy żadne wytłumaczenie. Napad? Trzęsienie ziemi? Zaraza? Być może cała ludność została starta z oblicza ziemi? Błądzenie poomacku było bezcelowe. Obowiązek nakazywał mi jechać tam natychmiast. Król użyczył mi swego małego okręciku, nie przekraczającego wymiarami drobnego rzecznego stateczka.
Trzeba było się rozstać — cóż za okrutny los! Zasypywałem moje maleństwo pożegnalnemi pocałunkami, a ono śmiało się do mnie, bełkocąc coś w swej osobliwej gwarze. Po raz pierwszy od dwóch tygodni — omal nie powarjowaliśmy z radości! Kochany dziecinny bełkot, którego nie zamieni mi najpiękniejsza muzyka. Jakżeż smutno, gdy ustępuje miejsca prawidłowej wymowie... Ale nie wywołujmy lepiej miłych, subtelnych wizyj minionego.
Następnego ranka zbliżyłem się do Anglji. W porcie Dawida były statki, ale ogołocone z żagli, i nigdzie nie ujrzałbyś znaku życia. Była to niedziela. Nawet w Canterbury ulice świeciły pustką, a co najdziwniejsze nigdzie ani jednego księdza i do uszu nie wpadł mi dźwięk dzwonów. Wszędzie panowała śmiertelna ponurość. Nie mogłem tego pojąć. Wreszcie w odległym zakątku tego miasta ujrzałem pogrzeb — rodzina i kilku przyjaciół towarzyszyło trumnie — bez księdza. Pogrzeb — bez dzwonów i świec. Wpobliżu znajdował się kościół, zamknięty. Przeszli obok niego, płacząc, ale nikt tam nie wszedł. Spojrzałem na dzwonnicę: dzwon był owinięty krepą, a serce jego — odjęte. Teraz zrozumiałem! Wiedziałem teraz, jaka to straszliwa klęska spadła na Anglję. Inwazja? Inwazja to fraszka w porównaniu z tem. To był INTERDYKT!
Więcej nie pytałem, gdyż to było zbyteczne. Kościół karał. Jedyne, co mi pozostawało — przebrać się i mieć się na ostrożności. Jeden ze służących dał mi swą odzież, a gdy już byliśmy za miastem, odprawiłem go i poszedłem samotnie, obawiając się pozostawać w czyjemkolwiek towarzystwie.
Smutna podróż. Wszędy beznadziejne milczenie. Nawet w Londynie. Handel ustał. Ludzie nie rozmawiali i nie śmiali się, nie chodzili grupami a nawet we dwójkę. Błąkali się samotnie z pochylonemi głowami i spazmem przerażenia w sercach.
Na wieży dały się zauważyć ślady wojennych operacyj. O tak, wiele się tu stało beze mnie. Ma się rozumieć, zdążałem ku pociągowi do Camelot. Pociąg! Na stacji było pusto i ciemno, jak w podziemiach. Poszedłem pieszo. Podróż do Camelot była powtórzeniem tego, com już widział. Poniedziałek i wtorek niczem się nie różni od niedzieli. Przybyłem późną nocą. Zamiast jaskrawo oświetlonego elektrycznością miasta — podobnego najbardziej do odpoczywającego słońca — zobaczyłem złowrogą czarną plamę na ciemnem tle, jeśli można tak się wyrazić, gdyż było ciemnością bardziej zģęszczoną od otaczającego mroku. Poczułem w tem coś jakby symbol — znak, że kościół położył władczą rękę na wszystkich mych poczynaniach, zgasił światło mej cudownej cywilizacji, zarówno jak i światła Camelot’u. Nie było życia w ciemnych ulicach. Szedłem dalej z ciężkiem sercem. Olbrzymi zamek, niby czarne widmo, piętrzył się na wzgórzu, nie wybłysła ani jedna iskierka. Most był spuszczony, potężne wrota rozwarte naoścież. Wszedłem bez hasła i słyszałem tylko stuk własnych kroków pośród mogilnej ciszy rozległego podwórca.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Samuel Langhorne Clemens i tłumacza: anonimowy.