Z psałterza wieków

<<< Dane tekstu >>>
Autor Maria Konopnicka
Tytuł Z psałterza wieków
Pochodzenie Poezye wydanie zupełne, krytyczne tom VII
Data wydania 1915
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Drukarz G. Gerbethner i Spółka
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
II. Z PSAŁTERZA WIEKÓW.

Ludu mój, cóżem uczynić mogła, a nie uczyniła tobie?
Jam cię zasadziła na ziemi plennej i na ziemi dobrej. Między dwoma morzami zasadziłam ciebie, abyś rósł i siłę mnożył sobie.
Wpośród pól żytnich, wpośród pól pszenicznych dałam ci miejsce twoje. A nimbyś o chleb wołał, podałam go tobie.
Gniazdo twoje usłałam nizko, między zbożami pól szerokich, roztwornych i błękitami nakrytych; uczyniłam cię skowronkiem narodów.
Ja nauczyłam szumów bory twoje, a puszczom twoim dałam głos.
Jam każdą z brzóz białych, w gaju stojących, uczyła szelestów cichych, a w chwianiu liścia, który drży, jest tchnienie moje.
Ja kwieciem drobnem przetkałam łąki twoje, a po wzgórzach rozsułam wrzos.
Jam wywiodła z ziemi lny modre,a strzechę twoją nakryłam szumem lipy i brzękiem pasieki.
Ja błogosławiłam gruszom i jabłoniom twoim, a sadom twoim dałam obfitości złota.
Czuwałam, a troskałam się około ozdoby twojej; bławaty pól i konwalie lasów — i te się ze mnie poczęły.
Jam rzeki twoje puściła do sinego morza; ja strumieniom pokazałam drogę ich; ja uwiązałam srebrną sieć wód twoich, a źródła z gór wywiodłam, aby cię poiły.
Jam położyła góry na granicy twojej, a żelazo i sól i węgiel dałam tobie, abyś u własnego ogniska siadłszy, cudzych przypraw do chleba nie szukał, a obronić go mógł przed wydziercą.
W pośrodku ludów postawiłam ciebie, a węgły domu twego umocniłam ubóstwem ich i kłosowym szumem.
Barankiem bożym uczyniłam wpośród ludów ciebie i na paszę dobrą cię wywiodłam. A tyś napoił żółcią matkę-żywicielkę twoją!

LUD.

Moja wina! Moja wina! Moja wielka, wielka wina!

POLSKA.

I cóżem uczynić mogła, a nie uczyniłam?
Zanim zrodzony byłeś, obrałam tobie miano, które nie przeminie. Albowiem Roma od imienia człowieka nazwana była: skazitelna od skazitelnego — i padła.
A imię Franków i Germanów od ludzkich plemion znikomych wzięło — też przeminie!
Ale nazwanie twoje w samem jądrze ziemi usadzone jest, a każda wiosna majem nowego życia je odziewa.
Zaprawdę, przejdą ludy i zwalą się grody, lecz pola zbożne — te trwają na wieki.

LUD.

...Matko-rodzicielko, bądź błogosławiona!...

POLSKA.

Kiedyś jeszcze w szumach łężnych i szumach borowych nad ziemią wiał, jako pył śniady, chlebny na łanem żyta wieje, zadumana byłam o tobie; a zanim zrodzon byłeś, troszczyłam się około Ducha, którymbyś żyw buł, a wiedzący siebie.
Tedy ze wszystkich, jakie u Boga były, wybrałam, który na jutrzenkach klęczał, a na zorzach, o świtaniu rannem zjawion był.
Acz insze więcej blasków miały w sobie, a w błyskach gromowych płomieniły się, jako słońca wielkie, po niebie chodzące.
A były, które wybiegały kometą czerwoną i brały ludów strach i cześć. A inne, zakochane w zachododniowych łunach, oblekały purpurę i złotogłów ich. W kolorach szły i w przepychu świateł, a głowy ich, w dyamentach i hełmach, gorejącym meteorom podobne, błyskały grozą zjawienia nad olśnione ludy.
A nie wybierałam tobie Ducha w szatach królewskich, ani tego, który nie zdejmuje zbroi. Ale wybrałam Ducha w lnianej koszuli białej, która znacz; wyzwolony, wykupiony, wolny. Iż wolność największą i najgodniejszą siłą jest, jakiej duch ludu dorobić się może, a królewskość i rycerstwo stopniami tylko się tronu jej wzniesieniem. Lud wolny nad królem i rycerstwem stoi; on stoi tam, gdzie się rozwiązuje przykaz, a zaczyna miłość.
I tchnęłam w ciebie Ducha brzasków wczesnych i brzasków perłowych. I spadła na ciebie obfitość ros i łez, i uśnieżyły rosy i łzy ziemię, jako posiew srebrny, a Gwiazda Zaranna — ta nad tobą była.
I spłonęło znamię dnia wschodzącego na czole twojem, i otoś zrodzon jest dla przyszłości świata, a stopy twoje obrócone są w drogę pilną, która się jutrem zowie.
Albowiem różnych narodów drogi różne są, a wiele z nich nie wie, iż ku zachodowi idzie, a w zmierzchy się śpieszy. Lecz noc będzie u kresu ich.
Ty wszakże ku brzaskom podany jesteś, a ku jutrzenkom wyciągnięte są ramiona twoje. A z ducha to twego masz, który jest uniesiny ku początkowi swojemu.

