<<< Dane tekstu >>>
Autor Jerzy Bandrowski
Tytuł Zolojka
Druk Księgarnia św. Wojciecha.
Miejsce wyd. Poznań - Warszawa - Wilno -Lublin
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron
JERZY BANDROWSKI
ZOLOJKA
POWIEŚĆ Z NADMORSKIEJ POLSKI
NAKŁAD KSIĘGARNI ŚW. WOJCIECHA
POZNAŃ — WARSZAWA — WILNO — LUBLIN


















ZŁOTEJ MUSZCE






Nad zatoką.

Pan Tomasz Buszyński zbudził się nagle pod wrażeniem przykrego snu. Sen pierzchnął mu z głowy natychmiast po przebudzeniu, ale nieprzyjemne wrażenie pozostało.
— Głupio! — powiedział sobie w duchu pan Buszyński.
Następnie spojrzał na leżący przy nim zegarek. Było dopiero koło szóstej, godzina jeszcze wczesna.
— To chwała Bogu! — pochwalił sobie.
Nie lubiał zaraz po przebudzeniu się wpadać w wir dnia, rozpoczętego już przez innych.
— Człowiek powinien każdy dzień sam sobie stwarzać! — oto było jego hasło.
Zkolei spojrzał znów w okno, w którym ujrzał jasny kwadrat czystego błękitnego nieba.
— Wybornie! — mruknął już półgłosem, poczem dźwignął się z pościeli.
Napół ubrany podszedł do okna.
Widać było z niego szarosrebrną, cichą zatokę — pokój był na piętrze — błękitny brzeg po drugiej stronie, daleko na wodzie żaglówkę z ciemno żółtemi żaglami i szereg czarnych pękatych batów rybackich na torfiastem wybrzeżu. Opodal pasło się stado łaciatych, czarnobiałych krów i brunatnych baranów, między któremi łaziły lub leżały ciemno popielate gęsi.
— Cisza! — rzekł sobie pan Buszyński, stwierdziwszy, że wszystko jest spokojne i pogodne — zatoka, niebo, łodzie i bydło. — To właśnie, to jest najlepsze.
Dodawszy jeszcze energiczne — „ha! bardzo słusznie!”, kończył pośpiesznie toaletę.
Wyszedłszy na drogę, stanął niezdecydowany. Dokąd iść? Brnięcie piaszczystą drogą męczy, a człowiek, chcący rozpocząć dzień od spokojnego pomyślenia, podczas samotnej przechadzki porannej nie powinien się męczyć. Nad zatoką trochę za mało życia. Na „Krater” iść — pan Buszyński miał swą ulubioną górę piaskową, którą nazywał kraterem — trzebaby iść przez wieś, przytem na górze zimno, dziś wiatr.
Stał tak chwilę, dumał, aż wreszcie zakonkludował:
— Jak to przyjemnie nie wiedzieć dokąd iść, móc iść, gdzie się chce a nie musieć iść nigdzie — zwłaszcza do biura.
Tu pan Buszyński skrzywił się, potrząsnął głową i napomniał się:
— Dajmy temu spokój! Poco wspominać! Nieprzyjemne.
Podszedł najbliższą drogą ku stacji kolejowej, gdzie na wysokim nasypie stanął i obejrzał się.
Czerwone dachy wiosek rybackich, białe ściany domów, dużo przestrzeni, słońca, wody, a dla ożywienia natury — łodzie rybackie.
— To jest niewątpliwie bardzo ładne — myślał z pewnem zastrzeżeniem pan Buszyński — ale właściwie — żadne „ale”, tylko poprostu ja nic a nic nie rozumiem. To Małe Morze, tam, po drugiej stronie, gdzie niebieski brzeg trochę się cofa i ginie w mgiełce, tam jest nasza wspaniała Gdynia. Niskie budynki na wybrzeżu z temi czarnemi kominami — to wędzarnie, także wiem. No, i nowy port — ha, bardzo słusznie, ale co z tego wszystkiego wynika — nie mam najmniejszego wyobrażenia.
Zmrużył oczy, z zachwytem obwiódł spojrzeniem cały widok, postał tak chwilę, uśmiechnięty szepnął: „bardzo piękne” i poszedł dalej, kierując się ku lasowi.
— Piękne dlatego, że ciche, srebrne i błękitne — rozważał.
W lesie zajęły go płaty ukośnych promieni słonecznych, wsunięte między ogniście bronzowe kolumny pni — zgoła jak świetliste kulisy. Zajęły go także cienie czające się między wzgórkami, wzruszył go widok rosy porannej, ubawiła go wrona, kracząca wśród sosen. Stanął i zaciągnął się przeczystem powietrzem, pachnącem żywicą i morzem.
— Słowo honoru daję — rzekł w duchu — powietrze — hors concours, doprawdy, człowiek powinienby...
Stanął, opuścił głowę i przypatrując się oślizgłym, lepkim grzybom i nielicznym wśród szpilek sosnowych źdźbłom trawy, powtórzył:
— Człowiek powinienby... Coby człowiek powinien?
Myślał długą chwilę, poczem podniósł głowę, rozejrzał się dokoła, jakby chciał kogoś zgromić lub wziąć na świadka i rzekł prawie głośno:
— Człowiek powinien być wdzięczny. To znaczy — człowiek powinien dziękować Panu Bogu. A czy człowiek dziękuje Panu Bogu?
Urwał i dopiero po chwili stwierdził mocno:
— Człowiek Panu Bogu nie dziękuje, nietylko dlatego...
Znowu urwał.
— Zaraz. My podziękujemy.
Wolno zaczął iść ku górom wydmowym, z poza których słychać było miękką, ale wyraźną pieśń morza. Idąc, pogłaskał dłonią szorstki, ciepły pień pobliskiej sosny, mówiąc:
— Widzisz, ono dziękuje i ty dziękujesz i ta głupia wrona dziękuje, tylko jeden jedyny człowiek nie. Ale cóż on wie? Tak już zgłupiał, zwłaszcza od czasu, kiedy stał się bardzo mądry i gruczoły małpie przeszczepia, że już nic nie wie, bo wszystko co wiedział — zapomniał.
Powoli zaczął wchodzić na wał wydmowy, mówiąc sobie w duchu:
— Ile razy ja już cię widziałem, morze, w różnych częściach świata, i wolne i ujarzmione, brudne, czyste, złe i uśmiechnięte! Aby cię przejechać, nie potrzeba już dziś twej łaski ani wiatrów pomyślnych — wystarczy bilet okrętowy, zakupiony w jakiemś brudnem, zakopconem, dalekiem mieście, gdzie nikt o tobie nie myśli, nie wie, nigdy nie słyszy. A jednak, ile razy zbliżam się do ciebie i mam ci spojrzeć w twarz, zawsze czuję to samo... Zawsze z czcią i szacunkiem... tak.
Stanął i zdjąwszy kapelusz, spojrzał na morze, które było promieniste i wielkie.
— Oto modlitwa! — pomyślał.
I stał nieruchomy na ścieżce, prowadzącej na plażę.
Morze, po śnie nocnym rozespane, dopiero zaczynało leniwie falować. Było jakby zajęte jakąś nikomu niezrozumiałą, własną myślą, która skrzyła z niego stalowo niebieskiemi i różowemi błyskami. Fale, ledwo dopływające do brzegu, już odbijały się odeń i wpadając na siebie wzajemnie, wydawały szklany, perlisty dźwięk. Daleko na wschodzie widać było czarny dym statku, który już zniknął.
Pan Buszyński zszedł wielkiemi krokami na plażę prawie pustą jeszcze, bo poranek, choć piękny i słoneczny, był chłodny. Szedł brzegiem, podziwiając grę fal, od których oczu nie mógł oderwać. Zachwycał się blaskiem barw morskich. Z utęsknieniem wpatrywał się w przestrzeń, zamkniętą na horyzoncie buroamarantowym, mglistym pasem, z poza którego wysuwały się świecące chmurki, z rozkoszą przyglądał się mokrym od fal, leżącym na wybrzeżu muszelkom i różnobarwnym kamyczkom, a ponieważ ciężko mu się po piasku szło, jako że był człowiekiem zażywnym, mimowoli znów stanął, stał jakiś czas i podziwiał.
A potem powiedział sobie:
— Podziękowaliśmy z głębi duszy, ale nie stało się nam przez to cieplej. Widok jest tak wzniosły i budujący, że nie należy go pospolitować, lecz raczej, wchłonąwszy w duszę, trzeba go zanieść tam, gdzie cieplej, i w zaciszu rozważać wszystkie jego piękności.
To rzekłszy, skręcił znów do lasu i wkrótce znalazł się w ulubionej sobie długiej alei cienistej i istotnie zacisznej.
Uczuwszy twardy grunt pod nogami, pan Buszyński stwierdził:
— Uczyniliśmy coś dla duszy, uczynimy coś i dla ciała. No, panie radco Buszyński, — godzinkę dla zdrowia, marsz, marsz!
Pomaszerował dziarskim krokiem.

Pani Łucja.

Z przechadzki wrócił pan Buszyński tak strasznie głodny, że pod koniec omal nie biegł. Naprzód już obiecywał sobie solennie porządną porcję szynki, co najmniej trzy jajka na miękko, jakiś tam kawałeczek sera z bułeczką i masełkiem i odpowiednią ilość mocnej herbaty.
— To trudno, ja żyć muszę — uzasadniał sobie swe plany po drodze. — Dlaczego i poco, tego nie wiem, ale to nie ma nic do rzeczy, bo między nami mówiąc, tego właściwie nikt nie wie. Dość, że należy mi się porządne śniadanie i papieros przy otwartem oknie z widokiem na morze.
W pawilonie siedziała przy jego stoliku pani Łucja. W koronkowym czepku i białej muślinowej sukni, jak zawsze młoda i świeża, pogodna, paliła papierosa i czytała gazetę.
— Cóż nowego w Warszawie? — zapytał Tomasz, witając się z nią i siadając przy stole. — Swoją drogą podziwiam panią. Jak pani może zaczynać dzień od czytania gazety, mając przed oczami morze!
— Ma pan poczęści słuszność — odpowiedziała dama — ale gdy się przeczyta te rozmaite głupstwa, plotki...
— Opisy zbrodni, łajdactw —
— Nowych wynalazków, lotów bohaterskich —
— Zgiełk wieku naszego!
— To człowieka godzi z życiem, uspokaja. Widzi się, że się od wczoraj nic nie zmieniło.
— Ależ to tylko zatruwanie się! To to samo, co papieros przed śniadaniem. To nie jest odpowiedni sposób godzenia się z życiem. Jeśli pani koniecznie chce rano pojednać się z życiem, to wie pani, co pani powinna zrobić? Iść na ranną mszę do kościoła! Nie gazety czytać!
Złapał przebiegającego kelnera.
— Pan mi wygląda na człowieka z żelazną energją i przedsiębiorczego! Panu się z pewnością uda wywalczyć dla mnie śniadanie. Porcja szynki, trzy jajka na miękko, herbata — prędko! Tak! do rychłego zobaczenia, mój drogi panie! Bardzo słusznie!
A zwróciwszy się do swej towarzyszki, rzekł:
— Budzimy się i wstajemy przeważnie z niesmakiem, ze wstrętem do siebie i do życia. To nasza najlepsza chwila, bo to odzywa się dusza. Ale cóż! Prawie wszyscy tak się stale przed nią blamujemy, że słuchamy jej niechętnie i zagłuszamy jej głos gazetami. A potem wszystko już idzie po staremu.
Pani Łucja spojrzała na swego towarzysza z uśmiechem, ale jakby z góry.
— Idzie po staremu! — przyznała. — I wcale nieźle idzie! Szyneczka dobra, jajka na miękko też smakują... bułeczki świeże, herbata aromatyczna. Źle panu?
— Ha, bardzo słusznie! Kultura!
— Trzeba poprzestać na tem, co jest...
— Gdzież to powiedziane? Wszakże dzisiejszy człowiek właśnie domaga się coraz to czegoś nowego.
— W granicach możliwości.
— I niemożliwości. Ale cóż z tego? Czy mu to daje spokój? Daje jakieś pozytywne wyniki? Doszliśmy do tego, że nic już na nas nie działa — nawet morze... Ono sobie a my sobie, gazetki, plaże, kąpiele słoneczne, flircik, dancing wieczorem...
Dama wzruszyła ramionami.
— Przyjechałam tu dla odpoczynku! — rzekła. — Czegóż pan ode mnie chce?
— Słyszała pani kiedy co o doktorze Tarnawskim? Słyszała pani. No, to się cieszę...
— Homeopatyczny zakład w Kosowie... Byłam tam...
— Tak, mamy pewną skłonność do tuszy... No, jego system jest — system, jak każdy inny. Ale uzasadnienie jego systemu tak głęboko sięga w naturę ludzką, jest tak genjalne i płodne w zdrowe wnioski, że nietylko system uzdrawia, lecz jego uzasadnienie uczy człowieka żyć. Znam ludzi, którzy po dwóch miesiącach pobytu w Kosowie mówili o doktorze Tarnawskim: — Ten człowiek nauczył mnie żyć! — A to chyba jest bardzo dużo.
— Panie Tomaszu, gdzie pan fruwa? — zaśmiała się dama. — Tu niema doktora Tarnawskiego.
— Aniołowie Pańscy są wszędzie! — wykrzyknął pan Buszyński. — Skąd pani wie, czy „na ten przykład“ ja nie jestem aniołem?
— Istotnie, nic o tem nie wiem — przyznała pani Łucja.
— Zatem niech pani słucha wielkiej nowiny, a dowie się pani. Jeżeli człowiek w przeciągu dwóch miesięcy może nietylko podleczyć się, ale dowiedzieć się tyle, iż słusznie woła: — Ten człowiek nauczył mnie — żyć! — to znaczy, iż z wypoczynku można czasem wynieść korzyść — na całe życie. A pani, droga i piękna pani Łucjo, chce przecież żyć — dobrze...
— Zapewne! — przyznała pani Łucja.
— Otóż morze. Widzi pani — jestem stary chłop, dużo przeszedłem, przemyślałem, taki byłem nieraz mądry, doświadczony — a jednak z żalem myślałem o czasach, kiedy rano i wieczorem w koszuli nocnej klękałem gołemi kolanami na ziemi przy łóżku i — mówiłem pacierz.
— Wspomnienia dzieciństwa... — bąknęła pani Łucja.
— Nie, na serjo, pani Łucjo! Potrafiłaby pani dziś gołemi kolanami klęknąć po dziecinnemu przy łóżku i zmówić pacierz — tak, z całej duszy?...
— Ja jestem religijna!...
— E-e-e! Religijna! Wy jesteście na dziwnie poufałej stopie z Panem Bogiem — choć On z wami nie. To już nie żadne modlitwy, ale „depesze gratulacyjne”, a pani nie rozumie, że Bóg nie poto każe się kochać, aby się bez tego obejść nie mógł, lecz dlatego, że przez miłość Boga ludzie stają się lepsi i szczęśliwsi.
— Właściwie, dlaczego pan to mówi? — zapytała dama, zwróciwszy na pana Buszyńskiego poważne spojrzenie.
On ją również spojrzeniem ogarnął i rzekł:
— Pani wie, że... jako tak zwane „dziecię wieku” — przeciw wiekowi nie grzeszyłem, choć on przeciw duszy ludzkiej grzeszył wielce. Pani Łucjo, dziś, od niepamiętnych lat, pierwszy raz rano zmówiłem pacierz — i wie pani co? — jakgdyby mi kamień z serca spadł. Zrozumiałem też, że tu jest coś, co tę nabożność nietylko budzi, lecz może ją wzmocnić. Mój dzisiejszy apetyt był apetytem zdrowego człowieka, którym jestem — ale smak potraw był po modlitwie porannej zgoła inny niż przedtem... Wiedziałem, że jem — dary Boże! To, proszę pani, to jest — wpływ morza.
Pani Łucja zmarszczyła trochę brwi i spojrzała naprzód na mężczyznę, a potem na morze. Na morze patrzyła długo.
Było prześliczne. Ni to atłas, ni jedwab, ni aksamit. I barwy były również nieuchwytne. I niebieskie i zielone — a na tem skry najrozmaitsze — i błyski.
— Długo trzeba będzie czekać — myśli piękna pani — aż ktoś stworzy taki materjał... Bo przecież to jest jak cudowny płaszcz... Widziałam kiedyś...
Tak. Widziała obraz przedstawiający falujące morze — modro-zielone — a na niem rusałczaną główkę dziewczęcą, z puszczonemi na fale bujnemi złotemi włosami.
— A to wyglądało tak, jakgdyby dziewczyna miała na ramionach olbrzymi mieniący się płaszcz — opowiadała towarzyszowi.
— Morze materjałem na płaszcz: — mówił Tomasz, kiwając głową.
— Piękna kobieta we wszystko może się ubrać. Zresztą nie powinien się pan dziwić, że traktuję morze bez tego respektu, jaki pan ma dla niego, lecz poufalej... Morze ma duszę kobiecą... jesteśmy siostry... Dlatego pan, znany mi ze swej kochliwości, tak się w niem odrazu zakochał... Nowa postać kobiecości... Ale zabiera się pan do tego po swojemu niedołężnie — wzdychając i filozofując... A kobieta tego nie lubi.
— Nie zawadziłoby jednak pomyśleć czasem bezinteresownie.
— Poco? Mamy tyle do roboty... Można przecież jeść, pić, spać, kąpać się, kochać się, kłócić, bić, tańczyć, chodzić na przechadzki, uprawiać sporty, zarabiać i tracić... Poco filozofować?
— Zgiełk wieku naszego! — uśmiechnął się Tomasz pobłażliwie. — Ale teraz muszę śpieszyć, zanim słońce zanadto palić zacznie — użyć „kąpsidla”.
— Czego? — zdziwiła się pani Łucja.
— Kąpieli — śmiał się Tomasz. — U rybaków kąpiel nazywa się „kąpsidlo”. Mówią też „psieck” zamiast „piec’, a zamiast, „piwo” — „psiwo”.
— Bardzo poetycznie! — rzekła z przekąsem dama.

W słońcu i w fali.

Tomasz szedł, rozmyślając:
— Śliczna pani Łucja, kochana.
Oglądnął się niespokojnie i szepnął:
— Tsss! Tylko o tem cicho. Nie trzeba. Poco!
A potem pomyślał.
— Stary osioł z pana, drogi panie Tomaszu! Panu chyba spokojnie wolno już nazywać panią Łucję „kochaną“ i wolno panu ją kochać... I tak nic z tego nie będzie.
Westchnął.
— A jednak kiedyś, dawno już temu, wszystko mogło być inaczej... Tylko, że pan, panie Buszyński, nie umiał, nie rozumiał. Mogło było nie dojść do tego małżeństwa, mogła zostać pańską żoną, mogła nie wyjść za tamtego... Choć co panbyś jej dał?... A tamten dał dużo, kamieniczki, willę w Konstancinie, mająteczek ziemski i grube pieniążki — a to znaczy, wiele znaczy, zwłaszcza dla pięknej i ponętnej kobiety! Więc zostawmy ten temat, wielkim głosem wołając: ha, bardzo słusznie!
Stwierdzenie tego faktu widać sprawiło panu Buszyńskiemu ulgę, bo gdy po pół godzinie szukania znalazł na plaży ustronne miejsce, nadające się na kąpiel słoneczną i morską, pokiwał głową smętnie i powtórzył twardo:
— Bardzo słusznie!
A potem, gdy w pręgowatym kostjumie kąpielowym z godnością wszedł w fale morskie i stanąwszy w nich, obrzucił wzrokiem bezkreśne morze i bury horyzont, zakończył:
— Bardzo!
I zaczął się kąpać.
Lecz nawet kąpiel, choć rozkoszna, nie spłókała z jego głowy wspomnienia pięknej damy.
— Wdówka ponętna i w złoto oprawna — pomyślał, grzejąc się na gorącym piasku.
Ale czem prędzej odepchnął tę myśl od siebie.
To przecież nie miałoby żadnego sensu. Rzeczy dawno już przebrzmiałe. Pozostały po nich tylko wspomnienia słodkie i cierpkie zarazem, wspomnienia, do których się wraca, ale których ożywiać nie należy. A także przykro, że to już było dawno... Wszystko „było”, wszystko „dawno” — niby cóż zostało, co jest?
Z panią Łucją utrzymywał ścisłe przyjacielskie stosunki. Bywał u niej na prawach przyjaciela, nie w dzień wielkich przyjęć, lecz gdy nie było nikogo. Czasem przychodził codziennie, to znów pokazywał się raz na dwa miesiące. On ją podziwiał, ale życiem jej zajmował się mało pod pozorem, że nie ma prawa do tego, ona zajmowała się wszystkiem, co go dotyczyło i o wszystkiem wiedziała.
— Swoją drogą — myślał — dziwna kobieta. Czy ona jest zamknięta w sobie, czy też nie ma co skrywać... Odczucie artystyczne duże, zmysł estetyczny wrodzony, a równocześnie umysł praktyczny, wygodny, jakże kompromisowy!
Spojrzał w błękitne niebo.
— Czy ona była kiedy szczęśliwa? Czy kochała? Czy cierpiała? Mąż ją kochał, ale ona jego? Nie! Była żoną bez zarzutu, lecz to nie miłość...
Jaki otchłanny jest ten błękit nieba!
— Wogóle, czy ona. —
A słońce syci tę otchłań błękitną, jak rozpylone złoto.
— Ona. To znaczy kto? Bo właściwie — co to jest „ona?”
Powoli bijąc powietrze białemi skrzydłami w lazurze błysnął ptak.
— Dusza. Srebrny ptak. „Oni” to nazywają „mjewa” — to ładniej niż „mewa”. W tem jest żal i tęsknota morza.
Fale pluszczą, śpiewają, szemrzą... Rytm stary już w czasach Homera... Każda fala ma swą Odysseję... Każda srebrny wieniec składa na brzegu...
— Dusza...
— Dusza jest wszędzie.
Czoło zaczyna się perlić od potu. Ciężkie powieki opadają na oczy, pełne złotej gorącej mgły...
I cisza.
Spokojny i zadowolony z siebie wrócił pan Buszyński do domu. Obiad kazał przynieść do swego pokoju i zjadł go z wielkim apetytem na stole przystawionym do okna, przez które przyglądał się cichej, lśniącej zatoce i dalekiemu brzegowi po drugiej stronie. Kiedy się zabrał do świeżutkich skwierczących jeszcze na maśle fląderek z jarzynką, czuł się zupełnie dobrze.
A w tem doznał nieprzyjemnie niepokojącego uczucia, jakgdyby zapomniał o czemś, czy coś gdzie zostawił czy zgubił.
— Mam takie wrażenie — rzekł sobie — jak chłopak, który wyszedł na wycieczkę za miasto, a zapomniał zrobić jakieś zadanie... Coby to mogło być? Panie Buszyński, pan jesteś człowiekiem szczerym, pan powiesz prawdę! Co pana denerwuje? Co pana niepokoi?
— Mam być szczery?
— Jaki stalowy blask ma zatoka w tej chwili. Skąd ta chmura, która ją przesłania?
— Powiedz pan zaraz, tylko szczerze, bez wykrętów.
Doprawdy, czarna chmura idzie od drugiego brzegu.
— Powiedzieć? Więc — pani Łucja!
Nad tem trzeba się będzie dobrze zastanowić, trzeba zrozumieć, czy to wciąż jeszcze uczucie, czy też tylko niepotrzebny zamęt...
— Bo jednak ona, choć bardzo mądra, jest dziwnie pusta...

Dwie Marysie.

Obie panienki były młode, bardzo ładne, zgrabne, miłe, wesołe i dobre, obie chętnie się śmiały, śpiewały bardzo pięknie, strzelały oczętami i chodziły wieczorami z młodymi ludźmi do Alei Komarowej, gdzie flirtowały zaciekle, mimo rojów komarów, które przez cienkie pończoszki do krwi cięły im nóżki. Obie miały dużo sukienek kolorowych (tanio w domu przez mamy i ciocie robionych, o czem nikt nie wiedział) i dużo klejnocików i innych błyskotek (tanich imitacyj, na których jednak nikt się poznać nie chciał). Obie były bardzo lubiane, obie nazywały się Marje i obchodziły imieniny tego roku właśnie 26 sierpnia. Obie pochodziły z tego samego bardzo dalekiego miasta i mówiły śpiewnym akcentem. Różniły się między sobą tylko tem, że jedna miała włosy złote a oczy czarne, druga zaś włosy czarne, a oczy niebieskie. Należy jeszcze dodać, że obie bardzo chętnie bawiły się, tańczyły i śmiały się na cały głos nieraz dopóźna w nocy, co im też z początku niektórzy za złe brali.
Ale mądre starsze mamy orzekły, iż skoro one tak głośno się śmieją, to znaczy, że są kozy, ale nie robią nic złego.
Mieszkały w tym samym domu, co pani Łucja.
„Kozy” przyjaźniły się z wielu chłopcami, ale przedewszystkiem z dwoma Jankami, z których jeden był brunetem i kochał się w Marji złotowłosej, podczas gdy Janek złotowłosy ubóstwiał Marję czarnobrewą. Obaj byli naprawdę przystojni i zgrabni i mieli bogatych rodziców. Mówiono o tych dwóch parach, iż „z tej mąki może być chleb”. Chłopcy nie mieszkali wprawdzie w tym samym domu, co panienki, ale nie można było powiedzieć, aby przebywali w swych mieszkaniach, bo cały dzień uganiali po świecie ze swemi Marysiami.
Co się tyczy towarzystwa kobiecego, to obie panienki najchętniej przyjaźniły się z córką swego gospodarza, młodą dziewczyną, na którą w rodzinie wołano Etta, co jest zdrobnieniem od Jadwigi, ale którą one nazywały Zolojką, ponieważ słyszały, że inne dziewczęta tak ją nazywają. Co zaś miałoby znaczyć to dziwne imię i od czego pochodzi, o tem nie wiedziały.
Etta była dziewczynką smukłą, kształtną, o regularnej bladej twarzy z jasno niebieskiemi oczami i gąszczu złoto-czerwonych włosów, ujętych w siatkę. Chodziła przeważnie w zielonym sweaterze z malinowym kołnierzem i wyłogami, w krótkiej spódniczce, szczelnie na biodrach opiętej i w „korkach”, to jest chodakach z grubą drewnianą podeszwą, co ją robiło jeszcze wyższą. W wietrzny dzień przewiązywała włosy, uszy i brodę czarnym szalem, który się jej nie podobał, bo był, jak mówiła — bardzo stary. Istotnie, był z bardzo starej i pięknej koronki. Dziewczyna była miła, a tylko usta jej małe, bardzo czerwone i zwykle zaciśnięte, były może złe lub okrutne. Ale któżby zwracał uwagę na takie drobnostki!
Panienki lubiały rozmawiać z Zolojką, bo dziewczyna chętnie słuchała ich opowiadań o „kraju”, czyli o życiu na lądzie. One same niewiele jeszcze tego życia widziały i nieraz powtarzały tylko to, co słyszały od drugich, ale gdy zaczęły opowiadać o olbrzymich teatrach, wspaniałych kobietach całych w złocie, perłach, drogich kamieniach i piórach strusich, kiedy zaczęły trajkotać o bajecznych ogrodach z drzewami wielkiemi jak kościoły, oświetlonych tysiącami różnobarwnych lamp i rozbrzmiewających muzyką, podczas której na gwiaździste niebo wzlatują ognie sztuczne, słowem gdy zaczęły bajdurzyć jak dzieci, same w to wierzyły, zaś dziewczyna była jak oczarowana.
Na tem tle powstała przyjaźń. Możnaby coś powiedzieć i o tem, że tak pięknego chłopca, jak czarnowłosy Janek, Zolojka w życiu swem nie widziała. Był naprawdę śliczny, żywy, wesoły, delikatny, lecz zgrabny, z ciemną, słodką twarzyczką i rumieńcami panienki, a nad wielkiemi oczami, do błękitnych gwiazdek podobnemi, miał jedwabiste brwi czarne, równe — jak namalowane. Kilka razy śnił się Zolojce.
Dzień imienin panienek był naprawdę wielkim i pięknym dniem. Obu „kozom” od samego rana składano życzenia i znoszono kwiaty. Nie trzeba przypuszczać, aby to były poważne deputacje jakich stowarzyszeń, ale kto panienki znał i wiedział, że dziś są ich imieniny — a one same postarały się, aby wiedzieli o tem wszyscy w wiosce — ten, przechodząc, zatrzymywał się u ich okna i składał życzenia, na które one odpowiadały wesołym chichotem i okrzykami. Przybiegały dzieci z kwiatami, znajome panienki, przychodzili i starsi panowie z pudłami cukierków, jakieś paczki przyniesiono z poczty, anonimowo przysłał ktoś skrzynkę wędzonych węgorzy i fląder, a oba Janki wystąpiły z olbrzymiemi pudłami i bukietami, uroczyście zapraszając solenizantki na obiad i zapowiadając im wielką niespodziankę na wieczór.
Strasznie trudną rzeczą było czekać do wieczora i dzień ten wlókł się w nieskończoność, ale się przecie skończył.
A wówczas, gdy czerwone promienie słońca zakrwawiły szafirowe niebo sokiem, jak mówiła złotowłosa Marysia — wiśniowym, zaś jej przyjaciółka — malinowym, gdy wogóle wieczór stał się tak cudowny, jak w teatrze, a woda na zatoce była, choć nie tak wonna, lecz równie złota jak rosół, u wybrzeża pojawiła się łódź żaglowa cała w kwiatach, zdobna w girlandy białych i czerwonych róż i w festony zieleni. Młody rybak, który łodzią kierował, wywiesił na niej dowcipnie białą banderę z czterema czerwonemi płonącemi sercami. Już poprzednio umieszczono na łodzi kosz z zimną kolacją i może jeszcze czemś zimnem, lecz przecie grzejącem. A potem do taktu przerażających pisków i chichotu wkroczyły na nią obie Marysie ze swymi Jankami, z których jeden niósł gitarę, drugi zaś mandolinę.
Pełna śmiechu, ukwiecona łódź wypłynęła na złote morze.

Czlowiecze, chodź!

Przespawszy się po południu na górze na sianie, Edward Kunsztowny obudził się nad wieczorem i napiwszy się kawy, wyszedł przed dom.
Była chwila spokoju, bo letnicy nie powrócili jeszcze na kolację, a żona Edwarda doiła krowę. W kuchni huczał pod blachą płomień i światełko już się paliło. Ale jeszcze było cicho.
Słońce już zaszło, tylko na zachodzie świeciła złoto-czerwona jaskrawa zorza. Na ametystowo-szafirowem niebie lśniła jasno jedna jedyna duża gwiazda. Ze wszystkich kominów szły prosto w niebo różowe dymy.
Tu i owdzie przed domami panowie w kamizelkach, ze schowanej pod stołem butli delikatnie pociągając, grali w karty, czerwoni mimo wieczornego chłodku. Gdzie niegdzie zapędzono do chlewów oporniejsze krowy. Spłoszone przez małego głupiego psa stado rudych i brudnych baranów pogalopowało przez wioskę. Dwoje małych dzieci biegło, wlokąc za sobą po piasku nie mogące dotrzymać im kroku małe bobo, które, wrzeszcząc wniebogłosy, starało się jak najwyżej utrzymać kromkę chleba z masłem, aby się nie zawalała. Przechodziły kobiety z wiadrami pełnemi wody lub z workami piasku.
To było w porządku. To było zrozumiałe i naturalne.
Ale potem rozpoczęła się procesja letników, wracających na kolację. Szły dziwnie ubrane panie w jaskrawych chustkach lub czepkach, ze złotemi pierścieniami i bransoletami na rękach, a niektóre miały nawet zęby złote. Oczy im świeciły, jakby je miały od jubilera, mówiły głośno, śmiejąc się i prawie śpiewając, a wszystkie były okrutnie uradowane. Szły z niemi dzieci, już senne i ledwie trzymające się na nogach, opalone, z czerwonemi jagodami i bzykające grymaśnie rozespanym głosem. Szli panowie, o których Edward Kunsztowny wiedział, że są lub byli albo będą ministrami i wogóle wielkimi urzędownikami. Nie wątpił, że są bardzo mądrzy, ale musieli być też i bardzo skromni, bo choć nieraz z nimi rozmawiał — tej mądrości dopatrzyć się nie mógł. Żaden z nich nie wiedział co to „nete” albo „tokle”, żaden z nich nie słyszał nawet o „cezie”. Kobiety myślały, że węgorze to żmije i gryzą — dość na tem, że Edward Kunsztowny wolał w mądrość państwa wierzyć na słowo, niż się o niej przekonywać — bo jest to możliwe, żeby ludzie tacy bogaci nie byli mądrzy?
Tak tedy to wszystko przeciągało przez wioskę powoli, ze śpiewami i śmiechem, owiane ostrą, dławiącą wonią perfum i tytoniu, bo prawie każda pani paliła. Młodzi chłopcy szli pobrzękując na gitarach, młode panny śmiały się głośno, a czasem nuciły coś fałszywie, lecz wdzięcznie. Z niektórych domów dolatywały echa rozmów prowadzonych podniesionym głosem, wszystkie gospodynie leciały z nóg i coraz mniej już zaczynały rozumieć po polsku. Niektóre z nich, od czwartej rano na nogach i przez cały dzień chcące zrozumieć, czego się od nich żąda — wybuchały płaczem, i schroniwszy się w jakiś kąt, najczęściej w chlewie lub na stryszku, żałośnie biadały po kaszubsku na swą opłakaną dolę.
„Oby się to raz już skończyło!” Pełni współczucia mężowie pocieszali je zcicha i dodawali im odwagi, ale poradzić nic nie umieli, bo także nie rozumieli, czego goście właściwie chcą. I gdybyż to jeszcze byli ludzie źli — ale gdzie tam! Wszyscy byli dobrzy i wdzięczni za kawałek dachu nad głową i łyżkę strawy, chcieli tylko morza, morza i morza, które wychwalali i o którem wciąż mówili — a doch w lecie niema w wodzie nic do widzenia, bo woda jest próżna! — i to wszystko było kochane państwo, ale dziwne i trudne do zrozumienia.
Tak tedy Edward Kunsztowny stał, pykając na zimno swą starą fajeczkę, której cybuszek grał i świszczał nigdy nie wysychającym, gorzkim, brunatnym soczkiem. Tak sobie stał, w fajeczkę dmuchał i przyglądał się niezrozumiałej procesji letników. Byli to niewątpliwie ludzie żywi z krwi i kości, ale Edward patrzył na nich nie inaczej, jak na duchy czy widma — bo któż może wiedzieć, co to za tacy, skąd są i dokąd znowu wrócą? Nie, tego nikt nie wie i wiedzieć nie będzie. Ale płacą. To jest ta nasza Polska kochana, za Niemców tu letników nie było, nikt nawet nie zaglądał, chyba tylko prokurator, a teraz nam Matka Polska letników przysyła, tylko jeszcze mało, jeszcze mało!
I liczy sobie w duchu Edward Kunsztowny:
— Ja nie chcę więcej, jak trzy tysiące bezzwrotnej pożyczki, żeby rozszerzyć budynek. Tobym sobie przybudował trzy pokoje — a pracy własnej już nie liczę, niech będzie za darmo. Doch ja mam już acht und sechzig i na rybołówstwo wyjeżdżać nie mogę. Stary jestem, niech teraz panowie za mnie pociągną. Czemuż to ja mam jeździć na morze i w sztorm i w plusk i w doukę? Niech jadą młodsi, a mnie należy się żaki wiązać przy ciepłym psiecku. Jo, le trzy tysiące bezzwrotnej pożyczki, żeby mi to Matka Polska dala!
Tak sobie to rozważał w duchu Edward Kunsztowny, stając przed swym domem, z rękami wsadzonemi głęboko w kieszenie, zgarbiony trochę, ogorzały, z przedawnionym zarostem, a ostrym nosem, jak dzióbem „batu”, zwrócony przeciw ciepłej ludzkiej rzece.
— Wśród tego państwa może jest ta gruba ryba, któraby mi te trzy tysiące dala, ale jak ją złowić?
Wzrok jego prześliznął się po kilkunastu mniej lub więcej niezrozumiałych postaciach i spoczął na figurze jakoby skądś znanej.
Był to człowiek dobrze starszy, ubrany — Edward Kunsztowny powiedziałby porządnie, bo miał na sobie zatłuszczony i zaplamiony, ale cały czarny żakiet, niesłychanie zmiętą i przekrzywioną krawatkę koloru „tango”, ciemnozieloną czapkę sportową, strasznie brudny kołnierzyk, takież wylatujące z rękawów niezapięte mankiety, pepitowe spodnie i brunatne płócienne pantofle. Szczecinowaty, białoczarny zarost tego człowieka był posępny, jak wyrok bezapelacyjny, oczy zaś, jasne i wodniste drgały, jakoby w pełnym lęku i niepokoju zachwycie. Postawa tego człowieka przypominała postawą psa, który służy i jest z tego powodu bardzo z siebie zadowolony. Człeczyna mianowicie siedział na drewnianym na zielono lakierowanym kufereczku, z rękami złożonemi na kijku. Jedna z tych rąk, brunatna wielce i jakąś czernią srodze zapuszczona, z wystrzępionemi paznokciami, była siną barwą tatuowana. Od całej postaci biło wyraźnie delikatne aroma denaturatu i pasty na obuwie — albowiem wąsy figury były mocno czarne.
Raz — drugi rzucił Edward Kunsztowny okiem na tę przyziemnie kucającą postać i zrozumiał, że tu oto ma do czynienia z czemś konkretnem, realnem i prawdziwem.
Oto człowiek! Nie jakaś lalka wyjmująca papierosy ze złotego pudełeczka i trzymająca je w złotych zębach białemi, delikatnemi palcami, lecz człowiek pracy, który nie napróżno twardemi, czarnemi rękami chwyta się życia, bo ma na tych rękach tatuowaną kotwicę, to jest — ma w sercu nadzieję. Niewątpliwie były marynarz. Skąd przyszedł i dokąd pójdzie — wszystko jedno, bo on zawsze i wszędzie jest u siebie, jest tym przechodniem, którego można spotkać na wszystkich bitych i wodnych gościńcach świata. I niewiadomo nawet — czy to znajomy, czy nieznajomy, czy brat, czy przyjaciel, czy ktoś, który może chce zwrócić pożyczone kiedyś w Chile przed trzydziestu laty sto marek, albo może zażąda zwrotu tych trzydziestu, które przed półwiekiem pożyczył w Ecuadorze, a może zechce zapłacić za jakieś dawno zapomniane pchnięcie nożem...
Dość na tem, że Edward Kunsztowny zachłysnął się zimnym, gorzkim soczkiem z fajeczki — kupił ją w Londynie przed pięćdziesięciu laty — i podszedłszy wolnym krokiem do człowieka siedzącego na kuferku, zapytał go łagodnie i grzecznie:
— Czego ty tu chcesz, czlowiecze?
Człowiek chuchnął zlekka denaturacikiem i odpowiedział pokornie:
— Jestem chory. Zdaje mi się, że zaczynam mieć suchoty, a mam już sześćdziesiąt pięć lat i boję się, że mi to może zaszkodzić. Powiedzieli mi, żebym pojechał nad morze, więc pojechałem.
Człowiek mówił łamanem kaszubskiem narzeczem.
— Jo, suchoty! — rzekł Edward Kunsztowny. — U nas powietrze na suchoty jest dobre, bo albo zabije, albo wzmocni.
A potem zapytał:
— Dzie ty mieszkasz, człowiecze?
— W Gdańsku.
— A dzie ty tu będziesz mieszkał? Masz ty jaki pokój sztelowany? Masz ty jakie detki?
— Pokoju sztelowanego nie mam i detków także nie.
Zrozumiał to Edward Kunsztowny bez trudu, ale doch zdziwił się i zaczął kręcić głową.
— To jest licho! — rzekł po namyśle. — Na noc jabym cię wziął do budy, dam ci coś do jedzenia, ale cóż ty tu, człowiecze, będziesz robił?
Siedząca na kuferku figura z godnością podniosła głowę.
A było to w chwili, gdy złoto-czerwona łuna już przygasała, a rozpaliły się białe lampy elektryczne.
W tem świetle głowa siedzącego na kuferku była ogromnie marna.
Obfitość czarnych cieniów na twarzy wskazywała, iż więcej w niej było kości, niż czego innego. Ociężałe, bardzo zmęczone powieki unosiły się nieco wgórę i biało-czarna twarz rzekła z godnością:
— Jestem szewiec.
Edward Kunsztowny skłonił się trochę i rzekł:
— Czlowiecze, chodź!

Pieśń na zatoce.

