Zolojka/„Rrrrraus”

<<< Dane tekstu >>>
Autor Jerzy Bandrowski
Tytuł Zolojka
Druk Księgarnia św. Wojciecha.
Miejsce wyd. Poznań - Warszawa - Wilno -Lublin
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron
„Rrrrraus!”

Koło domu zadzwoniły na zmarzłym piasku korki. Zgrzytnęła klamka w kuchni, zaklekotał na kamiennej posadzce potrącony w ciemnościach drewniany chodak, ktoś zapukał.
Było to przedziwnie wycieniowane pukanie — nie za głośne, nie za ciche, nie nieśmiałe i nie natarczywe, dokładnie odmierzone, dyskretne i grzeczne, a równocześnie pełne godności. Takim prawdopodobnie był i pukający.
— Proszę!
Do izby wszedł, raczej wśliznął się, stąpając cicho w grubych wełnianych pończochach, Edward Kunsztowny.
— Pochwalony!
— Na wieki wieków, Edwardzie! — odpowiedział Paweł, nie odrywając się od roboty.
Gość, nie zdejmując czapki, usiadł na jednem z pobliskich łóżek i przez jakiś czas w milczeniu przyglądał się kliszce, wędrującej tam i nazad.
Po chwili gospodarz spytał:
— Jakie wiodro?
— Norda naddała i idzie od ostu — odpowiedział gość świdrującym uszy starczym dyszkantem.
Ostre spojrzenie jego siwych, chłodnych oczu przechodziło z twarzy na twarz. Mimo że żadnej burzy rodzinnej nie było, stary wyczuł, iż atmosfera jest „doukowata” — to znaczy mglista i chmurna. To też dla zagajenia swobodnej rozmowy towarzyskiej pozwolił, aby mu się głośno odbiło.
— Jadłem worszta — oświadczył. — A odbiło mi się od leberworszta!
Wiedzieli, że jadł śledzie, ale nikt mu nie zaprzeczył. Wiedziano, że stary jest chełpliwy, ale wybaczano mu to, ponieważ był człowiekiem dobrym i mądrym.
— Może ci co wisi na sumieniu? — mruknął Paweł.
— Może to być! Osobliwie! — zgodził się chętnie stary.
Znaczyło to, iż może mu co leży w żołądku.
— To od tego czasu, jak szewiec uciekł! — mówił Edward Kunsztowny. — Taki byłem wtedy zły, tak się rozgniewałem, że mi się coś w sumieniu przewróciło i jak jem, żadnej szmaki nie czuję... Wszetko jak od drewna. Taki stateczny człowiek, szewiec! I uczony szewiec, za to każdy musi go pochwalić, a taki łajdak, zabójca! Jakbym go w swoje ręce dostał, tobym go rozszarpał!
Tu Edward Kunsztowny zakrzywił palce jak szpony i z okrutną miną, dziko patrząc na Pawła, szarpał powietrze.
— Jo! — gruchnął basem Paweł, który, przestawszy wiązać żak, ciekawie przyglądał się gościowi.
— Nikt mu tu nic złego doch nie zrobił! — srożył się Edward. — Każdy go uszanował, każdy mu pomagał, a on taką niewdzięczność wyjawił! A za co? Zima idzie — ludzie skorzni nie mają... Na takiego łajdaka kanteczki śpiewać trzeba, żeby go Bóg osądził i — ukarał, osobliwie ukarał!!...
Ana podsunęła myśl, żeby wziąć jakąś rzecz, która należała do nieuczciwego szewieca i zakopać na cmentarzu w pierwszym lepszym grobie.
— Jak to dojdzie do zorgu, to złodziej umrze! — twierdziła z przekonaniem.
— Przecie on ma małe dziecko! — oburzył się Paweł. — Śmiercią za skorznie karać nie można! Toby był grzech!
Ale Edward Kunsztowny był w swej mściwości i w swym gniewie nieubłagany. Odgrażał się, krzyczał, dziwił się, że żonę i dziecko szewieca trzymano, że im pomagano. „Zabójca” ma tyle detków ukradzione, a ci, których okradł, jeszcze jego żonę z dzieckiem żywią.