LUD.

Matko, dawczyni ducha, bądź błogosławiona! Matko, rodzicielko, bądź błogosławiona!

POLSKA.

Opierał ci się on duch, iż bezcielesny żywot mniej bólem podległy bywa. Lecz gdy obaczył ziemię twoją, zakochały się oczy jego w ozdobie jej, i padł na piersi twoje, jako pada pieczęć rozgorzała, i przeniknął ciebie i stał się jednem z tobą, jako brat twój — cichy.
Acz innym narodom panują duchy, które im dane były, a wodzą je po drogach swoich, jako niewolników, iż nie wiedzą narody, co je prze i ku jakim celom.
I rosną do czasu w siłę wielką, ślepą, nieświadomą siebie. I opętane są przez tyranię ducha, który zawładnął nimi i wysługiwać się muszą duchowi swemu, jako panu, a nie znają wolności. Te — śmierć noszą w sobie, a karki ich, od jarzma przetarte, same w jarzmo ciągną.
Lecz duch twój rozwiązany jest w świeżości poranków twoich i w woni łężnej twoich sianożęci. On mówi do ciebie w zbożowych szumach i w borowej głuszy, on bierze głos zadumy ugorów twoich, aby wieszczyć tobie.
Nie pcha cię, nie poniża, nie nęka, jako raba swego; ale naradza się z tobą w powiewach pól twoich, a w cichości węgłów twej chaty przemawia do ciebie.
Nie gnębi cię, nie gwałci prawdy twojej; jarzma chciwości, okrucieństwa, podstępu nie kładzie na szyję twoją. Boje, w które cię rzucał, te za wolność były.
A ty ojczyźnie wolnych zgotowałeś pęta!

LUD.

Moja wina! Moja wina! Moja wielka, wielka wina!

POLSKA.