Księżyc świeci tak jasno i mocno, że powierzchnia zatoki, leciutkim powiewem drobno sfałdowana, przesłonięta jest srebrnym, drgającym odblaskiem.
Przez to wrzenie srebra w powietrzu nie widać nic, prócz równych, białych błysków oksywskiej latarni morskiej i księżycowo-błękitnego brzegu „po drugiej stronie”.
W górze ciemno — szafirowe niebo, księżyc i rój gwiazd, trzęsących się jak łzy na rzęsach.
Tylko tam, gdzie na zatokę wprost padają promienie księżyca, widnieje falujący drobno wielki, świetlisty krąg, niby arena na wodzie.
Rozrzucone na wybrzeżu Małego Morza niskie, barczyste, białe wędzarnie śpią. Wyglądają jak opuszczone, nikomu niepotrzebne rudery.
Może być, że patrząc na ową srebrzystą arenę na wodzie, ktoś wymarzyłby sobie jakieś nieziemskie na niej widowisko, choć nikt już nie wierzy dziś w korowody syren i trytonów ani w czarodziejską muzykę, „miłą i słodką jak szmer fal, rozbijających się o białe, krągłe kolanka rusałek” — według wyrażenia abbé Wielanda.
Wędzarnie śpią i wyciągnięte na torfiasty brzeg czarne, pękate łodzie rybackie także śpią. Napatrzyły się cudom morza dość, teraz odpoczywają.
Po przeciwnej stronie wioski gra muzyka. Czasem słychać skrzypce lub donioślejszy, pełniejszy akord harmonji ręcznej, czasem klekocąc zadzwoni ksylofon, lecz najczęściej słychać pomruk kontrabasu i głuche pulsowanie bębna.
Tam, po drugiej stronie wioski, na oświetlonej, oszklonej werandzie tańczą bardzo piękne i śliczne, strojne panie.
Mają wielkie, lśniące oczy, krótkie, lecz bujne, falujące czuprynki, malutkie nóżki i białe pulchne rączki, migocące ogniami pierścionków. Ich uśmiech jest jasny i rozkoszny, jak błysk ząbków z poza czerwonych, rozchylonych usteczek, a suknie ich za najmniejszym ruchem roztaczają dokoła mocną woń.
To jest tam, po drugiej stronie wioski.
Ale nad księżycową zatoką — olśniewający blask i cisza.
A naraz, w głębi tak drgającej mgły srebrnej zrodziła się pieśń.
Dwa młode głosy kobiece, dwa męskie. Poniosły się nad cichemi wodami zatoki czarowne hieroglify słodkich, zachwytem nabrzmiałych akordów. Głosy radowały się wolnem, niczem nieskrępowanem życiem w srogiej dyscyplinie nieubłaganej i nielitościwej harmonji. Młode głosy, dźwięczne, przepełnione dziękczynieniem za cud miłości i szczęścia.
W tę ciepłą, piękną noc wielu ludzi, mimo późnej pory, przechadzało się nadbrzeżnym gościńcem. Niektórzy siedzieli na wydmach koło starego, napół już spłókanego przez morze cmentarza, inni szukali samotności pod lasem sosnowym, jeszcze inni pili piwo na oświetlonej różnobarwnemi lampionami werandzie oberży „U Ciszy”, zaś marzyciele snuli się po wybrzeżu, a ponieważ przez szacunek dla cudnej nocy mówili cicho, wszyscy pieśń na zatoce słyszeli.
Widać tam było daleko od brzegu płynącą powoli łódź żaglową, widmowo białą w blaskach księżycowych. Była to niby samogrająca wielka gęśl, pływająca po morzu.
— Pięknie śpiewają! — myślał każdy, kto pieśń tę słyszał.
Słodycz akordów stała się tak przejmująca, że wielu łzy miało w oczach.
— Podobno to są dwie pary narzeczonych! — szepnął cichy głosik pod lasem.
— Tak mówią! — odpowiedział drugi głos, również szeptem. — Kochają się bardzo, więc dusze ich śpiewają — ten sam hymn, którym i nasze serca są przepełnione... bo ja cię kocham... jedyna.
Rozśpiewana łódź wjechała na srebrzystą arenę i pojawiła się na niej cała biała z wysoko podniesionem srebrnem skrzydłem.
— Mówią, że łódź cała przybrana kwiatami! — opowiadała swemu przyjacielowi panienka, wymizerowana biuralistka wielkomiejska. — Imieniny obu panienek...
Przyjaciel jej stał pod oknem, a ona rozmawiała z nim wychylona tak, że księżyc oświetlał jej wychudłą twarzyczkę.
— Chciałabym bardzo przejechać się kiedy po morzu łodzią, ubraną w kwiaty...
On wzruszył ramionami i odpowiedział pokornie, bez cienia goryczy w głosie:
— Niektórzy ludzie mogą naprawdę żyć bardzo pięknie. Ale niewszyscy.
Śpiew na łodzi umilkł.
Rozmawiano:
— Ależ tam, w głębi zatoki, gdzie ten księżycowo-niebieski pas! Widać wyraźnie!
— Tak! Smuga światła!
— Istotnie! Teraz i ja już widzę!
— Co to może być?
— Pociąg z Pucka!
— A prawda! Wygląda jak naszyjnik z ognistych paciorków.
— Szafirowa zatoka w złotym naszyjniku...
— Ale jak te róże cudnie pachną...
— Świat jest piękny...
— Ach, życie, życie!
Zabrzmiała znowu pieśń.
Srebrna arena skończyła się, łódź wbiegła w mgłę i poszarzała.
Ale pieśń trwała wciąż.

Zolojka.

Zwrócona jedną połową twarzy ku miesięcznej zatoce, drugą ku złotemu, barwnemu zmierzchowi werandy oberży, stała przy drodze dziewczyna. Oparłszy się o płot i trochę naprzód pochylona, zapatrzona przed siebie, bez ruchu, zdawała się w niemem zachwyceniu słuchać pieśni na zatoce. W świetle różnobarwnych lampionów było widać jej jasną twarz, ogniście błyszczącą gęstwę włosów, ujętą w siatkę i zielony sweater.
Obok ktoś mówił stłumionym głosem:
— Zbudowali tę przystań tak, że statki wprost do niej przykładają i letnicy suchą nogą mogą się dostać na ląd. A dawniej było inaczej. Dawniej alaliśma letników ze statku na plecach i płacili nam za to nieraz więcej, niż cały bilet kosztował. I zabawa była, bialki krzyczeli... Dobrodzieje! Dla naszego dobra przystań zbudowali, a myśmy zarobek przez to stracili... Bardzo nas kochają, ale rybak zawsze przyjdzie przez nich do szkody...
Gościńcem szła pani Łucja ze swym towarzyszem. Przechodząc koło werandy zauważyła dziewczynę i jej bladą, chmurną twarz.
— Dobry wieczór, Zolojko! — odezwała się dama. — Cóż ty tu robisz taka zamyślona, zadumana?
Dziewczyna drgnęła i spojrzała na damę nieprzytomnemi oczami.
— Co ci? — mówiła pani Łucja, podchodząc do niej. — Czemu tak dziwnie na mnie patrzysz?
Dziewczyna żachnęła się niegrzecznie i bez słowa odeszła.
— Obraziła się, a przecież nic złego jej nie powiedziałam — zdziwiła się pani Łucja. — Jaka dziwna!
— Dzika! — rzucił mężczyzna. — Może wstąpimy na to „psiwko”?
Zolojka szła ku zatoce. Nie wiedziała, co się z nią nagle stało, nie mogła pojąć, dlaczego zachowała się niegrzecznie wobec tej pani, która zawsze była dla niej dobra. Nie miała zamiaru obrażać jej, ale jak tylko ujrzała przed sobą jej uśmiechniętą, piękną twarz i uczuła mocny zapach perfum, szarpnęła nią złość. Szła teraz z głową zwieszoną, osamotniona, niezadowolona, podrażniona. Znowu usłyszała śpiew dolatujący z zatoki i natychmiast uczuła ten sam ostry zapach perfum.
Podniosła głowę.
Zatoka lśniła od księżyca, a tam, gdzie niedawno temu na biało zielonym lodzie szczekały i skowytały psy morskie, pływa dziś łódź ubrana w tyle róż, ile ich nigdy na całym półwyspie nie było. Dlaczego to morze jest takie złe i nielitościwe dla rybaków, a tak się śmieje do ludzi z lądu?
Dlaczego wszyscy ludzie z lądu są zawsze szczęśliwi?
Czy ten ląd jest rajem, czarownym ogrodem?
Z nieokreślonego wzburzenia rodzi się odwieczna tęsknota człowieka morskiego do lądu. Tam tyle ziemi, tłustej, urodzajnej, tyle zieleni, kwiatów, różnych zwierząt wesołych, wielkich miast, tyle cudów, tyle pieniędzy. Z tego, co jeden letnik wyda za miesiąc — cała rodzina rybacka może żyć przez rok.
Syczy żmija zawiści w biednem, młodem sercu.
Ale to nietylko zawiść, to gniew.
Gniew i trwoga. Trwoga przed czemś, co dzieje się bardzo daleko, a musi przyjść tu i już się ogłasza. Morze słucha wiatru, i rewy głośno grają, zanim burza przyjdzie. Czyżby serce słuchało czegoś innego, przewidywało burzę? Czyżby również grało i warczało groźnie, zanim ona przyjdzie?
Taki spokój w przyrodzie, taka cisza, taka jasność księżycowa... Dziewczyna słucha — nie słychać nic — świat śpi, tylko ludzie jeszcze się bawią — a jednak w myśli jej błysnęło, a wargi wyszeptały:
— Norda idzie!
Spadnie na morze straszna, wyjąca, runie na wyspę swą ciężką, zimną piersią, zacznie gryźć, pazurami szarpać las...
Z poza wędzarni wymknął się jakiś kobiecy cień i zaczął uciekać ku wiosce.
— Czemu ona ucieka? — myśli Zolojka. — Kto to?
Ktoś zapalił pod ścianą wędzarni papierosa.
Poznała brata.
— Co ty tu robisz, Józk? Czemu nie idziesz do domu?
Józk wzruszył ramionami, dmuchnął jej dymem w twarz i mruknął:
— I, głupia jesteś! Poco za mną łazisz? Czemu się włóczysz po nocy?
Chciała mu odpowiedzieć, ale nagle zahuczało jej w skroniach, przejmujący ból obręczą ścisnął jej czoło.
— Norda idzie! — jęknęła.
— To bioj pod pierzynę, a nie łaź nad wodą.
Jeszcze coś mruknął niewyraźnie, poprawił muckę na głowie i wsadziwszy ręce w kieszenie spodni, poszedł zły.

Gospodyni.

Edwardowa nie mogła skarżyć się na zły sezon. Miała cały dom pełen gości: na dole, w wielkim pokoju cztery panienki, na górze czterech młodych panów, w warsztacie Edwarda i w chlewie całą rodzinę z Warszawy, w mieszkalnym pokoju przy kuchni małżeństwo z dzieckiem — też z Warszawy. Wszyscy byli bardzo grzeczni, ale wszystkim trzeba było dać zjeść i obsłużyć ich, nie zapominając o mężu, dziecku, krowie, świni i przypadkowych gościach „na noc”, którzy nocowali na sianie, na strychu.
Nie było to wszystko rzeczą łatwą.
Wogóle przez cały sezon w domu panowało piekło. Nieszczęśliwy był mały Eryk, który, zaniedbywany przez wiecznie zajętą matkę, popadał czasem w melancholję i złapawszy się odrzwi lub kołka w płocie, godzinami całemi wrzeszczał żałośnie: — Neńkuo! Neńkuo! — Nieszczęśliwy był stary Edward, który przez dwa pełne miesiące nie miał wstępu do swego warsztatu i nie mogąc zabawiać się ukochanym heblem, musiał się bezczynnie po podwórku wałęsać, ale najnieszczęśliwsza była Edwardowa.
Ta prosta, cicha i skromna kobieta, z wielkiemi jak gwiazdy, szafirowemi, dziecinnemi oczami świętej Jadwigi i z takąż dziecinną duszą, z całego serca szczerze chciałaby każdego obsłużyć, ale choć wychowała się w klasztorze, służyła w Berlinie, a nawet u księdza, nie wiedziała, jak to zrobić. To, co się działo w jej kuchni, przechodziło jej pojęcie i siły. Każda partja miała inne wymagania, co innego chciała mieć na obiad i na kolację, w innym czasie wstawała, w innym szła spać. Prawda, pieniądze były, ale z tego ciągłego zamieszania, pracy od czwartej rano do pierwszej w nocy, a już zwłaszcza z tych dziwnych zwyczajów i obyczajów biedna kobieta była nieomal chora. Kiedy szła rano do kościoła, a spowiadała się codziennie, musiała patrzeć na uwijające się dokoła domu panienki w pantofelkach i jaskrawych, kolorowych spodniach — a ten widok ją gorszył. Gdy po nabożeństwie z pobożnie złożonemi dłońmi i z oczami skromnie spuszczonemi w ziemię, wracała, witała ją, stojąc w otwartych drzwiach warsztatu, Warszawianka, drobna, ale bujnych kształtów, dorodna kobieta, w króciutkim i bardzo wyciętym szlafroczku. Panie chodziły w sukniach krótkich a przytem przeźroczystych, wszystkie miały chłopięce fryzury, umalowane usta, i napudrowane twarze, a co druga paliła papierosy.
— Pychą grzeszą, i wszystkie będą potępione! — myślała Edwardowa, ze zgrozą patrząc na te grzeszne obyczaje.
Nigdy też nie była na plaży, aby nie widzieć bezwstydu, do którego rybacy tak przywykli, że zupełnie nie zwracali nań uwagi.
Była już jedenasta, kiedy Edwardowa skończyła myć naczynie i mogła pomyśleć o spaniu. Weszła na chwilę do budy, w której mąż jej siedział z Gdańszczaninem. Stary, rad, że ma kogoś, z kim może rozumnie i do rzeczy pomówić, a zresztą sam szewc-amator, częstował majstra tabaką i opowiadał mu o skorzniach czyli nieprzemakalnych butach rybackich, jakie sam swego czasu szył, a które każdy chwalić musiał. Rozmawiali częściowo po kaszubsku a poczęści „platem” gdańskim, którym stary Edward dobrze władał, a tak, byli zajęci rozmową, iż Edwardowa, postawszy chwilę, postanowiła nie przeszkadzać im, lecz raczej iść spać.
Już wchodziła na schody, gdy naraz odezwały się dźwięczne, rozbawione głosiki:
— Edwardowa! Edwardowa!
To wróciły cztery panienki, zajmujące wielki pokój na dole.
— Nie ma Edwardowa trochę zimnego, zsiadłego mleka? Nam się tak strasznie pić chce!
Edwardowa była już bardzo śpiąca, ale lubiła te miłe, dobre panienki. Bez słowa postawiła świecę na stole; zeszła do piwnicy po mleko.
Napiwszy się mleka, panienki usiadły w otwartych oknach i zaczęły śpiewać wraz ze swymi czterema młodymi przyjaciółmi.
Wtem zjawił się jakiś młody człowiek, którego do Edwarda zaciągnęło światło, płonące w oknach. Młody podróżny nie miał noclegu i prosił, aby go przenocować choćby na sianie. Zlitowawszy się nad nim, Edwardowa poszła na górę pościelić. Gdy wróciła, pani z warsztatu poprosiła ją o trochę gorącej wody na kompres dla synka, bo małego brzuszek rozbolał po węgorzu.
Tymczasem śpiewy pod oknami ustały i czterej młodzi panowie, śmiejąc się i żartując, poszli do siebie.
Teraz Edwardowa była już pewna, iż będzie mogła położyć się i odpocząć trochę.
Ale wówczas przyszły znów do niej cztery panienki z wielkiego pokoju na dole.
Boją się same spać.
— Jakto same, przecie jesteście cztery!
— Ale my się boimy! Jak Edwardowa nie będzie z nami spała, to my oka całą noc nie zmrużymy. W domu jest obcy człowiek, niewiadomo, co za jeden i wogóle tylu różnych ludzi... Koniecznie, jeśli Edwardowa choć odrobineczkę nas kocha, musi Edwardowa z nami spać.
Wobec tego Edwardowa pościeliła sobie w wielkim pokoju na dole.
Wówczas panienki, napół już rozebrane, zaczęły ciągnąć wielką komodę pod drzwi, aby je zabarykadować.
— A to co znowu? — zdziwiła się Edwardowa, która jak rok długi drzwi na klucz nie zamykała, wogóle nie miała ani jednego klucza w domu.
— Mybyśmy inaczej całą noc oka zmrużyć nie mogły, my się tak strasznie boimy...

Świtało.

Świtało, gdy w wiosce zaczęły się rozlegać przyciszone pukania.
Ze strychów, z różnych kątów i z bud, dokąd zostali wygnani przez letników, powoli, poziewając i zapinając odzież na sobie, wychodzili rybacy — w buksach niemiłosiernie pstrokato połatanych, w kapeluszach starych, wymiętych, o nieprawdopodobnie wygiętych kształtach, w korkach na bosych nogach, lub w wysokich skorzniach. Jeden za drugim kierowali się ku lasowi, idąc powoli, aby ci, co wstali później, mogli ich dogonić. Tak w pochodzie zbierały się maszoperje węgorzowe. Gdy wszyscy już byli obecni, maszoperja zbitą gromadą maszerowała raźno przez las ku swej toni, rozmawiając półgłosem po drodze.
Edward Kunsztowny na rybołówstwo zimowe już nie chodził, był za stary, ale połowów węgorzowych nie zaniedbywał, przeciwnie, bardzo je lubiał. Sypiał już mało, budził się zawsze przed świtem, więc chętnie, zwłaszcza w pogodną porę, robił te dwa czy trzy kilometry piękną drogą leśną. Las był tu wesoły, brzozowy, tedy biały, a przeto jasny i pogodny. W długich rowach, które go przecinały, błyszczała dębowym odblaskiem czarna, nieruchoma deszczówka, czasem na drogę wybiegł zajączek, lub chyżo pomknął między drzewami lis, ścigany okrzykami rybaków. Zresztą w lesie panowała cisza, zrzadka przerywana krakaniem wron.
Pięćdziesiąt blisko lat chadzał Edward Kunsztowny tą drogą leśną na węgorze, od ostatniej podróży do Peru, podczas której, zleciawszy z raji, złamał sobie trzy żebra i omal że się nie zabił. Gdyby nie ten wypadek, Edward Kunsztowny byłby z pewnością do końca życia okrętnikiem, bo podróże tak lubiał i taką miał do świata i ludzi ciekawość, że choć ojca czcił i kochał, wbrew jego woli i nie bacząc na czekające go bicie, trzy razy od niego na statek uciekał. Wróciwszy z trzeciej podróży i odebrawszy należne sobie cięgi, pozostał, tak, aby się wyleczyć, jak też i ponieważ ojciec wkrótce potem zmarł, pozostawiwszy mu wielkie gospodarstwo. Od tego czasu półwyspu już prawie nie opuszczał, zrzadka tylko zaglądając do Gdańska. Jedyną rzeczywistością od tylu lat była dla niego ta „wyspa”, jak rybacy półwysep nazywają; wszystko inne, niby sen, ginęło w mgle zapomnienia.
Niemniej, gdy z maszoperją swą szedł przez las na jarnowanie węgorzy, każdy starał się iść jak najbliżej niego, bo stary rybak chętnie i dobrze opowiadał, a jako że przeżył i widział wiele — więc wątku nigdy mu nie brakło. Maszerował tedy otoczony starymi i młodymi, z przyzwyczajenia hukając na cały głos, a oni szli za nim w milczeniu, chciwi każdego jego słowa, że zaś trwało to długie lata, więc wszyscy napamięć jego historje umieli. Ale właśnie dlatego lubili go słuchać, i gdy się w czemś pomylił, lub czegoś zapomniał, sami mu podpowiadali, na co Edward Kunsztowny z wdzięcznością kiwając głową, odpowiadał:
— Osobliwie, tak było!
Opowiadał zaś chętnie o duchach, o swych spotkaniach z ludźmi z tamtego świata, o tem, jak pełny zwierza dawniej był las helski, jak to on wszystko potrafi kunsztownie ukształtować, tak, że go każdy musi pochwalić, jak go zawsze wszyscy kochali i kochają, ale najchętniej i najszerzej rozwodził się nad końmi, które kiedyś miał, gdy był jednym z nielicznych furmanów na „wyspie”, rywalizujących z mechelińskimi szkutnikami, którzy w obrębie zatoki trzymali w swych rękach cały transport i komunikację.
O, wtedy, gdy miał tę parę „rappów” i „brunów” czyli parę karych i kasztanów, które w przeciągu dwudziestu minut mogły zdążyć z Jastarni do Helu, Edward Kunsztowny był jednym z najmajętniejszych i najszczęśliwszych rybaków na półwyspie! Znano go doskonale we wszystkich oberżach, bo gdzie tylko się pojawił, piwo lało się strugami, a muzyka i tańce trwały do rana. Było to dawne bujne życie, gdy wszystkiego było poddostatkiem. Potem spadły na Edwarda Kunsztownego różne nieszczęścia, tak, że musiał sprzedać konie, a z tem stracił główne źródło swych dochodów.
Dziś jednak Edward Kunsztowny nie opowiadał ani o koniach, ani o przebrzmiałych dawno starych „tuńcach” i „leforkach”, lecz z miną tajemniczą rozprawiał o skorzniach, czyli wysokich butach nieprzemakalnych.
Trzy są rzeczy, o których rybak zawsze chętnie i z ożywieniem mówi: wiatr, skorznie i bulwa czyli ziemniaki. Wiatr przynosi mu ryby, skorznie są najdroższą i najważniejszą częścią rybackiego ubrania, zaś bulwa stanowi główne pożywienie.
Główną troską rybaków, jeśli idzie o skorznie, są miejsca najsłabsze i najmniej trwałe, a mianowicie szwy, których jednak uniknąć nie można. Wielu filozofów głębokich i mądrych dumało już nad zagadnieniem skorzni tak uszytych, aby szwów nie było, skorznie jednak pozostawały wciąż takie, jakie były za najdawniejszych czasów. Statki parowe zastąpiły żaglowce, powprowadzano różne nowe sposoby rybołówstwa, wymyślono aeroplany, zbudowano kolej na Helu, ale skorzni bez szwów nikt wymyślić nie zdołał, i jak dawniej, tak i dziś — te uparte buty wciąż podają w wątpliwość wszechpotęgę myśli ludzkiej.
— Żeby wcale bez szwów się obyło, nie jest możliwe — mówił Edward Kunsztowny, gdy szedł ze swą maszoperją przez las. — Nawet szwy tak bardzo nie szkodzą. Ja sobie ukształtowałem skorznie, które każdy pochwalić musi, bo osiemnaście lat już je mam, a wody nie puszczają.
— Ty, Edwardzie, na rybołówstwo oddawna już nie wychodzisz, chyba na wangorze i z laskornem na łososie, dlatego twoje skorznie są tak długo „wasserdycht”. Szwy w wodzie morskiej muszą puścić.
Kilka energicznych „Jo! Jo! Jo!” potwierdziło tę tezę.
— Jest to możliwe, żeby były skorznie bez szwów? — pytał ktoś z namaszczeniem.
Rozległo się powszechne „nei”.
— Le z jednym szwem, toby już było możliwe — twierdził Edward Kunsztowny. — Jak spać nie mogłem, nieraz o tem myślałem. Nie wiem, jakby to uczynić, ale doch myślę, żeby się to dalo.
Wszyscy maszopi zaprzeczyli, jednak Edward nietylko się nie obraził, ale zaczął się tajemniczo i znacząco uśmiechać.
— Jak czlowiek zechce, to wszetko obzorguje. U mnie jest tera jeden stary szewiec z Gduńska, majster mocno uczony, stateczny i już niemłody. On mi mówił, że skorznie o jednym szwie ma w swojej glowie ułożone. Nie chciał mi powiedzieć jak.
To wszyscy zrozumieli. Każdy ma swoją tajemnicę i nikt nie lubi, jak mu na ręce patrzyć. Ale żeby mógł uszyć skorznie z jednym szwem, żeby się taki człowiek znalazł i żeby chciał zamieszkać we wiosce, toby było nie do wiary.
Rozpoczęła się dyskusja tak ożywiona, że maszoperja ani się spostrzegła, jak stanęła nad zatoką koło swych batów.
Po chwili rozległo się głośne „hijooo — hi!”, i czarne pękate łodzie zakołysały się na marszczących się drobno falach, od których szedł blado-błękitny blask.
Daleko widać było żagle kilku „pomarenków”.
Niebo zaczynało się na wschodzie rumienić, nadbrzeżny czarny las jeszcze spał.

Pierwsze podmuchy.

W lecie Etta pomagała matce w gotowaniu i obsługiwaniu gości, co robiła ze wstrętem, bo w rzeczywistości była całą duszą rybaczką i najchętniej wyjeżdżała z ojcem i braćmi na morze, w najgorszym zaś wypadku pracowała w wędzarni. Zwykle rybaczki na morze nie wyjeżdżają i nietylko, że się rybołówstwem nie zajmują, ale się zupełnie na niem nie znają. Etta stanowiła pod tym względem wyjątek. Ojciec jej, stary Paweł Zelin Chudy, nie należał do żadnej maszoperji i nie wdawał się z nikim w żadne spółki, na rybołówstwo chodził sam z dziećmi, tak, że cały zarobek szedł do domu.
Ale w lecie rybołówstwo było tak małe, że pomoc Etty stawała się zbyteczna, zato matka sama nie mogłaby sobie dać rady. Córka musiała jej pomagać. Obsługiwała gości, co czasem bywało zabawne i zajmujące, bo dawało sposobność do obserwowania oryginalnych i nieznanych okazów ludzkich z dalekich stron — a to rybak lubi. Ale musiała też obierać bulwę, myć naczynie i talerze, czyścić noże, widelce, pomagać w gotowaniu, co znów doprowadzało ją do rozpaczy. Rybak podejmie się każdej pracy i zrobi wszystko, nie znosi jednej tylko rzeczy — mianowicie paprania się z gotowaniem.
Dlatego lato było dla Etty okresem męki i czyśćcowej iście pokuty. Budziła się zawsze zła, zmęczona, zniechęcona do życia i z przerażeniem myślała o czekającym ją całym dniu kręcenia się po domu z głową nabitą tysiącem drobnych szczegółów, nie pozwalających o niczem spokojnie pomyśleć. W dodatku matka, niemłoda już, powolna i mało energiczna, rady sobie dać nie mogąc i zupełnie z równowagi wytrącona, to stękała, jęczała i omal nie płakała, to znów „szkalowała” córkę o byle co całemi godzinami.
Jedyną ucieczką było sprzątanie w pokoju lokatorów, a zwłaszcza lokatorek. Tyle tam było różnych cacek, flakoników, szkatułek, puzderek, tyle różnych rzeczy nieznanych a ozdobnych i — jak się pokazywało — pożytecznych, potrzebnych, że Etta mogłaby się im godzinami przyglądać. Jeszcze bardziej ją cieszyło, gdy lokatorki, chcąc się przed „dziką” rybaczką pochwalić, popisywały się przed nią używaniem tych wszystkich przyborów damskiej toalety i robiąc sobie manicure, w strojnym, ponętnym negliżu porannym, opowiadały jej o różnych cudach życia kobiecego na lądzie. A Zolojka podziwiała je szczerze, bez cienia zazdrości, z tą naiwną wiarą, z jaką dziecko słucha powiastki. Wiedziała, że sama tego wszystkiego nigdy nie zazna, że to wszystko nie dla niej, że nawet szmaki żadnej w tem nie znalazłaby — więc podziwiała, wielbiła i śmiała się.
Gorzej było, gdy nadciągała „norda” — wiatr północny, który w dziwny sposób działał jej na nerwy. Stawała się wówczas podrażniona, niechętna, tak zła, że ręce jej zaczynały drżeć, gdy ją coś zgniewało, a wybuchała o byle co. W dodatku dokuczał jej wówczas stale silny ból głowy, który ją prawie do szaleństwa doprowadzał.
W zimie rzucała wtedy wszystko i uciekała nad morze, ale w lecie musiała być na zawołanie gości i dusić się w kuchni. A to była męka.
Dlatego, jak tylko rano ujrzała, że panienki Marysie wychodzą i dają jej znak, aby poszła razem z niemi na plażę, wymknęła się z kuchni i pobiegła za niemi, zwłaszcza że była ciekawa szczegółów wczorajszej zabawy.
Ale panienki nie były jakoś rozmowne. Powróciwszy z przejażdżki, zachwycone i rozmarzone, do późnej nocy jeszcze rozmawiały, zwierzając się sobie wzajemnie z wrażeń i myśli. Były niewyspane i jeszcze jakby oszołomione.
— Szkoda, że nie pojechałaś razem z nami, Zolojko, — rzekła jedna z nich.
— Musiałam pomagać neńce! — odpowiedziała, chmurząc się.
— Myśmy wiedziały i dlatego nie wzięłyśmy cię ze sobą.
Zolojka zachmurzyła się jeszcze bardziej.
Szły strądem.
— Dlaczego ty się właściwie nazywasz Zolojka? — odezwała się druga panna. — Takiego imienia nie słyszałam. Jest Zulejka — ale to tatarskie czy tureckie imię.
Tego już dziewczynie było za dużo.
— My jesteśmy dobrzy chrześcijanie, katolicy — rzekła głosem drżącym z oburzenia — Tatarów żadnych ani Turków u nas nigdy nie było i niema. Może tam są, na kraju, u was!
— U nas są! — odpowiedziała panienka spokojnie.
— Ale od czego jest to imię „Zolojka”, co znaczy?
— To nie imię, to przezwisko, urągadło! — Mnie na imię Jadwiga, Etta, nie żadna Zolojka...
— Ale przecie sama słyszałam, jak na ciebie tak wołali...
— To tylko tak wołają. Tu na jedną dziewczynkę wołają „Zyda” — bo jak jest wiatr południowy, to ona bardzo płacze i krzyczy... I jedna bialka też ma urągadło Zyda, bo jak wiatr południowy przyjdzie, to ona się wciąż z mężem kłóci...
— A to ludzie od wiatru chorują? — dziwiły się panienki.
— Ja nie wiem! — cicho odpowiedziała dziewczyna. — Nie wiem, co to jest... Puszka, ten co mjewy wypycha tak ładnie, on jest bardzo dobry człowiek i potrafi wszystko, a jak przyjdzie zyd-west, zaraz zaczyna pić i jest chory od wiatru... A mnie zawsze głowa bardzo boli i jestem zła, jak ma przyjść norda...
Ostatnie zdanie powiedziała głosem jakby pokornej przestrogi i dodała:
— Jestem wtedy taka zła, że mogłabym zrobić nie wiem co... A dziś mnie tak bardzo, tak bardzo. —
Jęknęła cicho i dodała po kaszubsku:
— Głowa żala, żala... Norda idzie...
Panienki spojrzały na dziewczynkę z niepokojem.
Była istotnie bardzo blada.
— Jak norda ma przyjść — mówiła dalej, mimowoli zwracając się ku północy — uciekam zwykle z domu i chodzę, chodzę strądem nieraz do późnej nocy. —
— Sama!
— Cóż mi się może stać?
— Mógłby cię kto napaść.
— Tego u nas na półwyspie niema. Człowiek mnie nie napadnie, a duchów się nie boję... Chodziłam tak sama na strąd już jako małe dziecko. Dlatego nazywają mnie Zolojką...
— Ale od czego to przezwisko?
Dziewczyna milczała przez chwilę.
— Panienki wiedzą, co to zoloj?
— Nie, czy to jaki ptak?
Zolojka stanęła i przez chwilę myślała, co powiedzieć, następnie poprowadziła obie panienki tuż nad wodę.
— Co tu jest? — zapytała.
Na piasku nakreślone były łuki, pozostałe po odpłyniętych falach. Wyglądało to jak dziecinny rysunek, mający przedstawiać łańcuch górski. Wzdłuż tych łuków leżały rozsypane muszelki i kamyczki.
— Co tu jest? — powtórzyła dziewczyna.
— Domyślam się! — wykrzyknęła jedna z panienek, — To fale tak plażę zarysowały.
— To miejsce nazywa się po naszemu „grzebień”, tu gdzie się morze ze strądem styka.
— Dlaczego ty mówisz „strąd“ a nie po polsku „plaża?” — zapytała naiwnie druga panienka.
— Plaża jest dla letników, którzy się kąpią w morzu, leżą na piasku i nic nie robią. Dla rybaka to jest strąd, a ja jestem rybaczka. Teraz niech panienki patrzą.
Z morza przyleciała fala, która rozlała się po brzegu i odpłynęła, pozostawiwszy po sobie mokry pas, niby modrą, lśniącą wstęgę jedwabną.
— To zoloj! — rzekła Zolojka, ukazując ten pas panienkom. — To miejsce, po którem morze biega.
— Aha! I od tego nazywają cię Zolojką! To bardzo ładne. Teraz jak o tobie pomyślę, będę zawsze widziała wstążkę „changeante” morskiego koloru, a na niej różnobarwne i świecące kamyczki i muszelki jak stokrotki. I ty masz oczy tego koloru, co ten twój zoloj...
— Słyszą panienki, jak rewy grają?
— A co to są rewy?
— Wały pod wodą. Kiedy o rewę rozbije się bałwan — my mówimy denega — ona gra. — Nordy jeszcze niema a rewy już grają i morza dużo...
Istotnie, morze falowało dość silnie, tak, że ledwo parę osób kąpało się i to przy brzegu. Ale mimo pewnego wzburzenia fale nic nie straciły ze swego wdzięku, tanecznej harmonji, modrego pawiowego połysku i iskrzyły się od światła.
Panienki stały zapatrzone na strądzie, nie bacząc na chłodny wiatr, który obciskał na nich odzież, tak, że wyglądały jak dwie śliczne, smukłe, zgrabne figurynki.
Zolojka też patrzyła.
Mimo chłodu na plaży było sporo osób. Jedni się przechadzali, drudzy leżeli lub siedzieli, dzieci bawiły się w piasku, plaża była złota, wszystko sennie pogodne.
A Zolojka widziała w duszy idące od północy czarne tucze zimowe, słyszała przeraźliwy świst i łomot huczącego warczenia nordy, grzmot fal, łamiących się na mieliznach i w tej chwili doznała wrażenia, jakgdyby piekący lodowaty powiew sparzył jej ręce i twarz. Przypomniała sobie zesmagany wichurą, zryty, pokaleczony strąd i siebie, dygocącą z zimna, grzebiącą sztywnemi palcami zmarznięty, twardy piasek i napełniającą nim worek. Ileż takich worów ciężkiego piachu poniosła już na swych plecach, wpółzgięta, ze strądu do wioski i ileż ich jeszcze poniesie! Będzie je nosiła całe życie, póki się nie zestarzeje, a wtedy, jak wszystkie stare rybaczki, chodzić będzie wprzód pochylona, w pasie przełamana.
Jedna z panienek wykrzyknęła:
— Śliczne morze! Cudowne!
W dziewczynie zawrzało. Chciała coś powiedzieć, ale właśnie druga panienka szepnęła.
— Nasze Janki idą!
Ona ich też dojrzała. Przedewszystkiem jego, jego, jego!
Co ona tu robi? Czego szuka? Powinna w domu siedzieć, matce pomagać, drzewo rąbać, sprzątać... One mogą wszystko, im wolno, dla nich morze jest śliczne i te oczy...
— Żeby to marnie zdżineno!
Wbiegła szybko na wydmę i wpadła w las.

Burza.