— Jo! — przyznał szczerze basem Paweł, sam niespodziewanym faktem zdziwiony.
— Jabym inaczej uczynił — krzyczał zaperzony Edward, z błyszczącemi gniewnie szaremi oczami i zmarszczonem czołem. — Ani nawet sam nie wiem, cobym uczynił! Jabym ich wyrzucił!
— Jo! — zgodził się Paweł.
— Jabym przyszedł do nich, i —
Edward Kunsztowny chwycił za ramię Ettę i wskazując jej drugą ręką drzwi, krzyknął wielkim głosem:
— Rrrraus!
A zwróciwszy się do słuchaczy, dodał z mocą:
— Tak to miało być uczynione! Nei! Jeszcze nie tak!
Podszedł do drzwi, szarpnął je, otworzył szeroko, i majestatycznie wskazując ręką w ciemną głąb kuchni, wrzeszczał:
— Rrrraus! Żebym tu was więcej nie widział! Rrrraus!
Straszno było na niego patrzeć. Oczy mu się paliły złym, białym ogniem, garbaty nos się wydłużył, broda i dolna szczęka wysunęła się naprzód jak u łososia na wiosnę.
Przyglądali mu się przerażeni.
On zaś przyskoczył do Etty, chwycił ją za rękę, szarpnął i ciągnąc ku drzwiom, wrzeszczał: Rrrraus! Rrrraus! — aż wreszcie wyrzucił ją do kuchni.
A wtedy zdyszany i zmęczony, chusteczką obcierając czoło, mokre od potu, oświadczył:
— Jabym to tak uczynil, osobliwie!
— Jo! — zgodził się Paweł.
Edward Kunsztowny usiadł znowu na łóżku, poprawił na głowie stary, zielonkowaty kapelusz, w którym cały czas siedział, zapalił fajeczkę i zmęczony przedstawieniem, ale zadowolony z siebie, milczał.
— Jo! — potwierdził jeszcze raz Paweł z przekonaniem. — A dalej co?
— Dalej co? — zdziwił się Edward Kunsztowny.
— Powiemy jej „rrraus!” Dobrze. Ona pójdzie.
— To musi! Osobliwie!
— Ale dokąd?
Odpowiedziało mu milczenie.
— Gdzie ona będzie spala? — troskał się Paweł. — Noc, zima! W lesie? Zlapie fiber, zachorzeje ona i dziecko...
— Osobliwie! — przyznał bezstronnie Edward.
W tej chwili ktoś nieśmiało zapukał.
— Proszę! — zawołał Paweł.
Weszła Frau Kunegunde Kuhnke.
Była mizerna, bardzo wynędzniała, przygnębiona i onieśmielona.
— Pochwalony.
— Na wieki wieków. Niech pani siada.
Nie śmiała.
Nie ruszając się od drzwi, cień żałosny, prosiła łamanym polskim językiem o „pożyczenie” odrobiny węgla, bo sąsiadki prosić nie śmie, „die kleine Agnes” jest chora mąż nie pisze, nic nie przysyła.
Zaczęła cicho płakać.
— Bernardzie! — odezwał się stary. — Daj jej drzewa i trochę węgla.
Neńka mruknęła coś do Etty, która wyszła do kuchni i po chwili wróciła z bochenkiem chleba i kawałem wędzonej słoniny.
Patrząc na to Edward Kunsztowny poskrobał się w podbródek i płynnym „platem” helskim polecił jej, żeby się zgłosiła do niego później, to jej da miodu i masła, bo to najlepsza medycyna na kaszel.
Cień wyszedł.
Słychać było śpieszne kłapanie korków.
A człowiek, który przed chwilą jeszcze wrzeszczał „rrraus”, aż mu żyły na czole pęczniały, mówił najnaturalniejszym w świecie głosem.
— Doch to sprawa chrześcijańska! Ona temu niewinna, bialka, i dziecko też nie. Taka to jest zacha!


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Jerzy Bandrowski.