I co uczynić mogłam, a nie uczyniłam tobie?
Gdy insze duchy brały znaki swoje, jam na miesięcznem kole gniazdo orłom lecącym uwiła, iżby z nich jeden znakiem został tobie.
A nie tym, które z kopii kwirytów rzymskich leciały i nad Cezarami świeciły błyskawicą gromową i złotą, ale temu, co się białemi pióry na Patmos, nad głową Jana ważył, a prorockie czoło szumiącem skrzydłem cienił, temu uwiłam gniazdo księżycowe.
I padł na nie ptak, znamieniem dany tobie, i stał się duch twój lotny, pęd w niebo biorący. A nie kładł odtąd i na wieki duch twój gniazda swego na nizinach ziemskich, ale je miał górne i samotne i srebrniejące wysoko nad ludami świata.
Acz insze ludy, pobrawszy godła swoje z rzeczy nizkich, im się przyrównane stały i roniły w nie ducha swojego.
Brały Rzymiany godłem wilczycę borową, która, gdy na dnia światło i na ulice wielkiego grodu wyszła, nie mogła strzymać obrzasku zórz nowych, które na ludzkość od Golgoty szły, i zawywszy, skończyła się na purpurach Cezarowych, strawiona dymem pychy i rozkoszy jadem.
I brała Gallia znakiem kura owego, który na Piłatowym dworcu nocy onej piał, kiedy się Piotr Chrystusa był zaparł.
A oto przyszła za dni naszych sama do zaparcia ducha swego w sobie i pokłoniła się duchowi cudzemu, rzekąc o sobie: »Nie jestem. Ty bądź sławion we mnie!«
Anglowie zasię brali godłem okręt i ładowali na niego swą kupiecką duszę ze wszystkiemi nadziejami jej i tak go na morze puszczali.
I stawali na brzegach wyspu swojego z piersią pustą, bezduszną, patrząc a czekając, rychłoli się okręt powróci i co im przyniesie. A kiedy przyniósł złoto, cieszyli się i klaskali w ręce swoje, mówiąc: »Dobrze jest! Oto za duszę naszą dostaliśmy złota!« A tak, z frymarku żyjąc, wyciskali duszę z wszelkiej piersi żywej, iżby ją sprzedać mogli.
A który ją ku mądrości obrócił, w lochu siedzieć musiał, jako uczynili Bakonowi[1] a który ją w pieśniach darmo światu, jako Bajron, oddać chciał, precz z wyspu onego musiał i ojczyzny nowej na morzu Jońskiem szukając, za nią położył duszę swoją.
— Ale nad tobą, gdy zaszumiał orzeł ducha twego, puściły się rycerstwu u ramion skrzydła też orłowe, które go ku sławie uniosły.
I bywał niemi nakryty oracz ubogi, iżby orał, i siewca, iżby siał. I bywała niemi nakryta czasu trwogi grudka ziemi i kamyczek polny, kędy skowronek wywiódł młode swoje, iżby piórek i puchu w przezpieczność dostały.
I zaszumiał nad tobą orzeł ducha twego i otwarły się źrenice twoje w słońce.
I poszedł szum i poszedł skwir skroś stepem sinym, po kurhanach, po futorach poszedł, po ukrainnych i podolnych ziemiach, i narodziły się także widuny twoje, a wiew, który nad Wernyhorą wiał, ten w Patmos, w skały widzeń szedł prorockim duchem.
A który najdalej, najgłębiej w zabrzask dni nowych spojrzeć miał z wieszczów i proroków twoich, temu dałam orłowe czoło i oblicze, iżby się w nim odbiły znaki i pieczęci ducha twojego świętego. A tyś mi uczynił słup męki z drzewa, na którem kładłam gniazdo orłom twoim!...

LUD.

Moja wina! Moja wina! Moja wielka, wielka wina!

POLSKA.

I co uczynić mogłam, ludu mój, a nie uczyniłam tobie?
Duchowi twemu dałam ciało jędrne, młodociane, zdrowe, iżby w niem rosnąć mógł ku przyszłości, a wzmagać się w siłę.
Nie zlepiłam ciała twego z okruchów starych i rozbitych naczyń ducha, jak to uczyniły inne ziemie ludom swoim pomieszanych początków i plemion.
Zlepiłam je z gliny dobrej, świeżej, która jeszcze w żadnym nie spękała ogniu. I nie zlepiłam ciebie z wody i z płomienia, i nie uczyniłam ciebie płodem gwałtu.
Wzrastać tobie dałam, jako wzrasta łan zboża, z jednego rozrodzony ziarna; a rodzaj twój szczepiłam, jako czyni zaszczepca dobry, który na polną gruszę pokrewny szczep z sadu bierze, a na żywicznym pniu słodkiej jabłoni nie szczepi.
Jam zgromadziła ciebie, jako pasterz zgromadza jednoroczne jagnięta swoje. Rozmnożyłam ciebie, jak matka rozmnaża braci między sobą: płodnością własnego łona. Chrobaty, Polanie, Ślązaki, Ruś, Litwa — bracia to twoi są, jako insze, z którymiś się za czasem zjednał i zrósł w całość.
I cisnęli się do ciebie bracia twoi, aby razem pługi wodzić, o domu radzić i węgłów jego obraniać. I uczyniło się bractwo plemion wolnych i wiec wolny, a złoto ani żelazo nie padało na szalę głosów, kiedy w błękit szły, ani się ku ziemi ważyły.
I uczyniłam głos twój mocnym, a ucho twe czułem. Krzyk, nad Baltykiem wydany, w Karpatach odzew brał; a kiedy Korona zawołała: «Straża!«, Litwa siodłała Pogoń i chwytała miecze.
Więc jako dzwon szeroko na okolicę pospólną trwogę albo radość głosi, takie echa powietrzne uczyniłam nad tobą. A sercem tego dzwonu — było serce twoje.
Co woła na Pobużu i na Ponarwiu sinem? I co woła nad Wisłą, nad Wartą, nad Dnieprem, nad Niemnem?
Nie jestże to głos bratni, od którego drżą wnętrzności twoje?
A ty rozciąłeś mieczem szaty moje, a o suknię moją całodzianą rzuciłeś los!