Tuż za stacją ratunkową spotkała w lesie brata z Hermanów Tomaszów Duszą.
Józk, z czapką zsuniętą na tył jasnej, gęstej czupryny, śmiał się, szczerzył zęby i trzymając Duszę za ręce, coś jej szeptał. Dusza słuchała go zapłoniona, niewyraźnie uśmiechnięta, ale śmiało patrzyła mu w oczy, a usta miała czerwone, jakby się napiła gorącej kawy.
Kiedy indziej Zolojka minęłaby ich obojętnie. Wałęsając się po strądzie i po lesie, widziała niejedno i nie widziała. Była dziewczyną prostą, lecz czystą, i nie patrzyła nigdy na to, czego widzieć nie powinna, a co dla ciasnoty miejsca nieraz działo się w jej obecności.
Ale teraz przypomniała sobie wczorajsze spotkanie z bratem nad zatoką i odrazu domyśliła się, kto to był ten cień uciekający.
— Więc to Dusza, Dusza, która miała już dziecko!
Jakie to wszystko podłe, fałszywe, złe!
To jest ta miłość!!
Ona myśli, że „dlatego” on ją sobie teraz „weźmie”, a on myśli, że jej nie potrzebuje wziąć, bo ona ma dziecko, więc — znowu „dlatego”... Oboje kłamią sobie, że się „kochają”. I oboje się mylą, oszukują, a co z tego wyniknie?
Grzech i nieszczęście!
Głowo, głowo, głowo!
Neńka w domu szkalowała:
— Co ty — glupiego rozumu dostalaś? Dzie, dzie, dzie ty chodzisz?! Ja tu muszę pólnie warzyć, uedę alać, a ty, brzydalu, po strądzie latasz i glupstwa robisz! Ty swoje dostaniesz! Tatk przyjdzie, on ci da karo! Czy mial kto widzone, żeby mlody dzeus tylko psoty mial w glowie!
— Nei, neńko, ja nie mam psoty w glowie, le mnie glowa mocno żali! — broniła się dziewczyna.
— Glowa cię żuli!
Matka była z Kuźnicy i wymawiała inaczej:
— Mnie wszetko żuli! — skarżyła się płaczliwie. — Le robić muszo! A ty jesteś mloda — i taki z ciebie zgnil do roboty!
W kuchni — mimo drzwi otwartych — było duszno i dziewczynie odrazu zrobiło się niedobrze. Pochylona nad cebrzykiem, w którym myła talerze, płakała gorzko. Łzy jej kapały w brudną, tłustą wodę, a równocześnie z pokoju, sąsiadującego z kuchnią, dolatywał ją przez otwarte drzwi ostry fetor tanich cygar, wódki, octu i skrzeczący przymilnie — uprzejmie głos:
— Gosposiu, a nie macie przypadkiem trochę oliwy do tej sałatki z pomidorów? Bo my w Warszawie —
Zgrzytała zębami, zaciskała pięści, ale robiła swoje. I nie odezwała się ani słowem, kiedy w obiadowej porze zeszły się w kuchni prawie wszystkie „ich’” letniczki — jedne dla zobaczenia, co będzie na obiad, drugie aby zabrać się do gotowania obiadu.
Czasami przemknął się przez kuchnię stary Paweł Zelin, zwany Chudym — jej ojciec.
Chudy był, policzki miał zakląsłe jak spodeczki, nos duży, przekrzywiony jak żagiel, na „zyd-ost” — lat siedemdziesiąt dwa — ale włosy i brwi czarne, w czarnych jak atrament oczach wesołe iskierki, na wargach zawsze dobrotliwy uśmiech a zęby białe jak młoda dziewczyna.
On jeden rozumiał i oceniał należycie całą mękę córki i on jeden potrafił ją czasem pocieszyć. Tak i teraz podszedł do niej, poklepał ją po ramieniu i rzekł:
— Bóg ci dał chorobę, Bóg ci ją odbierze, za kilka dni już odjadą, pojedziemy na wangorze, córko!
Po południu znowu przyszedł do panienek ze swym przyjacielem ten „ladny”. Był w granatowem ubraniu, a w dziurce marynarki miał wielki puszysty gwoździk biało-czerwony. Ponieważ było chłodno, nie wychodzili. Zjedli razem podwieczorek, a potem chłopcy grali i śpiewali. „Ten” śpiewał i sam, i Zolojce aż się gorąco od jego śpiewu robiło. Kiedy przechodziła koło okien pokoju, panienki spostrzegły ją i zawołały. Weszła. W pokoju pachniało perfumami, kwiatami i cukierkami. Panicze siedzieli, brzdąkając w gitarę i paląc papierosy, jedna panienka przykryta pledem leżała, druga dała Zolojce duży kawałek tortu, garść czekoladek i dwie pomarańcze, a „on” podał jej pełną szklaneczkę ciemnoczerwonego wina. Widziała, że to „jego” szklaneczka, że „on” z niej pił i chciała nie pić, ale na sam widok wina taki ją na nie zebrał gust, że się nie mogła pokusie oprzeć. Wypiła duszkiem. Wino było słodkie i mocne. Dobrze jej zrobiło.
Nad wieczorem zaglądnął do nich Tuna z bagru w Gdyni. Lubieli się. Ale Tuna przyszedł z twarzą zasmoloną, tak, że oczy miał białe jak zęby, które ciągle szczerzył. Ręce też miał czarne, ogromne, pierś odsłoniętą i ciemną jak stary rzemień, a czuć go było dnem morskiem. Ładny kawaler! Czarny, twardy, szeroki i cuchnący błotem morskiem. Tenby zaśpiewał dopiero, no! I ubrałby jej łódź kwiatami, i powiózłby ją na zatokę, na wycieczkę i kupiłby jej cukierków, wina! Gdy ją uszczypnął, tak się rozgniewała, że wygnała go z kuchni.
Ujrzawszy, że panienki po kolacji z paniczami wychodzą, poszła do ich pokoju sprzątnąć trochę. Wszedłszy cicho, według zwyczaju rybackiego w samych tylko pończochach, ujrzała gospodarującego w pozostawionej na stole skrzynce z węgorzami obcego kota, który na jej widok drapnął przez otwarte okno z funtowym wędzonym węgorzem. Posprzątała, zamknęła okno, zasłoniła je firaneczkami i już chciała wyjść, gdy wtem zauważyła na stole „jego” szklaneczkę, ledwie napoczętą. Wino gorzało w niej jak czysta krew. Mimowoli sięgnęła po szklaneczkę. Przez chwilę wahała się, a potem wypiwszy „jego” wino jednym haustem, postawiła szklaneczkę na dawnem miejscu, zgasiła światło i wyszła.
Ledwo, pochyliwszy się nad cebrzykiem, zaczęła znowu myć talerze, krew uderzyła jej do głowy tak, że się jej ciemno w oczach zrobiło. Coś jej w duszy runęło, wrzasło i wówczas przejrzała.
Tak, to było to, o czem myślała wciąż.
To! To!
Norda przyjdzie! Musi przyjść! Zryje przy brzegu dno, wyżre nowe „kule”. Tam, gdzie panienki się kąpią, jest taka „kula” na sążeń głębokości, ale po sztormie ta jama podwodna może mieć trzy albo cztery sążnie. Jak kto w taką kulę wpadnie, to nawet jeśli dobrze pływa, niezawsze sam z niej wylezie, bo go w nią spycha sztorm i denega. A one pływają źle. Jedna pływa trochę, druga prawie że nic. I zawsze, jak wchodzą w wodę, trzymają się za ręce. Jak wpadną w kulę, to ta, która pływać nie umie, złapie się drugiej, a wtedy — utoną obie. Pójdą na dno, napiją się wody.
A jeżeli w „ich” miejscu kula się nie zrobi?
Ktoś się roześmiał, zachichotał.
I Zolojka się zaśmiała.
Gdyby tam kuli nie było, to ona im powie — że jest. A poprowadzi ich tam, gdzie kula będzie. One w nią wejdą. I koniec. Nie będą więcej śpiewały na zatoce...
Lecz, gdyby je wyratowano?... Rybacy mają zawsze służbę na plaży...
Ona do nich pójdzie — zanim „one” zaczną się kąpać — ona im zajrzy w oczy, uśmiechnie się, zacznie opowiadać o letnikach tak, żeby się śmiali... Nie zauważą, nie spostrzegą, a gdy letnicy zaczną krzyczeć, będzie za późno. Jo! Tak uczyni!
Zobaczą, jakie morze jest „śliczne”! Nei! Tacy byli tu rybacy mocni, a ginęli... Ginęli — dla centnara śledzi — one tyle już radości na świecie zaznały, że więcej im nie potrzeba. Mają dość. Mogą się pobawić piaskiem morskim w głębokiej kuli...
Nagle stanęły jej przed oczami dwa sztywne ciała, a zaraz po nich pojawiły się drugie, przypadkiem w ciągu lat widziane, a uparcie spychane na dno niepamięci. Gromadą ohydną zaczęły tańczyć na czarnych falach, okropne, odęte...
Tak się zlękła tej potwornej wizji, że wypuściła z rąk talerz, który stłukł się na kaflowej posadzce, i przerażona wypadła z kuchni.
Noc była późna, ludzie już prawie wszędzie spali, samotne białe lampy łukowe płonęły spokojnie, wysoko na niebie świeciło wśród chmur kilka gwiazd. Morze grzmiało, a daleko słychać było dudnienie nadlatującej burzy.
Zolojka stała chwilę wśród nocy zrozpaczona.
Cóż ona zrobiła?
Z zazdrości, ze złości szatańskiej, śmierci życzyła ludziom niewinnym i którzy byli tacy dobrzy dla niej! Sama chciała zepchnąć ich w głębiny morskie i zrobić tak, żeby ich nawet ratować nie można było! Jest to możliwe, aby tak łatwo popadła w sidła piekielne!
— Boże! Boże!
Jak stała, w samych pończochach tylko pobiegła ku kościołowi. Gdy miała przejść przez Trupią Drogę, to jest to miejsce, przez które przenosi się na cmentarz trumny ze zwłokami, zawahała się. Było to przecież straszne miejsce. Ale strwożone zbrodniczemi myślami jej biedne, skołatane serce tak łaknęło modlitwy, iż nic jej powstrzymać nie mogło. Westchnąwszy do Boga, śmiało przekroczyła Drogę i skierowała się ku kościołowi. Tam padła na kolana przed zamkniętemi wrotami i zaczęła się gorąco modlić.
Ale i tu nie opuszczały jej duszności, szum w uszach i dławiący skurcz gardła. W wyschniętych ustach czuła gorycz, a serce jej wzbierało. Udręczona, nieszczęśliwa, oparła się rękami o chłodne, twarde wrota kościelne, przywarła do nich twarzą i rozpłakała się rzewnie.
A wtedy nadciągnął z morza głuchy, przeciągły, jakby organowy szum. Rewy przybrzeżne zagrały głośno, radośnie, zadudniał strąd, las, party tchnieniem potężnem, zaskomlał, zaskowytał zrazu, a potem zawył z bólu, drzewa przed kościołem zadygotały, zaczęły krzyczeć.
I rozpoczęła się burza. A w duszy cierpiącej dziewczyny zrobiła się wielka, jasna cisza, umilkło skołatane serce, czoła dotknęły miękkie, chłodne dłonie spokoju.
Po pewnym czasie we wszystkich uliczkach wioski zadudniły ciężkie kroki.
To rybacy w zydwestkach, skorzniach i nieprzemakalnych ubraniach biegli ratować zastawione żaki.
Późną nocą stary Stefan Kąkol wracał od Edwarda Kunsztownego gdzie był, aby wybadać cudotwórcę-szewieca, genjalnego autora pomysłu skorzni z jednym tylko szwem. Szewiec miał sporo roboty od letników, zwłaszcza od letniczek, bo choć szewców w wiosce nie brakowało, mało który znał się na miejskiej, delikatnej robocie, w której Gdańszczanin był biegły. Znawca mógłby był stwierdzić na podstawie tego, iż to nie jest żaden konstruktor szewcki, jeno skromny monter, rybaccy majstrzy jednak, przywykli do prostych butów i skorzni, wnioskowali wprost przeciwnie.
Tedy genjalny szewiec z Gdańska miał zamówienia, robotę, cały stos różnych pantofelków do załatania i — budlę wódki, po której wypiciu Stefan Kąkol postawił drugą. Gdy na tem tle wyrozumiał i zbadał cały genjusz szewieca i zupełną niepojętość skorzni o jednym szwie, wziął od Edwarda Kunsztownego latarnię, zakopconą jak kiełbasa w kominie i ruszył w powrotną podróż do domu. Że się pod nim ziemia trochę kołysała, z tego sobie jako stary okrętnik nie robił nic.
Wyszedł i odrazu wpadł w objęcia nordy.
— To jest dobrze! — powiedział sobie, niewiadomo dlaczego.
Idąc dalej zawadził o coś nogą. Szukał, szukał, nie mógł znaleźć. Nie było przed nim nic, prócz odrobiny światła latarni i tańczącego po piasku cienia.
— To jest licho! — oświadczył. — Potknąłem się o własny cień...
Wszedł na Trupią Drogę i zrobiło mu się niewyraźnie. Tylu przyjaciół przeniósł już tędy na własnych barkach... Żeby tak który po niego nie zechciał przyjść...
Lampy już pogasły. Było ciemno.
Stary podniósł wgórę latarnię, aby się lepiej rozejrzeć. Przy jej wyraźnem świetle ujrzał — zdawało mu się — postać klęczącą u zamkniętych wrót kościelnych.
Zląkł się? Nie! Tyle razy już widywał ludzi z tamtego świata! Niedawno temu, gdy wracał z Boru, zastąpiła mu drogę otruta przed dwudziestu laty kobieta i nie chciała go przepuścić, mimo że ją nożem kłuł. Ale zawsze — to nieprzyjemne, a zbadać trzeba, bo któż wie, co to może być... Różnie bywa.
Tedy Stefan Kąkol, chłop stary ale krzepki, dwu metrowej prawie wysokości, wzmocnił się w sobie i głosem potężnym zapytał:
— Kto tu?
Odpowiedział mu tylko trzask gałęzi, szarpanych nordą.
Jeszcze raz dla pewności podniósł stary rybak latarnię i tym razem zupełnie wyraźnie już ujrzał klęczącą pod kościołem postać kobiecą. A przeto po raz drugi zawołał:
— Kto tu?
I znowu tylko ryk nordy i szum drzew. Postać przed kościołem ani drgnęła.
Tego już staremu Stefanowi było za dużo. Duch nie duch — ale to od niego jest licho, że nie odpowiada.
Obraził się stary rybak i śmiało ruszył w stronę widma, wołając groźnie:
— Gadaj zaraz, czyś duch, czy żywy, bo jak nie odpowiesz, to ci dam w pysk!
Z pod kościoła dało się słyszeć ciche skomlenie. W świetle latarni ujrzał stary bladą twarz dziewczyny.
— Zolojka! — wykrzyknął. — Czego tu chcesz tak późno? Czemu nie idziesz spać?
— Norda — odpowiedziała, drżąc z zimna.
— Jo! Norda cię trzepie! — zrozumiał. — Czemuś nie odpowiadała? Mało brakowało, a byłbym cię i ja trzepnął.
Chciała coś powiedzieć, ale nie mogła. Szczękała zębami, wargi jej drżały.
Wziął ją za ramię i podniósł z ziemi.
— Chodź. Zaprowadzę cię do domu.
Poszli.

A kiedy wszystkie kroki ucichły i nigdzie w uliczkach nie było żywej duszy, wicher zawył jak rozsrożony potwór i zaczął hulać po półwyspie.

Poranek po burzy.

Burza trwała krótko i już rano ucichła.
Była to tylko mała przygrywka, przypadkowa improwizacja, zabawa bez znaczenia i następstw. Zresztą na morzu wszystko zwykle bezustannie się zmienia.
To też, gdy Zolojka rano wstała, dzień był pogodny i piękny.
— Będzie dziś ciepło! — rzekł jej na powitanie ojciec. — Zdrowa już jesteś?
Zaczerwieniła się i nic nie odpowiedziała, bo wstyd jej było tych przypadłości. Narąbała drzew, zapaliła w piecu, nastawiła śniadanie i surowo przykazawszy ojcu pilnować mleka, pobiegła do kościoła, a potem na „górę” czyli nadmorski wał wydmowy za „Smątarzową drogą”, odwieczne stanowisko obserwacyjne rybaków z tego kantu wioski. Stojąc na tem samem miejscu, z którego pradziadowie jej obserwowali hanzeatyckie i holenderskie karawelle, galeony, galery i statki towarowe, a skąd teraz widać było parowce idące do Gdańska, dziewczyna wytężonym wzrokiem wpatrywała się w morze i rozglądała się po strądzie, ciekawa zmian, spowodowanych burzą.
Na pierwszy rzut oka wszystko było, jak zwykle. Zniknęły wprawdzie z morza przybrzeżne linki żaków, które teraz suszyły się rozwieszone na palach pod „górami”, na białej plaży niedaleko zoloju świeciły jak oka w pawich piórkach liczne firbeki czyli nadbrzeżne kałuże, plaża była trochę zryta i stwardniała od wody, lecz zresztą zmian żadnych nie było. Ale z „grzebienia”, to jest owych przecinających się krzywych linij powstałych na piasku po falach, Zolojka poznała, iż morze tej nocy „preszcyło” mocno i dochodziło aż do gór. Dlatego zbadawszy strąd, z niepokojem zaczęła znów przyglądać się morzu.
Było ciche, pięknie zielone, promienne, woda była, według wyrażenia rybaków „jak olejwa”, ledwie przelewająca się jasnemi i ciemnemi smugami. Przybrzeżna sucha rewa, czyli tak zwany „Sachej”, mielizna, ledwie wodą przykryta, widniała wyraźnie, podobna do żółtoróżowej pręgi i nieomal wystawała z wody, ale „beka” za nią, to jest głębsze miejsce, była bardziej zielona niż dnia poprzedniego. Znaczyło to, iż fale zryły tu dno i wyrzucając z beki piasek na „sachej”, pogłębiły ją.
Zobaczywszy to dziewczyna, zbiegła z „góry” na plażę i zaczęła nią iść, wciąż bacznie wpatrując się w smugi przybrzeżne. Czasami potrząsała głową, jakby zaniepokojona czy niezadowolona. W niektórych miejscach beki pogłębiły się znacznie, gdzie indziej kule, dotychczas nie niebezpieczne, stały się groźnemi jamami i dołami. Człowiek lądowy nie spostrzegłby tego, ale rybaczka czytała w wodzie, jak w otwartej książce. Oko miała tak wprawne, że z koloru wody odgadywała głębokość tak pewnie, jakby ją odmierzała „lotem”.
W jednem miejscu stanęła i aż ręce załamała. Tu codzień rano, a nieraz w południe i wieczór kąpały się „jej” panienki. Było to ich ulubione miejsce dlatego, że dno morskie było równe, a woda sięgała tylko po piersi, tak, że ta, która umiała pływać, mogła się popisywać tą sztuką, zaś ta, która nie umiała, mogła się kąpać bezpiecznie, nie bojąc się utonięcia.
Teraz całe dno było tu zryte. Zielona woda pełna była centków ciemniejszych, poczem Zolojka poznała, iż są tu nietylko kule, ale mniejsze od nich doły. Gdyby która z panienek wpadła w taki dół, straciłaby głowę i utonęłaby niezawodnie!
Stało się tak, jak to wczoraj pomyślała! Nic nie pomogło, że tę złą myśl zmyła z siebie gorącemi łzami skruchy, nic nie pomogło, iż wyspowiadała się z niej Bogu, klęcząc na piasku u wrót kościelnych — pomyślane przez nią złe stało się, i oto tu zastawione już sidła śmiertelne czekają na swe ofiary.
Lądowy człowiek powiedziałby sobie poprostu:
— Pójdę, przestrzegę panienki, wytłumaczę im, żeby się w tem miejscu nie kąpały, i już.
Potem poszedłszy spokojnie dalej, wstąpiłby gdzieś na kawę, czy coś podobnego, załatwiłby jakieś swoje interesy i wróciłby spokojnie do domu, wiedząc, że ma czas, bo panienki kąpały się zwykle dopiero po dziewiątej.
Ale rybak myśli inaczej. Przyzwyczajony do liczenia się ze wszystkiemi okolicznościami, wszystkiemi możliwościami i przypadkami, ma bardzo daleki widnokrąg, a co za tem idzie, rozumie doskonale trudność najwłaściwszego postąpienia połączoną z koniecznością szybkiej decyzji. Człowiek lądowy może postąpić właściwie lub zbłądzić, a potem błąd naprawić — człowiek morza, zbłądziwszy — ginie, a nie ma czasu długo rozmyślać nad tem, co zrobić.
— Iść do domu, przestrzec panienki? — myśli Zolojka.
Mogły już wyjść. Może się z niemi rozminąć. Mogą wyjść, zanim się z nimi rozmówi. Może ją neńka czemś zająć, tak, że nie będzie miała czasu.
Czekać tu, przy tych kulach? Mogą przypadkiem kąpać się gdzie indziej, w miejscu jeszcze gorszem! A potem, jeśli się co złego stanie, to ona będzie winna, ona... Bo ona pomyślała.
Ogłuchła, zaniewidziała, zwróciła się cała w głąb, słuchając „głosu” — a potem szybko poszła ku domowi.
Gdy zgrzana i zdyszana weszła do ich pokoju, były dopiero napół ubrane.
Odetchnęła.
— Gdzieś ty była, Zolojko? Taka czerwona, zmęczona! Wyjeżdżałaś na węgorze?
— Nei!
Mówić nie mogła, potrząsała tylko głową i uśmiechała się do nich swemi dobremi, jasnemi oczami.
— Patrz, ona ma oczy naświetlone słońcem i morzem! — wykrzyknęła genjalnie jedna z dziewczynek.
— Oni wszyscy mają takie oczy! — zauważyła druga. — Jasne i dobre!
Zolojka uśmiechnęła się, a serce zabiło jej tak, że w jednej chwili zrobiło się jej ciepło w piersiach. Sięgnęła do kieszonki sweatera i wydobywszy z niej garstkę bursztynów, wysypała je na stół.
— Przyniosłam panienkom bursztyny! — rzekła. — Nie są ładne, ale można z nich zrobić paciorki.
— Skąd je masz? Gdzie je znalazłaś?
— Na strądzie — odpowiedziała.
— A myśmy tyle razy szukały i nigdyśmy nic nie znalazły! Jak ty mogłaś znaleźć?
Wzruszyła ramionami. Nie wiedziała nawet, że zbierała bursztyny. Machinalnie schylała się czasem, nie patrząc poco, nie wiedząc dlaczego. Robiła tak od dziecka — a słynęła w wiosce ze swego szczęścia. Znała strąd, znała morze, wiedziała, że norda bursztyny przynosi, wiedziała, gdzie je składa denega i która i jaka... Przecie każda gospodyni wie, która kura się niesie i gdzie składa jajka...
— Ale panienki beze mnie niech się dziś kąpać nie idą, dobrze?
— Bo co?
— Morze jest po sztormie zmienione.
— Ale my się jeszcze wykąpać musimy, bo za kilka dni wyjeżdżamy!
— Tak. Dobrze. Ale beze mnie niech panienki nie idą.
Przyrzekły.
Bernard przyniósł wangorze. Miały być na obiad, gotowane, z koprowym sosem. I przysmażana bulwa. Trzeba było wangorze sprawić, a potem skrobać bulwę, dużo bulwy.
Etta pracowała chętnie, gorliwie, zerkając wciąż na drzwi, prowadzące do pokoju panienek. Dolatywał przez nie śmiech. Pewnie przy oknie byli już panicze.
Neńka szkalowała o rozbity talerz.
— Ty jest czysto niedoczyniona! Przez ciebie zawsze przyjdę do szkody.
— Ja waju ten talerz odkupio!
— Doch nei! Ten talerz ja mialam już pięć lat, a dalam za niego dwadzieścia groszy, choć był wart pól marki! Takiego taniego talerza nie kupisz dziś za największe detki! I choćby ty talara dala, to nie dostaniesz za niego talerza, co był wart pól marki a kosztowal dwadzieścia groszy! A tera bioj do księżej panny koper alać, bo ja już nie mam!
Pobiegła, lecz gdy wróciła, panienek nie było.
Rzuciła neńce koper na stół i popędziła na plażę.
Biegła, nie zwracając uwagi na to, że ludzie przystają i patrzą na nią ze zdziwieniem, biegła, modląc się w duchu i omal nie płacząc.
Zdaleka już zobaczyła „ich” miejsce i na plaży dwa barwne punkty — różowy i błękitny.
Czy zdąży?
Widziała, jak jedna panienka wchodziła powoli w wodę przy brzegu. Woda musiała być dość zimna, bo panienka cofnęła się szybko i zaczęła rozmawiać ze swą przyjaciółką, która stała opodal i przyglądała się jej. Po chwili pierwsza znowu weszła w wodę po pas i nacierając piersi i ramiona, czekała na towarzyszkę, zbliżającą się do niej z pewnem wahaniem. Wreszcie obie wzięły się za ręce i już miały iść dalej w morze, gdy nadbiegła Zolojka, krzykiem i ruchami przyzywając je na brzeg.
Usłuchały jej trochę zdziwione. Dowiedziawszy się, w czem rzecz, wykąpały się przy brzegu, udając, że zrozumiały jej wykład o bekach, kulach i rewach.
— Z pewnością zadrwiła sobie z nas! — rzekła jedna Marysia, gdy Zolojka uradowana odeszła.
— Poco miałaby to robić? — odparła druga.
— Żebyśmy jej coś dały za uratowanie życia niby... Bo niby teraz wypada...
— A to ja pójdę, spróbuję... Pływać przecie umiem...
— Lepiej może nie.
— E, nic mi się nie stanie...
Wstała i rezolutnie weszła w wodę.
Dziwna rzecz! Przed chwilą jeszcze kąpała się tu tak spokojnie i tak bezpiecznie, jak w basenie zakładu kąpielowego, a teraz każdy krok wydawał się jej zdradliwy, każde chluśnięcie fali groźne, każdy dołek w dnie ową straszliwą „kulą”, z której niema wyjścia.
— Jestże możliwe, o morze! — myślała panienka — abyś ty, takie piękne i śmiejące się bezlitośnie chciało pochłonąć młode, niewinne życie?
Odpowiedział jej tylko cichy, tajemniczy szmer fal.
Panienka postąpiła jeszcze parę kroków naprzód i stanęła. Zdjął ją lęk.
— Nic nie rozumiem! — pomyślała.
— Lepiej już nie próbuj, chodź — zawołała na nią z brzegu przyjaciółka.
Cofnęła się — może z nad skraju śmierci, a może nie...
Któż to wie?

Samotny, lecz nie sam.

Pan Buszyński chwalił sobie pobyt nad morzem. Pani Łucja wprowadziła go w krąg swych znajomych, inteligentnych, wytwornych ludzi, w których towarzystwie czas mijał szybko, niepostrzeżenie a przyjemnie, jak w salonie. Ludzie ci tak samo byliby się bawili w himalajskiej Simli, na pokładzie statku między Japonją a Honolulu, na wysokości kilku tysięcy stóp nad ziemią, na pokładzie olbrzymiego sterowca, czy w podziemiach piramidy. Gdzie oni byli, był salon, jego harmonijny wdzięk i życie pogodne, mądrze nonszalanckie, wlot orjentujące się w sytuacji i nie walczące z żadnemi wiatrakami — a mimo wszystko ani puste, ani cyniczne. Byli to naprawdę ludzie porządni, dobrze wychowani, kulturalni i mili.
Panu Buszyńskiemu podobała się atmosfera letniska. Była pełna prostoty, czystej, szczerej, entuzjastycznej radości, wdzięczności za widok ukochanego morza, podziwu, a dla autochtonów — serdecznej życzliwości. Nieporozumienia powstały tylko z powodu wzajemnej nieznajomości przyzwyczajeń i trybu życia. Naród, nie zżyty jeszcze z morzem, i nie rozumiejący gwary rybackiej, cieszył się niem jak dziecko, a każdy sprzęt rybacki był dla niego nową, trudno zrozumiałą, szacowną zabawką.
Oto naprzykład starszy pan, piękny starzec z długiemi, białemi włosami i długą białą brodą — kiedyś prawdopodobnie siłacz i olbrzym, o barach jeszcze potężnych, ale z trudnością już poruszający się i nie mogący iść bez laski i pomocy syna. Pan Buszyński często go obserwował. Starzec najchętniej przesiadywał na podwórku rybackiego domu i grzejąc się w słońcu, z rozrzewnieniem przyglądał się palom, żakom, czarnym kotwicom, pękom sznurów, „prece” z poszarpaną chorągiewką, różnym, nieznanym sprzętom rybackim, rozmawiając z siedzącym wpobliżu starym rybakiem, który naprawiał uszkodzone żaki. Stary w mucce rybackiej i z podgardlem, obrośniętem szpakowatym zarostem, gadał chętnie, wprawnie wiążąc białą, mocną nić manillową grubemi i powykręcanemi przez artretyzm palcami. Gadał i bynajmniej się nie dziwił, że go wypytywano, ale najmniejszego wyobrażenia nie miał o tem, jaką rozkosz sprawiał tem siwowłosemu panu. Bo ten pan z dalekiego lądu, mimo podeszłego wieku i niemocy, odbył długą podróż, aby na własne oczy zobaczyć odzyskane polskie morze, i teraz siedział tu, uśmiechnięty, pogodny, ciesząc się każdem słowem rybaka, snując sobie opowieść o życiu morskiem, o tym świecie cudownym, który synom, wnukom i całemu narodowi jego zwrócono. Twarz jego promieniała dumą, ale także i uczciwą radością, iż sprawiedliwości stało się zadość, a teraz on może umrzeć z nienaruszoną niczem wiarą dziecka.
Kiedy indziej znów, gdy starego rybaka nie było, pan z długą brodą siedział sam, przyglądając się to piaskowi, to nikłym kwiatom, fląderkom, suszącym się w słońcu, przelatującym zrzadka motylkom i z pewnością naprzemiany wspominał własne życie, myśląc równocześnie o spokojnem — jak mu się zdawało — cichem życiu w wiosce rybackiej.
Byli inni, którzy się morzem zajmowali bardzo żywo, i ci wciąż myszkowali po wybrzeżu, badając, botanizując i płacząc nad tem, że nie mogą tu pozostać na czas, kiedy się zacznie życie prawdziwe i praca. Młodzież przyjaźniła się z rybakami, a niejedna paniusia, pojęcia o stosunkach nad morzem nie mając, ze szczerą gorliwością zbierała różne dane i wykrzykując „Niemożliwe! Niepodobna! To straszne!” układała w duchu do rządu memorjał, mający na celu usunięcie odwiecznej krzywdy rybackiej. A rybacy, jak dzieci, przed pierwszym lepszym roztaczali swe żale, łżąc na potęgę z właściwą sobie naiwnością i na wszelki wypadek, zaciągając niewody w wodzie, która im samym nawet wydała się nieraz nietylko próżną, ale i kalną. Niejeden letnik nadużywał łatwowierności rybaków, niejeden rybak nadużywał cierpliwości letnika, jednak, jak było tak było, goście zżywali się z gospodarzami i o ile sami zabierali ze sobą na ląd trochę morza, pozostawiali po sobie też coś z Polski.
Najlepiej czuły się tu dzieci i kobiety. Dzieci bawiły się piaskiem, szczęśliwe jak w raju, a kobiety, pieszczone przez fale morskie i słońce, wyzwolone z pęt miasta stawały się znów dziewczynkami, odmładzając się z właściwą sobie łatwością. Ogorzałe, z pięknemi rumieńcami na policzkach i świecącemi oczami, pachnące zdrowiem i morzem, śmiały się chętnie, z poza ładnych ust pokazując białe zęby.
— Jaki miły ten polski naród! — myślał pan Buszyński, przyglądając się prostemu, swobodnemu życiu letniska. — Ma dużo słońca w duszy i potrafi być szczęśliwy.
Mówił o tem nieraz z panią Łucją, z którą chodził często na dalsze przechadzki, to nad zatoką, to do lasu, to nad morze.
— Mówi pan o narodzie, a nigdy o sobie, jak gdyby pan do tego narodu nie należał! — powiedziała mu raz pani Łucja.
— Należę do pokolenia, które tak mało o sobie myślało i tak mało dla siebie żyło, że nie umiem zastanawiać się nad własnem szczęściem.
— To źle! — rzekła pani Łucja. — Jakże pan może, szczęścia nie znając, uszczęśliwiać drugich?
— O, pani Łucjo! Nie mam do tego najmniejszej pretensji!
— To źle! — oświadczyła.
A kiedy indziej zapytała go znów:
— Czy pan jest dobry?
Odpowiedział z pewnym smutkiem:
— Sądzę, że nikomu nie robię nic złego. Raczej schodzę ludziom z drogi... Mnie czasem krzywdzono, ale ja —
— Wiem o tem. Znam pana od tylu lat. Jest pan człowiekiem dobrym, ale czy ta dobroć pracuje w panu czynnie?
— Do niejednej dobrej rzeczy przyłożyłem rękę.
— Wiem. Przed wojną to była praca społeczna i narodowa, podczas wojny — wojna, potem praca państwowo-twórcza.
— Sama pani widzi, że nie miałem kiedy zastanawiać się nad sobą.
— Panie Tomaszu, a był też pan kiedy sobą?
— Nie rozumiem.
Istotnie nie rozumiał i to zaczęło go drażnić.
— Czego ona chce? — pytał z pewnym lękiem, napróżno szukając odpowiedzi.
Budziły się w nim wspomnienia i nawiedzały go coraz liczniejszym tłumem. Niemiłe czy miłe — wszystkie sprawiały mu przykrość. Napróżno jednak odżegnywał się od nich. Przychodziły wciąż, wykazując mu, co rozmyślnie roztrwonił, zmarnował, co przez własny nierozum zepsuł.
— Boże, co ja z tego swego życia zrobiłem! — wykrzykiwał w duchu. — Czyż być może, abym ja sam je tak zniekształcił, człowiek inteligentny, rozumny! Czego w niem brakowało?
Miłości?
Nie. Kochał bardzo wiele. Świat, ludzi i tę jedyną w swem życiu kobietę. Kochał bezinteresownie dla samej tylko miłości, przez którą wszystko czynił.
A jednak — cóż mógł o swem życiu powiedzieć?
Że to a to udało mu się w niem, tamto zaś nie udało, a najmniej udał się sobie on sam.
Zaczął unikać pani Łucji.
Wymykał się z rybakami.
Pierwszy raz wyjechał na morze ze swym gospodarzem, który go wziął z sobą na węgorze.
O brzasku wstał i podreptał nad zatoką piaszczystą drogą pod lasem. Wioska spała i świat spał, wyjąwszy latarnię oksywską, która obojętnie mrugała na zatokę. Jakieś, zdawałoby się, draby, w straszliwie połatanych ubraniach, w butach lub korkach na bosych nogach, senne jeszcze, milczące, szły szybko, dźwigając pale i zwoje lin. Pana Buszyńskiego wyminął znany mu sołtys, chłop długi jak tyka. Miał również korki na bosych nogach, a wyglądał jak ostatni obdartus. Tu, na otwartej przestrzeni, maszoperja nie zbierała się, każdy szedł na własną rękę.
Ponieważ z przyrodą, senną jeszcze i szarą, nie można było rozmawiać, pan Buszyński rozmawiał z samym sobą. Zdawał sobie jasno sprawę z tego, że grozi mu wielkie niebezpieczeństwo. Dawne uczucie wracało, strojne w nowe barwy, promienne jak myśl dobra, jak uśmiech szczęścia, groźne swą beznadziejnością, tragiczne, jako dowód bezgranicznej słabości ducha.
— Nawet paluszkiem nie kiwnęła, a ja już lecę, jak błazen! — mówił sobie pan Buszyński. — Lecę? To mało. Wiem, że popełniłem szaleństwo, a jednak śpiewam, gram na harfie i pląsam, zgoła jak król Dawid przed arką... Ha, bardzo słusznie!
I tak go samo uczucie radowało, tak go zachwycało to nieoczekiwane rozpłomienienie się duszy, że uciekając, przecie pielęgnował je w duchu wbrew wszystkim trzeźwym argumentom i wiedząc, że nie ma się czego spodziewać.
Kiedy wypłynęli na zatokę, siedział w łódce, milczał i patrzył. Badał sprawę ostrożnie, sam nikogo o nic nie pytając. Więc naprzód pejzaż. Wielka, ale ograniczona równia wodna, srebrzysto-niebieska, od chłodnego wiatru porannego falująca; na niej, niby ogródki na wodzie, powiązane sznurami pale linek zastawionych żaków. Rozproszone po zatoce tańczą czarne łódki rybaków. Rozlegają się czasem ich głosy, nic nie znaczące wobec wielkiej ciszy, ogarniającej wodę, niebo i — serce ludzkie. Po stronie latarni oksywskiej granatowy brzeg zatoki, dość wyniosły. Po tej stronie równa i cicha, czarna smuga nadbrzeżnego lasu. Niebo zaciągnięte brudną zasłoną, nad lasem na niebie ogryzek białego księżyca. Fale szemrzą cicho, a czasem u burty łodzi powstaje głośny plusk i chlapanie.
Woda!
Pan Buszyński zawsze bardzo kochał wodę.
Jedni kochają ogień, drudzy wodę. Dlaczego? Zagadka duszy ludzkiej. W chwilach ciężkich, w gmatwającym się nieraz boleśnie ponad ludzkie siły dramacie życia, nie myślał ani o górach, ani o lesie, lecz o wodzie. O morzu, o wielkich rzekach, o żywych dzwoniących radośnie strumieniach górskich, o grających rozgłośnie białych wodospadach, spowitych w tęczę, a wreszcie — choćby o pięknej, starej studni, o szmerze fontanny.
Teraz pan Buszyński opuścił ręce i zaczął głaskać żywą, falującą wodę, a ona głaskała go po rękach też. Rozkoszna, delikatna pieszczota.
Rybacy pracują. Twarze ich są skupione, bo oto jeden z nich wyjmuje z wody pierwszy żak.
Nic.
Ktoś coś mruknął niezrozumiale, żak zpowrotem wpadł w wodę, zahuczał ciężki, drewniany młot.
Suchy trzask tych młotów dolatuje ze wszystkich stron, cała zatoka rozbrzmiewa ich ksylofonową muzyką.
Znowu nic, znowu nic, znowu nic. Ani jednego skrzywienia, ani jednego przekleństwa, okrzyku zniechęcenia czy zniecierpliwienia. Ta sama dokładność w pracy i w ruchach, ten sam spokój na twarzach.
Pan Buszyński wnioskuje:
— Ci prości ludzie są bardzo opanowani. To o nich dobrze świadczy. Są spokojni, pokorni i wytrwali. I mocni.
Niebo pojaśniało, woda zrobiła się błękitna, tu i owdzie wystąpiły na niej amarantowe pręgi. Czarne łódki wciąż uwijały się między ogródkami, których pale zaczynały świecić na wodzie.
Stary rybak mocował się z palem. Stanął na burcie skaczącej łodzi, złapał się pala, osadził się tak mocno na nogach, że aż się wypiął w krzyżu i wypiął bez ceremonji różową łatę na manszestrowych buksach i zaczął się z palem mocować. Obchwierutawszy go i przełożywszy przez łódź, wyjął napół ociekający wodą biały więcierz i wysypał z niego długie, czarne, białobrzuche węgorze i kilkanaście fląderek.
Ryby zaczęły się rzucać i chlapać ogonami o łódź. Węgorze wiły się, pełzały po łodzi i wnikały w ciemne jej kąty i szczeliny.
— Muszą je oczy boleć, gdy tak nagle dostaną się na światło dzienne! — pomyślał pan Buszyński.
Z zaciekawieniem przyglądał się rybom, myśląc o tajemnicy morza. Nikt właściwie nie wie, co się w niem dzieje. Oto rybacy złapali węgorze. Wiedzieli, że one tu będą, zastawili więcierze, węgorze w nie wlazły, ale dlaczego?
Coraz więcej ryb na dnie łódki, coraz głośniejszy nerwowy, niespokojny plusk ogonów, coraz mocniejsza ostra woń morskiego dna.
Słońce wschodzi.
Łódź jedzie ku słońcu, z wioseł rybaków kapie złoto, ściągła, chuda, koścista twarz starego rybaka staje się ceglasta, a jego jasne oczy mocno patrzą przez drżącą poświatę słoneczną tam, gdzie jest druga linka żaków, drugi „ogródek na wodzie”.
Wszystkie łódki na zatoce zmieniają miejsce, tańcząc na falach, jakby to był kadryl na morzu. Jedni wiosłują, drudzy, na płytszych miejscach stojąc na łodziach, pchają je długiemi, okutemi żerdziami. Ci, powoli, równo pracując białemi wiosłami, gną grzbiety, tamci wyglądają, jak rycerze, mordujący kopją smoka.
— Mój Boże! — wzdycha pan Buszyński. — Wszak ci to odwieczny ruch przewoźnika letejskiego!
I naraz przychodzi mu na myśl przepojony tęsknotą refren pieśni genjalnego bramina.
— Przewoźniku! Przewieź mnie na drugi brzeg!
Spokój, cisza.
Rybacy ukończyli swą pracę i wiosłują ku brzegowi. Nie śpieszą się, bo im w tej chwili dobrze. Wielką jest rzeczą zobaczyć wschodzące słońce, ale dopiero ten, co cud ów ogląda codzień, pojmuje jego błogosławieństwo w całej pełni, zwłaszcza na morzu, gdzie cisza jest jak w kościele, a cały świat goreje złotą, promienną chwałą.
Brzeg i las cichy już blisko.
Przelatują z łódki na łódkę okrzyki, pytania, odpowiedzi, słychać rozmowy.
— Heeej-let! Heeej-let! — rozlega się nawoływanie rybaków, wyciągających na brzeg łodzie.
Z pełnemi ryb kaszerzami na ramionach rybacy odeszli.
Pan Buszyński pozostał.
Cicho się zrobiło, bo w lesie wnet kroki rybaków ucichły.
Człowiek z miasta usiadł na lśniącej od wody burcie czarnej łodzi, zapalił papierosa i zamyślił się.
Oszołomiony był majestatyczną wielkością poranku, jaki w nim zaświtał.
Siedział tak długo, cichy, skupiony i sam, albowiem wiedział, że nie jest sam.

Dobra ścieżka.

Od tego dnia wymykał się pan Buszyński na morze, jak tylko nadarzyła się ku temu sposobność. Polubił swe przechadzki o świcie i przejażdżki po morzu, gdy słońce dopiero wstawało. Cały dzień potem żył pod ich wrażeniem, coraz bardziej oddalając się od mało skupionego, pustego i leniwego życia letniska.
Pani Łucja instynktownie to wyczuła, mimo że przyjaciel nie zaniedbywał jej i niczem nie zdradzał, co się w nim dzieje. Jego miłość dla pięknej przyjaciółki wzrastała z każdym dniem, pogłębiała się, zyskując na wartościach czystych i jasnych, ale równocześnie było w niej coś z litości czy współczucia. Pan Buszyński był nietylko uprzejmym, miłym i serdecznym, stawał się dobrym. Kobieta i to wyczuła.
— W ostatnich czasach — rzekła mu raz — zauważyłam w stosunku pańskim do mnie coś jakgdyby odcień wyrozumiałości, czy pobłażania. Czy tak?
— Niby jak? Czy pani zauważyła?
— Nie, czy to prawda?
Pan Buszyński uśmiechnął się i pomyślał chwilkę.
— Pani to określa jako wyrozumiałość! — odpowiedział. — Ha, bardzo słusznie!
— Ale skąd się to bierze?
— Stąd, że wyrozumiałość jest mi potrzebna.
— Czy mnie też?
— Pani? Oczywiście!
— A cóż ja takiego zrobiłam?
— „Takiego”?! Zaraz już „takiego”!
Spojrzał na nią i zapytał:
— Co pani zrobiła?
— Ja? Nic! — odparła zdziwiona.
— Otóż to właśnie! Rozumie mnie pani teraz?
Trochę dotknięta, odwróciła się od niego i zapatrzyła się na morze.
Z przyjemnością przyglądał się jej wytwornemu, rasowemu profilowi, rozdętym trochę nozdrzom, rozchylonym ustom i wyglądającemu z popielatych, złocistych włosów różowemu uszku z wielką perłą.
— Pani się na mnie obraziła? Za to, że powiedziałem prawdę! Widzi pani, widzi pani! I jeszcze mi pani powie, że jestem niedelikatny.
Potrząsnęła głową.
— Robię, co mogę! — rzekła poprostu, zwracając się znów ku niemu. — Cóż mam robić?
— Niech pani mnie posłucha, pani Łucjo!
Spojrzała mu w oczy ufnie, bo brzmienie jego głosu było niezwykle ciepłe i serdeczne.
Zaczął mówić:
— Pani nie wie nawet, jak bardzo panią kocham.
Uśmiechnęła się i zarumieniła, niby młoda panienka, ale wzroku nie odwróciła.
A po chwili odpowiedziała:
— Wiem. Jest pan moim prawdziwym, serdecznym przyjacielem. Był pan nim przez całe życie.
— Byłem! — przyznał. — Ale to nie sama tylko przyjaźń. To miłość. Prawdziwa, gorąca miłość.
— Panie Tomaszu, co pan znowu wygaduje! — przerwała mu trochę zmieszana.
— Niechże pani pozwoli, przecie my chyba możemy mówić szczerze.
— Ale pocóż wznawiać?...
— Pozwoli pani mówić staremu przyjacielowi, czy nie? — nastawał pan Tomasz.
— Proszę, niech pan mówi — rzekła po krótkiem wahaniu.
— Nie powiem nic złego! — uspokajał ją. — Nie ma się pani czego obawiać.
Zapalił papierosa, którego od dłuższej już chwili obracał w palcach, spojrzał na morze — było granatowe, z twardym, krzemiennym połyskiem i śnieżno białemi grzywami fal — i przemówił głosem pewnym i spokojnym.
— Zawsze panią mniej lub więcej świadomie kochałem, ale dziś kocham panią znów tak jak dawniej, jak wtedy, pamięta pani, gdy byłem młody. Niczego nie mam pani za złe, nie zrobiła mi pani żadnej krzywdy, wszystko stało się tak, jak się stać musiało.
— Ale?
— Bez żadnego „ale”. Ja powinienem był robić to, co robiłem, pani powinna błyszczeć. Ja pracuję dla kultury, pani ją reprezentuje. Cieszę się, że pani jest piękna, świetna, dobra, wspaniała. Ha, bardzo słusznie. Osobiście — uwielbiam panią i kocham.
— Ale?
— Teraz będzie „ale”. Stworzyła pani mnóstwo cudownych rzeczy: auta, aeroplany, radjo, telefon bez drutu, miasta — ogrody, buduje pani nowe olbrzymie miasta, stworzyła pani wielkie kino, statki — szpitale, sterowce, hotele — istne pałace rozkoszy, restauracje, jak zakątki rajskie, magazyny — zgoła nieustające powszechne wystawy handlu i przemysłu. Po łąkach i boiskach sportowych rozsypała pani młodzież, bierze pani w opiekę biednych i słabych, pani wynalazła sposoby na odmładzanie się, pani stworzyła nową muzykę, poezję, pani zwalcza alkohol — tylko mnie proszę z tego łaskawie wyłączyć! — pani w dyplomacji znakomicie pracuje przeciw wojnie i dla nowej wojny, pani się niczego nie lęka i jest pani cudowna... Ty, życie słodkie! — i pani stworzyła krótką sukienkę, „dancing”, „jazz” idjotycznie-błogosławiony i śliczną chłopięcą fryzurkę! Pani zrobi, co pani zechce, stworzy pani wszystko — wierzę!
— Ale?
— Ale — cóż z tego?
— Jeszcze panu mało? — śmiała się kobieta.
— Rozumie się. Bo to wszystko jest bardzo dużo, lecz równocześnie — i nic!
— Nic?
— Nic.
Tu pan Buszyński zanucił półgłosem frazes z „Fausta”.
— Pamięta pani słowa?
Potwierdziła skinieniem głowy.
— Nie wierzę w nic — i nie wiem nic! — zacytował dla pewności. — Ha, bardzo słusznie! Znowu ma pani wieżę Babel! Bez zgody Pana Boga nikt mu się do nieba nie wdrapie. Kto się tam chce dostać, ten go musi o pozwolenie poprosić, inaczej — fora ze dwora! Tak?
Dama wzruszyła lekko ramionami.
— O tem nie mówimy! — odpowiedziała. — Postęp jest.
— Nie wiem. Jakaś panna wczoraj struła się w Warszawie gazem dlatego, że jej włosy zaczęły wypadać. Jej brat poprzednio zastrzelił się, tak się zmartwił tem, że łysieje. Kultura! Ha, bardzo słusznie!
Pan Buszyński roześmiał się.
— Techniczny postęp jest olbrzymi! — podkreśliła pani Łucja.
— Nie przeczę. I nietylko techniczny. Ale chaos wzmaga się wciąż, a ludzkość nie jest bynajmniej szczęśliwsza.
— Nie odrazu Kraków zbudowano.
— Ale Kraków budował się dokoła murowanych świątyń, a dziś — gdzie pani ma świątynię?
— Do czego pan zmierza?
— Po prostu do tego, że tyle w życiu zrobiłem, a nie miałem nigdy czasu zastanowić się nad sobą i pomarnowałem najważniejsze, najświętsze rzeczy.
— Proszę! Naprzykład?
— Naprzykład — kochałem panią, a co pani z mą miłością zrobiła?
— Panie Tomaszu!
— Zaraz, pani Łucjo, spokojnie, porozumiejmy się! Co pani zrobiła z moją miłością? Nic. Pozwoliła się pani kochać. Ha, bardzo słusznie! Ale ja miałem raz żołnierza, który, nie wiem czemu, bardzo mi był, biedaczysko, oddany. Widziałem to, ile razy w te wierne ślepia spojrzałem. Pomyślałem sobie: Coś za tę twoją miłość zrobić dla ciebie muszę, no i wziąłem go za ordynansa. Było mu lepiej.
— Więc pan ma żal do mnie?
— Nie. Wykazuję fakt, aby pani zrozumiała, że przy całej swej kulturze i dobroci nie umie pani twórczo eksploatować najszlachetniejszych popędów i wartości ludzkich. A czemu?
Pani Łucja milczała.
— A czemu? — powtórzył pan Tomasz.
— Niech pan mówi! — rzekła dama.
— Kiedy ja sam dobrze jeszcze nie wiem i nie jestem pewny...
Pani Łucja spojrzała na swego towarzysza ze zdziwieniem.
— Nie wiem — powtórzył pan Tomasz.
— Więc cóż to wszystko znaczy?
— Znaczy. Coś znaczy. Znalazłem mianowicie pewną rzecz, która pozwoliła mi znowu mimo wszystko całą siłą duszy, całem sercem — pokochać panią.
— Mimo wszystko? Mimo, że pana nie zrobiłam nawet swym ordynansem? — rzekła z przekąsem pani Łucja.
— Tak. Bo zrozumiałem, że pani brakuje tego samego, co i mnie, a dzięki temu zrozumiałem, że pani też nie jest szczęśliwa, że pani się męczy tak samo, jak ja. Stąd ta — wyrozumiałość, jak to pani określiła. A to jest więcej, niż wyrozumiałość. Znacznie więcej. To tkliwe, szczere współczucie i radość ze znalezienia środka przeciw chorobie, nadzieja ratunku!...
— Więc cóż mam robić?
— Jeszcze nie wiem. Ale, zdaje mi się, jestem już na drodze do znalezienia tej wody żywej.
— Gdzież ta droga?
— Niedaleko. Tuż za wioską. Wiedzie pod lasem, brzegiem zatoki, aż tam, gdzie leżą czarne łodzie rybackie... Tam, zdaje mi się, znajdę wielki nieoszacowany skarb, którym się z panią podzielę.
— A dokądże prowadzi ta droga?
— Na morze — w słońce.
Kobieta milczała dłuższą chwilę, zmrużonemi oczami z natężeniem śledząc bieg czarnoczerwonego statku, idącego do Gdańska. Wreszcie odezwała się:
— Droga, zdaje się niedaleka!
— O, ludzie prości zachodzą nią bardzo daleko, ale takim, jak my, trudno nią iść i ciężko.
— Coraz zawilej pan mówi, panie Tomaszu!
Ale tu on, dotychczas ożywiony i pewny siebie, załamał się niespodziewanie i rzekł zwykłym już głosem:
— Nie wszystko da się łatwo powiedzieć. Właściwie to ja mam na myśli swe poranne przechadzki i wyjazdy na morze, które mi bardzo dobrze robią... Ale morze dziś dziwnie krzemienne, twarde jak głaz.
Pani Łucja milczała.

Znowu szewiec.

Majstrowi Wilhelmowi Kuhnce, szewiecowi z Gdańska, genjalnemu wynalazcy skorzni o jednym szwie, powodziło się dobrze. Łatał kunsztownie pantofelki, bez trudu liczne zgarniając złote, a prócz tego zgłosiło się do niego z podartemi skorzniami kilku rybaków, którzy chcieli w tej robocie talent mistrza wypróbować i zbadać gruntownie. Więc detki były, a na półce, wśród różnych przyrządów, pantofli i kawałków skóry, zawsze obok spirytusowej maszynki stała budla z fioletowym nektarem, oczy zaś szewca były aż białe i drżały jak tańczące gwiazdy.
Odwiedzano go w jego budzie często, ale najczęstszym gościem bywał Edward Kunsztowny, który majstrowi nieraz podsuwał talerz pełen smażonych śledzi lub fląderek i miskę bulwy. Ale majster zbytnio się do jadła nie kwapił, czasem tylko zupełnie niespodziewanie rzucał się na jedzenie, a wówczas jadł żarłocznie, jak zwierz. Najczęściej odstawiał talerz i z nieskrywanym wstrętem odwracając od jadła głowę, zakrywał je szybko przetłuszczoną gazetą.
— Mnie mdli, jak na jedzenie patrzę i aż mi kiszki skręca — mówił Edwardowi Kunsztownemu.
— To od breku, człowiecze! — stwierdzał dobrodusznie Edward Kunsztowny.
— Jo, od breku! — przyznawał również dobrodusznie genjalny szewiec. — Jedzenie musi na mnie czekać...
Człowiek był cichy, zgodliwy, pracowity, więc stary rybak wkrótce się z nim zaprzyjaźnił, zwłaszcza, gdy zauważył jego dobroć dla małego Eryka. Pijaczyna nieraz wołał do siebie chłopaczka, głaskał go po jasnej główce, coś mu opowiadał, a czasami podawał mu na zasmolonej łapie cukierki, które przynosił w kieszeni, skutkiem czego były oblepione kłakami i tabaką. To jednak nic nie znaczyło. Eryk pluł na cukierki, obcierał je o spodenki i chrupał z całą przyjemnością.
Po długich rozmowach wyszło na jaw, iż genjalny szewiec uciekł z Gdańska z powodu niezrozumiałych jakichś zatargów z klientelą, oraz z powodu zawiści drugich szewieców, zazdroszczących mu wynalazku skorzni o jednym szwie. W Wolnem Mieście pozostawił bialkę z dzieckiem, siedmioletnią córeczką, złotowłosą i niebieskooką, jak i mały Eryk, i teraz bardzo do niej tęsknił.
Edward Kunsztowny rozumiał to.
— Bez bialki i dziecka człowiekowi jest osobliwie smutliwie! — przyznawał. — Ale co na to poradzić?
Rozumiał, że Gdańszczanin, czując się w wiosce nieźle, pragnął żonę z dzieckiem sprowadzić. Ale z czego będzie żył? Jak goście wyjadą, zostaną sami tylko rybacy, między którymi szewców było tylu, iż gdański majster nie miałby żadnej roboty... Z samego szewiectwa niktby tu nie wyżył.. Chyba, gdyby tak skorznie o jednym szwie, jo, to byłoby co innego... Jo, skorznie z jednym szwem! Ale jest to możliwe? Takich skorzni nikt nie zrobi!
— Doch! — mówił genjalny szewiec z Gdańska. — Doch! — Jest możliwe! Ja to już mam obzorgowane! W Gdańsku Wysoki Komisarz międzynarodowy robić nie pozwolił i miejscowi konkurenci też nie, a potem powiedziano ludziom, że takie skorznie będą niezdrowe... Ale tu, między rybakami, możnaby spróbować... Trzeba na to trochę czasu, to jest prawda, bo zrobić nie tak łatwo, skórę odpowiednią trzeba dobrać, wszystko w głowie ułożyć tak, żeby rychtyg pasowało, ale do pomyślenia to wcale nie jest trudne. Nic prostszego pomyśleć: Skorznie z jednym szwem! Cóż wielkiego! Skorznie i jeden szew!
— Nie! — mówił z uznaniem Edward Kunsztowny. — To nie jest taka łatwa rzecz. Już samemu takiemu pomyśleniu każdy musi się dziwić i każdy je musi pochwalić!
Wówczas szewiec objaśniał długo i szeroko, na czem rzecz polega, a używał wyrażeń tak niejasnych, zawiłych, nieomal mistycznych, iż Edward Kunsztowny coraz wyższego był mniemania o jego niezwykłej uczoności. Cała maszoperja już głosiła sławę szewieca, którego też licznie nawiedzano.
A szewiec był gościnny, rozmowny i mówić umiał nietylko o skorzniach. W młodości był okrętnikiem, zwiedził kawał świata i teraz ze starymi rybakami wspominał oberże marynarskie zamorskich portów, rozpamiętywał zalety i wady dawnych zmurszałych żaglowców i dziwny los kolegów i kapitanów. Kiedy indziej zaś, siedząc na zydelku ze skrzyżowanemi nogami i z brodą w dłoni, owiewał gości upajającym aromatem denaturaciku, ogarniał ich, jak gdyby rozpalonem spojrzeniem białych, napół przytomnych oczu i zapuszczał się w tak mądre rozmyślania i dociekania filozoficzne, że rybacy zasypiali stojąc, lub spluwali i wychodzili osowiali z niezmiernym podziwem dla mądrości szewieca.
— Jakby chciał, toby potrafił zrobić skorznie z jednym szwem! — oświadczył po kilku takich wizytach jeden ze starszych rybaków.
— Jo, jo! Jakby chciał! — potwierdzał Edward Kunsztowny. — Tylko — czy będzie chciał. Bo jemu tu smutliwie, bialkę z dzieckiem w Gdańsku zostawił. Żeby robotę miał pewną, toby został, bialka mogłaby z dzieckiem przyjechać.
— Brekuje!
— Jo, brekuje! Ale Puszka też brekuje, a jaki kunsztowny! Prawdziwy szewiec zawsze brekuje. To od myślenia przychodzi. A jakaby to dla wioski była era, gdyby tu zamieszkał taki uczony szewiec! Taka to jest zacha, osobliwie!
— To jest prawda! — odpowiedział rybak. — Era byłaby wielka. Z całego półwyspu chodziliby ludzie do niego jak na odpust! Zobaczymy! Może to się da zrobić.

Lato się kończy...

Mimo że lato było bardzo piękne, słońce mocne a woda jeszcze ciepła, letnicy zaczęli zmykać, bo okres urlopów już się skończył. Wszędzie pakowano, likwidowano rachunki i żegnano się serdecznie, a młodzież rybacka zacierała z radości ręce na myśl o złotówkach, które się posypią za przenoszenie na stację kufrów i walizek. W sercach letników, z żalem rozstających się z morzem, budziła się równocześnie tęsknota do lądu, mnogich jego ułatwień i wygód, a rybacy cieszyli się, iż po gwarnym sezonie będą mogli trochę odetchnąć.
Ruch wszędzie był gorączkowy. Niejeden letnik w ostatniej chwili pisał gospodarzowi swemu podanie do władz, w którego skuteczność sam nie wierzył. Inny solennie obiecywał swe wstawiennictwo w ministerstwie w sprawie bezzwrotnej pożyczki na zakupno kutra lub na przebudowę domu. Panie, które rybaczkom obiecały w prezencie przysłać suknie czy bluzki, brały miarę i długo, poważnie omawiały rodzaj i kolor materjału. Niektórzy pożyczali na drogę powrotną, ze łzami wdzięczności i rozrzewnienia przysięgając zwrot sumy i dobrą wolę dokumentując półfuntem bonbonów przyniesionych dla dzieci, głaskaniem ich po główkach i przymilnem pytaniem: — Przyjedziesz do mnie do Warszawy, przyjedziesz? — Ci znów obdarowywali rybaków formaliną, błagając ich o konserwowanie krabów, szachwarów, wrotek, pcheł morskich i innych paskudztw, co też rybacy uroczyście przyrzekali. Damy chodziły od domu do domu zbierając podpisy na najrozmaitszych petycjach, w Alei Komarowej odbywały się masowe tragiczne sceny pożegnania i ślubowania dozgonnej miłości, zaś wędzarnie dymiły, bo przecie każdy chciał zawieźć na ląd skrzynkę fiąderek lub tłustych, smacznych węgorzy. Naogół było w tem dużo prawdziwej, szczerej serdeczności.
Plaża pustoszała z dnia na dzień. Zamiast ogorzałych bywalców pokazywali się na niej tatusie, którzy przyjechawszy na dwa trzy dni, aby zabrać rodziny, chcieli choć trochę morza użyć. Tu i tam pojawiały się na plaży „młodsze” z opustoszałych pensjonatów. Przyjeżdżali też na kilka dni ci, którzy na dłuższy urlop pozwolić sobie nie mogli i chodzili zachwyceni, olśnieni cudem morza.
— Pan długo jeszcze zostaje? — zapytała Tomasza pani Łucja.
— Nie wiem jeszcze! — odpowiedział. — Czasu mam dość, nie potrzebuję się nigdzie śpieszyć, a tak teraz pięknie, że mi odjazd nawet na myśl nie przyszedł. A pani kiedy myśli wracać?
— Mam zamiar pozostać tu do połowy września — rzekła pani Łucja. — Potem może wyjadę jeszcze trochę zagranicę.
— Poco? — zapytał.
— Poco się zwykle zagranicę jeździ! Zobaczyć coś nowego, odświeżyć się...
Wzruszył ramionami.
— Nie wierzę w to! — odparł. — Kilkakrotnie byłem po wojnie zagranicą i powiem otwarcie, że nudziłem się śmiertelnie. Jeszcze jechać w jakiejś sprawie a przy sposobności coś nowego zobaczyć, rozumiem. Ale dla przyjemności naginać się do obcych upodobań, zwyczajów — nie chce mi się. Z prawdziwą radością wracałem do kraju.
— Ma pan poczęści słuszność! — zgodziła się pani Łucja. — To też ja nie wiem jeszcze...
Nie wyjawiając jej ostatecznego celu, wtajemniczał ją zwolna w „cuda swych dróg”. Pokazywał jej wzruszające, tkliwe piękno polskiego morza.
— Nie zdaje mi się, aby było efektowne! — mówiła pani Łucja. — Widział pan fjordy?
— Widziałem. Powiedzmy sobie otwarcie — to, co pani tu widzi, jest niczem, choćby w porównaniu z takim Złotym Rogiem władywostockim, uznanym zresztą za twardy, zimny i surowy w porównaniu z wybrzeżem japońskiem. Ogromne góry, z których widać naprawdę niezmierzony ocean, wyspy, ożywiony ruch w porcie, dżonki na morzu, bogactwo i rozmaitość ryb, ludzie z Północy, z Chin, z Tybetu, ze Sachalinu, barwna różnorodność...
— Widzi pan. A tu?
— Tu jest co innego. W ostatnich dniach dużo włóczyłem się po morzu. Wyjeżdżałem na Bałtyk z cezą na fląderki, byłem kilka razy na zatoce, chodziłem trochę i myślałem z całych sił. Widziałem piękno obcych mórz, starałem się przeniknąć, odgadnąć piękno naszego morza.
— Dla chcącego niema nic trudnego! — rzekła z uśmiechem warszawianka. — Wszystko można w siebie wmówić.
Pan Tomasz pokiwał głową pobłażliwie.
— Wszystko na świecie jest piękne, proszę pani! — oświadczył. — Wszystko!
— Zależy od gustu.
— Przyznaję. Uznaje pani piękno gór i zmysł estetyczny Greków? Tak. A oni piękna gór nie uznawali. Nie istniało dla nich. Piękna — ich zdaniem — była tłusta, urodzajna równina i niewątpliwie piękne są i góry i równiny — trzeba tylko umieć wczuć się w nie. A tego można dokonać tylko zapomocą miłości wnikliwej niesłychanie a dzięki której niezrozumiałe staje się zrozumiałem i duszy kochającej oddaje całą treść swego życia. To jest zawsze cudowne, upewniam panią.
— Jakże mogę kochać to, co mi się nie podoba?
— Trzeba wogóle kochać, trzeba rozbudzić w sobie żywą miłość.
— Ach, święty Franciszek z Assyżu!
— Jakże żałuję, że pani tak dużo czytała! — wykrzyknął pan Tomasz z pewnem zniecierpliwieniem.
— Dlaczego? — zdziwiła się dama.
— Dla pani wszystko jest literaturą!
Szli plażą.
Wyprowadził ją na wydmę i pokazał jej ukryte za górą drzewa na skraju lasu.
— Cóż pani widzi?
— Wykrzywione, wykoślawione drzewiny...
— A to bohaterowie wybrzeża! Tak. Drzewiny pierwszego szeregu, te, na które z największym rozpędem padają burze morskie. Jakież one poszarpane! Jak sztandary bojowe! Jakże fantastyczne, żywe mają kształty, jak wymowne! Czyż pani nie odczytuje z nich siły wichrów, wiejących tu zimą? Czy nie pragnęłaby pani usłyszeć ich śpiewu wojennego w czas burzy, ujrzeć ich tańca wojennego? O, pani Łucjo! Gdybyśmy naprawdę kochali swoje morze, to dawno już znalazłby się poeta, któryby z szumu tych drzewin, stworzył wielką „Pieśń o Burzy!” i z pewnością znalazłby się malarz, któryby je odtworzył. Ale na to trzeba ojczyznę tak kochać, jak ją kochają Japończycy. My jeszcze nie umiemy.
Z wału widać było na turkusowej przestrzeni kilka parowców, z których jeden uciekał na Wschód, ku buro-amarantowemu pasowi na horyzoncie.
— Niech pani spojrzy w tę stronę, pani Łucjo! Cóż pani widzi?
— Prawdę mówiąc, małe parowce, idące do Gdańska, a jeden, zdaje się idzie w stronę Łotwy czy Prus Wschodnich.
— Tak. To jest wolność, wielki rozpęd i tęsknota człowieka związanego z ziemią. Te idą w tę stronę, tamten idzie sobie sam, swoją drogą, a widz mimowoli zamyśla się. Każdy widzi co innego, lecz każdy myśli, odczuwa i stoi — zapatrzony. Dać w dziele sztuki nie ten strzęp morza, lecz zapatrzenie się widza, byłoby wielką rzeczą, bo to byłaby kontemplacja Nieskończoności. Czy pani mnie rozumie?
Nieśmiałe, pytające spojrzenie poważnych oczu zwrócił na kobietę.
— To byłoby wielkie! A morze daje to. Budzi w nas poszukiwanie Nieskończoności. Powiększa, rozszerza dusze nasze... Gdybyż z tego widoku wykrzesał kto takie dzieło sztuki i przyniósł je do Polski, aby niem budzić!... Niech pani spojrzy teraz na tę plażę... Widzi pani na niej różnobarwne skrzące kamyczki, muszelki białe, bladoróżowe, niebieskie, zaiste jak kwiatuszki, wykwitające ze złotego piasku, i rozpięte na palach sieci — te srebrzyste, lejowate — więcierze na węgorze, tamte — bure, brunatne, popielate, żółte — mance śledziowe. Niech pani popatrzy tylko, jakie one są świetliste, jak pełne blasku słonecznego. Gdybym zapytał, czy rybacy rozpięli je tu, aby promienie słońca w nie łapać, odpowiedziałbym sobie: — Kto wie, kto wie?... Bo w ostatecznym rezultacie, kiedy się wszystko zważy, to jednak... Ha, bardzo słusznie.
— Chciałby pan zostać rybakiem? — wtrąciła pani Łucja.
— Pragnąłbym być człowiekiem prostego serca! — odpowiedział cicho. — Bez żadnych skleroz, zwapnień, nerwic, skurczów... Chciałbym mieć serce, jak cielę! — dodał, śmiejąc się. — Zazdroszczę cielętom!

Kułak mówi.

— Jak Boga kocham, Tomek Buszyński! Ty, nie ty? Daj pyska, stary druhu! Poznajesz mnie? Poznajesz starego kolegę? Co ty tu robisz? Czego tu szukasz? Poco się tu pchasz? A niech cię jasny piorun! E, bracie, to my się teraz gorzały napijemy! Mariczka, dwie czyste, większe! Poznajesz, nie? No, jak ja się nazywam?
— Józef Kułak — rzekł pan Tomasz śmiejąc się.
— I to prawdziwy Kułak, który jak co raz chwyci, to już nie wypuści! — chwalił się nowo przybyły, serdecznie ściskając panu Tomaszowi rękę.
Chłop był olbrzymi, o dużej głowie, mocnej, kościstej twarzy i potwornie szerokich barach; łapy miał jak łopaty. Kędzierzawa, nieco przerzedzona czupryna wyglądała niby namydlona, z pod wysokiego, guzowatego czoła wesoło patrzyły siwe oczy, pełne energji i radości życia.
— Wiedziałem, że się tu z tobą spotkam! — mówił pan Tomasz. — Wspomniano mi, że tu handlujesz, skórę z rybaków zdzierasz.
— Trudna rada! — zaśmiał się Kułak. — Jak ja ich nie zedrę, to oni zedrą mnie, a z czegoś przecie człowiek musi żyć. No, pijmy! Na zdrowie! Kiedyż to my się ostatni raz widzieli? Dwadzieścia siedem lat temu, jak Boga kocham! Spotkaliśmy się przypadkiem, wstąpiliśmy do szynku, wypiliśmy budlę, pogwarzyli my se troche o szkolnych latach i rozeszliśmy się. A teraz tu nad morzem! No, jeszcze po jednym, jo? Smaruj, czlowiecze, nie zaszkodzi, to pierwszy dzień mego pobytu! Co tu robisz?
— Nic, przyjechałem tak sobie, odpocząć trochę. A ty?
— Ja? Ja tu już siódmy rok siedzę i borykam się z tem polskiem morzem. Czlowiecze, żebyś ty wiedział, co to za choroba — pojęcia nie masz! — Szlag człowieka nieraz trafia, trzasnąćby chciał ze złości! Sam tu jesteś? Żonaty?
— Nie.
— To sobie nieraz o morzu pogadamy, bo ja przy babach gadać nie mogę. Pysk mam niewyparzony, a jak się rozpalę, na nic nie zważam.
— Ale co właściwie tu robisz?
— Cuda rozmaite. Handluję rybami, kopcę je, marynuję! Nic nie mam, prócz czegoś tam odłożonego na czarną godzinę, żeby rodzinie nie być ciężarem, nie jestem ani radcą, ani dyrektorem, ani doktorem — jestem tylko pionierem przemysłu na polskiem wybrzeżu.
— Bardzo pięknie! — pochwalił nieśmiało pan Buszyński.
— Niema w tem nic pięknego i wogóle ja tego słowa nie uznaję! — zawołał impetycznie Kułak. — Piękne są tylko pieniądze, bo one dają moc, panowanie nad ludźmi, potęgę, wolność! Tak, pieniądze! Jo! Pozatem niema na świecie nic pięknego!
— Dużo rzeczy!
— Nie znam! Naprzykład?
— Choćby to morze!
— To morze? Złe, kapryśne, gwałtowne, groźne i biedne! Co ty wiesz o tem morzu! W lecie, choroba ciężka, ono się letnikom do nóg łasi, takie kolorowe, psiakrew, mieniące się, a fałszywe — jak dusza rybacka!
— Dajże spokój! — żachnął się pan Tomasz. — Przecie to prości, poczciwi, dobroduszni ludzie.
— Nie znasz ich! — grzmiał Kułak swym tubalnym głosem, zapalając się. — Ja nie mówię, że oni są źli, przeciwnie, twierdzę, że zasadniczo są dobrzy. Ale nie wyobrażaj sobie, że są prości. Ich psychologja jest nadzwyczaj zawiła. Bo, mówmy poprostu, rzeczowo, rybakami nazywamy ludzi utrzymujących się wyłącznie z rybołówstwa, to jest z połowów ryb, które sprzedają i z uzyskanych w ten sposób pieniędzy żyją. To sobie, szczurze lądowy, zapamiętaj, jeśli chcesz mówić o morzu i o rybakach. Roli oni nie mają, tu jest trochę pastwisk, więc jest tych kilka krów i półtora szkapy, ale zresztą niema nic, prócz lasu, którego eksploatować nie można. Więc ten człowiek tutejszy musi, jak jaki bogacz, żyć z gotówki, o którą mu bardzo trudno. Ryb właściwie niema, zależą od wiatru, którego następstwa kolejne rybak musi obserwować. Już przez to samo robi się chytry. Zawsze spekuluje na wiatr. Ceny ryb są zmienne, ustanawia je giełda rybna, codzień inaczej. Im większa podaż, tem niższa cena i naodwrót, ale gdy cena jest wysoka, to ryb niema, więc z czego żyć?
— To istotnie problem.
— Ale człowiecze! Wy tam na lądzie nic o morzu nie wiecie, nikt się niem nie interesuje, nikt nic nie wie i prawdę mówiąc — nawet nie chce wiedzieć! Nikt nic nie robi!
— No, za pozwoleniem! Port w Gdyni, w Jastarni, kolej —
— Człowieku, przestań, bo się wścieknę! — zahuczał Kułak, uderzając się z pasją w ciemię. — To wszystko ma znaczenie strategiczne, to nie jest życie morza ani praca na morzu! Zresztą odbiegamy od tematu. Jesteś chłop inteligentny, zatem sam możesz sobie wyobrazić psychologię człowieka, który zmuszony żyć wyłącznie z gotówki, nigdy nie jest pewny, czy ją będzie miał. Dla takiego człowieka pieniądz jest bóstwem. Tu hasłem całego życia jest: — Za darmaka nikt nie skaka! — Wszystko inne to fałsz, kłamstwo, hipokryzja lub ciemnota! Gdybyś miał co do świata i życia jakiekolwiek iluzje, to posiedziawszy wśród rybaków, wyzbyłbyś się ich w zupełności.
— Jesteś kupcem — odezwał się pan Tomasz. — Jesteś stroną interesowaną.
— Otóż właśnie dlatego, że jestem kupcem i stroną zainteresowaną, znam ich dokładnie i wiem co mówię. Nie biorę im niczego za złe, niczemu się nie dziwię. Patrzę na nich od tylu lat! Z początku, jak warjat, jeździłem z nimi wciąż po morzu, polowałem razem z nimi, topiłem się... Dziś, gdybyś mi dawał dwadzieścia złotych za to, żebym wyjechał na morze, to ja ci dam drugie dwadzieścia, żeby nie jechać. Przez czas mego pobytu dziewczęta powychodziły zamąż i są już matkami, chłopcy wyrośli na mężczyzn, wielu poumierało, a wraz z nimi odeszło to, co już nigdy nie wróci, czego już nikt nie wypowie. Niema tu jednego człowieka, któregobym nie znał. Nie chcę ich robić lepszymi, nie mówię, że są źli, ale zrozumiej, że to wyspiarze, ludzie morza, o psychologji zupełnie odmiennej od naszej.
— To zrozumiałe.
— Dla informacji: sytuacja zmieniła się o tyle, że dziś podstawą utrzymania rybaków są letnicy. Oni dają detki, z któremi, według zapatrywań rybaków, nie liczą się. Rybak ma z rybołówstwa przeciętnie pięćset złotych rocznie, sto złotych dla niego jest szaloną sumą, więc pomyśl: Cztery pokoje po sto złotych miesięcznie i jeszcze jakieś inne dochody. Więc trzeba, skoro można, wyłudzić jak najwięcej grosza. To samo było w Zakopanem. To już nie rybacy, ale hotelarze. Ach, gdybyś ty wiedział! Nie kłamię, upon my honour, tu psy nawet stają się grzeczniejsze, gdy letnicy zaczynają się zjeżdżać! Na własne oczy widziałem! Taka Sznela, która w zimie zajadle obszczekuje każdego przechodnia, łasi się do letników, spodziewając się jakiegoś dobrego kąska. Powiadam ci — ryczałem ze śmiechu, patrząc na fałszywie uśmiechnięty, podlizujący się pysk tego psa! Co za chytrość! I to właśnie jest morze — cudowne, bajeczne morze!
— Tak. Cudowne! — potwierdził ze swego punktu widzenia pan Tomasz, niezbyt zresztą zachwycony wykładem kolegi.
— Ech, co morze w lecie! — lekceważąco rzucił Kułak. — To jest nic — olejwa! Teraz tu niema żadnego życia!
— Sezon się skończył! — przyznał pan Tomasz. — Dużo letników już wyjechało, ale gdybyś był przyjechał choćby przed kilku dniami jeszcze, zobaczyłbyś, jaki tu ruch!
— Letnicy, to nie morze, to plaża! — rzucił lekceważąco Kułak. — Prawdziwe życie zaczyna się tu dopiero, kiedy letnicy wyjeżdżają. Żebyś zobaczył w zimie, kiedy norda zacznie wyć, gdy plaża zmieni się w strąd, a rybacy chodzą w zydwestkach, eltynach, podwójnych rękawicach... Jak ci się chłop w to wszystko ubierze, wygląda jak Eskimos, nie poznałbyś go nawet.. A czasem góry lodowe przypływają, łabędzie śpiewają...
— Łabędzie tu są? — ożywił się pan Tomasz.
— Całą zimę! A potem na wiosnę, kiedy słonko zacznie przygrzewać, znowu łososie... Powiadam ci — cuda, cuda, prawdziwa poezja, poezja życia! Mariczko, dajno jeszcze dwie czyste! A wiesz ty, co to jest wiatr? Ja przez siedem lat wiernie i uczciwie notowałem sobie następstwo wiatrów, mam już kilka grubych tomów — i nie wiem nic! Wciąż coś nowego, nieobliczalnego! Żeby choć jakieś prawo — nic! — Raz tak, drugi raz znów inaczej. —
Huczał jak grom.

Dwa światy.

Ranek był chłodny i chmurny, wiatr dmuchał nieprzyjemnie, od strony kościoła dolatywał szum drzew.
Pani Łucja wstała i pośpiesznie otuliła się miękkim, ciepłym szlafroczkiem. Drżała, bo w pokoju było zimno.
Podszedłszy do okna, spojrzała na zatokę. Była lśniąco biała od drobnych fal, spienionych, jakby wrzących. Nigdzie ani jednej łodzi na wodzie, martwota, pustka.
Dom był zupełnie cichy. Letnicy wyjechali. Gospodyni odpoczywała, niewiele już troszcząc się o samotną lokatorkę.
Pani Łucja postanowiła, że na śniadanie nie wyjdzie, lecz zje je u siebie. Zawołała Zolojkę i poprosiła ją o trzy jajka i świeże mleko. Potem systematycznie przygotowała wszystko potrzebne. Na małym „Primusie” postawiła aluminjowy czajnik z wodą na herbatę, nakryła stół serwetką, umyła i wytarła do czysta szklankę, postawiła na spodeczku kieliszek na jajka i tak sobie gospodarowała bez pośpiechu, dokładnie, aby wszystko było w porządku.
Zapukano do drzwi.
— Proszę!
Weszła cicho Zolojka w grubych wełnianych pończochach, z głową, czarnym szalem przewiązaną. Przyniosła jajka.
— Gdzie mam położyć? — zapytała cichym głosem.
— Na stole, dziecko! — rzekła pani Łucja. — Odpoczywasz teraz trochę, napracowałaś się z letnikami?
— Nie szkodzi.
Dziewczyna, wyprostowana sztywno, poruszała się kanciasto, twardo. Jej ładna twarz była niema, tylko małe czerwone usteczka do krwawej rany podobne, miały bolesny wyraz.
Pani Łucja chciała coś powiedzieć, ale chłód dziewczyny zmroził ją. Zapytała tylko:
— Poczty jeszcze nie było?
— Nie. Mam przynieść na górę, jak przyjdzie?
— Poproszę cię, dziecko, o to! Ja dziś przed południem nie wyjdę. Zimno.
— Nord-west, proszę pani.
Cicho i powoli skierowała się ku drzwiom, bez pośpiechu otwarła je, długiem, uważnem spojrzeniem obrzuciła cały pokój i wyszła.
Na schodach westchnęła.
Jak cudownie potrafiła ta pani zmienić skromny, przez cały rok — wyjąwszy miesiące letnie — niezamieszkany pokój na górze! Na podłodze miękkie, jaskrawe dywaniki, czerwona kanapa pluszowa prawie zupełnie przykryta wielkim czarnym płaszczem jedwabnym, haftowanym w złote żórawie, na płaszczu miękkie, tęczowe poduszeczki, wszystko było ozdobne i piękne. Nawet naciągnięte na prawidła liczne pantofelki, różnych kształtów i kolorów, ustawione pod ścianą w rząd, wyglądały niby śmiejące się cacka.
— Jak u tej pani ciepło! — myślała Zolojka, schodząc nadół.
Ciepły blask oczu, ciepły uśmiech, ciepłe pachnące rączki, ciepłe brzmienie głosu...
Śliczne Marysie odjechały ze swymi ślicznymi Jankami. Nadawały jej mnóstwo szmatek, z któremi nie wiedziała, co zrobić. Nie miała nic przeciwko nim, ale była zadowolona, że sobie wreszcie pojechały. Robiły dużo hałasu i nic więcej. Ledwie wyjechały, opowiadania ich zaczęły się Zolojce w głowie zacierać, jak niedorzeczne bajki. Sprzątając powoli w opróżnionych przez gości pokojach, sprzątała równocześnie i w swej duszy. Wyrzucała śmieci.
Pani Łucja zjadła śniadanie i siedziała przy stole, paląc doskonałe papierosy, popijając wonną herbatę i spokojnie, z uczuciem wyższości, przyglądając się spienionej, białej zatoce.
Cóż ją obchodziły dąsy morza czy nawet jego wściekłość?
Była ponad tem wszystkiem. Gdy tu pobyt stanie się niemożliwy, pojedzie na Riwierę, wreszcie wróci do Warszawy. Boże, ileż hałasu o tę jedną — drugą wioskę rybacką z garścią źle mówiących po polsku, zniemczonych rybaków i ciemnych rybaczek! I ta odrobina morza, jak słyszała, ledwie że słonawego! Cóż to wszystko znaczy wobec Ostendy, Cannes, Biarritz lub Lido!... I w dodatku brak jakiegokolwiek komfortu, najprymitywniejszych wygód. Ludzie, sypiający od dzieciństwa na materacach, mają naraz sypiać na sianie czy na siennikach wypchanych trawą morską!
Pani Łucja zgasiła papierosa, rzuciła go i znów zaczęła się przyglądać zatoce.
Zimno!
Z pewnym niepokojem pomyślała, że za kilka już dni odejdą ostatnie pociągi sezonowe i półwysep zostanie odcięty od świata. Bo cóż to za połączenie — w każdą stronę jeden pociąg dziennie i to w najniewygodniejszej porze! Boże broń nagłego zasłabnięcia lub jakiegoś nieszczęścia, bo doprawdy niewiadomo byłoby co począć. A i ta kolej to zasługa Polski! Ładnie tu Niemcy przed wojną gospodarowali. I co tu robić, gdy sezon się skończy!
A przecie niektórzy — zachwycają się —...
Pan Tomasz, tak, ten jest wciąż w siódmem niebie.
Zapaliła nowego papierosa i zamyśliła się głęboko. Jego postępowanie stało się w ostatnich dniach niezrozumiałe. Uderza w tony niezwykłe, niepospolite, zdaje się czasem, jak gdyby miał zamiar apostołować... Nie byłoby w tem nic złego, salony apostołów uznają i cenią, popierają, nawet same nieraz apostołują!... Ostatecznie każdy prawdziwy mężczyzna ma swój okres apostolstwa... Ale skąd u Tomasza ten właśnie zwrot w nowym, niespodziewanym kierunku.
Pani Łucja zastanawiała się.
Kim jest Tomasz?
Człowiekiem inteligentnym, uczuciowym, lekkomyślnym nieraz, ale trzeźwo patrzącym na świat i życie, niepozbawionym tej dozy sceptycyzmu, która czyni człowieka lekkim, sprężystym, i ułatwia mu utrzymanie równowagi, pozatem odznaczał się zawsze żywym, nawet żywiołowym temperamentem, humorem i pogodą umysłu. W ostatnich latach nieco przygasł, ale mężczyźni wogóle zbyt biorą sobie do serca sprawy polityczne.
Teraz ten dziwny ton jest albo przemijającym nastrojem, nową jakąś poetycką fantazją Tomasza, a miał w życiu już niejedną, lub też, o ile byłby szczery, świadczyłby o tem, iż Tomasz odkrył nad tem morzem jakieś nowe źródła energji życiowej i ideowej. Bo jednak czuć w nim wielką przemianę, a mówi nieraz tak, jakby na świat patrzył nowemi oczami.
Nowe źródła energji życiowej i ideowej!
A cóż one mogą obchodzić piękną damę salonową!
O, za pozwoleniem! Kto kocha życie i piękno, marzy wiecznie o „wodzie żywej”. W tylu kramach i kramikach ją sprzedają, świat tylu sprzecznemi ponętami i pokusami wabi, że niewiadomo, w co wierzyć. Błąka się biedne serce i błądzi, bo tak wielu słucha sofistycznych mędrców, ale gdyby mogło uwierzyć!... Dama salonowa może być margrabiną de Pompadour lub dzieweczką tak prostego i natchnionego serca, jak Joanna d’Arc.
Znowu ciche pukanie.
Ach, to rybaczka z pocztą.
— Wejdź, dziecko! Nic więcej, same gazety? Dziękuję ci. Czemu ty jesteś zawsze taka smutna? Czy masz jakie zmartwienie?
Zolojka patrzy na nią przez chwilę, jakby nie rozumiejąc. Potrząsa przecząco głową. Nie, nie jest smutna.
— Nie żal ci, że sezon już się skończył? Twoje śliczne przyjaciółeczki wyjechały... Będziesz teraz sama.
Zolojka myśli.
Zezon się skończył? Nie, to tylko letnicy wyjechali, teraz dopiero zezon się zacznie. Dziś rano była doch pierwszy raz wyjechana na wangorze. Już się nie będzie dusić w kuchni.
— Ludzie przyjeżdżają, odjeżdżają — odpowiada nieśmiało.
— Ale ty smutna jesteś! Widać ci to po twarzy. Może masz zmartwienie z narzeczonym? Bo chyba masz narzeczonego — taka ładna, zgrabna dzieweczka! Zdradził cię? Zakochał się w jakiej panience z Warszawy? Powiedz! Mnie wszystko możesz powiedzieć.
Pani mówi to i śmieje się — wesoło, jakby to było naprawdę coś śmiesznego.
— Z czego ona się śmieje? — myśli Zolojka.
Niespokojnie obciąga na sobie fartuszek, zielony sweater, poprawia szal na głowie, zerka ukradkiem do lustra, czy nie jest na twarzy zasmarowana. Nie. Więc z czego ta pani się śmieje?
— A może chora jesteś?
— Nic mi nie fela — odpowiada dziewczyna zimno i wychodzi.
Na schodach myśli:
— Co to znaczy — „zdradził”? Jakby to było po naszemu? Co tu było śmiesznego?
— Jak trudno dogadać się z tymi ludźmi! — myśli pani Łucja zniechęcona daremnemi wysiłkami i przyzwyczajona do schlebiającej, gadatliwej otwartości ludzi lądowych.

Morze wewnętrzne.