LUD.

Moja wina! Moja wina! Moja wielka, wielka wina!

POLSKA.

I co uczynić tobie mogłam, ludu mój, a nie uczyniłam?
Jąkałeś jeszcze, jako dziecię, niemocnym językiem, a ja już co najsłodsze i najdzielniejsze dźwięki oddawałam tobie. Z szumu puszcz, z szmeru zdrojów, z grzmotu burz, z huku wód, z tętentu hufców, z trzasku kopii, z świstu wichrów, z błysku mieczów — dźwięki poddawałam tobie.
Ja w ciszy nawet dobywałam tony mowy twojej. Jam cię nauczyła imienia tęsknoty.
I dałam ci słowa, wprost z serca wzięte, wprost z błękitów wzięte i anielskie, wprost z pól smętnych dobyte i rosą świeżości zroszone i proste.
I dałam ci słowa, które umiały kląć i błogosławić, śpiewać i płakać, tworzyć i zabijać, a jako w główce gorczycznej sto ziarn się zamyka, tak ja w każdem słowie twojem rozmnożyłam nasienie jego I stała się mowa twoja silna i piękna, świeża i bogata, męska i dziewicza i miała w sobie moc czarodziejską wzruszania serc ludzkich i miała w sobie głos synogarlicy i jęk Izajasza.
I widziano ją, sypiącą gwiazdy i łabędzie puchy, i widziano ją, bijącą, jak grom i jak piorun, a głowy królów chyliły się przed nią.
I zakwitła mowa twoja pieśnią, i stałeś się słowikiem narodów.
A zaś wyrosła pieśń twoja i odziała się niezwłędłym majem. Jak lipa, miodem wonna a rojem pszczelnym brzęcząca, tak wyrosła. I rozkorzeniła się, jako dąb starowieczny, iż jej nikt nie wyrwie aż na wieki.
Nad wodami stała, jako wierzba, z której fujarki biorą, a jako osika, z której uczyniona jest surma smętna, bojowa. I poszedł głos jej po granicach moich i ograne są granice moje. A gdzie pieśń twoja żywię, ja jestem.
— I rozpaliłam ogniska twoje i zgromadziłam wieczornice twoje; i dałam lnom twoim srebrzystość miesięczną, a chatom twoim trzaskanie łuczywa; i dałam długie zmierzchy zimowemu niebu twemu, i dałam tęskność piersiom twoim, abyś śpiewał.
I rozpaliłam jutrznię zaranną i wypuściłam wiatr ciepły z jugu i rozwiośniłam pola twoje i dałam piersiom twoim nadzieję, abyś śpiewał.
I ukazałam lirnikom ślepym rzeczy dawne i rzeczy minione; i nauczyłam trawy mogilne szeptów cichych, aby im wtórzyły. Zadumę i siność stepu — ja przędłam.
I wypuszczałam wicher, aby wichrzył włos siwy gęślarzy twoich, kiedy krzywdy twoje śpiewali; i trzymałam go za pióra jego, iżby cisza była, kiedy śpiewali twą sławę.
I podniosłam zagasłe źrenice lirnika w dalekość czasów, jako perły białe; a ślepcom dałam widzenie dni, nie narodzonych jeszcze. I opuściłam ich wypłakane oczy na kurhany, jako łzawice srebrne, a każda kość, na dzikich polach, na sławnych bojowiskach leżąca, brała swą część w pieśni.
I wodziłam dziady śpiewne ode wsi do wsi, a biedny to był próg i nie mój, na którym gęślarz gęśli swych nie stroił.
Białozorowie moi i sokołowie moi ważyli się nad lirami dziadów, po stepie ich wodząc, po szerokim; a żórawie, te przed nimi leciały, krzycząc po śródniebnych szlakach.
I nakryłam pieśń chmurą ich skrzydeł, i śpiewałeś o sobie, ludu mój, nie wiedząc, co wspominasz i co wieszczysz sobie.
Lecz zaś zestroiłam lutnię twoją z lutnią Dawidzką, królewską, i ustruniłam ją w słoneczne i błyskawiczne struny.
I uczyniona jest jedna, jako strzała, ku rozświtowi puszczona i w brzaski lecąca; i uczyniona jest druga, jako tęcza, wymalowana w blaski i w kolory, a kwiaty i gwiazdy lecą na nią i łabędzie głosy.
Lecz trzecią, tę podparłam piersią własną i sercem bijącem. A imię tego, który na nią palce kładł, jest: »Z ziemi wzięty«.
I stała się pieśń twoja sławną, i była kochanką młodości twojej i siłą lat męskich twoich i ostatnim kwiatem twych mogił.
To wszystko uczyniłam tobie, ludu mój, a tyś mnie zaparł językiem twoim!