— A ja tu zostanę! — powtórzył Tomasz.
Tłumaczyła mu.
— Pan nie jest stworzony do tego życia. Nie wytrzyma pan. —
— Wytrzymam! — przerwał jej stanowczo. — Zobaczy pani!
— Wiem, jak się pan uprze, to pan tu swoje odsiedzi, ale duchowo nie wytrzyma pan. To jest niebezpieczne... Może się pan złamać!
— Dlaczego?
— Zna pan „Morze” Kellermana?
— Znam!
— Dużo pijatyki, dziewczyna, podstępny rybak — zrozumiałam jedno: Kellerman, choć się chciał do morza dostosować — nie mógł, musiał uciec.
— To właśnie. Stchórzył, a ja nie stchórzę. Stchórzył i nie powiedział nawet, przed czem.
— Wytłumaczenie tego jest w drugiej książce o morzu starszego autora, który nie stchórzył.
— Wiem, Strindberg.
— Tak. Jego człowiek, inteligent, zmagający się z morzem, upada zupełnie, ginie, staje się nędznem zwierzęciem. Powtarzam jeszcze raz: nie rozumiem się na tem, może dla mnie to tylko pejzaż mniej lub więcej zajmujący, ale pojmuję także, że to ogromna siła, której przeciwstawić się bardzo trudno, jeśli się nie jest człowiekiem morskim.
— Może być.
— I cóż pan mógłby zyskać przez to, gdyby się pan stał człowiekiem morskim — o ile to wogóle byłoby możliwe! Niech pan spojrzy tylko na tych rybaków... Co pan wśród nich może znaleźć?
— Nie wiem.
— Ja panu radzę, jako szczera, prawdziwie życzliwa przyjaciółka.
— Widzę to. Wdzięczny pani jestem. I może nawet — ma pani słuszność...
— Z pewnością mam. Więc cóż?
— Pani Łucjo! Raz wyjechałem z jednego piekła, by dotrzeć do drugiego. Po drodze natknąłem się na Japonję. Byłem wówczas młodym, mocnym mężczyzną, ale już miałem dość wojennej wrzawy tego życia. Przejeżdżałem przez wewnętrzne morze japońskie, ciche, srebrno-błękitne, z zielonemi, słońcem okurzonemi wysepkami. Tu i ówdzie łódź rybacka, na szlaku wielkomorskim parowce, na stokach wysepek kwadratowe latarnie świątyniek, nad morzem wielkie stada mew, na lądzie czasem widzialny olbrzymi Fudżi. Jechałem do Europy, a byłem młody, zdrów, mogłem zostać generałem, ambasadorem, a jednak ujrzawszy te wyspy, całą duszą zatęskniłem naraz do ich ciszy i samotności.
— Ucieczka od życia!
— Nie, ucieczka do życia!
Milczał.
— Mogłem to zrobić! — zaczął znowu. — Byłbym przepadł dla ludzi, byłbym bez śladu zginął w mrowiu Dalekiego Wschodu. Nie zrobiłem i nieraz gorzko tego żałowałem. Dziś drugi raz zdarza mi się taka sposobność. Wyszedłem z piekła, o! bo te nasze miasta dzisiejsze, to piekło, znowu znalazłem — Morze Wewnętrzne! — i mam się go wyrzec, aby wrócić do piekła?
— Morze Wewnętrzne! — powtórzyła pani Łucja. — Wszakże ono jest wszędzie!
Nie odpowiedział. Przyglądał się zatoce.
Szli ścieżką pod lasem, rosnącym na wysokiej wydmie, z której rozlegał się widok szeroki i daleki.
— Pani nawet nie wie — mówił — jakie to w swym charakterze jest podobne do Majko, tego japońskiego morza wewnętrznego. Ta sama lśniąca przestrzeń z rzadkiemi, ciemnemi sylwetkami łodzi rybackich... Ta sama pogodna, cicha tęsknota i słoneczne rozproszenie się duszy bez reszty... Jak i tam, tak i tu samotny człowiek grzebie sobie powoli coś na brzegu, pracuje zamyślony, zrzadka tylko podnosząc głowę, obojętnie spoglądając na łodzie i statki, tak już cały jest do wewnątrz zwrócony...
— To ma być praca?
— Nad duszą trzeba też pracować, droga pani. Niech pani patrzy — tam woda jest jasna, bo tam dno piaszczyste, jałowe — a w tych miejscach fale zielenią się, jak grządki w ogrodzie... bo tam są pasy planktonu, zwierzyńce podwodne, w których żyją ryby...
Jak się to wszystko mieni... I wie pani? Czuję, że tu na każdym kroku coś się dawniej działo, że tu kwitło życie, którego my nie znamy, którego wspomnienia nawet przygasają... Niepojęty wizjomer, Lafcadio Hearn, odkrył starą Japonję, odcyfrował ją tak, jak tego nie zdołał zrobić żaden Japończyk... Czy znajdzie się u nas człowiek, który potrafiłby wskrzesić dawne nasze życie morskie? A ono było!
— Pocóż wskrzeszać! Lepiej stwarzać nowe!
— A z czegoż pani to nowe stworzy, jeśli pani nie zna tego, co było? Zresztą, gdyby się nawet liczyć tylko z istniejącym stanem rzeczy, to trzeba go rozumieć i znać.
Uderzył laską w leżący na skraju lasu duży, czerwony kamień graniczny. — Co to jest? Powie pani — kamień graniczny. Ale skąd się tu wziął? — Ludzie go tu położyli. — A skądże ludzie wzięli taki kamień na półwyspie, bo przecież tu, na wydmach, szwedzki granit, uważa pani kochana, nie rośnie, iż tak rzekę. I z pewnością statkami też tu granitu nie sprowadzono.
— Morze go przyniosło! — domyśliła się pani Łucja.
— Ha, bardzo słusznie, ale otóż ciekawa historja? Podróż morska głazu granitowego! Jakaż silna musiała być fala, która go na brzeg nasz wyrzuciła. Pomyślała pani o tem? Chodźmy dalej. Pójdziemy teraz na tę piaskową górę, której wierzchołek widzi pani nad lasem. To niedaleko i droga nieuciążliwa, a widok cudny.
Po chwili ogarnął ich cień i chłodny aromat sosnowego lasu.
— Praca rybaka jest nadzwyczaj ciężka! — mówił, kiedy zwolna przedzierali się przez gęsty las. — Wymaga wielkiego wysiłku fizycznego. Przekonałem się o tem. Czego się tknąć — aż parzy! Dlatego rybacy ogromnie lubią zajęcie rolnicze, znacznie lżejsze, a miłe im także i przez to, że rzadkie. Otóż tu za dawnych czasów, u stóp tej góry, zwanej Uswinem, to znaczy po prostu „U świni”, była kiedyś Arkadja rybacka...
— Istotnie! „U świni”. Nadzwyczaj poetyczne.
Pan Tomasz stanął i zaczął się rozglądać.
— Rybacy mówili mi, — opowiadał dalej, jakby nie słyszał ironicznej uwagi swej przyjaciółki — że dawniej las był tu większy niż dziś. Miał być pełen zwierza, zajęcy, sarn, ptaszków różnych... Zawsze mówią o tem z rozrzewnieniem, bo widzi pani, w duszach tych ludzi drzemią jeszcze echa lądu i może nawet wspomnienia z przed kilkuset lat... Ha, bardzo słusznie, oni tu przecie przywędrowali... Więc tu było pastwisko... Tu na wolności pasły się wesoło chrząkające zadowolone świnie... Nie zaganiano ich zpowrotem do wsi... A dalej jest miejsce które się nazywa „Do maselnika” dlatego, że tam pasły się krowy... Rybaczki przychodziły z wioski doić je... Cały półwysep należał do rybaków, nikogo innego nie było... Minęły te szczęśliwe czasy, kiedy to z kijkiem w ręce wylegiwało się na słonecznych stokach Uswina, słuchając chrząkania świnek, beku owiec, a równocześnie patrząc na oba morza. Czyż nie ciekawa byłaby taka idylla rybacka? Bo z pewnością nie brakowało tu ani dziewcząt, ani piosenek. Oni są muzykalni i mają temperament... Ale tych piosenek nie wskrzesi już nikt... Umarły na zawsze. Niemcy zdusili. Teraz powoli, bo tu cud!
Dochodzili do wierzchołka pagórka, który Tomasz dla ściętego kształtu nazwał kraterem.
Na wierzchołku Tomasz stanął, zdjął kapelusz, rozjaśnionem spojrzeniem obwiódł horyzont i odetchnął głęboko.
— Wolność! — rzekł.
Popielate oczy pani Łucji też błyszczały zadowoleniem. Oddychała żywiej, na jej matowych policzkach rozgorzały brzoskwiniowe rumieńce.
Widok był bardzo piękny. Wzdłuż półwyspu ciemny, gęsty grzebień lasu, po jednej stronie błękitna w tej chwili, lśniąca zatoka z szafirowym przeciwległym brzegiem, po drugiej wzdymające się turkusowe fale Wielkiego Morza. Na zatoce — jakby ciepło ludzkie, na wybrzeżu i przy brzegu łodzi, trochę dalej motorówki z pochyło sterczącemi masztami, czarne zdala linje paliszcz przystani rybackiej, tu i tam daleka żaglówka — bliżej szczekanie psów, porykiwanie bydła, odgłosy życia — na morzu bezustanna praca wody, statki i bezkres.
— Stąd dopiero naprawdę widać, jakie te fale morskie są wielkie i co to za potężny ruch, co za siła! — odezwała się pani Łucja, przyglądając się powolnemu wzbieraniu wody na przestrzeni całych kilometrów.
— Tu się widzi rytm morza i tu czuje, kto ma serce. I tu jest Bóg!
— Jest wszędzie! — dodała żywo kobieta.
— Chce pani powiedzieć, że i w grzechu, w pustocie życia, w zesromoceniu i pohańbieniu człowieka? O, ja tak przywykłem wszystko zawsze rozumieć i niczego nie potępiać, że się z panią spierać nie będę. Wszyscy staliśmy się mimowoli cichymi, choć nieraz bezinteresownymi wspólnikami tylu zbrodni i niegodziwości, że jak najbardziej stanowczo odpychamy od siebie wszelką myśl o sądzie i potępieniu. Sądzić ani potępiać my nie możemy.
— Wiem, co pan ma na myśli! — mówiła prędko pani Łucja, widocznie zmieszana. — Ale proszę pana, niech pan nie mówi, aby nie było — niesmaku... To nie jest temat do rozmów niepoważnych... U nas —
— Rozumiem! — odpowiedział mężczyzna. — „U nas” poruszanie tego tematu uchodzi za nietakt towarzyski. Tę sprawę uważa się u nas wyłącznie za sprawę osobistą. Ha, słusznie, ale nie bardzo. W każdym razie — zrozumiała mnie pani. Ale czemu się pani tak denerwuje?
Odpowiedziała podrażnionym tonem.
— Powinien pan rozumieć! Ja nie chcę o tem mówić!
— Pragnę mówić o sobie! — rzekł miękko mężczyzna.
Milczała.
— Wolno? — spytał proszącym tonem.
Skinęła głową, że tak.
— Cóż dziwnego, moja cudna pani, że jestem trochę zmęczony? — rzekł. — Od dawna już odczuwałem potrzebę przyczepienia się duszą do czegoś naprawdę wielkiego, czystego, prawdziwego, do czegoś, coby mnie słabego dźwignęło i poniosło dalej. Myślałem o miłości. Ale przecie ja kochałem, zawsze kochałem, pani wie, pani wie dobrze, pani nie zaprzeczy.
Przyznała krótkim, nerwowym ruchem głowy.
— Miłość moja nie była samolubna, a jednak nic doskonałego stworzyć nie mogła... We mnie samym nie stała się siłą największą, najświętszą. Dopuszczałem nieraz do sponiewierania świętości — jak i wszyscy, jak cały naród.. Czegoś tej mojej miłości niedostawało... Czułem to, ale z wesołą i lekkomyślną pokorą, bez najmniejszej troski znosiłem ten niedostatek, z przyjemnością pocieszając się odwieczną prawdą o niedoskonałości człowieka.
Po chwili namysłu mówił dalej:
— Zauważyłem jednak, że ta leniwa, niedoskonała miłość jest niebezpieczna. Wynagradzając taniem użyciem tanie wysiłki, tworzy — bagno wewnętrzne. Dlatego tęskniłem — do Wewnętrznego Morza! Ha, bardzo słusznie — przypuszczam. Ale cóż? W Warszawie — niepodobieństwo! Nie znoszę miasta! Próbowałem prowincji — ale to tylko niezdarna imitacja wielkiego miasta. Wszędzie docierają gwiazdy filmowe, chłopięca fryzura i obrzydliwy dolar... Dość, że przypadkiem natknąłem się na to nasze morze, biedne polskie morze — i ono dało mi nagle kuksa w bok. Ukłoń się! — powiedziało mi. — Ukłoniłem się i zrobiło mi się dobrze. Pani znów trochę przewróciła mi w głowie, zacząłem się burzyć. — Gwiżdż na swoją współczesną czy nowoczesną filozofję! Pacierz zmów! — powiedziało mi morze. Zmówiłem pacierz i — pomogło mi. Teraz mam już o co ręce zaczepić. Znalazłem to coś, co mnie potrafi nietylko podźwignąć, ale i ponieść dalej...
— Myśli pan?
— Rozumie się! — wykrzyknął z zapałem. — Przecież Niemcy jakby naumyślnie zaniedbali ten zakątek, abyśmy od „a b c” mogli się na nim uczyć morza, abyśmy wszystko musieli sami tworzyć... To będzie jeden z najpiękniejszych rozdziałów naszej twórczości, bo tu zacznie się krystalizować nowa dusza polska, nowa droga dla polskiego genjuszu... A że Bóg jest w tworzeniu, więc ja się do tej pracy biedną swą duszyczką przypnę i — jazda w błękity! Tak myślę. I wtedy przyjdę do pani i powiem jak jest. Ale dziś jeszcze nie wiem, nie jestem w sobie umocniony, dlatego zostanę. Cóż pani na to?
Siedziała nieruchoma, milcząca, zapatrzona na morze, poważna.
Nie odpowiadała.

„Los marynarza.”

Umówili się, że spotkają się dopiero na kolacji „Pod Bałtyckim Łososiem”, bo pani Łucja miała do napisania kilka ważnych listów. Pan Tomasz był temu odpoczynkowi rad. Zmęczyło go „wywnętrzanie się“.
— Człowiekowi zdaje się, że wszystko wie — myślał — a jak przyjdzie do wypowiedzenia się, widzi, że dopiero końce nitek zaczyna łapać. Wogóle — nie trzeba mówić.
Nad wieczorem ogolił się, ubrał się przyzwoicie i wolnym kroczkiem poszedł pod „Łososia”.
Przed kilku dniami o tej porze panował w wiosce żywy ruch i gwar. Teraz światła wprawdzie jeszcze się paliły, ale letników już się nie spotykało. Było cicho, człapały tylko chodaki rybackie.
Oberża „Pod Bałtyckim Łososiem” gorzała resztą sezonowej świetności. W blasku lampy łukowej widać było okolony starannie drutem klomb troskliwie hodowanych przez oberżystę kwiatów, których pęk w darze otrzymywał każdy odjeżdżający gość oberży. Obszerna weranda była jasno oświetlona, a z izby, w której znajdował się skład i bufet, dolatywały przez okna czyste, rytmiczne dźwięki muzyki. Obok pochylonej postaci kontrabasisty widać było ogromnego Kułaka w śpiczastym kapeluszu, rozmawiającego z ożywieniem z drugą równie ogromną, czarną figurą.
Tomasz przez ciekawość poszedł tam zajrzeć pod pozorem kupienia papierosów.
Przy stołach siedzieli w swych granatowych ubraniach rybacy. W kącie rżnęła od ucha muzyka. W środku pokoju Kułak, z twarzą błyszczącą od alkoholu, wymachując z rozpędem długiemi łapami, tłumaczył coś po kaszubsku gigantycznemu, ogorzałemu rybakowi. Ujrzawszy kolegę, łypnął tylko do niego oczami i zawoławszy: — Ja tam potem przyjdę! — gadał dalej z rybakiem, który, ciekawie słuchając, równocześnie bacznem spojrzeniem wielkich, czarnych oczu obrzucił pana Tomasza.
Kupiwszy papierosy, pan Tomasz przeszedł na werandę. Usiadłszy przy stoliku na uboczu, kazał sobie podać kieliszek wódki i szklankę piwa, wypił, zapalił i czekał, patrząc w gwiaździste niebo i słuchając muzyki.
A grał pięknie i z ogniem na skrzypcach śniadolicy Kuba, w jednej osobie murarz, cieśla, a zarazem handlarz ryb, który w zimowe wieczory, aby czasu nie tracić, biegle i wprawnie w skupionem milczeniu wiązał żaki; miąższ i soczystość nadawał muzyce brat jego Paweł, także murarz, cieśla, trochę rybak, wielki znawca bydła i mistrz na harmonji ręcznej, którą w mocnych swych rękach zwijał i rozwijał jak różnobarwną tęczę dźwięków, równocześnie zaś nogą wybijał interpunkcję na wielkim bębnie z czynelami, gdy drugi Paweł, tragarz, rybak, murarz, cieśla, kopacz, rolnik, wogóle wszystko, znakomicie i nieomylnie basował, zaś żaden z nich nigdy nie brał lekcyj muzyki, nie znał ani jednej nuty pisanej czy drukowanej, a cały zespół uczył się nowego repertuaru ze słuchu od gramofonu.
W drzwiach dał się słyszeć szelest sukni i miły, dźwięczny głos pytający.
— Tego pana jeszcze nie było?
— Jestem, proszę pani! — odezwał się Tomasz, poznawszy po głosie panią Łucję.
— A, pan tu!
Weszła — świeża, uśmiechnięta, wytworna.
— Dobry wieczór! — rzekła, podając mu rękę z jasnym, życzliwym uśmiechem. — Spóźniłam się? Przypuszczam, że nie bardzo... Ale chciałam się dziś dla pana ubrać.
Zrzuciwszy z ramion popielate „manteau”, stanęła przed nim w jedwabnej sukni ponsowej z głębokim metalicznym odcieniem, z ramionami na pół przykrytemi jasno fioletowym szalem, haftowanym w wielkie, również ponsowe róże.
— To dla mnie? — zapytał zdziwiony. — A na jaką intencję?
— Nikt tu dla mnie wieczoru żadnego nie wydał, więc postanowiłam wydać ja — dla pana. Tu, ten stolik. A, widzi pan, nawet kwiaty są. Co tam za muzyka?
— Sezon się skończył, rybacy bawią się między sobą. Kułak tam pije z rybakami...
— Pan Kułak? — zaśmiała się pani Łucja. — Mocne nazwisko! I człowiek też, zdaje się, niesłaby, sądząc z postawy i z tego, co mi pan o nim opowiadał.
— Bóg mi go zesłał, bo w każdym razie będę miał jakieś towarzystwo w zimie.
— A więc zostaje pan — nieodwołalnie?
— Zostaję.
— Można już podawać, proszę pani?
— Proszę, panno Marysiu! Wódkę i zakąskę, potem resztę... Rozporządziłam się bez pana i naprzód już zamówiłam kolację... Będzie sałatka z pomidorów, po kawałeczku „ędzonego ęgorza“, bo dużo podobno na noc niezdrowo, a przedewszystkiem — kurczęta z sałatą... Zrobiłam, co tylko się dało...
— A pański plan pozostania tu na zimę, pochwalam — rzekła nagle. — Zadanie nie jest łatwe, ma nawet pewne słabe punkty, ale — zbyt niebezpieczne też nie jest... Zwłaszcza dla pana...
— Dlaczego „zwłaszcza”?
— Tu mógłby się złamać człowiek — twardy. Ktoś. Ale pan? Nie.
Pan Tomasz nóż i widelec ze zdumienia położył i oburzony wpatrzył się w panią Łucję.
— Co pani mówi! — wyrzekł.
— Nie potrzebuje się pan ani oburzać, ani obrażać, niech pan raczej jeszcze wódki naleje i posłucha. Ja pana przecie dobrze znam. Tak — na zdrowie! Dobrze znam! — powtórzyła z grymasem niesmaku, stawiając kieliszek. — Dobra wódka, mocna, rozgrzewa. Jak wszyscy mężczyźni — jest pan poetą, a w gruncie rzeczy dzieckiem — w porównaniu z kobietą. Rozlewająca w bufecie piwo poczciwa ciotka Lina z głową obwiązaną czarnym szalem i w zielonym włóczkowym sweaterze jest swym sposobem myślenia znacznie bliższa rzeczywistości, niż pan.
— Dlaczego pani to wszystko mówi?
— Dowie się pan. Przecież ja wiem i rozumiem wszystko. W sercu swem jestem, jako kobieta, matką od maleńkości. Trzy czy cztery lata miałam, kiedy już własną piersią karmiłam lalki. Znam dzieci. Mężczyźni — świadomie czy nieświadomie spowiadali mi się ze swego życia, ze swych najskrytszych myśli i tajemnic. Znam ich tak dobrze, jak dzieci, któremi też są. Mężczyzna, przybierając postać bohaterską, nie wie nawet, że tem samem zdradza, czem go można przestraszyć. On się też zlęknie bohaterskiej pozy swego przeciwnika — ale kobieta nie robi sobie z niej nic. Cóż jej Herkules czy Samson, ona go przecie wydała —
— Zdradziła!
— Wydała na świat. Kant, drogi panie, jest dzieciakiem, zadowolonym ze swej, nikomu niepotrzebnej mądrości... Bergson jest grzecznem dzieckiem, rozsądnem i pilnie się uczącem... Goethe jest dzieckiem, ulubionem przez pana nauczyciela... Ale któryż z nich naprawdę zna rzeczywistość?... Ani jeden nie wyrzekł słowa, któreby cały świat potwierdziło... Tylko przez kobietę... Słowo ciałem się stało...
— Cóż ja z tem wszystkiem mam do czynienia?
— Ha, bardzo słusznie! — jak pan zwykł mówić. — Nie rozumiejąc rzeczywistości od zarania swych dni, kiedy to pan jako pięcioletni malec wyobrażał sobie, że pan jest generałem — aż po dzień dzisiejszy, gdy pan już tym generałem został, wciąż tem samem dzieckiem będąc —
— Nie jestem generałem! — zaprotestował żywo Tomasz.
— W każdym razie jest pan w generalskim wieku.
— Merci!
— Niema za co, raczy się pan nie fatygować. Owóż — szedł pan z jednej fikcji w drugą, tu łatwo przezwyciężał pan przeszkody, tam brał pan — uczciwszy uszy — po łbie — jak wypadło — ale od piątego roku życia był pan owym „generałem w marzeniu“ i będzie pan nim do końca życia. Co oni grają?
Z pierwszego pokoju dolatywały miękkie, łagodnie falujące akordy jakiegoś staromodnego walca. Wszystko było w nim wzorowo banalne, jak utarty frazes towarzyski. Człowiek, pierwszy raz słyszący ten walc, bez trudności dokończyłby sam każdą frazę w połowie urwaną, a symetrja kompozycji nie dawała najmniejszego pola do myślenia. Niemiecka, mdła słodycz biła z każdego akordu. Ale była w tym walcu pewna rozpryskująca się falistość, przelewność płynnego rytmu.
— I sentyment! — dodał Tomasz. — Rozumie pani, sentyment idjotycznie wiolonczelowy, natrętny swą naiwnością, ale szczery.
— Niech sobie będzie! — mówiła pani Łucja, odganiając małą rączką jednocześnie dym papierosa i muzykę. — Niech sobie będzie. Sentyment. Na to pan zawsze „poleci”. A nie myśli pan, że ta „woda żywa”, której pan dla mnie i dla siebie szuka, znajduje się w takim kraju, do którego można się dostać tylko zerwawszy z kulturą, cywilizacją i ludzkością...
— Z dzisiejszymi ludźmi — nie z ludzkością... A kultura, cywilizacja — czy to ten futurystyczny program Marinetti’ego, który mi pani raz wygłosiła: — jeść, pić, spać, uprawiać sporty, kłócić się, bić, chodzić do kina, tańczyć...
Patrzyła w gwiaździstą noc za oknami.
— Powiedział mi pan, że pan mnie kocha! — odezwała się naraz z tłumioną gwałtownością. — Wierzę. Mnie kochać można. Ale trzeba mnie kochać bardzo mocno — taką, jaką jestem, nie według swego uznania — stosownie do takiej czy innej kwadry księżyca. Myślałam, że pan przez tę miłość swą zrozumiał mnie nareszcie... A tymczasem pan wciąż jeszcze błądzi po księżycowych ogrodach... Taki już pański los...
Tomasz złapał przebiegającą koło niego Marysię.
— Panna Marysia nie wie, jak się nazywa to, co oni grają?
— „Los marynarza”! — odpowiedziała śniada dziewczyna, szczerząc białe zęby w uśmiechu.
— Co? Jak?
— Los marynarza.
Pani Łucja parsknęła śmiechem.
— To pański los! — Los wiecznego pływaka! — rzekła.
Lecz Tomasz mówił.
— Przedziwnie są zatwardziałe serca ludzkie. Tyle już przeszliśmy klęsk, na tak okropne rzeczy patrzyliśmy własnemi oczami i zrozumieliśmy wtedy, że to jest kara za grzechy i wiedzieliśmy za jakie grzechy, a jak tylko Bóg pofolgował, znowu staliśmy się głusi i ślepi. Wierzę, że czekają nas nowe cierpienia, bo Bóg nie może pozwolić i zginąć marnie ziarnu swemu zasianemu w duszach ludzkich. I widzi pani... Teraz wiem już, dlaczego powinienem szukać „wody żywej”... Może przyjść czas wielkiego cierpienia i ciężkiej choroby... Wtedy —
W drzwiach, prowadzących na werandę, stanął Kułak — co się nazywa „pod dobrą datą”.
— Hullo, old Tom! Jesteś tu! Zaraz przyjdę...
Pani Łucja wstała.
— Niech pani nie odchodzi, ja go spławię...
— Muszę już iść.
— To i ja pójdę.
— Nie, niech pan zostanie. To właśnie potrzebne. Nie widzi pan, że zgłasza się do pana sam Posejdon? Morze pana woła.
Ucałował jej rękę.
Chciał wyjść, gdy na werandę zwalił się Kułak z budlą w ręce.
— Hola, bratku, nie uciekaj! — grzmiał wesoło. — Wypijemy sobie na cześć pani Nordy, na pohybel pani Zydzie, na zdrowie Ostowi i Westowi! Hura!

Letnicy wyjechali.

Zmęczone uciążliwą pracą podczas sezonu kobiety odpoczywały, powoli porządkując opuszczone mieszkania. Rybacy, nieskrępowani już, swobodnie chodzili po całej wiosce w swych łatanych ubraniach — wszędzie suszyły się żaki tak, że ciasnemi uliczkami trudno było nieraz przejść. Na placu przed kościołem, na piaszczystym wzgórku fruwała rozwieszona na sznurach między czterema drzewami mokra bielizna, owiewając żaki i mance śledziowe, rozwieszone na poprzecznych lub pionowych wyjmach. Na placu, krzycząc, bawiły się złotowłose, pstro ubrane dzieci, gromadkami przechodziły śmiejące się dziewczęta w jaskrawych sweaterach, dźwigając na pochylonych plecach tak niezbędny do sprzątania piasek morski, na słońcu wylegiwały się psy, przeważnie wielkie, mądre, spokojne wilki.
Zniknęła z masztu łazienek biało-czerwona flaga, powiewająca podczas sezonu. Przez kilka dni plaża rozbrzmiewała rozgłośnemi okrzykami i piskiem pokojówek i służących, które do wytwornej kąpieli morskiej wniosły bezceremonjalne ożywienie z nad Sanu, Dunajca, Bzury, czy Bugu. Ale już coraz częściej pojawiały się na strądzie łodzie z mancami, pełnemi śledzi srebrnozielonych, do których „pulowania” zbiegały się całe rodziny rybackie. I tu też licznie już suszyły się żaki i morzem pachnące mance śledziowe. Tam, gdzie niedawno wylegiwały się na piasku za osobnem ogrodzeniem uśmiechnięte wielkomiejskie damy, rybacy w ciężkich swych skorzniach wciągali mokre, smołą i morzem pachnące łodzie, a przytykające do wody i przeszkadzające w swobodnem przechodzeniu skrajne deski ogrodzenia znikały jedna po drugiej z każdym dniem, tak, iż wreszcie ogrodzenie rozebrano. Uprzątnięto też ze stegn, prowadzących przez góry nad morze drewniane chodniki, ułożone tam dla wygody letników. I strażnik leśny już nie uganiał po lesie, patrząc, czy kto papierosów nie pali, dziewczęta z wioski nie kryły się z grzebaniem piasku i nie obawiały się grożących za to dziesięciu złotych grzywny — czyli, jak rybacy to słowo przekręcili — „krzywdy”, i nikt już na torze kolejowym nie oglądał się na prawo i na lewo, patrząc, czy pociąg nie idzie. Pawilon restauracyjny nie był jeszcze zamknięty, bo restaurator wysprzedawał resztki zapasów i towaru z sezonu, ale po gościach, którzy się w nim pojawiali, pozostawały na podłodze duże, mokre, czarne plamy.
Zresztą jesień była ciepła, pogodna, a morze — przepiękne. Podziwiał je nieraz przez długie godziny pan Tomasz, samotny, bo pani Łucja, nie uprzedziwszy go, wyjechała następnego dnia po owej kolacji „Pod bałtyckim łososiem”.
— Ha, bardzo słusznie, kobiety mają swe fantazje — powiedział sobie pan Buszyński — ale ona wyjechała, nie dopowiedziawszy mi czegoś, jakgdyby chciała, aby rozmowa nasza pozostała niedokończona. Bywają i takie rozmowy. Zaczekamy, co będzie dalej.
Myślał o niej nieraz serdecznie, ale nie tęsknił. Wspominał ją — czasem analizował — i dość na tem. Pochłaniało go zupełnie morze, któremu się przyglądał od świtu do nocy. Nie było dnia, aby kilka razy przynajmniej nie zjawił się na „górze” za „Smątarzową Drogą“ — albowiem zamieszkał w tej części wioski. Przez dłuższy czas obserwował parowce, motorówki i łodzie rybackie, krążące po morzu, spodziewając się, że z ich ruchów czegoś się dowie, coś odgadnie — jednakowoż ta obserwacja nie dała mu nic, prócz wprawy w odgadywaniu narodowości statku i jego ładunku.
Ale zwolna wrażenia mnożyły się i monotonny napozór obraz nabierał życia.
Raz, jeszcze w sezonie, widział w nocy oświetlony rzęsiście statek — prawdopodobnie wycieczkowy — płynący do Gdańska. Na pokładzie statku grała muzyka, która mijając polski brzeg, zagrała „Heil dir im Siegeskranz”. Uśmiechnął się ironicznie i pobłażliwie zarazem, ale równocześnie pomyślał, iż w tym jego uśmiechu kryje się pocisk z działa wymierzonego w stronę owego „zwycięskiego wieńca”, z wielu gałązek już oskubanego.
Kiedy indziej — również nocą — ujrzał na morzu statek z całą kolumną świateł na pokładzie. Muzyka na tym statku nie grała, tylko ów słup gorzał wspaniale, przywodząc na myśl świetnie iluminowane statki książąt z bajki. Pan Tomasz uśmiechał się, patrząc na to cudo, jaśniejące nad odmętami morskiemi, bo wiedział, iż to zwykły holownik, który musi wywieszać światła w ilości odpowiedniej do ilości holowanych statków.
Raz nad wieczorem zobaczył w zmierzchu wielki, czteromasztowy okręt z rozwiniętemi żaglami, idący w stronę Gdańska. Był to prawdopodobnie jakiś stary „wrack”, gnijący niedobitek dawnej floty żaglowej, zdolny do kilkunastu czy kilkudziesięciu może raisów — ale jakiż w nim był majestat i ile piękna! Leciał na wydętych żaglach, jak ptak wyniosły i dumny, mimo zdyskwalifikowania go przez nowoczesną żeglugę, o ileż szybszą i praktyczniejszą, ale jakże niepozorną! Nowoczesne statki były w porównaniu z nim bezkształtnemi pudłami z kołkiem, brzydko sterczącym w pośrodku pokładu.
Pośpiesznie wciąż biegły statki w jedną i drugą stronę jak na nitkach, a żywy ich ruch niepokoił i dawał dużo do myślenia. Każdy statek jest jak czółenko, biegające po krosnach, znaczy swój ścieg na morzu, coś wiąże, wyszywa, haftuje — a co?
Dla mieszkańca niewielkiego wybrzeża polskiego ta myśl jest ważna, bo on przyjaciół na tych morzach nie ma i dlatego zawsze wzrokiem bacznym odprowadza statki przejeżdżające, jakby myśl ich chciał odgadnąć, pewny, że tam kapitan ze złym, szyderskim uśmiechem spogląda na trzy nasze białe nadbrzeżne latarnie — helską, Dąbkową i rozewską. Nauczył się w tych chwilach Tomasz czuć i myśleć, jak człowiek wybrzeża, tęskniący do przestrzeni morskich, chciwy panowania nad wodami, zawistny i zły o to, że obcy mu się pod nosem kręcą — bo gdyby tu zysku żadnego nie mieli, toby nie przyjeżdżali, a czemuż to oni mają ten zysk zgarniać, a nie on?
W jednej z takich chwil z radością zrozumiał, iż oto kluczem tego swego uczucia i tej swej myśli otworzył sobie jedną komórkę skrytej i niezbadanej duszy rybackiej.
Oto Kułak opowiadał mu:
— Rybak jest podejrzliwy i zawistny. Zawsze mu się zdaje, że go chcesz oszukać, wyzyskać. Naprzykład: na podwórzu czy na podłodze leży jakiś zupełnie niepotrzebny grat, powiedzmy — puste pudełko zapałek. Leży dlatego, że go nie wyrzucono na śmieci. Przyjdziesz ty, zauważysz i powiesz: — Poco to tu leży? — Tak sobie, to nikomu na nic niepotrzebne! — Podniesiesz i weźmiesz — zaraz powstaje podejrzenie, że to może mieć jakąś wartość i zaraz słyszysz: — Nei, pan Kulak, poco pan to bierze, doch to jest moje! — Sam powiedziałeś, że nikomu na nic niepotrzebne! — Jo, to się wie, ale może się przydać! — Masz go! Jak tylko co zrobisz, on natychmiast dopatruje się w tem chęci zysku czy wyzysku — bo tu „za darmaka nikt nie skaka” — tu każdy ruch, każda myśl ma na celu tylko zysk.
Prozaiczne komentarze dawnego kolegi drażniły go. Kułak teraz stale już chodził w zatłuszczonych, cuchnących rybami manszestrach, zawsze miał brudne, tłuste ręce, mówił przeważnie po kaszubsku, z zamiłowaniem dobierając słów jak najordynarniejszych, przytem wrzeszczał, jak stary, ogłuchły od szumu morskie$o rybak, i wogóle stał się człowiekiem zupełnie niekulturalnym, nieokrzesanym, brutalnym, wyrachowanym chamem. Jego zachowanie się drażniło Tomasza tak, że omal ze skóry czasem nie wyskakiwał, ale stosunków zrywać z nim nie chciał, ponieważ Kułak istotnie dużo o morzu wiedział i umiał mówić, podczas gdy rozpytywani o różne rzeczy rybacy mówić nie chcieli, albo też mówili tak, że Tomasz niewiele rozumiał.
— Co mnie Kułak! — powiedział sobie Tomasz, i nie szukając towarzystwa kolegi, wałęsał się nad morzem i nad zatoką, szukając piękna i majestatu morza, w którem się dusza jego rozpływała.

Gdy pewnego przepięknego, cichego dnia jesiennego ujrzał raz po południu nad złoto-turkusowem morzem olbrzymią jasną tęczę, wziął ją za dobrą wróżbę, dla siebie.

Szewiec i Puszka.

Achtzehn hundert ein und siebzig
Hat Napolion kapituliert,
Der Napolion mit Petrolium
Hat den Schnurrbart sich beschmirt.

Tak sobie wesoło podśpiewywał szewiec z Gdańska, bo oto poczciwy Edward Kunsztowny, upoważniony przez swą maszoperję, oświadczył mu, iż jeżeli chce, może osiąść w wiosce i próbować szczęścia ze skorzniami o jednym szwie.
Szewiec, zamknąwszy sezon letni gorączkową łataniną pantofelków i rozpocząwszy sezon jesienny kilku poważnemi a szczęśliwemi operacjami beznadziejnie, zdawałoby się, podartych skorzni rybackich, zebrał tyle grosza, iż nietylko opływał w denaturat, ale mógł też trochę pieniędzy posłać na drogę żonie. Wyszukano mu na mieszkanie niewielki i niski — żeby było w zimie ciepło — pokój z piecem i obiecano go zaopatrzyć w bulwę, jak przyjdzie, bo prawie cała wioska już ją miała sztelowaną. Gotówki od niego nie żądano, porachunek odkładano na później.
— Brekuje! — uzasadniali rybacy między sobą swą uprzejmość. — A jak brekuje, to potrzebuje detków!
Po wytężonej pracy genjalny szewiec, zasobny w kilka flach wonnego i smakowitego denaturaciku, zapragnął odpoczynku. Korzystając z tego, że letników już nie było, zaglądnął kilka razy do „Bałtyckiego Łososia”, gdzie mu się jednak nie spodobało. Wiedząc, że jest w wiosce druga oberża „U Ciszy”, postanowił ją wyszukać.
Zadanie nie było łatwe, bo Wilhelm Kuhnke wioski nie znał i zupełnie się w niej nie orjentował. Przez cały czas swego pobytu u Edwarda Kunsztownego z budy prawie nie wychodził. Chorobliwie unikał ludzi, nie z jakiejś niechęci, ale ponieważ się ich bał. Upokorzony i upadły we własnem mniemaniu, nie śmiał cieszyć się ani śmiać w obecności drugich, a że jego pijacka dusza była przeważnie rozanielona, krył się ze swą radością w budzie, przez której ściany oczami gorączki widział dalej i znacznie więcej, niż było do zobaczenia w wiosce. Denaturat, chleb i słoninę czerpał ze sklepiku, znajdującego się w sąsiednim domu.
Teraz wobec zmiany mieszkania i ustalenia się trybu życia postanowił zaznajomić się ze swem otoczeniem.
Bardzo pięknego, jesiennego dnia, gdy niebo było ciemno niebieskie, bez chmur, a w ogródkach płonęły jeszcze resztki kwiatów jesiennych i lśniły zakurzone butelki, któremi wysadzano rabaty, szewiec zaraz zrana łyknął denaturaciku, aby mu ręka nie drżała, i dzięki temu zbawiennemu zabiegowi ogolił się, nie tak jednak, żeby na obliczu nie pozostawić tu i owdzie kępek i wysepek zarostu. Umywszy się i łyknąwszy drugi raz dla nabrania energji, zaczął się ubierać, rozmyślając wesoło, jak to on sobie wyjdzie na przechadzkę i jak odnajdzie ową oberżę, gdzie przecie raz siądzie przy stole, napije się piwa i porozmawia z ludźmi, równymi sobie. Kiedy przyszło do zawiązania krawata, zmęczył się tak, i tak mu się zrobiło mdło, że usiadł i znów musiał się pokrzepić. Onieśmielony tem, zawahał się, czy wogóle wyjść. Cóż znajdzie w tym złym i wrogim świecie między ludźmi niechętnymi i bez serca? Jednakże z nagłem postanowieniem poderwał się, jeszcze raz pociągnął na pożegnanie i wyszedł, podśpiewując:

Achtzehn hundert ein und siebzig
Hat Napolion —

Kiedy go owiało ciepłe, upajające powietrze morskie, kiedy jego biedną, szarą twarz pocałowało słońce, które nie gardzi nikim i niczem, rozpaliła się w nim radość i denaturat tak, że oczy przesłoniła mu złota mgła wdzięczności. Szedł przed siebie, nie myśląc, dokąd idzie. Widział pnie drzew, ucieszył się, że jest w lesie, ale nagle stanął nad morzem i — zdziwił się.
— Skąd się to morze wzięło? — pytał się w duchu. — Bardzo dużo morza i tak się kołysze, tak się kołysze, tak się wszystko na niem chwieje...
Niemile tym widokiem dotknięty odwrócił się i znów poszedł prosto przed siebie.
— Nad morzem oberży niema — mruczał.
Szedł, jak strzelił, prosto. Przeszedł przez plac przed kościołem, wszedł w ciasną uliczkę i naraz — znów zobaczył przed sobą morze, trochę w tem miejscu inne — ale morze.
— Musiałem zboczyć z drogi, zbłądzić! — pomyślał.
Zawrócił, minął kościół, ciasną uliczkę, zrobił jeszcze paręset kroków i z bijącem niespokojnie sercem wyszedł na wydmę.
— Znowu morze!
Nogi się pod nim ugięły.
— Co to jest? Co to znaczy? Jak to może być? Przecież na całym świecie jest tak, że jak się idzie od morza, to się wychodzi na ląd... Jak to może być?
Wrócił.
Zauważyły go bawiące się dzieci i nie rozumiejące powodu jego wędrówek, zaczęły mu się bacznie przyglądać.
Stary był osłabiony, wycieńczony alkoholem i złem, niedostatecznem odżywianiem się, skutkiem czego wogóle słabo trzymał się na nogach, które się pod nim teraz uginały. Że zaś zląkł się prześladującego go — jego zdaniem — widma morza, szedł krokiem niezbyt pewnym, co zmiarkowawszy dzieci, powoli zaczęły sunąć za nim, pewne doskonałej zabawy. Psy w wioskach rybackich są naogół dobre, nie zaczepiają ludzi, ale nudząc się, również spragnione są zabawy. Spostrzegłszy ruch między dziećmi, powyłaziły ze wszystkich kątów i zorjentowawszy się w sytuacji, wysunęły się przed nie i ciekawie zaczęły szewieca obwąchiwać i osaczać.
Biedak, spocony ze strachu, upokorzony, napół przytomny, złapał się przydrożnego płotu i trzymając się go kurczowo, zmagał się ze sobą i prześladującem go widmem morza, na każdym kroku zabiegającem mu ze wszystkich stron drogę.
W tej chwili czyjś mocny głos wyrzekł:
— Morgen Meister!
Szewiec drgnął, obrócił się. Przechodził koło niego jeden z rybaków, którzy odwiedzali go w budzie.
Zrobiwszy szeroki ruch ręką, rybak wskazał zatokę i dodał:
— Ist das nich schön?
— O ja, sehr schön! — zgodził się skwapliwie szewiec, ze zgrozą odwracając oczy od lśniącej przestrzeni wody.
Wzrok jego padł na koleiny na drodze. Nie patrząc na prawo, poszedł za niemi, słusznie mniemając, że oberża nie może znajdować się w kraju widmowym, lecz przy drodze.
Dzieci — i psy, spostrzegłszy, że rybak z nim rozmawia, dały mu spokój. Szedł tedy powoli wzdłuż niskich domków rybackich, zerkając nieśmiało, czy aby gdzie nie odkryje szyldu oberży albo czegoś, po czemby ją można było poznać, ale nie widząc nic takiego, wędrował dalej. Ludzi wstydził się pytać. Tak wlokąc się pomału, aby nie zajść za daleko, biadał nad sobą, raz na zawsze wyrzekając się wszelkich wycieczek.
Wtem ujrzał naprzeciw siebie — człowieka! Dążył ten człowiek przed siebie krokiem tanecznym, stąpając głównie na piętach z rozmachem, gardzącym wszelkiemi prawami równowagi, którą jednak tancerz zręcznie chwytał w powietrzu szerokiemi ruchami rąk i częstem wymachiwaniem nad głową. Od kilku dni niegolony, twarz miął najeżoną ostrą, biało-czarną szczecią, całą odzież — zresztą nędzną — zabłoconą, na głowie delirycznego kształtu kapelusz, w jasnych, niebieskich oczach radość i pewność siebie. Idąc, podśpiewywał:

Niema tutaj mojej baby,
Za stodolą pasla żaby,
Stodola se powalela,
Wszetki żaby poduszela
Moja matko, dobrydzień,
Daj mi córkę na tydzień!

Był to słynny Puszka, majster do wszystkiego w stanie trzeźwym, ale lubiący często wypić, a stale pijany „na wędrownika” w czasie silnego wiatru południowo-zachodniego. Niewiadomo dla jakich przyczyn wiatr ten działał na niego tak, że stary rybak nie mógł wysiedzieć w domu i zaczynał pić.
Ujrzawszy go, genjalny szewiec zrozumiał, że jest uratowany. A tedy, jak tylko Puszka zbliżył się do niego dostatecznie, zatrzymał się, zgiął się w głębokim ukłonie wpół i trzymając w obu rękach czapkę z wylewającą się z niej podartą podszewką, zapytał uniżenie:
— Erlauben, mein Herr! Darf ich Sie fragen, wo hier das Gasthaus Zischa’s sich befindet?
Puszka zawirował na pięcie, krzyknął „sztop” i stanął. Ruchem pełnym galanterji skłonił się fragmentem swego kapelusza i wskazując drzwi pobliskiego domu, rzekł z godnością:
— Bitte!

Zajrzawszy sobie w oczy, poznali się odrazu i w tej chwili dusze ich zbratały się.
Józk i Dusza.

Zolojka wygłosiła swe oskarżenie z wielką mocą i siłą przekonania.
Józk zrobił źle, skrzywdził Duszę. To prawda, że Dusza ma dziecko. To się zdarza. Berta też miała dziecko z tym piekarzem z Helu — ożenił się z nią, inne też powychodziły zamąż. Jegomość tego nie pochwala, ale to są ludzkie sprawy. Tamten powinien się był też z Duszą ożenić, jakby chciał.
Józk wiedział, że Dusza jest lekkomyślna, łatwowierna i chce się wydać.
— Ja jej tego nie obiecywałem! — zaprotestował Józk.
— Ale ona tak myślała, bo nie mogła myśleć inaczej. Nie była zepsowaną dziewczyną dla wszystkich. Józk o tem wiedział. Skorzystał z jej głupoty i zrobił jej hańbę, wyśmiał ją. Wszyscy się o tem dowiedzieli. Ja sama widziałam ich we dwoje nad zatoką w nocy. Józk na mnie krzyczał. Ojce Duszy mają wielki iwer, szkalują i płaczą. Dusza też płacze i chce wyjechać do Gdańska na służbę, a tam może się już całkiem zepsować. Wszystko przez Józka!
Neńka zaczęła Józka szkalować, a potem płakać. Starszy brat, Bernard, twardo spojrzał bratu w oczy, splunął i wyszedł, trzaskając drzwiami. Stary Paweł w kamizoli, koszuli rozchełstanej pod szyją i w nieodstępnej czapie z brunatnego futerka siedział w milczeniu, zasępiony, rozżalony. Zgasły wesołe płomyki w oczach, zmarszczki na twarzy porobiły się głębsze. Zwiesiwszy głowę przez długi czas formował sobie na ręce między wielkim i wskazującym palcem okazały kopczyk tabaki. Starannie wytarłszy wprzód czerwoną chustką nos, zażył, westchnął i spojrzawszy smutno na syna, zapytał głębokim, grobowym basem:
— A teraz co?
Chłopak zaczął się kręcić niespokojnie na stołku. Był czerwony z upokorzenia, wstydu, złości, ale nie wiedział, co odpowiedzieć, nie był na to wszystko przygotowany, zwłaszcza nie myślał sprawy traktować w ten sposób, jak to zrobiła siostra.
Na nią był oburzony.
Cóż on właściwie zrobił złego? Etta wiedziała, co się dzieje wśród młodych, wiedziała, że niewszyscy są święci i niewszystkie, wiedziała też, jaka była Dusza. Pobawili się trochę? — No to co? Nie trzeba było nikomu mówić. Nieprawda, żeby ją wyśmiał! Dusza była nieostrożna, sama się wydała, więc się z niej zaczęto śmiać, ale to przecie śmiech na śmiech, dla zabawy, nie dla złości. Kogo tu takie rzeczy obchodzą? Poco wogóle o tem mówić! Co innego ożenić się, a co innego — to! Zaś żenić się — on nie chce.
Podobnie myślał i stary Paweł. Był doświadczony i mądry, nie potępiał ludzi. Wiedział, co to młoda krew, a kochając bardzo zwierzęta — był wziętym weterynarzem we wsi — i niewiele wyżej ponad nie stawiając człowieka — znał prawa przyrody i niczemu się nie dziwił, choć o tem dużo nie gadał. Nie ganił Duszy, nie ganił Józka, ale musiał przyznać też słuszność córce. Mniejsza o to, co było. Było. A jak teraz będzie? Ludzie się dowiedzieli, gadają, dziewczyna jest pokrzywdzona, ojce w żałości, chłopak zasię żenić się nie chce, młody jeszcze jest, a teraz rozguerzony[1]...
Bomba pękła, poraniła ludzi, ale nikt nie wiedział, co poradzić. Zdawała sobie z tego sprawę Etta i choć sama wniosła skargę, teraz chodziła zgryziona i zła, bo nie widziała wyjścia z położenia.
Ożenek.
Jo, to łatwo powiedzieć, ale zacha sama prosta nie jest. Ożeniwszy się Józek wyjdzie z domu, i wtenczas albo z kim innym zacznie wyjeżdżać na rybołówstwo, albo part swój z domu wyciągnie a oni przecie żyli z tego, co we czworo zarobili. Musiałby tatk dać mu trochę pieniędzy na początek — a właśnie chcieli dom na przyszły rok rozszerzyć, wesele też kosztowałoby coś... Nei!
Jako nieodrodna córka rybaka Etta była w sprawach majątkowych i pieniężnych bardzo ostrożna i nieprędko się decydowała.
Niemniej cała rodzina ubolewała nad niegodnym postępkiem Józka i nie szczędziła mu wyrzutów.
Rozgoryczony tem wszystkiem chłopak zawezwał na ostatnią schadzkę kochankę, z którą w ostatnich czasach stosunki zerwał. Postanowił się z nią ostatecznie rozmówić i obmyślić jakieś załatwienie sprawy.
Spotkali się na plaży późnym, chmurnym i bezgwiezdnym wieczorem jesiennym. Na pustym strądzie nie było jednak ciemno, bo morze rzucało pewien blask na biały piasek, tak, iż nawet w dość znacznej odległości można było widzieć czerniejące na wybrzeżu łodzie. Usiadłszy na jednej z nich Józk zapalił papierosa i czekał, rozmyślając w ciszy ciepłego wieczora o swym wielkim „trosku”. Rozważając ciężki swój los, wspominał chwile słodko spędzone z dziewczyną, która niczego od niego nie żądała, nie opierała mu się, której nic nie obiecywał i z którą było mu dobrze.
Przyszła — zakłopotana trochę, onieśmielona, ale przyszła. Nie przypuszczała, że wezwał ją na jakąś rozmowę czy naradę, brała rzeczy znacznie prościej. Neńka i tatk szkalowali na nią za to, że z nim chodziła. Mieli prawo. Nie powinna była chodzić, sama o tem wiedziała, ale chodziła, póki on z nią chodzić nie przestał. Przestał — wiedziała, że tak będzie. Teraz on ją zawołał. Zastanawiała się długo nad tem, czy pójść, i rozum mówił jej, aby nie iść, ale tak jej wszystko w ostatnich czasach dokuczyło, że na złość postanowiła pójść i poszła — jeszcze ten jeden ostatni raz, jak sobie w duchu ślubowała. Gdy przybiegła uradowana, że się jej udało wymknąć niespostrzeżenie z domu i uśmiechnięta przypadła do niego, zapomniał o wszystkiem, co mieli sobie powiedzieć — zwłaszcza że byli sami na ciepłym jeszcze piasku pustego strądu w głębokim, coraz bardziej gęstniejącym zmierzchu, w którym teraz widać już było białe łyskanie cicho szemrzących fal.
Przypadkiem szła strądem Zolojka. Usłyszawszy znajome głosy, obejrzała się. Wpobliżu nie było nikogo. Myśląc, że się jej przysłyszało, szła dalej, ale głosy znów się odezwały. Spojrzawszy w stronę, z której dochodziły, zauważyła na piasku łódź, w której nie było nikogo. Rozmowa cichła, przeszła w szept, lecz nie ustawała.
— Cóż to? Łódź dwoma ludzkiemi głosami gada? — pomyślała przesądna dziewczyna.
Podeszła jeszcze bliżej i — odgadłszy, pędem pobiegła ku najbliższej stegnie.
W kilka dni później Dusza, doprowadzona do rozpaczy bezustannem szkalowaniem ojców, wyjechała na służbę do Gdańska, zaś Józek zaczął srodze pokutować za grzechy, gnębiony przez rodzinę tak, że poróżniwszy się ze wszystkimi, zupełnie przestał się odzywać.
Chodzili tedy razem na wangorze w milczeniu, a poranki stawały się coraz mglistsze i posępniejsze, z żółtych liści brzóz coraz rzęsiściej kapały zimne łzy, wezbrane podczas długiej, smutnej nocy, coraz gwałtowniej rzucały się fale w zatoce i coraz później wschodziło słońce.

Frau Kunegunde Kuhnke.

Przyjaźń z Puszką znacznie wzmocniła stanowisko szewieca z Gdańska.
Puszka był, podobnie jak Edward Kunsztowny, w swoim rodzaju genjuszem. Mimo że brekował nieraz ostro, zdanie jego ceniono i liczono się z niem, bo znano go jako człowieka zmyślnego i sprytnego. „On taki chytry, że wie, gdzie „zły ma młode!” — mawiano o nim.
Ale Puszka miał też przy niewątpliwych zdolnościach skłonność do metafizycznych pomysłów i skutkiem tego uwierzył w możliwość ukształtowania skorzni o jednym szwie. Jeśli nawet miał jakie wątpliwości, to powiedział sobie skromnie w pokorze ducha, iż z tego, że on nie wie, jak te skorznie ukształtować, nie wynika bynajmniej, aby nie wiedział majster Kuhnke. Jak Edwardowi Kunsztownemu tak i jemu pomysł ten „układał się w głowie”, a ponieważ obaj byli genjalni, nie mieli powodu nie wierzyć w genjusz trzeciego.
I tak szewiec zagnieździł się u Ciszy, w prawdziwie rybackiej oberży, bez wielkopańskich fanaberyj „Bałtyckiego Łososia”.
Powodziło mu się tam dobrze. Rybacy przysiadali się do niego, i zachodząc zdaleka, wypytywali o skorznie, jak, co, kiedy zacznie robić. Zręcznie i delikatnie podsuwano mu przytem to koniak, to piwo, żeby się ożywił. Oczywiście — szewiec darem Bożym nie gardził, tem śmielej, że i jego na kolejkę stać jeszcze było i powoli rozmarzał się. Tyle się od rybaków o tych swoich skorzniach o jednym szwie nasłuchał, iż zczasem sam zaczął w nie wierzyć, a że w jego stanie nietrudno mu było coś sobie ubzdurzyć, zaczął je coraz częściej widywać w duchu w kształcie zupełnie konkretnym. Cała rzecz polegała na odpowiednio zręcznem ułożeniu odpowiednio dobranej skóry, którą potem pozostawało tylko zeszyć ztyłu i skorzeń gotów. Było to tak jasne, że szewiec publicznie ogłosił, iż jak tylko jego bialka z dzieckiem przyjedzie, natychmiast weźmie się do kształtowania tych cudownych skorzni.
Teraz dopiero nastąpił okres prawdziwego powodzenia. Ponieważ wielu pragnęło takie skorznie posiąść, prześcigano się w ubieganiu o względy szewieca, który denaturatem zakrapiał się już tylko wczesnym rankiem, gdy oberża była jeszcze zamknięta, lub wieczorem, kiedy „stan zdrowia” nie pozwalał mu wyjść. Pił koniak i piwo. Już się nie bał widma morza, bo wiedział, że jego droga prowadzi wprost do oberży, i nie bał się ludzi, ani dzieci, ani psów, ponieważ był szanowany, poważany i podziwiany. Czuł się człowiekiem równym drugim, a jeśli pił, to tylko z radości.
Stać go na to było!
Rybacy, dowiedziawszy się, że postanowił rozpocząć wyrób owych osławionych skorzni, zgłaszali się do niego to późnym wieczorem, gdy wioska już spała, to wczesnym rankiem, gdy większość była na rybołówstwie, i błagając go o pierwszeństwo, ofiarowywali mu zadatek. Szewiec, w głębi duszy niepewny jeszcze swych sił, opierał się pokusie mężnie, co rybaków utwierdziło w przekonaniu, że skorznie swego pomysłu zrobić potrafi, lecz jako człek uczciwy — zadatku brać nie chce nawet, gdy sami mu go ofiarują. Inni myśleli zaś, że od nich zaliczek nie bierze, ponieważ od drugich już pobrał i te zamówienia naprzód wykonać musi; zaczęli się podejrzewać wzajemnie. Wymówka szewieca, iż zadatku brać nie chce, bo nie wie jeszcze, co skorznie będą kosztowały, była w ich oczach wykrętem. Znaczyło to to samo, co nie wyjeżdżać na „feszeraj”, dlatego że się nie wie, jaki będzie na rybę „priz”. Naprzód musi być „ryba — Fisch”, potem dopiero — „Geld auf Tisch”.
Jednego dnia wreszcie spadł grom. Pewien poważny rybak przyszedł do szewieca i nie żądając określenia należytości za skorznie, ani nie określając terminu ich dostarczenia, zaofiarował na samą skórę sześćdziesiąt złotych i tak długo nastawał i prosił, aż wreszcie szewiec — przyjął.
— Zrobio skorznie! — poprzysiągł sobie w duchu biedny szewiec. — Zrobio z pewnością! Bóg pomoże!
I promienny wiarą i nadzieją, pewny już teraz swego — powędrował do Ciszy.
Pewnego pięknego poranku siedział sobie na zwykłem swojem miejscu, plecami zwrócony do zatoki, popijając umiarkowanie i gawędząc z Puszką, z którym się serdecznie pokochał. Puszka, swego czasu namiętny kłusownik, opowiadał mu, jak to on kiedyś zastrzelił sarnę i przyłapany przez leśnego prawie że na gorącym uczynku, z ubitą sarną w worku na plecach, przecie potrafił wywieść go w pole. Był właśnie w miejscu, w którem, goniony przez leśnego, skoczył do swego batu, przypadkowo pozostawionego u brzegu na wodzie i drapnął na morze — gdy wtem rybak, który wstąpił na szklankę piwa oznajmił szewiecowi, że jakaś bialka z Helu go szuka.
— Z Helu? — zdziwił się szewiec. — Ja z Helu nikogo nie znam. Niech szuka — mamy czas, póki mnie nie znajdzie.
Pili i gawędzili dalej druhowie serdeczni, o losy tego świata zgoła się nie troszcząc, jako że na to nie zasługują.
Owa „bialka z Helu” istotnie z Helu przyjechała, ale nie naumyślnie, bo w rzeczywistości przyjechała z Gdańska, a nazywała się Kunegunda Kuhnke i była prawowitą małżonką szewieca, do Helu zaś zajechała przypadkowo, przespawszy ciężkim, kamiennym snem Niemki, wielce utrudzonej, zbiedzonej i anemicznej kobiety, ów przeklęty „Heisternest”, którego polskiej nazwy nie znała. Kobietą o końskiej gębie, z niewielkim tylko rudym osełedcem na głowie, z bezdennie głupiemi, czarnemi oczami i licznemi piegami na twarzy, z płaską piersią i żylastemi rękami z czarnemi resztkami zdartych paznokci — zajęli się helscy Niemcy, którzy ją wraz z córeczką przenocowali, a rano wyprawili zpowrotem. Baba nieśmiała i ograniczona, nie wiedząc, co począć z kufrem i dzieckiem, wałęsała się bezmyślnie, a pytana przez ludzi, czego chce, odpowiadała niewyraźnie, bo znając stan rzeczy w Gdańsku, nie wiedziała, czy może podać nazwisko męża.
Ale wreszcie trafiła.
I oto właśnie w chwili, gdy Puszka opowiadał, jak to on, wjechawszy łodzią za wydmę, za którą leśny dojrzeć go nie mógł, rzucił w wodę worek z „rebokiem” i pojechał dalej — przez nieznacznie uchylone drzwi oberży zajrzała jakaś różowa twarzyczka w złotych pełechach i z czarnemi palącemi oczami, a potem z krzykiem radosnym wbiegła mała, zgrabna, bardzo biedno ubrana dziewczyneczka i rzuciła się ku szewiecowi.
Szewiec zerwał się.
— Agnes — mein Agnes, mein Kind, mein Gold, du, du, du! — wołał, jednym ruchem porwawszy dziewczynkę z ziemi i przyciskając do piersi.
Śmiała się, coś niezrozumiale mówiła, a on ją całował, głaskał po głowie, pieścił, aż wreszcie przytuliwszy jej główkę do piersi i huśtając ją, zaczął śpiewać jej kołysankę.
I wszyscy, którzy patrzyli na tę scenę, widzieli, jak z pod zamkniętych, pomarszczonych powiek na wyszarzałą twarz szewieca trysnęło żywe srebro.
A pod drzwiami stała wysoka, chuda kobieta, z rudym osełedcem zsuniętym zawadjacko na prawe ucho, z żylastemi dłońmi, splecionemi na dalekiem wspomnieniu brzucha i powtarzała rozrzewnionym, wzruszonym głosem.
— Er ist doch gut! Ja, er ist gut!
Puszka puścił sok z łatwo łzawiących się oczu i z dużo mówiącą, uroczystą miną poważnie podniósł wgórę wskazujący palec prawej ręki.

Scena ta zjednała szewiecowi powszechną życzliwość.

Znowu nie rozumiemy.

— Mornig, sir! I hope, you are doing, are’nt you? mówił Kułak, podnosząc na powitanie rękę do kapelusza.
— Gdzie lecisz? — zapytał go Tomasz.
— Na fresztek! Ja nie mam jeszcze nic zjadłe!
— Dopiero teraz?
— Jo, wszyscy mówią, że pan Kulak późno wstaje, ale kiedy jest idzony spać, nie pyta nikt. A ty wiesz, że ja poszedłem dziś spać dopiero po bonie?
Znaczyło to — po odejściu pociągu porannego.
— Ja, bracie, nie śpię, nie jem, jak jest robota, nie odpoczywam! — huczał. — Odpoczniemy sobie w grobie, tam już będzie — wieczny odpoczynek, ale póki żyjemy, trzeba pracować...
— Cóż ty właściwie teraz robisz?
— Wangorze, wangorze, wangorze, wangorze — zabrzmiało jak werbel na bębnie, przyczem Kułak akcentował to słowo po kaszubsku na zgłosce „wan”. — Przyjdź do mnie — if you please — to zobaczysz.
Kułak miał niewielką wędzarenkę na pięć pieców tuż nad zatoką, wpobliżu nowego portu. Pod niskim, pleczystym, białym budynkiem z czerwonym dachem leżały wiecznie stosy żółtych drew, cegły, kupka węgla, walały się wióry i trzaski, a z pobliskiej kałuży, do której wrzucano nieczystości, biły odory, niezbyt dodatniego charakteru i właściwości.
— Czołem, czołem waszmości, cześć! — zagrzmiał Kułak, gdy Tomasz pierwszy raz do niego przyszedł. — Co robiłeś dzisiaj? Byłeś gdzie wyjechany?
Układał w podłużnej, pergaminowym papierem wyłożonej skrzynce, rozmaitej długości wędzone węgorze, czarne, tłusto połyskujące, z różowemi ranami na brzuchach.
— Byłem na Bałtyku. Wyjeżdżaliśmy na fląderki, łapane na haczyki... Oni to nazywają sieciami.
— Jo, a to są wędki, właściwie haczyki... Oni wszystkie sieci nazywają niewodami, a jedynie właśni te wędki mają u nich nazwę sieci. Nie wiesz, dużo mieli bańtków?
— Czego?
— Bańtków, fląderek.
— Tak jedną trzecią łodzi.
— Nie wiesz, ile centnarów?
Tomasz wzruszył ramionami.
— Skądże ja to mogę wiedzieć?
Kułak spojrzał na niego z pod oka.
— Mogłeś zapytać rybaków.
— Przecie oni z wagą nie jeżdżą.
Kułak, który dopasowywał wieczko do skrzynki, rzucił na niego szybkie, zdziwione spojrzenie.
— Rybacy mają pod tym względem oko doskonale wyrobione! — rzekł. — Ani na funt nawet się nie pomylą.
— Przyznam ci się — nie interesowało mnie, ile tam tych ryb mają.
— A jakie były bańtki?
— Rozumie się — większe i mniejsze.
— To i ja wiem. Gladizy były?
— Ach, gladizy! Tak, pokazywali mi je rybacy! To są te duże gładkie flądry!
— Duże — niekoniecznie, mogą być rozmaite. Mają grzbiety gładkie, nienakrapiane żółto, podczas gdy grzbiet fląderki jest chropowaty i ma żółte centki. Dużo było gladiz?
— Nie uważałem.
Kułak poczerwieniał, pochylił się nad skrzynką i huknął młotkiem w gwoździk tak mocno, że stojący niedaleko niego pomocnik drgnął. To hałaśliwe wbijanie gwoździ w skrzynkę trwało dość długo, poczem Kułak wyprostował się, sapnął i wyjąwszy z kieszeni srebrną papierośnicę z rozlicznemi złotemi monogramami, poczęstował Tomasza papierosem.
Kiedy zapalili, Kułak zapytał, patrząc spokojnie koledze w oczy:
— Tom, old Tom! Nie gniewaj się! Poco ty właściwie wyjeżdżałeś dziś na morze?
— Żeby zobaczyć, jak się poławia fląderki w te kaszubskie „sieci”, i wogóle, jak to wygląda.
— Widziałeś co?
— Oczywiście, przecie cały czas siedziałem na łodzi.
— Cóżeś widział?
— Ach, bajeczną rzecz! Kiedyśmy już byli daleko na morzu, jednemu rybakowi na wiośle —
— Na paczenie, bo wiosłami tu się odpycha od dna, a nie wiosłuje.
— Niech ci będzie na paczenie! Otóż jednemu rybakowi usiadł na tej twojej paczenie ptaszek. Taki był zmęczony, że nawet ludzi się nie bał, tylko siedział spokojnie, a ten poczciwy rybak przestał tą paczenią ruszać. — Co ci jest?
Kułak znów poczerwieniał, rzucił młotkiem o ziemię, targnął się raz — drugi za czuprynę i wrzasnąwszy na cały głos: — Niech was szlag trafi, idjoci! — wybiegł z wędzarni.
— Co się stało? — zwrócił się Tomasz do pomocnika Kułaka, rybaka, o żołądkowo-kataralnym wyrazie żółtej twarzy, żółciowo-śledzienniczo wykrzywionych ustach i obstrukcyjno żałosnem spojrzeniu.
Rybak zwiesił smętnie głowę na lewe ramię — i milczał.
— Co się stało? — powtórzył Tomasz. — Czyżby pan Kułak na mnie tak?...
Rybak pokręcił przecząco głową.
— Nei! — odpowiedział. — Nie na pana!
— Więc co to ma znaczyć?
— Pan Kułak jest bardzo... nagły! — cedził rybak powoli, jakby dobierając słów. — Miał zamówiony telefon... Z panem rozmawiał, zapomniał... Potem sobie przypomniał i pobiegł prędko... On zawsze tak szimpfuje, jak się zgniewa...
— Trudno z takim przyjemniaczekiem utrzymywać stosunki! — pomyślał Tomasz, wychodząc. — Niewiele będę miał z niego pociechy w zimie.
Na drugi dzień spotkali się na strądzie.
— Mam chwilę czasu, więc przyszedłem cię przeprosić, jeśli mimowoli obraziłem — zaczął, podając rękę Tomaszowi. — Jestem brus wogóle, a już zwłaszcza przy pracy energja mnie tak rozsadza, że rodzonemu bratu mogę nagle dać w gębę, albo kopnąć go...
Tomasz uśmiechnął się obleśnie.
— Dziękuję za taką —
Nie dokończył. Poco wogóle mówić!
— Ignac wytłumaczył ci... powiedział, że ja zapomniałem o telefonie, jo? Tak jest, miałem telefon, o którym zapomniałem... Wyszedłeś na strąd...
— Tak. Zawsze wychodzę.
— Poco? Tu niema nic do widzenia.
— Morze jest zawsze piękne.
— Nie wiem, co ty tu widzisz pięknego! — mówił Kułak jakgdyby z wzrastającem podrażnieniem. — Woda, woda i te głupie statki z drzewem albo z węglem... Pustka, martwota! — Na zatoce jest weselej, tam jest zawsze jakiś ruch, przyjeżdżają pomarenki, coś się robi, coś się dzieje, pracę widzisz...
— Popatrz tylko, jakie to wzniosłe, wielkie, majestatyczne! Jak się cudownie mieni wszystkiemi kolorami...
— Kolory, psiakrew, choroba ciężka! — warczał Kułak.
— Bo ciebie obchodzą tylko ryby, mój kochany — rzekł trochę wyniośle Tomasz — a tymczasem morze —
— Morze to ryby, ryby! — ryknął w nagłej pasji Kułak.
— Czego wrzeszczysz! — zaperzył się Tomasz. — Zwarjowałeś, czy co?
— Powtarzam ci — ryby, ryby i ryby! — krzyczał Kułak, groźnie łyskając oczami. — A to, to twoje cudne, mieniące się, psiakrew, temi idjotycznemi kolorami, morze — to Sahara rybna, nic, tylko gościniec dla parowców, bo tu, jeśli wiatr ryb nie przypędzi, niema nic! Przez sześć lat ogona szprotowego tu nie było, a jak się, Bóg wie ile lat już temu, te głupie piskorze morskie o coś na nas obraziły, to ich od tego czasu ani śladu nawet niema!
— Głupstwa gadasz! — krzyknął mu Tomasz. — Niemożliwe, żeby w takiej masie wód nie było żadnych ryb! A zresztą — morze nie jest wyłącznie kadzią z rybami! Ma jeszcze inne wartości!
— Nieprawda! Morze musi przedewszystkiem dać zjeść, inaczej nie jest tyle warte, co kadź z rybami!
— Do stu tysięcy djabłów, nie rycz na mnie! — krzyknął Tomasz, skoczywszy ku Kułakowi. — Cóż ty sobie myślisz! Wypraszam sobie!
Stali naprzeciw siebie z błyszczącemi oczami, obaj pobladli z gniewu.
Nareszcie Kułak wyciągnął rękę, mówiąc ochrypłym ze wzburzenia głosem.
— I’m sorry, very sorry... Begging your pardon Tom, good, old chap!
— Idź do djabła!
— Nie, nie pobijemy się przecie o śledzie ani o tę głupią wodę. Ale ja — siedem lat już borykam się z tą chorobą ciężką, pracuję jak ostatni cham, i nikt mnie nie rozumie! Czy ty pojmujesz, co to być pionierem, pracować z całą świadomością, żeby coś stworzyć, żeby doch po człowieku coś zostało — choć „prima charitas ab ego”, ja nie przeczę, mój brzuch przedewszystkiem, jo! — ale pracować gorzej wołu, i nie mieć nikogo, ktoby zrozumiał! Please, Tom, old Tom, forgive — i pogadajmy na rozum.
— Jak ty zaczniesz znowu ryczeć — zaczął Tomasz, podając mu zresztą ochotnie rękę.
— Będę ryczeć, nie bój się, będę! Człowiecze — jabym nieraz wył! Ale ty sobie z tego nic nie rób. Ja się łatwo zapalam. Wywrzeszczymy się, wyryczymy, nagadamy sobie głupstw, ale się przynajmniej porozumiemy.. Bo pocóż tu zostałeś i chcesz zostać przez całą zimę? — o tem pogadamy jeszcze! — Chcesz poznać morze polskie, jo?
— Tak.
— Ja to morze znam i ja ci o niem opowiem wszystko, co wiem! Wybulę z siebie każdy szczegół, któryby cię mógł zajmować... Ale przedewszystkiem musimy pogadać, a jeszcze przedtem zapalić na znak zgody papierosa.
Pstryknął papierośnicą i podsunął ją Tomaszowi:
— Proszę!

W łodzi na piasku.

Na stegnie, na samym wierzchołku góry stała łódź — obszerny bat rybacki. Mimowoli obaj wleźli w ten bat i usiedli naprzeciw siebie na ławeczkach.
Przez chwilę milczeli, wzajem bacznie się sobie przyglądając.
Patrząc w oczy dawnemu koledze Kułak zrozumiał, że ma do czynienia z człowiekiem inteligentnym, o czem zresztą nie wątpił, bo ze szkoły jeszcze pamiętał Tomasza jako chłopca zdolnego, który rozgryzał ostatecznie wszystkie trudności, nawet matematykę, do której miał wstręt, i grekę, której absolutnie rozgryźć nigdy nie mógł on, Józef Kułak.
Ale spojrzenie tego inteligenta, choć przed chwilą jeszcze w podrażnieniu mocne, teraz było miękkie, trochę dziecinne, już pełne ufnej wiary i chęci słuchania.
— To nie szkodzi — pomyślał Kułak. — Wierzy mi, bo jestem jego dawnym kolegą. Grunt, że nie głupi i bary ma mocne, tylko rączki malutkie.
On sam pięści miał jak bochny, a w oczy patrzał zezem, bo nie lubiał, aby w nich czytano. Nie wierzył nikomu i gdziekolwiek był, wszędzie miał jakąś szufladę, jakiś schowek, który zamykał na klucz.
— Powiedz mi, poco ty tu siedzisz? — zapytał Tomasza.
— Mam przyczyny osobiste, a prócz tego chciałbym poznać morze polskie.
— Można zapytać w jakim celu?
— Dlaczegożby nie? — zdziwił się Tomasz.
— Nie wiem. Ale widzisz, ja przywykłem widywać nad morzem zawsze tylko ludzi, którzy tu mają jakiś interes. I tak powinno być. Dla kolorów przyjeżdżają nad morze tylko letnicy. Otóż, jeśli masz jaki interes, a ufasz mi, możesz mi się zwierzyć. Nie przypuszczam, żebyś chciał handlować rybami, to wymaga wielkiej energji. Zresztą, jeśli chcesz — próbuj, będę ci chętnie służył radą. „Raum für alle hat die Erde!“ Więc masz może jaki konkretny plan?
— Ha, bardzo słusznie, może się coś z tego wyłoni! — wykrzyknął Tomasz. — Dotychczas o tem jeszcze konkretnie nie myślałem, ale wszystko możliwe...
— Spotkałem cię na strądzie. Szedłeś wzdłuż zoloju z oczami utkwionemi w piasek. Szukałeś bursztynów? Więc zapamiętaj sobie: bursztyny wyrzuca na strąd tylko norda! Przy innym wietrze niema ich. A prócz tego ciężar gatunkowy bursztynów jest mniejszy od ciężaru gatunkowego kamieni i dlatego trzeba ich szukać nie przy zoloju, tam gdzie leżą kamyki, lecz dalej na strądzie, bliżej gór. Na morzu wszystko można znaleźć, trzeba tylko wiedzieć, gdzie czego szukać i kiedy.
— Nie szukałem bursztynów.
— Więc czego?
— Przyglądałem się grzebieniowi, tym łańcuchom górskim, narysowanym na piasku przez fale.
— Cóż w tem ciekawego? Ślad po fali, która była i odeszła!
— Dla ciebie! — rzekł z pewnym smutkiem w głosie Tomasz. — A dla mnie to pismo morza. Rozumiesz? Morze falami coś pisze na piasku, ja chodzę i patrzę i staram się odcyfrować... Ile razy wyjdę rano na strąd i przyglądam się tym dziwnym literom, zawsze ze wzruszeniem i ze smutkiem myślę o tem, iż leży tu przed nami wypisana na piasku opowieść morza o nocy, a my jej odczytać nie możemy!
— Tych hieroglifów nikt nie odczyta! — wtrącił Kułak, który słuchał uważnie.
— Dlaczego? — odparł Tomasz. — Ja odgadłem przynajmniej ich sens ogólny.
— Więc cóż ci morze pisze?
— Głębiny marzą o szczytach, fale noszą w swej piersi sen o górach. Tyle wyczytałem dotychczas, a to już przecież coś znaczy!
Oczy Kułaka zmiękły i pojawiło się w nich coś w rodzaju uśmiechu.
— Tak! — rzekł po chwili. — To jest coś. Rozumi się, tu dużo materjału na powiastki... Tak. Ale ty nie jesteś Andersenem, a powiastki — to za mało. Cóżeś tu jeszcze zdobył?
— Dużo! Pogodę, ciszę, spokój, myśl o Nieskończoności. —
— Ja nie myślę o Nieskończoności, to nie daje żadnego zysku! A zysk musi być zawsze i wszędzie — materjalny, czy moralny, wszystko jedno, co kto woli, ale musi być.
— Znajduję moralny!
Kułak roześmiał się i machnął dłonią w stronę morza.
— Tam — spokój? Tam panuje wieczny, nigdy nieustający ruch, nawet kiedy jest szpegelglada, to znaczy cisza morska. Fala pożera falę, tobijaszki i dobijaki, te małe rybki, używane na przynętę, zjadają się wzajemnie, łososie są drapieżcami strasznymi, foki, merświny, mewy pożerają ryby — wieczna walka, a nie spokój, bezustanne szukanie łupu, korzyści — i przytem zupełna pogoda, zupełna obojętność na tragedje, klęski, triumfy, poprostu — okropności! A na powierzchni znów wszędzie zdradliwe niewody, czyhające na to życie, łodzie, motorówki z tralami, cezami, pławnicami kilometrowej długości, takle z tysiącami haczyków — i wielkie statki, których każda podróż jest łupem, a które, gdy się pokłócą, zaczynają do siebie prać! To — morze!
Tomasz zasmucił się.
— Psujesz mi —
— Stary druhu! — rzekł Kułak, kiwając głową. — Czyż jesteś dzieckiem? Odczytujesz hieroglify napisane na piasku przez fale. Masz życie rybaków! Każdy z nich jest słowem z wielkiej opowieści o życiu morza! Poznaj ich, przyjrzyj się ich życiu i pracy! Zrozumiesz wtedy, że morze to wieczna walka!
Z całej siły uderzył pięścią w burtę łodzi.
— To im powiedz! Ludziom z lądu! Bo to — najważniejsze! Morski człowiek jest człowiekiem walki, człowiekiem nawskroś bojowym! A nam tego właśnie potrzeba! Tego się nasz naród od morza powinien uczyć. Nie o kolorach! Bo takie jest życie! O tem dopiero tu można się niezbicie przekonać.
Tomasz milczał.
— I to właśnie jest cudowna poezja morza! — mówił dalej Kułak. — Tu wiecznie coś się dzieje, dramaty, komedje, farsy, tragedje, co chcesz, cuda rozmaite! O samym wietrze możnaby tomy pisać! Co dzień, co godzinę — nowość, sensacja, niespodzianka! Co tam Monte Carlo w porównaniu z tą grą, która cię trzyma w podnieceniu całemi miesiącami! Ale na to trzeba mieć nerwy stalowe — jak ja! A znasz ty, „Wilka Morskiego” Jacka Londona? Pamiętasz Larsena?
Tomasz podniósł głowę.
— Pamiętam! — odpowiedział. — To straszne anglosaskie chamstwo. U nas dużo o tem pisano... przeciw... To obrzydliwe!
Kułak wzruszył ramionami i uśmiechnął się.
— Cóż zrobić! A jednak — to prawda! Takie jest morze. I taka jest wogóle rzeczywistość!
— Nie, u nas to niemożliwe! — zaprzeczył żywo Tomasz.
— Niemożliwe! — zaśmiał się Kułak. — Zobaczysz!
Poczęstował Tomasza papierosem, a gdy zapalili, wyskoczył z łodzi, pożegnał się i poszedł.
Tomasz pozostał w łodzi na piasku i zamyślony osnuwał się wonnemi dymkami.
Broniąc się przed brutalnością Kułaka, Tomasz obwarował się następującym sylogizmem:
— Jeśli prawdą jest, iż morze jest najbliższe rzeczywistości —
Zaś jedyną rzeczywistością jest Bóg.
Morze jest najbliżej Boga.

Wangorze.

Uspokoiwszy się i zabezpieczywszy w ten sposób, w dalszym ciągu robił swe studja, słuchając zresztą pilnie Kułaka, który wtajemniczał go w animalne życie morza, opowiadając rzeczy nieraz bardzo nawet ciekawe.
Na pierwszy plan wysuwał się tu tajemniczy węgorz.
— W lecie, gdy woda w naszych jeziorach, mulistych rzeczułkach i rzekach stanie się ciepła — zaczynał Kułak uroczyście swe opowiadanie — wangorze, bytujące leniwie na ich dnie, instynktownie otrząsają się ze swej gnuśności i zaczynają się ruszać. Posuwając się zwolna dnem rzeczułek, rzeczek i większych rzek, wytrwale kierują się ku Wiśle. W duszach tych dziwnych ryb — to są cuda, powiadam ci, cuda! — żyjących w błocie, w mrokach dna i w gęstwie porostów, o które lubią się wycierać — budzi się marzenie o morzu, naraz, niespodziewanie rodzi się jego wspomnienie, z czego znów powstaje tęsknota, dążenie tragiczne i niczem niepowstrzymane, nieprzeparte dążenie, o jakiem ludzie nie mają wyobrażenia. Ono każe rybie opuścić wygodny kąt, w którym wzrosła, i ciągnąć w krainy nieznane, puszczać się w romantyczną wędrówkę, pełną przygód i niebezpieczeństw.
— Widzisz, nawet i w tem jest romantyzm! — wtrącił Tomasz.
— O, przyroda jest niesłychanie romantyczna! — przyznał Kułak i opowiadał dalej:
— Ileż więcierzy musi ominąć, ile ostrych haczyków połknąć, nim wreszcie wydostanie się na morze! Ale tu czekają na niego dziesiątki tysięcy żaków, linki na kilometry w morze wysunięte. I tu dopiero ten nasz rzeczny węgorz wyciera się w czystym piasku morskim, kąpiąc się w słonej wodzie, puszcza z siebie cuchnący bagnem szlam i staje się szlachetnym, wytwornym i delikatnym w smaku, bardzo poszukiwanym węgorzem bałtyckim, czarnym, lecz o białym brzuchu, znanym w handlu jako „Blankaal”. Wędruje zaś tedy najprawdopodobniej dlatego, że tu, w zatoce Puckiej, żyją stale węgorze niewędrowne, mniejsze od wędrownego, chudsze, ze złotemi brzuchami — przypuszczalnie samce. W zimie one śpią, zagrzebane w piasku i wtedy ludzie łowią je na ościenie.
Opowiadał, a Tomasz słuchał, oczami duszy przenikając na dno morskie. Widział na niem niezliczone, wciąż sunące naprzód czarne, milczące, uparte zastępy, widział je jak czarne błyskawice, pomykające wśród fal.
— Rybacy poławiają węgorze pilnie — mówił Kułak — bo to jedyna ryba tutaj, niezależna od wiatru, i która w mniejszych lub większych ilościach o pewnej porze stale jest, a więc stanowi stały dochód, na który liczyć można. Połów węgorzy — to opędzenie wydatków jesiennych, bulwa i choć trochę mąki na zimę.
Tomasz przypomniał sobie święto Matki Boskiej Wangorzowej.
Był piękny dzień jesienny, złoto-błękitny, ciepły. Wszystkie domy we wsi były posprzątane, pozamiatano nawet ulice, ściągnięto ze sznurów bieliznę, napieczono „kuchów”, a każdy rybak postarał się o kilka węgorzy dla siebie. Przed kościołem pojawiło się kilka kramików z wędlinami, z „worsztem”, i „dauerworsztem”, „jaegerworsztem” i „leberworsztem”, z trojerami, chustkami i różną odzieżą, wzniesiono nawet z żaglowego płótna namiot, w którym sprzedawano galanterję, cukierki i zabawki — wszystko biedniutkie, taniutkie, lecz jakże wspaniałe w oczach biednych rybaków i rybackich dzieci! A wszyscy byli wystrojeni — mężczyźni w granatowych marynarskich mundurach z czarnemi krawatkami na białych gorsach i w granatowych muckach, kobiety ubrane przeważnie czarno i w czarnych szalach, panienki w lakierkach, cienkich pończoszkach i miejskich, zgrabnych sukienkach — a twarze skupione i poważne — i to miłe, jedyne na całą Polskę w Suplikacjach — I na niewodach naszych błogosław nam, Panie! — A błogosławże wam, Panie Boże! — myśli Tomasz z rozrzewnieniem. — Błogosławże wam w waszej uczciwej, ciężkiej pracy!
Wangorze!
Bogactwo rybaka, przysmak gbura!
Przypomniało się Tomaszowi, co mu opowiadano o dawnych odpustach wangorzowych, o tłumach pobożnych pątników, o gburach, którzy na odpust przyjeżdżali z lądu własnemi końmi lub szkutami gdańskiemi, z koszami i worami owoców, za co rybacy znów częstowali ich węgorzową zupą i węgorzami — to smażonemi, to gotowanemi z bulwą i sosem koprowym, to znów wędzonemi, których nie skąpili też i na powrotną drogę. Jakież miłe było to ciche święto bogatej, płodnej jesieni, gdy ląd i morze, zgodnie ukląkłszy przed ołtarzem Przenajświętszej, wymieniały swe dary!
— Dokąd węgorze wędrują?
— Daleko, daleko, do Atlantyku, a potem przez zatokę Biskajską ku brzegom Ameryki, ku Antyllom.
— Do słońca! Burze je chronią.
— Nie. Prawdę mówiąc, podczas burz on się najlepiej łowi. W żakach porwanych przez burzę zawsze coś jest. Cała rzecz w tem, że żaki są drogie i podczas burzy niebezpiecznie je stawiać.
— Na jedno wyjdzie.
Tomasz myśli o Matce Boskiej Wangorzowej. Unosi się nad falami, a u stóp jej kłębowisko niemych, bezgrzesznych ryb... Błękitny jest płaszcz Matki Boskiej i gwieździsty, srebrnemi nićmi księżyca haftowany, ale oto Ona, ulitowawszy się nędzy ryb, potrząsnęła płaszczem, i w tej chwili gwiazdy na nim zgasły, a fałdy płaszcza wzdęły się i zaszumiały jak fale morskie, i zahuczał wicher srogi, porwały się sieci przemyślne i ryby pod przykryciem płaszcza Tej, „Której berła ląd i morze słucha”, spokojnie poszły w swą drogę ku słońcu ku zielonym, górzystym wyspom niezmierzonego Oceanu.
— Tam, w ciepłych wodach Oceanu, w wielkich głębokościach składa węgorz jaja, które zmieniają się w larwy kształtu listka. Listki te wracają znów do naszych słodkich wód.
— Co ty mówisz chłopie!
— Jak Boga kocham! Człowiecze to są cuda, cuda nie do wiary! W naszych wodach przeobrażają się, a potem znów smarują do morza. To ci poezja, co? Przyroda, bracie, mówię ci przyroda, największa poezja! Tu ją masz! Co ci tam — kolory?
— Nie, pozwól, to są właśnie kolory!