LUD.

Moja wina! Moja wina! Moja wielka, wielka wina!

POLSKA.

I co więcej uczynić tobie mogłam, a nie uczyniłam?
Wpierw, niżby Chrystus po łanach twoich chodził, jam schrześcijaniła ciebie. Tyś był, jako Jan, który w zakonie żył wpierw, niżby zakon uczyniony został.
W zaraniu czasów i w przededniu bożym uczyły cię pacierza pól zbożowych szumy, a anioł Pański ciszy i smętności po łanach twoich wiał i zwiastował tobie. Lilie twoje i róże białe twoje te szeptały: »Ave...«
— Nie czciłeś Molocha ani Serapisa; nie kłaniałeś się wężowi, ziejącemu ogniem.
Świątki twoje wiosenne były i zielone majem; miód i kołacz był objatą twoją.
Więc kiedym ci ścieżyną polną i bławatkową miedzą rajskie poselstwo przed chatę przywiodła, nie upadłeś na twarz z dziwu ni z przestrachu. Aleś chleb z aniołami łamał i za stół je lipowy pobok siebie sadzał. A czego mocarz świata bez drżenia nigdy nie czynił, tyś uczynił, kmieciu!
I naczęłam ci króle twoje w siermiędze lnianej i w postołach z łyka, którzy, nimby rękę do berła ściągnęli, wpierw zatykali lemiesz na uwrocie skiby.
I wywiodłam ci króle twoje z pod słomianej strzechy i z pod nizkiej, a w których nie królewskość tego lub drugiego rodu leżała, lecz królewskość ludu.
Majestat to był oraczów twoich i siewaczów twoich, którym ci w Piastach na tronie sadzała. A w Jagiellonach sadzałam na tronie rycerską chwałę twoją i tryumf pokoju.
Uróść ci dałam pod królami twoimi w sławę i w cześć.
Jako w ojcowym domu i na ojcowym chlebie syn rośnie, uróść dałam tobie, a tyś ranie odział purpurą naigrawania, a koroną cierniową zraniłeś głowę moją!...

LUD.
Moja wina! Moja wina! Moja bardzo wielka wina!
POLSKA.

Rozmnożyłam grody twoje i dostatki twoje i prawa dobre twoje, w które nimeś piołunu namieszał, wszystkim słodkie były.
Nie umocniłam cię murami i nie opasałam głębokim przykopem; alem cię nakryła błyskawicą szabel, żywych piersi tarczą.
Mężne i czyste serce to była twierdza twoja i forteca.
I widziany był nad tobą znak Hetmanki twojej, płaszcz gwiazdami siny i miesięczne poroże pod stopami Jej.
Tyś był czasu klęski ochranian zawsze wiarą i ofiarą.
I nie uczyniłam cię bogaczem, ani rozkosznikiem, ani kupcem. Zielony krzew wolności — ten wszczepiłam tobie.
Więc kiedy insze ludy brały chrzest krwi ku odrodzeniu, ty brałeś chrzest wolności. I kiedy insze ludy gwałtem jej dobywali, rozruszając węgły domu swego, tyś ją na polach, jak majowe latorózgi, sadził, i jak gałąź palmową, do chat nosił i z braćmi ją dzielił, rzekąc: »Alleluja!«
Ty byłeś wiosną narodów!
Jam duszy twojej dała ukochanie wolności. W wolności zamknęłam siłę twoją i jedność tej siły; ile razy wymówiłeś święte Imię jej, wzmagała się moc twoja. A ilekroć uczyniłeś ją sztandarem twoim, wzrastałeś w potęgę serc i rąk.
I szły nad tobą wtedy miesięczne nowie, osadzone na drzewcach borów twoich; a jako ze źródeł ziemnych wody hucząc idą, tak szedłeś.
I uczyniłam wolność oddechem twoim i wśpiewałam ci ją w duszę u kołyski twojej, i była ci — życiem.
Jako się puszcza ruń na zapach wiosny, tak tyś się puszczał na zapach wolności.
Wołała przez góry, a słyszałeś ją. Wołała przez morza, a biegłeś ku niej. Tyś podniósł nad narodami sztandar jej za nie — i za siebie.
I stałeś pod sztandarem wolności i upadałeś pod nim w bojach sławnych — w bojach, w których tryumfują zabici i w ranach leżący. Zaprawdę! Insze ziemie rodzą krzew wawrzynu, lecz jam czoła pod wawrzyn rodziła!

LUD.

Matko bohaterów, bądź błogosławiona!

POLSKA.

A większą nad miłość wolności dałam ci miłość ku mnie. Jam cię nauczyła słodkiego imienia ojczyzny. Które imię jest nad imię ojca twego i nad imię matki twojej, a niemasz miłości, któraby z tą zrównana była.
Albowiem w każdej miłości człowiek siebie szuka; lecz w tej chce utracić siebie. Otom napełniona prochem tych, co zginęli za mnie.
I było imię moje zaklęciem twojem i przysięgą; było błogosławieństwem, które z domu brałeś; grudeczka ziemi mojej, na tułactwie u serca noszona, ta była relikwią twoją.
I byłam sercom wiernym — wierną, a żywym — żywą. W ciemnice za tobą szłam i cieszyłam ciebie, a w kaźni ocierałam twe śmiertelne poty. I w głębie kopalń z tobą szłam i świeciłam w nich promieniami nadziei.
Gorzki chleb wygnania jam łamała z tobą; na śnieżnych, dalekich równinach jest ślad stopy mojej.
Nie opuściłam cię na żadnej z dróg twoich; odmierzałam wielkością kroki i czyny tułacza.
Każdą ciężkość twoją czyniłam lżejszą i każdą mękę. Jam trwała przy tobie, pókiś mnie nie odepchnął sam.
Acz i wtedy nawiedzałam pustynię twych piersi wspomnieniem młodości twojej, a marom snów twoich dawałam głosy ciche i łkające.

LUD.

O matko, matko moja, bądź błogosławiona!

POLSKA.

I co uczynić mogłam, a nie uczyniłam tobie?
Oto za dni zaćmienia twego ja trzymam przed narodami imię twoje, z oblicza świata niestarte.
Albowiem, póki ziemia trwa, lud i naród żywię.
Przeto wiosną mogiły odziewam w zieleń świeżą, a na progach pustych murów bluszcz wiję, iżby w ruinę nie szły.
Na drodze królów siadam z obliczem zakrytem i wchodzę na pokoje ich widmem, przed którem bledną.
Gdy mówią: »Prawo« — słyszą jęk mój; a gdy mówią: »Sprawiedliwość« — krzyk mój jest im echem.
Słyszany jest głos mój na wschód i na zachód słońca, sny mocnych świata — ja płoszę.
Wołam, kiedy grzmią gromy nad lądami; a kiedy się cisza czyni, nie ustaję.
Całości twojej ja strzegę. Ostatnią jestem twierdzą imienia twojego.
Zalim się rozpadła na części?
Zalim usypała góry i otworzyła przepaście tam, gdzie mnie rozdarto? A kto ranie uczyni bezpłodną, gdy syny rodzić zechcę ku obronie mojej?
Ja tobie śpiewam nadziei pieśń. Ja — żywa, pieśń życia śpiewam tobie!
A ty, o ludu mój, zgotowałeś krzyż ojczyźnie swojej?...

LUD.

Moja wina! Moja wina! Moja wielka, wielka wina!...

Przypisy

  1. Bacon Roger (ur. 1214, um. 1294), zakonnik, znakomity astronom i matematyk, za swe dążenia do reformy życia zakonnego i papiestwa dwukrotnie więziony przez zwierzchność zakonną, przebył kilkanaście lat w więzieniu.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Maria Konopnicka.