Jesienią.

Powoli jesień nabierała tonów i rysów coraz twardszych i surowszych. Wichry i fale biczowały strąd i raz wraz żaki wciągano na kraj. Gdy w nocy niespodziewanie ryknęła burza, we wsi wszczynał się popłoch. Ledwo otrząsnąwszy sen z powiek, rozgrzani pierzynami rybacy wskakiwali w skorznie, wciągali ciężkie ubrania, eltychy i biegli ratować żaki, przyczem nieraz aż po piersi wchodzili w zimną wodę.
Podczas sezonu rybacy unikali oberż, pierwsze miejsce wszędzie zostawiając letnikom. Po sezonie, zwłaszcza gdy detki jeszcze plątały się po kieszeniach, częściej oberże odwiedzali. Wreszcie postanowili otrąbić swoje panowanie.
Przyszła niedziela — trochę wietrzna, lecz pogodna, jak zwykle poświęcona nietyle zabawie, co nabożeństwu i odpoczynkowi. Nic nie zapowiadało jakichś nadzwyczajności, a jednak restaurator w łazienkach zawczasu już postarał się o piwo i większy zapas wódek i koniaku i tajemniczo szeptał wszystkim o mającej jakoby odbyć się u niego zabawie kaszubskiej.
Dowiedział się o tem Tomasz i postanowił zaciągnąć na „zabawę Kułaka.
— Nie chcę! — bronił się Kułak. — Niecierpię tego! Co za zabawa! Popiją się i już!
— Popijemy się i my i będzie nas to bawić! Chodź, nigdy nie widziałem, jak Kaszubi piją.
— Jak piją? Nic ciekawego.
— Każdy ma i w tem swój własny styl. Chodź! Niedziela nudna!
— Ja po nieszporach ludzi muszę płacić!
Wymawiał się, ale przecie o zmierzchu przyszedł do łazienek.
Siedzieli w pawilonie restauracyjnym przy oknie, patrząc z góry na piętrzące się groźnie fale i popijając żałośnie. Tomasz, ponieważ przyszła mu na myśl pani Łucja, z którą przy tym samym stoliku siadywał, Kułak zaś, ponieważ struł się wypłatą. Prócz tego w pawilonie było chłodno, w oknach skowytał wiatr.
— Wogóle wygląda to wszystko, jak balowa sala podmiejskiej oberży nieposprzątana po zabawie! — rzekł Kułak.
— Ha, bardzo słusznie! — potwierdził Tomasz.
Już chcieli wyjść, przenieść się pod „Łososia”, gdy wtem doleciały ich dźwięki muzyki.
Deski pawilonu zahuczały pod chyżemi piętami restauratora.
— Idą! Idą! — zawołał, otwierając szeroko drzwi.
Las grzmiał już odgłosem trąb, które po chwili zaczęły wrzeszczeć tuż przed łazienkami, wreszcie — wwaliła się w drzwi jedna trąba, po niej druga, trzecia — cała słynna kapela rybacka. Obszedłszy z grzmotem trąb i łoskotem bębna pustą salę, muzykanci ustawili się w rząd pod ścianą, gdzie fałszywie lecz triumfalnie marsz skończyli. Poskładawszy instrumenty na stołkach, podeszli do bufetu pokrzepić się.
U drzwi błysnęło kilka jaskrawych płomienistych sweaterów, za któremi tłoczyły się białe gorsy i granatowe marynarki. Ale taki był jeszcze w tym tłumie szacunek dla miejsca uświęconego przez pobyt letników, iż nikt nie śmiał wejść pierwszy, i młodzież tłumiła się u progu tak nieśmiało, jakgdyby tam wciąż jeszcze kręciły się pary piękne, dystyngowane i pełne wdzięku.
Śmiało weszło kilku starszych rybaków, nie bojących się wizyj, nawet wytwornych. Stuknęły szklanki z gdańskiem piwem, przechyliły się głowy wtył, muzykanci wrócili na swe miejsce pod ścianą i zagrali „foxtrotta”.
— Proszę! — zdziwił się Tomasz. — Foxtrotta!
— A cóż ty myślisz! — rzekł Kułak. — Oni nie znają ani starych tańców, ani pieśni, ani strojów. Wstydzą się tego, bo to niemodne! Podoba się im marynarskie ubranie, bo zgrabne, ale zresztą wszystkiego, co trąci rybackim stanem, wyzbywają się. Kiedy im podczas jubileuszu proboszcza zaproponowałem, żeby mu wystawili bramę triumfalną z paczen, rem, wioseł, żaków i niewodów — mało mnie nie zbili! — Może stare skorznie każe nam pan Kułak na tej bramie pozawieszać! — wrzeszczeli. — A toby było fajn! Pan chce, żeby nas ludzie wyśmiali!
Wyśliznęła się jedna para, druga, panienki w krótkich sukienkach, pomarańczowych, żółtych lub zielonych sweaterach, z wstążeczkami we włosach zlekka ufryzowanych, w lakierkach, chłopcy po marynarsku.
— Tańczą dobrze! — rzekł po jakimś czasie Tomasz.
— Bardzo dobrze i zupełnie przyzwoicie, o ile sobie za dużo gorzały nie wsmarują. Ale i wtedy starają się... Oni starają się być „panami”, uważasz, „noble”.
— Wcale im tego za złe nie biorę... Czemu ci tam dwaj tańczą w czapkach?
— Marynarze. Taki zwyczaj — pochodzący prawdopodobnie z oberż portowych.
Zadudniały wpobliżu kroki restauratora.
— Panowie pozwolą, że kieliszki wezmę, a dam filiżaneczki. — ...Dziś niedziela!
— Nie róbże pan głupstw! Przecie zabawa!
— Taki przepis, panowie wiedzą!
— Masz, on myśli, że jest przepis, nakazujący w niedzielę podawać wódkę w filiżankach!
Sala była już pełna.
Muzyka grzmiała, pary kręciły się wciąż, w przerwach pito. Twarzyczki panienek były różowe. Naraz dały się słyszeć krzyki, odgłosy kłótni, pijany śpiew.
— Upił się ktoś!
— Za wcześnie! — rzekł niedowierzająco Kułak. — Oni potrafią pić całą noc i nie popiją się. To ktoś komedje wyrabia.
I miał słuszność.
Awantury wyrabiał Józk Chudych, ale pijany nie był, przeciwnie.
Rzecz miała się tak:
Przygnębiony i zgnębiony bezustannemi wymówkami, a także wyrzutami sumienia, Józk postanowił wybrać się na zabawę i rozerwać się trochę. Ani tatk ani neńka pieniędzy dać mu nie chcieli, od brata pożyczać nie chciał, bo już dłuższy czas z nim nie mówił. Sam miał niespełna kilka złotych, a koniak w łazienkach drogi! Ale poszedł, licząc na szczęście.
Rybak sam nigdy nie pije, ma szeroki gest i lubi się postawić. Pokręciwszy się trochę z panienkami i znalazłszy się w gronie kolegów, Józk, z pewną siebie miną, postawił jedną kolejkę — prawda, ten i ów też postawił, ale niekażdy — potem drugą, kupił papierosów, któremi częstował — postawił trzecią kolejkę, a gdy żartami i zręcznem dogadywaniem zaczęto go naciągać na czwartą, wymiarkował, że już go na nią nie stać.
Teraz dopiero zrozumiał swój błąd. Pieniędzy po letnikach już nie było, a pieniędzy węgorzowych dopiero się spodziewano, więc jego kolejki były stawkami, które absolutnie wygrać nie mogły. Wystąpiwszy w roli fundatora, nie mógł schodzić z placu po nędznych trzech kolejkach, byłby to wstyd — bo każdy zrozumiałby wówczas jego manewr z kolejkami i wyśmiałby go. Przez cały wieczór nie miałby już spokoju!
Co zrobić?
Jedyne wyjście — udać pijanego tak, aby myślano, że on tu pijany już przyszedł. Wtedy nikt nie powie, że on zmyka z powodu braku pieniędzy, a jeśli nawet pomyśli, to nie będzie mógł powiedzieć.
Więc — wszczął zwadę.
Od słowa do słowa, coraz głupiej, coraz gorzej, a im gorzej — tem lepiej! Tak się Józk przejął swą rolą, że zachowywał się zupełnie jak pijany, aż wreszcie — wyprowadzono go za drzwi.
Śmiała się z niego młodzież, która, korzystając z przerwy w tańcach, wysypała się na powietrze i gęsto obsiadłszy gzyms łazienek, baraszkowała w ciemnościach. Śmiał się każdy, kto przy świetle, bijącem z okien łazienek, widział, jak Józk się zatacza i szuka drogi wśród drzew.
Wyprowadzono go za drzwi — ale jego era, jego cześć rybacka, jego duma, została uratowana.
Nikt się z niego śmiać nie będzie.
Aby zaś wiedziano, że on miał pieniądze i mógł stawiać, wstąpił jeszcze pod „Łososia” na jeden koniak, a potem potoczył się do Ciszy na jedno piwo.
A tymczasem zabawa w pawilonie rozgorzała na dobre. Już i panienki tańczyły z sobą i mężczyźni, a jeden rybak, odpalony przez damę, tańczył z krzesełkiem. Z muzyką działy się cuda, bo to jeden, to drugi muzykant wstawał, kładł swój instrument na stołku i szedł w tany albo na wódkę, tak, że chwilami grało ledwie parę instrumentów. Tylko bęben huczał wciąż.
Naraz zadrżały, zadzwoniły wszystkie okna, zatrząsł się cały pawilon, zadygotały łazienki — bo oto na morzu zawyła wichura, ryknęły stu gromami fale, huknęło morze, jęknął strąd...
Zawrzała rybacka krew w żyłach, błysnęły oczy, a z wszystkich piersi wyrwało się dzikie, radosne —
— Juchhuuu!

Poznały dzieci głos matki.

Fala.

— Wangorze są, Waliszu? — pytał Kułak spotkanego na drodze rybaka.
— Dziś — oburzył się rybak. — Niema ani jednego ogona! Przecie „west” wieje!
— Jo, jo, „west”! — potwierdził Kułak, idąc szybko z Tomaszem w stronę wędzarni, gdzie miał ważny interes. — Dowidziska!
Przed drzwiami jednego z przydrożnych domów stał starszy już rybak. Z miną zadowoloną przyglądał się niebu i kurzył sobie fajeczkę.
— Dzieńdobry, Adamie! — krzyknął mu Kułak. — Macie wy jakie wangorze dostane?
Rybak kiwnął głową potwierdzająco i odpowiedział, jakby zdziwiony pytaniem:
— Doch dziś „west*! Przy „weście” wangorze muszą być!
— A dużo macie?
— Trzy centnary.
— To ja wezmę.
— Jo! A jaki priz?
— Skąd ja mogę we wtorek wiedzieć, jaki priz będzie w niedzielę! Przyjdźcie w niedzielę, to się porachujemy.
Poszli dalej.
— Nic nie rozumiem! — odezwał się Tomasz. — Ten mówi, że węgorzy niema, bo jest „west”, a tamten znów, właśnie dlatego, że jest „west”, ma węgorze! Jakże to może być?
Kułak roześmiał się.
— Widzisz, masz znowu „prawo” morskie. Dla jednego tak, dla drugiego inaczej. W tym wypadku decyduje położenie toni czyli terenu połowu. Do jednej toni wpędza rybę ten wiatr, do drugiej inny. Jeden rybak modli się o „ost”, drugi o „nordę”, trzeci o „zyd-ost” i tak dalej. Tak samo zresztą, jak na lądzie — jeden rolnik prosi o deszcz, drugi o słońce — a Pan Bóg ma wszystkim wygodzić! No, so long, ja idę kopcić. A ty na — kolorki!
— Jakie tam dziś kolorki“![2] — żachnął się Tomasz, bo dzień był chmurny, a już zwłaszcza popołudnie obrzękłe było szarą jesienną melancholją. Październik miał się ku końcowi.
— Więc wieczorem u Papaszka! — przypomniał, skręcając ku stacji.
— Jo! Może przywieźli dziś z Pucka jakiego worszta! Tak się stęskniłem do kiełbasy, że mi się już zaczyna śnić... Dziś mi się przyśniła kiełbacha polędwicowa. Damned! Good bye!
Tomasz szedł długo strądem w stronę rozewskiej bliży. Wbrew oczekiwaniu mimo chmurnego dnia morze nie straciło ani mieniących się barw, ani blasku. Gorzało wewnętrznym ukrytym ogniem, ale było smutne, chmurami posępnemi przywalone i srodze pustynne. Jak okiem sięgnąć, nie było na niem widać ani jednego statku.
— Osamotnienie morza! — myślał Tomasz, siedząc na wyciągniętej na piasek łodzi i patrząc na miarowe kołysanie się wód. — Osamotnienie morza! Nie wypowie tego nikt, żaden Rimbaud, bo w porównaniu z tym smutkiem, duszą ludzką nieobjętym, każde słowo jest tak małe i bez znaczenia jak ten kamyczek, wyrzucony na brzeg.
Wzbierały fale, rosły, szły szeroką piersią ku brzegowi. Naraz lśniąca, zielona pierś pękała, tworzyła się na niej szeroka rana, z której tryskała, pieniąc się, biała krew. Brocząc z rany coraz obficiej, strwożona fala szybko leciała ku brzegowi, już zbierając siły do skoku, gdy wtem uderzała o coś tak, że stawała dęba, wspinała się i zawisnąwszy na oka mgnienie w powietrzu, obciążona grzebieniem świszczącej piany, załamawszy się, z wygiętym łukowato zielonym grzbietem padała głową naprzód i dopływała do brzegu bezkształtna, bezsilna, niesiona martwym rozmachem strzaskanych zamiarów. Ale tuż nadpływała druga fala, trzecia, piąta — z całą mądrze hamowaną i stopniowo w miarę rozwijaną energją, w rozmachu swym genjalna, w wykonaniu cudownie dokładna, a tylko nie przewidująca podstępnej, złej, upartej rewy, złośliwie podcinającej nogi córom morza, z wyciągniętemi w miłosnej tęsknicy ramionami śpieszącym w objęcia lądu.
— Ile istnień złamanych, ile zamiarów strzaskanych, ile zmarnowanej energji. Nie, czy zmarnowanej — niewiadomo. Energja nie ginie.
Tak myślał Tomasz, przyglądając się pracy fal.
— Zupełnie jak ludzie! — mówił sobie. — Fala padła, nie dosięgła celu. Tuż za nią idzie druga, silna, bujna. Mogłaby dojść. Ale złamana fala, zbierając się — poco? — cofa się, podcina falę nadbiegającą i w ostatniej chwili łamie cały jej rozpęd — zwyciężony i uciekający rozbił nadchodzącego zwycięzcę — ileż razy! Znowu leci — może dojdzie!... Ach, ta głupia leci za nią!.. Za prędko, za wcześnie... Jest! Trzask! Wpadła jedna na drugą i teraz toczą się, wodząc się za łby... Nie doszła żadna, a mogły obie dojść znacznie dalej niż inne... No, może ty dojdziesz... Nie za wielki rozpęd przed rewą... Tak, prześliznąć się tylko... Teraz — w cwał! Grzywa do góry!
Z bijącem sercem patrzył na nadlatującą falę.
Pyszna, dumna, piękna, tuż u brzegu już wygięła swą lśniącą pierś, potrząsnęła białą grzywą karku i runęła na piasek z jędrnym, pełnobrzmiącym gromem. W tej chwili wybiegł z pod niej długi, lśniący metalicznie język.
— Chodź tu, chodź do mnie, ty dzielna, mądra, silna, odważna, chodź! — wołał w duchu Tomasz, wyciągając do fali dłoń, jak do dziecka.
Fala błysnęła jasnością dnia, jakby się uśmiechnęła, z cichym sykiem zbiegła ku morzu po piasku i powróciła w otchłań.
— Historja jednego zwycięskiego istnienia! — myśli Tomasz. — Co po niem pozostało? Znak na piasku...
Wstał i przeszedłszy góry, wszedł w las.

Cienie.

Wracając z przechadzki Tomasz przypomniał sobie, że październik się kończy i nadchodzi listopad — a z nim Dzień Zaduszny, najbardziej przełomowy dzień duszy polskiej, z ziemią, jak mało która już w Europie zbratanej, współżyjącej z nią i współcierpiącej. Z jakąż trwogą ta dusza oczekuje nadejścia owych dni żałobnych, posępnych, o czołach chmurami czarnemi uwieńczonych, a oczach zamglonych, gasnących. Ciężkie te dni, ranne smutkiem i żałobą, leniwie posuwają się krokiem powolnym, a ten nuci pienia pogrzebowe, ów gromnicę ognia żywego cieniom żałosnym rozpala, tamten, słaniając się z bólu, drzew się chwyta, iż wstrząśnięte z żałości liść ronią, ten zasię z piersi szerokiej wzdechy śle jęczące, ów z łzawnicy przepełnionej dłonią czerpiąc, zimną i gorzką rosą łez bryzga, gdy tamtemu cierniowa korona szronu skronie ściska. O, niewymowny smętku listopadowych dni!
Ujrzawszy się na drodze „smątarzowej”, Tomasz nie mógł się oprzeć pokusie i poszedł na cmentarz.
Cmentarz na wydmie.
Nie jestże to myśl piękna, nie jestże to wielki, głęboki poemat, streszczający całą nicość ludzką? Trumny w piasku i mogiłki w piasku i krzyże w piasku, małe, czarne, pochylone krzyżyki, gromadą idące za wielkim, prostym krzyżem, sterczącym na najwyższem miejscu. Ileż wyrazu i treści w tych prostych linjach! Dwie deski, nic więcej, a przecie widać całą postać Ukrzyżowanego, płynącą przez powietrze i ogarniającą ramionami Wszechświat. Nigdzie żadnych figur ani ozdób, tylko krzyże, mówiące cicho: — My tu już jesteśmy sami! — gdy z piasku, przemieszanego z kośćmi, protestują głosy cichutkie: — Sami, lecz wszyscy razem!
Tu las, tam las i tu las — a tam znowu słabo świecące wody zatoki. Światło, jak na Polach Elizejskich — ni ciemne, ni jasne, ni noc, ni dzień. Blada poświata księżyca, którego nie widać, albo też duch skonanej światłości ziemskiej... I cisza zupełna...
Skrzypnęła furtka cmentarna. Tomasz wyszedł. Las pełen bladych widm... Dziwne, niepojęte kształty... Leci ogromny biały nietoperz z jednem bladem skrzydłem krótszem, drugiem dłuższem... Skrzydła ma, zdaje się, z mgły... Czy uwiązł wśród drzew? Tu jeden, tam opodal drugi, a i na łące przypadło ich kilka do ziemi i leżą teraz — trwożne, a może groźne — z podwiniętemi skrzydłami. A tam znów płyną przez powietrze wysokie, szare widma, wyginające się dziwacznie w niezrozumiałym konwulsyjnym tańcu, rzekłbyś, rząd niebosiężnych dżynów arabskich, tańczących dziki taniec opętanych derwiszów...
— Tego ja się nie zlęknę! — uśmiecha się Tomasz. — Żaków ani manc śledziowych się nie boję...
Zadzwoniono na Anioł Pański.
Tomasz stanął przed drzwiami swego domu, słucha i patrzy.
Wciąż ta blada poświata.
Przed kościołem na środku placu, na małym piaszczystym wzgóreczku blade żaki i fruwająca niespokojnie na sznurach bielizna. Napół już bezlistnemi koronami kasztanów wstrząsa lekki dreszczyk. Zresztą cisza. Nie słychać tykania motoru. Światła elektrycznego dziś nie będzie. Coś się tam widać zepsuło.
Od ścian domów odrywają się czarne cienie i kłapiąc korkami po stwardniałym już trochę piasku, pomykają ku kościołowi. Tam naraz, jak gdyby cymbały drewniane zagrały — zadzwoniły flizy pod kościołem od szybkiego stąpania mnogich stóp w drewnianych chodakach. Potem chwila ciszy i stłumiony, nabożny śpiew...
Dzień Zaduszny.
Na krzyżach cmentarnych zawisną wianki z sośniny, zdobne w sztuczne kwiatki i przewiązane papierowemi wstążeczkami — innych kwiatów tu niema. Na grobach może zapłoną światełka... Nad cmentarzem w chmurze czarnej z kwileniem żałosnem przelatywać będą stada cieni...
A cóż ludzie?
Oni o tem wiedzą. Oni wiedzą dużo różnych rzeczy...
Edward Kunsztowny znał kiedyś wielkiego na półwyspie urzędownika leśnego, wesołego pana, który lubiał się bawić, dla ludzi dobry był, a często jeździł od wioski do wioski zaprzężoną w dwa „szimle” bryczką, za którą biegły jego ulubione legawce. Pan umarł, ale w kilkanaście lat po jego śmierci Edward, wyszedłszy raz w nocy na dwór, ujrzał przejeżdżającą tuż bryczkę, zaprzężoną w dwa szimle i legawce i pana w bryczce i poznał go, poznał, że to on był... Bryczka pojechała dalej, a nie słychać było ani tętentu koni, ani łajania psów, choć widać było, że szczekały...
A drugiego rybaka, w opuszczeniu i zaniedbaniu sierocem, w jasny, słoneczny dzień nawiedziła w chacie zmarła żona, i użaliwszy się jego niedoli, chciała mu buksy załatać, nawet igłę, zatkniętą w znanem sobie miejscu, znalazła, tylko, że nici nie było, musiała odejść, a on wyszedł z nią razem na strąd, bo chata była o dwa kroki od morza i szedł z nią razem, póki się w powietrzu nie rozpłynęła...
Cóż to zaś opowiadają o owym wójcie, który, grając na weselu w karty, zauważył zaglądającego przez okno do izby bladego, nieznanego chłopa? Gdy zaciekawiony wyszedł i po trzykroć chłopa zagadnął, ów rzekł mu, iż jest umarłym ojcem panny młodej i przyszedł do niej na wesele, zaś wójta, za to, iż do niego, umarłego, przemówił, obarczył ciężką pokutą, i wójt przez cały rok o tej właśnie godzinie musiał pieszo chodzić do oddalonego o milę Swarzewa, odmawiać wyznaczone sobie od ducha pacierze.
A gdy tu się rozbił ów nieszczęsny „Archimedes”, wraz z którym utonął kapitan i szturman, czyż nie spotykano potem w nocy dwóch oficerów marynarki angielskiej, kłócących się po angielsku o to, kto „Archimedesa” zgubił? Niejeden doświadczony rybak w wiosce dobrze po angielsku rozumiał, więc wiedział, o czem ci dwaj mówią. Tegoż dnia, gdy „Archimedes” utonął, spotkała ich cała rybacka drużyna ratownicza, która wyratowała załogę statku. Szli wprost na nich drogą z Wielkiego Morza do Małego, a ludzie, którzy widzieli utopionego kapitana i szturmana, odrazu ich poznali i przystanęli ze strachu, oni zaś minęli ich, snać nie zauważywszy, bo się bardzo kłócili.
Inni znów widywali czasem w nocy całe gromady ludzi nieznanych, ubranych jak do kościoła, mówiących niezrozumiałym językiem i idących niewiadomo dokąd. Zdarzało się, że gromady te skręcały w las na wydmach i szły ku morzu, gdzie przepadały albo też obradowały na polankach leśnych, a potem w niewiadomy sposób znikały. Bywało, szedł ktoś lasem, ujrzał siedzących dwoje ludzi przy drodze, zawołał: — Chodźcie, pójdziemy pospołu, będzie nam weselej! — a tych dwoje spojrzało tylko na rybaka, a potem przez cały czas coś straszyło, ktoś niewidzialny szedł za nim, niewidzialne gałęzie z hukiem i trzaskiem padały mu pod nogi — i człek przybiegał do wioski zdyszany, spłakany ze strachu, ledwie żywy...
A owe ponure „kanteczki”, owa straszna pieśń „Obrońco uciśnionych, opiekunie biednych”, którą śpiewano przy świecach, w zamkniętej izbie, z całą mściwością, z zestrzeloną w sercu całą o pomstę do nieba wołającą nienawiścią, wzywającą kary na krzywdziciela, który, jeśli przypadkiem nie śpiewał wówczas „Kto się w opiekę”, musiał zbiorowej woli przeklinających podlec i marnie ginął. Zwyczaj ten ponoś poszedł w niepamięć, ale kto wie, czy się tylko nie przytaił, czy nie wskrześnie, gdy przyjdzie chwila stosowna...
Bóg jeden wie, co się dzieje w odmętach tych dusz!
— Zabobon!
Wspomniał Tomasz seanse spirytystyczne, bajdy różnych Bławatskich, uśmiechnął się, machnął ręką i poszedł do siebie na górę zrobić trochę papierosów na wieczór.
Kiedy wieczorem wyszedł, głęboki zmrok był jeszcze bardziej widmowy. Na Bałtyku musiała być mgła, bo dolatywał stamtąd przeciągły, posępny ryk syren. Było wprost niesamowicie cicho i ponuro.
Idąc do Papaszka, zauważył dziwną grupę: szła rybaczka, otoczona dziewczętami i dziećmi. Dzieci, spostrzegłszy cień na drodze, zaczęły trwożnie piszczeć, rybaczka już zdaleka woła:
— Wszelki duch Pana Boga chwali!
Szła jak kwoka z pisklętami.
— A co to? — zapytał, ale urwał.
Dzieci trzymały się matki za spódnicę, a ujrzawszy go, zaczęły się boczyć i chować główki w fałdy sukni.
— Boją się! — mruknął i poszedł do Papaszka.

Taniec węgorzy.

Tuż przed Wszystkimi Świętymi wichury, które w ostatnich czasach coraz częściej się zrywały, zmieniły się w groźną, dziką, rozsrożoną burzę.
Rozpoczął się okres gwałtownych burz jesiennych, zwanych Burzami Wszystkich Świętych. Niebo pociemniało, las wył, morze ryczało, na maszcie sygnałowym koło łazienek wciąż czerniał okrągły bal, zapowiadający zbliżanie się burzy „z niewiadomej strony”. W dzień nie robiło to tak wielkiego wrażenia, zwłaszcza na Tomaszu, który, jako człowiek lądowy i miejski, wiatr wogóle lekceważył, uważając go za zwykłe w naszym przykrym klimacie nieprzyjemne zaburzenie atmosferyczne, normalne, nie pociągające za sobą poważniejszych następstw. Według pojęć lądowych pogoda była znośna. Było wietrzno, pochmurno, ale ciepło, deszcz nie padał. Dolatujący od strądu ryk fal, bezustannie przypominający morze, nadawał życiu i myślom człowieka lądowego pewien — imponujący mu i wprawiający go w dumę koloryt egzotyczny i usposabiał go tak dobrze do czytania, pisania listów lub rozmyślań, jak na lądzie zawieja zimowa lub wielkie śniegi. Wieczorem czy w nocy, gdy w domu zapadła już zupełna cisza, od morza dolatywał huk, jakby tętent olbrzymich koni, a ziemia drżała. Z przyjemnością myślał wówczas Tomasz o białych grzywiastych, rwących rumakach Pozejdona, trójzębem bijącego w oporny, twardy ląd.
Było to bardzo przyjemne, ale po niejakim czasie ten bezustanny szum w powietrzu, to ciągłe wybijanie pokłonów aż do ziemi przez drzewa, nie mogące się nawet na chwilę wyprostować, ten niemilknący krzyk lasu i łoskot fal stawał się przykry i niepokojący. W dzień i w nocy odwiedzał Tomasz wzburzone morze, aby oczy jego widokiem nasycić, aby się wżyć w duszę burzy morskiej, gdy ona jest sam na sam ze sobą, nieskrępowana ani obecnością ludzi, ani nawet słońca. Ale wkrótce znużyło go to monotonne przedstawienie. Nie było w tej burzy żadnego stopniowania, żadnej namiętności, żadnych wybuchów, nic, prócz demonstracji bezrozumnej, brutalnej siły niewiadomego pochodzenia i niewiadomo do czego dążącej. Jak na to, hałasu i gwałtu w przyrodzie było za dużo.
Nastrój też był niemiły, uliczki puste, nigdzie ani człowieka, ani psa, kury tulące się pod ścianami, drzewa tańczące jak oszalałe — czasem tylko przebiegnie ulicą kobieta w szalu, piersi rękami osłaniając, lub rybak. Nieliczni, którym jeszcze plątały się po kieszeniach jakieś grosze, siedzieli w oberżach i popijając piwo, prowadzili długie rozmowy o wiatrze i jego pożądanych zmianach. Ten chciał, żeby mu tak obdało, ów zaś inaczej, i coraz to ktoś wypadał z gospody — zobaczyć, dokąd wiatr idzie. Owszem, „szedł” to jest odchylał się to w tę stronę, to w tamtą, zasadniczo jednak miał wciąż jeden i ten sam kierunek.
Większość rybaków podczas burzy przeważnie spała ciężkim rybackim snem, wstając tylko do jedzenia.
Kiedy wiatr ścichał, rybacy gorączkowo stawiali żaki. Wyzyskiwali każdą chwilę, nietylko dlatego, że połów węgorzy miał się już ku końcowi, ale ponieważ teraz było węgorzy najwięcej. Już i tak wobec nadchodzącego końca sezonu węgorzowego priz znacznie poszedł wgórę, wiedziano, że potem będzie szedł wgórę z dnia na dzień, a dyktować go będą nie kupcy, lecz rybacy. Więc zależało na tem, aby nałowić teraz jak najwięcej ryb, przechowywać je jak najdłużej w skrzyniach na wodzie, wreszcie solić — bo to był żywy kapitał, od którego z każdym dniem rosły procenty.
Wybuchła tedy zawzięta walka z żywiołem, wysunęli się na pierwszy plan rybacy. Już w grubych trojerach i kurtkach, nieraz w eltychach, chroniących od przemoczenia, i w zydwestkach, pracowali z uporem, nieustępliwie, niezmordowanie, chytrze. Znając doskonale każde załamanie wybrzeża, umieli, kierując się instynktem, doświadczeniem i zżyciem się z morzem, stawiać linki żaków tam, gdzie to się wydawało niepodobieństwem — bo teraz opłacało się już ryzyko — więc stawki przepadały nieraz i coraz to słyszało się, że komuś tam tyle a tyle żaków morze porwało. Brzmiało to groźnie, bo żaki są drogie i cenne, ale w rzeczywistości nie było takie straszne, zwłaszcza w zatoce, gdzie woda zawsze niewody do brzegu przynosiła, że zaś, jak wiadomo, na każdym sprzęcie rybackim znajduje się „merk” czyli znak właściciela, przeto nikt ich sobie nie przywłaszczał, lecz zwracał komu należało, choćby za wynagrodzeniem. Na Bałtyku było gorzej, ale i te straty nie były tak wielkie, bo żaków stawiano tam w porównaniu z zatoką niewiele.
Jak na złość na Wszystkich Świętych — rybacy nasi w niedzielę i święta na rybołówstwo nie wyjeżdżają — burza ucichła i z za chmur wyjrzało słońce. Nastał dzień, uśmiechnięty trochę płaczliwie, jak przez łzy, lecz ciepły i cichy. Choć niby nic się podczas burzy nie zmieniło i wszystko wyglądało jak wprzódy, zdawało się, że samo nawet powietrze jest zmęczone. Zdeptane i zmiętoszone było niebo, stratowane przez całe wojska ciężkich chmur, zmierzwiony był las, drzewa w wiosce wyglądały, jakgdyby je kości bolały, a skatowany strąd, zryty, miejscami posiniaczony, leżał jak nieżywy i spał.
Kiedy Tomasz, wracając z przechadzki porannej nad zatoką, stanął na „swym” placu, rozległ się dźwięk dzwonów i naraz otwarły się szerokie kwadratowe, drewniane wrota kościoła tak, iż w czerwonym murze zrobił się wielki, czarny, kwadratowy otwór. Zrazu nie było w nim widać nic, po chwili błysnęło złoto, zamajaczyły barwne plamy — z kościołka wyszli w czerwonych sukienkach i białych komeżkach chłopcy z krzyżem i chorągwiami, za nimi panienki ze złocistym feretronem — z ciemności buchnął mocny, żałosny śpiew, ukazał się na progu ksiądz w czerwonym ornacie — Wszystkich Świętych, dzień męczenników, barwa czerwona! — a za nim, jakby samo przez powietrze płynące, zakołysało się wysoko To — czarne, twardych, ostro ściętych kantów — wyłoniło się na słońce i błysnęło mokrą farbą.
A potem ze śpiewem wysypali się za trumną żałobnicy — rybaczki w czarnych strojach i szalach, zgięte wpół od ciężkiej pracy, wielu porodów i dźwigania worków z piaskiem, starzy rybacy na zgiętych w kolanach nogach, w wytartych już ze starości świątalnych, modrych żakietach, młodsi mężczyźni, mocni jak dęby, wyprostowani, o ogorzałych, surowych twarzach — pół wsi co najmniej! Przeciąwszy ukośnie plac Trupią Drogą, wiodącą na cmentarz, orszak zniknął wkrótce za domami.
Dzień minął spokojnie, lecz na maszcie sygnałowym czarna, okrągła tarcza zapowiadała wciąż burzę z niewiadomych stron. Wieczorem wywieszono zamiast tarczy czerwoną latarnię. W nocy wichura zleciała znów na półwysep.
Przez kilka dni borykano się z morzem — nadaremnie. Wszystkie wybiegi i podstępy zawodziły, morze coraz liczniejsze żaki unosiło, wreszcie energja ludzka naddała, maszoperje uznały oficjalnie połów węgorzy za skończony i rzuciły hasło:
— Żaki na kraj!
Zaczęło się zbieranie linek i zwożenie krowami do wioski żaków, lejprów i niezliczonych pali bukowych. Łączki pod lasem i torfiaste rozległe pażyce nad zatoką pokryły się setkami lejowatych, białych więcierzy.
— Lecz zanim jeszcze skończy się połów węgorzy — opowiadał Kułak w swej wędzarni Tomaszowi — rybak już ogląda się za wiatrem bretlingowym, czyli szprotowym, przygotowuje niewody, stela, to jest listwą linową obramowuje mance szprotowe, opatruje dobrze odzież, specjalną watą uszczelnia łodzie, „dychtuje” je smołą lub dziegciem, osadza nowe maszty, łata żagle lub sporządza nowe, a potem czeka już pomyślnego wiatru i przymrozku. Węgorze się skończyły.
— Zupełnie?
— No, nie, będą jeszcze do Bożego Narodzenia, głównie już z kist. Ale połów się skończył, a teraz zaczną się szproty. Zima!
Tomasz słuchał, patrząc na wielkie koryto, pełne czarnych, wijących się kłębiących węgorzy. Powolnym, falistym ruchem ocierały się o siebie, niektóre prężyły się, chwilę stały chwiejąc głowami i padały bezsilne, inne starały się wpełznąć na ścianę koryta, od której jednak odpadały, a wszystkie okryte były jakby białawym śluzem.
— Ile żywotności ma ta ryba! — odezwał się Tomasz. — Inne ryby jużby dawno posnęły, a te węgorze wciąż się wiją, rajdoszą, kręcą, chwili spokojnie nie uleżą.
— O, węgorz jest cholerycznie silny! — odpowiedział Kułak. — Ale te tu wiją się tak dlatego, że są posypane grubo solą. Sól je szczypie, a one z bólu tak się o siebie trą i w ten sposób wydzielają z siebie wszystek brud i szlam.
— Żywcem solone! — wykrzyknął Tomasz.
— Inaczej nie można! Przecie muszą się, chłopie, wytrzeć, inaczej nie może być.
— Ależ to straszne! — zawołał Tomasz.
— Cóż robić! — mówił Kułak, posypując solą ryby. — Węgorze byłyby inaczej niesmaczne i psułyby się prędko.
Tomasz zrozumiał, że byłby śmieszny, gdyby się zaczął nad cierpieniem ryb rozczulać, ale zamyślił się nad ich losem.
— Jakiż straszny byłby jęk, krzyk i lament, gdyby te wijące się z bólu biedactwa, z oczami, pełnemi żrącej soli, mogły krzyczeć.
To ryby, niewątpliwie tylko ryby. Mogą się tak wić w męce, póki nie skonają! Nie wiemy nic o ich cierpieniach, nie słyszymy ich skarg, nic nas to wszystko nie obchodzi, jesteśmy istotami wyższemi, mamy prawo robić, co chcemy, daremna była skarga!
Ale jeśli inna jakaś istota, wyższa i silniejsza od nas, rzuci dusze nasze w takie koryto i żywcem je zasoli, jeśli i my będziemy wówczas niemi, i będziemy musieli pomyśleć sobie: — Daremna skarga! — a w wyżerane solą, ślepnące oczy bezlitośnie twarde, ostre promienie rzucać nam będzie słońce, obce naszemu życiu i obojętne, jak ta tu acetylenowa lampa?
Zrozumiemy wówczas całą okropną treść tego ostatniego tańca węgorzy, ujętych w drodze do krainy słońca...
Wyszedł smutny.
— Smętny z tego wszystkiego wynika morał! — rzekł sobie w duchu. — Nie chciały zdychać w bagnie, zdychają w soli.
Zaś po namyśle dodał:
— Ale stąd nie wynika, by do słońca nie dążyć, bo przecie walna ich większość stąd się wydostała i teraz bezpiecznie już wędruje do swego raju przez głębiny morskie, gdzie żadne żaki zdradliwe nie czyhają.

Skorznie! Skorznie!

Frau Kunegunde Kuhnke bardzo prędko oswoiła się ze swem nowem miejscem pobytu, w którem po nędzy gdańskiej i przykrej sytuacji „towarzyskiej” w całem znaczeniu słowa odpoczywała. W tym Gdańsku to znów nie było nic wielkiego. Genjalny szewiec, korzystając ze szczęśliwej konjunktury, nabrał nieco zadatków, które przepił, a gdy, uspokoiwszy się trochę, chciał się zabrać do pracy, nietylko znikąd nie mógł wydostać ani odrobiny pieniędzy na niezbędny materjał, ale w dodatku jeszcze klienci zaczęli go nachodzić i grozić mu sądem. Nie mogąc zarobić, a bojąc się siedzieć, i nie widząc żadnego wyjścia z sytuacji, biedak drapnął.
Małżonka jego mogła uchodzić za kobietę stateczną, ponieważ była skończenie głupia, mówiła mało i tylko utartemi frazesami, a pracowała niezmordowanie. Tego przynajmniej zdania byli o niej wszyscy. Nikt jednak nie wiedział, iż ta rzekoma praca była czysto fizycznym wysiłkiem, pozbawionym wszelkiego planu a często i sensu, a pochodzącym z jedynej potrzeby, jaką owa dama odczuwała, mianowicie z potrzeby ruchu, który jej wystarczał za całą treść życia. Wciąż coś nosiła, dźwigała, przestawiała, przynosiła, odnosiła, omiatała, myła, ale to nigdy do niczego nie prowadziło. Rozumie się, że gdy się wzięła do mycia podłogi, to ją umyła, gdy jednak raz w Gdańsku wynajęto ją do umycia jakiegoś lokalu, który był okrągły, przez godzinę chodziła nieprzytomna i przerażona pod ścianami, a wkońcu rozpłakała się i oświadczyła, iż myć tu nie może, bo nie wie, w którem miejscu zacząć. Był to poprostu niezmordowany, lecz bezmyślny mechanizm, obdarzony w dodatku czarnemi oczami, głębokiemi jak studnia i jak one pełnemi wody, i głosem głuchym, rzekłbyś, również ze studni się wydobywającym a rozwijającym chętnie swą potęgę w trenach, żałosnych jak skarga Gudruny.
Mimo wszystko z jej przybyciem wiele w życiu genjalnego szewieca zaczęło się zmieniać na lepsze. W pokoju zrobiło się czyściej, szewiec zaczął regularnie jadać, swoją drogą chmurnem okiem patrząc na marnowanie denaturatu, niezbędnego w improwizowanem gospodarstwie. Ponieważ jednak pieniądze narazie były — tolerował to.
Niemka prędko zaklimatyzowała się w wiosce. Porobiła znajomości, wystarała się o zapas strzępów ze starych sieci — na ścierki do podłogi i do mycia — nauczyła się kraść zręcznie chróst w lesie, zakopywać śmieci na gościńcu i nosić piasek ze strądu. To ostatnie najwięcej lubiała, raz dlatego, że przyjemnie jej było, zgiętej wpół, stękać pod worem piasku, a potem jęczeć w domu, wzmacniając się kawą, syrpaną przeciągle z kubka i łykaną z głośnem, żałosnem grzdykaniem, powtóre, ponieważ dobrze było z pustym worem kucnąć na strądzie i bezmyślnie gmerząc w piasku, patrzeć na mieniące się morze i spienione fale.
A tymczasem genjalny szewiec oprowadzał po okolicy swą ubóstwianą Agnes, która zachwycała się wszystkiem na każdym kroku. Była tak drobna, że wyglądała zaledwie na siedem lat, gdy w rzeczywistości miała dziesięć. Żywa, wesoła, wychowana w dusznej dziurze miejskiej, w zaduchu wódki, cygar i skór, wśród brudnych czterech ścian, czuła się szczęśliwa na świeżem powietrzu, na tym wąskim skrawku ziemi, gdzie nietylko były aż dwa morza, ale krowy i barany i owieczki i piesków dużo, a przedewszystkiem mnóstwo ładnych, złotowłosych dzieci w różnokolorowych sweaterkach i pstrych czapeczkach na głowie. I w dodatku jeszcze był las z górami i dolinami, a na strądzie tyle piasku i takich ślicznych muszelek i kamyczków!...
Chodzili tak razem nieskończenie szczęśliwi. On jej opowiadał niestworzone historje, ona jemu — i śmiali się, uganiali za sobą, bawili w chowanego... Szewiec był tak szczęśliwy, że coraz mniej pił. Oczy mu błyszczały, cera stawała się coraz zdrowsza, nawet rumieńce zaczęły się na twarzy pokazywać. O skorzniach zapomniał.
Tę zwłokę w realizacji genjalnych planów rybacy rozumieli. Oni też kochają swe dzieci. Dlatego w ich stosunku do szewieca nie zmieniło się nic, prócz tego, że teraz nie oni już przychodzili do niego z zadatkami, prosząc, aby je raczył wziąć, lecz on do nich, prosząc, aby mu je raczyli dać. Nie były to już tak hojne zadatki, jak przedtem, ale rybacy nie odmawiali mu ich.
— Brekuje! — powtarzali. — Potrzebuje detków!
Tak to trwało jakiś czas, lecz powoli źródła dochodów zaczęły wysychać i w pokoiku szewieca robiło się coraz posępniej. Głodu nie było, co więcej, Agnes paradowała w nowych trzewiczkach i w nowym sweaterku i nie była gorzej ubrana od innych dzieci, z któremi się bawiła, zato ojciec jej z każdym dniem więcej pochmurniał. Była już późna jesień, rybacy potrzebowali skorzni. Był „west”. Naddawszy, poszedł do „nordy” — „bretlindzi” mogły się pokazać lada dzień — skorzni na gwałt potrzebowano, bo jakże wyjeżdżać „na mjerze” w dziurawych i podartych!
Szewiec to rozumiał — i zląkł się. Teraz, kiedy zaczął żyć jak człowiek, i gdy go biała gorączka opuściła, w niewytłumaczony sposób genjalny pomysł rozpłynął mu się w jakiejś mgle. Wszystko, tak jasne do niedawna i proste, wydawało mu się głupstwem, niedorzecznością lub niepodobieństwem. Nie mógł pojąć, co się stało. Przestał się odzywać do żony, która, instynktownie zaniepokojona, bezustannie myła garnki, lub biegała po piasek na strąd, z przymusem tylko i jak nieprzytomny gawędził z córeczką i całemi godzinami nad czemś rozmyślał.
Dobrze mu było w wiosce, cicho, spokojnie. Pił i tu, ale przecie żył zdrowiej i lepiej niż w Gdańsku — a z pewnością bardzo dobrze było tu dziecku i żonie. Agnes była szczęśliwa, zdrowa, wesoła. Nie ruszałby się stąd, pozostałby tu na zawsze... Tylko te skorznie z jednym szwem...
Jeśli ich nie wymyśli, nie zrobi... Nie stanie się nic wielkiego! Nie! Zbierze jeszcze trochę pieniędzy i zpowrotem ucieknie do swoich, do Gdańska, gdzie tymczasem już może zapomniano. Cóż mu kto zrobi? Jeśli go stąd zaczną niepokoić, skarżyć, on powie, że wszystko to jest skutkiem nieporozumienia. Przyjmował zamówienia na skorznie i chciał je robić, ale „die dummen Kaschuben” uparli się, żeby on im koniecznie robił skorznie o jednym szwie... Czy widział kto coś podobnego? Czy można sobie wyobrazić skorznie o jednym szwie? „Unsinn” — który mógł się wylęgnąć tylko w polskiej głowie, gorzej, prześladowanie, ucisk biednego, niewinnego Niemca! Z tem można będzie nawet pójść do redakcyj niemieckich gazet. On, dzielny majster niemiecki, zyskał sobie w krótkim czasie taką renommée, że konkurencja wymyśliła ten trick z jednym szwem, żeby się go pozbyć.
To będzie reklama. Jeśli powiedzą, że on ofiarował się z robieniem tych cudownych skorzni — zaprzeczy z czystem sumieniem... Nie, w Gdańsku nic mu nie grozi!...
Ale co zrobić z bialką i z dzieckiem? Ze sobą wziąć ich nie może, boby go rybacy nie puścili. Bialkę i dziecko... trzeba będzie... zostawić!
— Boże!
Szewiec opuścił głowę na piersi.
— Samemu uciec, a Agnes z tą głupią gęsią zostawić! Das geht ja nicht! Tam, w Gdańsku, między swoimi, to było możliwe, ale tu, między tymi dzikimi ludźmi, którzy z pewnością będą się chcieli mścić... Zbiją mi dziecko, zabiją, utopią!...
Przerażenie ogarnia biednego szewieca, ale w głębi duszy głos jakiś mu szepce:
— Wilhelm! Nie bój się, to są ludzie dobrzy. Ani bialce, ani dziecku nic nie zrobią. Szimpfować będą, to jo, ale z głodu im umrzeć nie pozwolą... Oni nie są źli, nie są mściwi... To nie „swoi” — to Polacy!
I szewiec uspokojony uśmiecha się, sam sobie przykiwuje głową, zaciera ręce i powtarza:
— Dobrzy ludzie! Dobrzy ludzie!
Ale to tylko gdyby się nie udało zrobić skorzni o jednym szwie... co przecież jest możliwe i musi być możliwe, bo on widział, widział je w głowie!... Gdyby zrobił te skorznie, mógłby tu zostać i żyć spokojnie między dobrymi ludźmi, i Agnes miałaby świeże powietrze, codzień mleko prosto od krowy...
— To się musi udać! Musi! Bóg pomoże! Tylko...
Zabulgotał denaturat w butelce. Aby dusza przy robocie nie drżała, jak dawniej podczas golenia ręka.

Ruleta.

Gdy szron ubielił gałęzie drzew i zaczęły się przymrozki — dały się słyszeć z zatoki dziwne głosy, dźwięki niby klarnetowe, przytem brzmienia nie nosowego lecz piersiowego, trochę czasem wrzaskliwe, ni to znane, ni to znów obce, ale budzące w duszy jakieś nieokreślone uczucie i niepokój.
Pierwszy raz usłyszał je Tomasz, gdy pewnej nocy otworzył okno w swym pokoju, aby go trochę przewietrzyć. Noc była chłodna, ciemna, cicha, tak, że dźwięki owe czy głosy tajemnicze słyszał wyraźnie, choć były bardzo dalekie. Wsłuchując się w nie poznał, że były to krzyki ptasie, ale jakich ptaków — nie mógł się domyślić.
Drugi raz zauważył je około południa, gdy siedział przed wędzarnią Kułaka, przyglądając się krążącym po zatoce pięknym żaglówkom. Dzień był pogodny, srebrzysto-błękitny, o wesołem natężeniu światła w powietrzu i na wodzie, brzeg po drugiej stronie był kobaltowy, a z „wiku”, to jest z głębi zatoki, dolatywał nieskończenie radosny harmider ptasi. Darło się tam ptactwo rozmaite, ale nad tym wrzaskiem górowały owe słyszane w nocy tony fletowo-klarnetowe.
— Co tam za ptaki tak hałasują? — zapytał przechodzącego rybaka.
— Kulpsie! — usłyszał w odpowiedzi.
— Nie wiesz ty, co to za ptaki te jakieś kulpsie? — spytał Kułaka, który przyszedł do niego na papierosa.
— Nie wiesz? To dzikie łabędzie!
— Dzikie łabędzie!
— Jo! Cudowne ptaki. Siedzą tam we wiku, za Westowym Okiem w ostatnim haku na wybrzeżu, za wsią — od lat już tam przylatują... Upodobały sobie na zimowisko zatokę Pucką...
— A długo one tu będą?
— Całą zimę, do wiosny. Nieraz tak wrzeszczą, że pojęcie ludzkie przechodzi... Ja je kiedyś podjeżdżałem, obserwowałem je przez lornetkę... Jak ci się taka machina zerwie z wody, machnie skrzydłami i leci — dziwne uczucie. Ja nie jestem sentymentalny, ale coś takiego pod sercem się robi... Stoisz i patrzysz z żalem, z tęsknotą. Bóg wie za czem... i trudno oczy oderwać. Jest w tym ptaku nieopisana poezja... jak w orłach...
— I jak w mewach, i bocianach, i nawet w jaskółkach.
— Jak wogóle w każdem zwierzęciu. Zwierzę jest piękne i czyste, bo nie kłamie — dopóki się z człowiekiem nie zetknie, bo wówczas zaczyna łgać nie gorzej od niego.
Pogoda była piękna, więc Tomasz nieraz miał sposobność przysłuchiwać się pieśni łabędziej, a tymczasem cały półwysep Helski oczekiwał pojawienia się szprotów.
Wiatr był dobry. Po wietrze wschodnim przyszedł północny, który jakiś czas wahał się z tendencją wrócenia do pierwotnego kierunku. (— No, nie szkodzi, nie byłoby to znów tak bardzo źle! — myśleli interesowani), naraz poszedł ku wschodowi. (Wybornie! Brawo! — wrzasnął cały półwysep), a tam znowu przeszedł na północ z tendencją zachodnią, „jakby tam na zachodzie był gdzieś uwiązany” — jak się z pewną irytacją wyrażał Kułak, który bał się nieprzyjemnej niespodzianki.
Obawy jego widocznie się spełniły, bo pewnego dnia wpadł do Tomasza wściekły i trzasnąwszy pięścią w stół, wrzasnął:
— Syd-west, psiakrew! A tak ładnie obdało! Był west, nord, nord-ost, potem mi się ta norda mniej spodobała, no, west — pędzi nam rybę, ale drań posmarował nagle na zydę, a teraz — Puszka będzie chodził pijany, a ja bez roboty. Co to jest? Zrozumieć nie mogę!
— Czy ty aby z tym wiatrem trochę nie przesadzasz? — odezwał się z pewnym sceptycyzmem w głosie Tomasz, robiąc gościowi papierosa. — Co dziś znaczy wiatr! Przecie jeździłem po morzu dużo i też coś wiem! Wiatr sobie a statek na niego gwiżdże i także sobie! Minęły czasy przychylnych czy nieprzychylnych wiatrów. Co ma piernik do wiatraka!
— Wścieknę się! — mruknął Kułak, zgrzytając zębami! — Co za ludzie! I to mówi o „naszem morzu”, to sobie wyobraża, że to morze „ma”.
Zapalił papierosa i spojrzawszy na Tomasza zpodełba, spytał:
— Węgorze poszły?
— Poszły.
— A co jest?
— Bo ja wiem! Śledzie, szproty, łososie — coś przecie w morzu musi chyba być!
— Chyba — to nie żadna ryba! Powiedz mi, co ja mam wędzić? Bo w morzu niema nic, powiedziałem ci przecie!
— Ja ci ryb nie napędzę.
— Wiem. Więc kto? Wiatr! — Wiatr, wszechwładny pan morza, ptactwa i ryb, ten, który stwarza szlaki powietrzne na niebie i wyorywuje gościńce, tworzy rzeki w morzu, Jaśnie Wielmożny Pan Wiatr!
— Wiatr jest!
— Ale jaki?
Wstał, porwał miednicę i z hukiem postawił ją na stole.
— Tu masz — nasze morze. Małe Morze i Zatokę Pucką. Północ, południe, wschód, zachód. Ten odcinek — stąd — dotąd — wyłam sobie w wyobraźni, będziesz miał zatokę Gdańską, której częścią jest Małe Morze. — Ten tu kawałek krawędzi, idący z północy ku południowemu wschodowi — to nasz Hel. Na Wielkiem Morzu nic nie łowimy, albo mało, bo nasze rybołóstwo jest przybrzeżne, więc tylko Małe Morze. Teraz uważaj.
Rzucił zapałkę na wodę.
— Dmuchaj na tę zapałkę tak, żebyś ją przypędził tu. Dmuchaj — orjentując się. Widzisz! A teraz, wyobraź sobie, z której strony wiatr dmuchać musi, żeby rybę do tej miednicy wpędzić — bo skądże ona się tu inaczej weźmie? Woda tak mało słona, że pić ją można, dno w plankton ubożuchne. Morze, a we wiku łapią plotki, okonie, szczupaki, u ujścia rzek czasem nawet pstrągi górskie.
— Co ty opowiadasz! — zdumiał się Tomasz.
— To, że tu wszystko zależy od przypadku. Życie pięciu tysięcy ludzi, utrzymujących się wyłącznie z rybołówstwa, zależy od przypadku! Tu niema nic — ani bulwy, ani zbóż, ani jarzyn — nic! Ot, ci tu, nasi mają pastwiska, więc pasą trochę krów, ale zresztą nigdzie nic niema. Jak wiatr ryby nie przyniesie — zdychaj z głodu! Czy ty gdzie widziałeś coś podobnego, czy możesz to zrozumieć?
— Ale jakoś żyją! — wtrącił Tomasz.
— Jak żyją! Nędznie! Teraz się trochę poprawiło dzięki letnikom, ale też rybacy skutkiem tego degenerują. Główną podstawą ich bytu są dziś letnicy, nie rybołówstwo. Gdzież ich wykształcenie, gdzież jakiś postęp?
— Światło elektryczne.
— Dla letników! Pali się teraz? Nie!
— Bo się motor zepsuł!
— Jo, jo! Z początku motor się psuje a potem przestają palić światło — bo nikt za elektryczność nie płaci i nikt jej nie potrzebuje! „Ojce nie znali światelka i my nie znaliśmy, a każdy zawsze do dom trafił, choć nabrekowany. Teraz na brek nie mamy, poco nam światełko?” Jak dziadowie i pradziadowie żyli, tak żyją i oni, z tą tylko różnicą, że dawniej wogóle życie twardsze było. Nie znali „netów”, które niedawno dopiero przyszły ze Szwecji, nie znali manc śledziowych ani szprotowych, na szproty wyjeżdżali ciemną nocą w zimie z małemi niewodami. Ale jak dziad był okrętnikiem, to jest najemnym marynarzem, jeszcze na żaglowym statku, tak syn jeździ na „sztimrze”.
— Na czem znów?
— No, steamer — parowiec, oni mówią „sztimr”. Jeździ na sztimrze, a pozostali w wiosce feszują. Nikt nie ma tu czasu na szkoły, nie masz tego, co na lądzie, gdzie chłopi mają nieraz po kilka klas gimnazjalnych. Rybak skończy szkołę ludową — i basta! Nie wyszedł z nich ani jeden człowiek ze stopniem uniwersyteckim, ani jeden nauczyciel ludowy nawet, choć są zdolni i inteligentni — bo na kształcenie się niema czasu. Ludzie wpadają w kierat życia, zanim się spostrzegą! Mały chłopaczek pomaga ojcu wiązać żaki, rąbie drwa, nosi drzewo z lasu lub piasek ze strądu, wychodzi z niewodem łososiowym, od dzieciństwa we wszystkich pracach bierze udział, przysłuchuje się rozmowom — to życie go wciąga nieznacznie coraz głębiej i nawet sam nie wie kiedy — już jest młodym rybakiem! Powiedzże mu, żeby się szedł uczyć, kiedy on już jest czemś, i to nie byle czem — bo rybakiem! A gdy zrozumie, że mógł być czemś innem, że nie musiał siedzieć całe życie na tej swojej wyspie, że świat stał przed nim otworem — jest już stary, niczego od życia nie pragnie, pogodził się ze światem, i spokojnie czeka śmierci.
— Ależ to wszystko, co mi mówisz, jest cudowne — wykrzyknął Tomasz.
— Nie widzę nic cudownego w tem, że ludzie dniami całemi wystają nad brzegiem sadzawki i patrzą, z której strony wiatr wieje. Ty sobie nawet nie wyobrażasz, co to znaczy!
Uderzył ręką w miskę.
— Do czego to podobne, no? Do ruletki! Tak jest, do ruletki! Od listopada aż do Wielkiej Nocy bezustannie dzień i noc gram w ruletę, jak i wszyscy rybacy! Możesz ty zrozumieć tę grę, to naprężenie nerwów?
— Mnie się zdaje, że w rybołówstwie wszyscy tak —
— Tobie się zdaje! — rzucił się Kułak. — To ja ci pokażę już teraz oferty angielskich firm na śledzie — w styczniu! Nawet cena jest ustanowiona! Pokażę ci, że możesz spokojnie zamówić u rybaków niemieckich dowolną ilość fląder, jakiej chcesz wielkości, i oni ci punktualnie na termin ryby dostawią, takie, jak zamówiłeś, nie inne! Dowiedz się, że rybacy niemieccy, angielscy, francuscy, nie potrzebują ryb szukać ani czekać na wiatr, bo nie mówiąc o tem, że idą przeważnie wprost do znanych sobie złóż rybnych, mają krążowniki rybackie, które ich iskrowemi depeszami o wszystkiem informują!
Padł ciężko na krzesło.
— Chłopie! — mówił — byłem w Anglji, w Skandynawji, w Niemczech, nie myśl, że jestem dyletantem, znam się na rybołówstwie i przerabianiu ryb, jak mało kto. Chciałem pokazać, że Polak na morzu też coś zrobić potrafi. Marzyłem o własnej flocie rybackiej, o wielkiem morzu — a dziś siedzę nad tą sadzawką, czekam wiatru i gram, gram w ruletę, zależny od — przypadku!
Sięgnął do kieszeni i wyrzucił na stół kilkanaście depesz.
— Masz! Dzień w dzień to samo! Telegraficznie domagają się szprotów. A ja nie mam.
— To nie dasz!
— A jak tymczasem Gdańsk sprowadzi szproty z Niemiec — czego mnie nie wolno — i zawali mi rynek, to co ja potem z mojemi szprotami pocznę? Połamie mi cenę, zepsuje rynek i zdechł pies! A bretlingi muszę już być, tylko tym bykom szukać się nie chce! Mają teraz wangorzowe pieniądze i póki ich głód nie przyciśnie, nie ruszą się.

Szukaj rybki w morzu.

Nie była to jednak prawda. Rybacy szukali szprotów wytrwale. Było to nadzwyczaj zajmujące szukanie — ryby w morzu, rzecz dla człowieka lądowego nie do uwierzenia.
Aliści rybacy byli w tem mistrzami.
Szproty były. O tem świadczyły niezbicie po domach miski pełne szprotów gotowanych lub smażonych, których ten i ów miał prawie „na multek” i dlatego ich nie sprzedawał, lecz brał do domu. Była to jednak zdobycz przypadkowa, z której niewiele można było wywnioskować o tem, gdzie znajduje się ławica, ponieważ te „dzikie karna” rybek pojawiały się wszędzie, tak na Małem Morzu, jak i na Wielkiem.
Kułak łapał szproty w telefon — to znaczy, szukał ich na całem Małem Morzu telefonicznie, rozmawiając to z Helem, to z Puckiem lub Gdynią, gdzie wszędzie miał zaufanych. Nie wiedziano nic.
Na morzu — właściwie na zatoce — rybacy stawiali mance na próbę — po długim namyśle, burzliwych naradach, przypominaniach sobie pochodu ławic szprotowych z przed dziesięciu czy piętnastu lat, po dokładnem obliczeniu i skombinowaniu głębokości, prądów, wiatru, załamań wybrzeża i tysięcy różnych innych rzeczy, do czego dodać też należało instynkt i szczęście.
— Rybacy nasi w porównaniu z innymi rybakami to artyści! — mówił Kułak do Tomasza. — Tamci postawią niewody w wiadomem sobie miejscu — i koniec, ryba jest. Nasi muszą nietylko wymiarkować, ale i wyczuć morze. Muszą brać pod uwagę wszelkie możliwe okoliczności. Mają też nadzwyczaj wyrobiony dar obserwacyjny. Tego się nikt nie nauczy, to trzeba mieć we krwi. Tu jest kilku rybaków z lądu, pracują — ale bez powodzenia. Nie chcą ich przyjąć do żadnej maszoperji, biorą ze sobą tak — na przyczepkę.
Małe morze zastawione było mancami. Tu ktoś miał — podobno centnar — tam dwa centnary, jednego dnia rozeszła się wieść, że jakiś rybak miał w Helu osiem centnarów — już rybakom serca zaczynały róść, gdy wtem pokazało się, że to nie jeden rybak, lecz wszyscy rybacy w Helu razem mieli około ośmiu centnarów.
— Cóż to znaczy osiem centnarów! — zżymał się Kułak. — Ja potrzebuję czterdziestu dziennie!
Na morzu rybacy nie śpieszyli z powrotem do domu. Drewając — to jest, płynąc powoli z wiatrem i prądem, obserwowali wodę, z koloru i odcienia wnioskując, czy to „bretlingowa ueda”, czy nie. Rozglądali się bacznie, śledząc stada mew — co robią? Bo ptak żyje rybą, więc jeśli bardzo rzuca się na morzu, znaczy, że tam coś ma. Dla przyjemności, dla zabawy nie lata, jak rybak nigdy niepotrzebnie nie pójdzie tam, gdzie sprawy żadnej nie ma. Ciągnęli nieraz za mewami, patrząc, gdzie siadają, i tam stawiali mance. To znowu patrzyli, czy nie ujrzą gdzie falujących, czarnych grzbietów „merświnów”, delfinów bałtyckich, lubiących wgryźć się w ławicę śledzi, albo szprotów i hulać, używać do sytości.
Wtem ryknęła „zyda”, zrobiło się zimno, morze rozkołysało się, tak, że nawet po mance nie można było wyjechać, wszystkie kombinacje rozwiały się w powietrzu, prysnęły jak bańka mydlana. Kiedy po kilku dniach wyjechano na morze, nie znaleziono nic.
Nie rozpaczano jednak, bo na szprotki był czas.
— Ale musisz wziąć pod uwagę — tłumaczył Kułak Tomaszowi — że wiatr wpływa też i na charakter ludzi! Wiesz, że Puszka zaczyna pić przy zyd-weście, że któreś tam dziecko nazywa się Zyda, bo przy tym wiatrze płacze, jest też jedna rybaczka Zyda, którą ten wiatr wyprowadza z równowagi nerwowej... To są rzeczy drobne... Elektromagnetyzm czy magnetyzm ziemi.
— Tak. Moja matka miała zawsze tuż przed burzą i podczas burzy bardzo silną migrenę — przyznał Tomasz.
Rozmawiali w wędzarni Kułaka, w tak zwanej „pakarni”, w której układano uwędzone już ryby w skrzynkach i ekspedjowano. W dużych skrzyniach leżały na stole całe stosy złoto-brunatnych, tłustych fląderek. W kącie stukał młotkiem chłopak, zbijający skrzynki.
Pod ścianami chłódły ramy, z których zwisały pięknie złociste i połyskujące tłusto, wędzone węgorze, pachniało smakowicie i przyjemnie rybami i dymem z olszyny.
Kułak wziął skrzynkę z cieniutkiego świerkowego drzewa, sprawdził jej wagę, położył ją uroczyście przed sobą na stole, wyścielił nieprzemakalnym papierem pergaminowym i biorąc fląderki grubemi, zatłuszczonemi palcami, układał je starannie, od czasu do czasu wycierając ręce o manszestrowe buksy. Pracował powoli, ale ze znawstwem i z głębokim namysłem, dobierając ryby mniejsze i większe i układając je tak, aby skrzynka wyglądała efektownie, żeby się dobrze prezentowała na wystawie i żeby kupiec miał do wyboru sztuki okazałe dla klientów bogatych, a mniejsze dla patrjotów uboższych, chcących bodaj raz „po pierwszym” rybki z polskiego morza popróbować. Rozsądnie mieszał też fląderki z gladizami, które, choć duże i ładne, mięso mają bardziej wiotkie od jędrnych fląderek i bardziej wodniste. Przytem mówił:
— Dobre jest na lądzie pogardliwe powiedzenie: — Mówi na wiatr! — bo tam wszystko jest murowane i wiatr wogóle nie ma nic do gadania. Ale na morzu każdy człowiek mówi na wiatr i inaczej być nie może, bo wszystko od wiatru zależy. Dziś tak — jutro zupełnie inaczej. I taka też jest dusza rybaka, zmienna, nieobliczalna, ulegająca nagłym porywom, niestała, — niedowierzająca nigdy, nieufna...
Tak jakoś smakowicie lubieżnie dotykał tłustych, złocistych jak pączki wyrośniętych ryb, że Tomaszowi aż ślinka szła do ust.
— I mojem zdaniem to właśnie największa sztuka! — ciągnął dalej. — Być chorągiewką na dachu, a nie zatracić się, to znaczy, być prawdziwą chorągiewką na dachu, w całem znaczeniu słowa. Wiatr jest potęgą, z którą trzeba się liczyć, o czem się w życiu lądowem zbyt często zapomina...
Tomasz roześmiał się.
— Układaj ryby, nie filozofuj! — rzekł.
Kułak nabrał w garść soli i posypując nią ułożoną już warstwę ryb, uśmiechał się z politowaniem.

Godzina na świecie różowa...

Zolojka zjadła prędko śniadanie, przystawiła kawę do ognia i cicho wymknęła się z domu.
Godzina była na świecie różowa, niebo czyste, błękitne.
Dziewczyna szła Smątarzową Drogą ku wydmom nad morze.
Gdy wyszła na tor kolejowy, dało się słyszeć koło domków przy stegnie Papaszkuewej szczekanie. Między czarnemi pniami lasu, za którym gorzał pożar słoneczny, pojawiła się na wzgórku sylwetka dużej wilczycy ze śpiczastemi uszami.
— Foka, tus, tus, tus! — zawołała dziewczyna.
Wilczyca zaszczekała krótko w odpowiedzi, z wahaniem obejrzała się na polecony swej pieczy dom, pomyślała może o śniadaniu, ale wkońcu przybiegła do dziewczyny i wywijając radośnie ogonem, poszła razem z nią.
W lesie było cicho, spokojnie. Pnie były po jednej stronie ścieżki czarne, po drugiej złote, między niemi zaś wyraźnie zaznaczały się, jak rozwieszone wśród drzew płomienne żagle, słoneczne płaty o ostrych kątach i bokach. Cały las pełen był świetlistego pyłu.
Zginając nogi w kolanach, dziewczyna powoli wchodziła na wydmę, z głową zadartą i wzrokiem utkwionym przed siebie, jakby ciekawa, co za wydmą zobaczy. Różowa jej twarzyczka była poważna, skupiona.
Nagle oczy jej błysnęły.
Między wydmą a niebem pokazał się żywy, błękitny pas, na pierwszy rzut oka tak samo błękitny jak i niebo, ale więcej lśniący, bardziej migotliwy, promienisty, różowemi iskierkami i płomykami usiany. Pas ten rozszerzał się za każdym krokiem dziewczyny, aż wreszcie z za wydmy wychyliło się rozkołysane morze, niezabudkowo błękitne, i biegnące od północy ku lądowi przez tę niezmierzoną, lśniącą błoń chyże, szerokie, białe fale. Mimo dość silnego wiatru fala była odbytnia, skutkiem czego nie padała na strąd całym swym ciężarem, lecz muskała go tylko, cofając się, nieomal zanim go jeszcze dopadła, jak gdyby go straszyła. Zoloj łyskał różowemi i błękitnemi ogniami. Wysoko nad morzem leciała mewa, różowa od promieni wschodzącego słońca.
Wszedłszy na wydmę, dziewczyna pełną piersią zaczerpnęła czystego, morskiego powietrza i stała przez chwilę nieruchomo. Jej skupioną twarz rozjaśnił uśmiech, a spojrzenie przysłonionych rzęsami powiek leciało w dal. Postawszy tak, zeszła na kraniec góry.
Strąd był schłostany niemiłosiernie, bo dwudniowa norda nie żartowała, ale to nic, nie lato, nie plaża, a norda dobry wiatr, „poprawi, albo pozbawi”, jak mówią rybacy. Pozbawi, gdy go za dużo przez dłuższy czas, ale tym razem mógł tylko poprawić, bo zyda wszystko popsuła.
Długiem, ogarniającem wszystko spojrzeniem dziewczyna omiotła uważnie całą przestrzeń aż po horyzont. Wzrok jej prześliznął się po czarnych batach, wciągniętych aż popod góry i przymocowanych do palów wbitych w ziemię, przez jasną smugę sacheju — płytkiego miejsca przy brzegu, i ciemne pręgi głębszych bek pobiegł ku osuchowi, znaczącemu się teraz już tylko cienką linją białej piany, wymacał w wodzie kule, od których na powierzchni powstawały ciemne plamy, przeglądnął dobrze głęboką „zielnicę” i dłuższy czas przetrząsał płynące za nią w morzu rzeki, aż utkwił na sztymrowym sztrychu, którym od strony Gdańska szedł naładowany drzewem fracht czarno-czerwony, a niżej kuter z Leby lub Stolpmuende, strojny w czerwone żagle, do wielkiego pływającego płomienia podobny. Wszystko to grało blaskiem i kolorami, rozpływającemi się w słońcu.
Zolojka z różową skupioną twarzyczką i ognistą burzą włosów na głowie, z poważnie zmarszczoną brwią, patrzyła w ten jasny cud pogodnego poranka na morzu i myślała:
— Był sztorm nordowy. Czy ten sztorm sprowadził rybę, czy ją wygubił? Jak wygubił — to niema nic. Ale jeżeli sprowadził, to teraz tak: Gdyby wiatr obdał przez ost, możeby się coś chwyciło... Ost — rybaka trost, może ryba będzie... Żeby tylko nie za dużo znowu, bo priz będzie mały... Najlepiej — każdemu trochę... Jo, żeby tylko on chciał obdać!
Ale tuż przyszła jej do głowy refleksja:
— Cóż to jest ost? — Wiatr. Kto go zna? Kto wie, co on za jeden, skąd pochodzi, czego chce, co przynosi, co odnosi? Zły wiatr, dobry wiatr... O nordzie mówią, że dobra, a łowi się pod nią mało... Zyda zła — a ile się to nałowiło pod zydą! Będzie, jak Bóg da!
Tak rozmyślając, równocześnie bacznie patrzyła, czy gdzie na morzu nie zobaczy czegoś, coby wskazywało przepływającą ławicę... Nie było nic, ani ptaków ani morświnów... Więc z braku innego łupu zaczęła rozmyślać, jakiby wiatr był potrzebny, aby przypędził bliżej kuter z czerwonemi żeglami tak, aby wpadł na groźny osuch, słynny z nieszczęśliwych wypadków, jakie się na nim wydarzały.
— Gdyby było dużo morza — marzyła — a wiatr nordwest, gdyby się im złamał ster, wiatr mógłby przygnać go na nasz ousech... Oni go nie znają, nie wiedzą, że przed ousechem żegła trzeba zwinąć... Jo, doch oni szliby maszyną... A jakby się im maszyna zepsuła? Wpadliby na rewę, przyszłaby zaraz druga fala, trzecia... przewróciłaby kuter — toby było bitów!
Tak to, patrząc w glorję morza, tańczącego w swym mieniącym się płaszczu na cześć nowonarodzonego dnia, marzyła zgoła po piracku sen o rybach i bitach nieodrodna córka rybaka.
Ujrzawszy na strądzie Papaszka, wlokącego za sobą po piasku jakąś deskę, zbiegła z „góry”.

Na strądzie.

Mimo że bita była ciężka, Papaszk, uradowany tanią zdobyczą, szedł raźno, uśmiechając się do dnia pięknego i słońca, ale niemniej wyćwiczonem okiem pilnie zerkając ku morzu, aby sprawdzić, czy aby jaka chytra bita nie przyległa podstępnie pod wodą do dna morskiego w jakiej bece między rewami i nie uniknęła jego uwagi. Ubrany ciepło w całotkany trojer z własnoręcznie strzyżonej wełny i w serdak góralski, przysłany mu przez zaprzyjaźnionego letnika, w ciepłych wełnianych pończochach, kroczył energicznie, aby użyć przed śniadaniem ruchu i powietrza, przyczem w dobry humor wprawiała go „bita” — bo choć to niby tylko jedna deska, nie portfel z dziesięciu tysiącami dolarów, zawsze przecie deska co się zowie — za darmo. Znalezione! Od Boga dane!
Daleko widzącem spojrzeniem niespokojnych, małych, rybich oczu ogarnął morze, przez chwilę przyglądał się kutrowi o czerwonych żaglach, wreszcie zauważył dziewczynę.
Uśmiechnął się do niej zdaleka i zawołał coś, czego jednak dziewczyna nie dosłyszała, bo morze szumiało, a stary głos miał zachrypły.
Szła ku niemu smukła, gibka, sprężysta, ze świecącemi błękitnemi oczami w zarumienionej twarzy, z głową w złoto-czerwonym obłoku włosów niesfornych, które wiatr rozrzucał na podobieństwo płomieni z głowy bijących.
— Tak rano na strądzie, Zolojka? — pytał Papaszk z miłym, życzliwym uśmiechem.
Obrzękłą, zniekształconą przez artretyzm dłonią poklepał ją po ramieniu.
— Szukasz za bitami? — mówił chrapliwie. — Niema bitów. Daleko byłem, a tę jedną tylko znalazłem.
Zolojka odrazu domyśliła się, że nieprawda, bo stary, mówiąc to, zwrócił wzrok na jasno błękitną dal morską.
— Co wam po bitach! Dwa wielkie budynki macie...
— Bita z morza nic nie kosztuje... Patrz, co znalazłem.
Nie wypuszczając deski z pod pachy, zaczął szukać po kieszeniach.
Stał przed nią, zgarbiony trochę, lecz potężny, barczysty, dobrze ubrany. Z pod wełnianej czapy wyglądała żółta twarz, obrzękła, pucułowata, z długim sinym nosem. Dziewczynie zawsze przychodziły na jego widok na myśl figurki, przedstawiające lwy morskie.
— Patrz! — rzekł.
— Bursztyn? — zapytała dość obojętnie.
— Nie, coś, czego jeszcze nie widziałaś.
Na rozwartej dłoni pokazał jej płaski kamyczek, wielkości małej fląderki, czerwony granit szwedzki, idealnie obtoczony przez morze w kształt serca.
— Widzisz? — mówił prawie szeptem, uradowany jak dziecko. — Serduszko. Ładne. Równiutkie, okrąglutkie, jak serce Pana Jezusa. Napiszę na tem datę i schowam.
Przyglądali się kamykowi jak dzieci. Zolojka pozazdrościła go Papaszce i już chciała starego wyśmiać, ale się powstrzymała.
— Pójdę do domu! — mówił stary, chowając kamyk do kieszeni. — A co to? Teraz Józk sam chodzi w nocy za bitami?
— Ja nie wiem. My za bitami nie szukamy! — odpowiedziała dziewczyna, choć cała wieś wiedziała dobrze, że to namiętność całej jej rodziny.
— Wczoraj był u nas... późno... zmoczony... Wódkę pił...
Dziewczyna zachmurzyła się.
— Ja nie wiem, gdzie on chodzi! — odpowiedziała niechętnie. — Mnie nie mówi!.. Zresztą wczoraj był sztorm...
— Ja tylko tak...
Skinął jej głową i podreptał dalej, szurując deską po piasku.
Ona też poszła w swoją drogę, trochę zaniepokojona tem, co jej o bracie mówił. Zmoczony! Jestto możliwe, aby on sam jeden w sztorm bity alal? Nie! Więc gdzie był?
Niedaleko Papaszkuewej stegny kilku rybaków z nieuniknionem „hijooohi” ciągnęło z trudem po piasku bat ku wozowi, zaprzężonemu w parę krów. Dźwignąwszy z wielkim mozołem łódź, ułożyli ją na wozie, poczem znów zaczęli zmagać się z upartemi, leniwemi zwierzętami. Przedstawieniu przyglądały się uważnie dwa wilki i gromadka pstro ubranych dzieci.
Nadszedł rybak, niski, barczysty, z głową jak ceber i wielkiemi, jak filiżanki, niebieskiemi oczami. Zaczął rybakom coś tłumaczyć, potem wyprzągł krowy, chwycił dyszel i bez najmniejszego wysiłku wyciągnął wóz z łodzią na stegnę, wśród śmiechów i krzyków rybaków.
— Jo, Michał Kustos! — zawołał schodzący huśtającym się krokiem z wydmy rybak, jak hak połamany, z podaną naprzód, niby u ptaka, głową w kapturze, z pod którego wystawało strzepiące się futro, nos jak dziób i chuda, śpiczasta bródka.
— Jo, Michał Kustos! — zawołał, patrząc na Zolojkę czarnemi, upartemi oczami w głębokiej obwódce. — Mocny w plecach! Ale ja jestem mocny w głowie... Dlatego ja będę najbogatszy na całym półwyspie.
— Za bursztynami idziesz?
— Nei... Ja tam mam klepce postawione na mjewy...
— Najbogatszy człowiek na półwyspie łapie mjewy w klepce, jak mały knop...
— Nie wiesz, że każda fala morska niesie złoto, nic nie wiesz — mówił, patrząc na nią mocno przepastnemi, trochę wytrzeszczonemi oczami, w których wirowała mgiełka obłędu. — W piasku morskim jest też złoto, tylko ludzie nie umieją go wydobywać... I nie trzeba, żeby wszyscy umieli, bo wtenczas wszyscyby mieli...
Roześmiał się głupkowato.
A wtem, stąpnąwszy przypadkiem w kałużę, syknął.
Zolojka zaśmiała się.
— Skorznie dziurawe! — rzekł, tajemniczo zwrócony w jej stronę i odszedł, chichocąc trochę niesamowicie.
Dziewczyna idzie dalej.
Morze szumi, pluszcze, pryska. Szerokie fale biegną wciąż naprzód, a czasem na morzu fala zderzy się z falą i trzaśnie, jakby olbrzym w dłonie klasnął. Strąd rozciągnął się tu szeroko, odepchnąwszy od morza góry, porosłe zielonym, zwartym, gęstym lasem.
Na strądzie siedzi w słońcu na kamieniu człowiek — kula. Gruba, szara kula w wysokich, gumowych butach, z kulistą, okrągłą twarzą i zamyślonemi, szaremi oczami. Bez czapki. Koszulę ma na piersiach mimo zimna szeroko rozpiętą, a wiatr zmierzwił mu na głowie długie, cienkie włosy. To ten, co u nich mieszka. Kolega Kułaka.
— Zolojka! — woła.
Zolojka go nie lubi. Myśli zawsze:
— Bóg wie, kto to taki, skąd się wziął i czego tu chce!
To ostatnie jest najbardziej niepokojące. Nikt nie wie, czego on tu chce. Rybami nie handluje, urzędownikiem żadnym nie jest, bursztynów nie zbiera ani nie kupuje, nic nie robi, chodzi tylko po świecie i patrzy, czasem śmieje się, wypytuje o coś ludzi, głową kiwa i idzie dalej. A co miesiąc przysyłają mu pieniądze — tyle set! Za nic przecie nie płacą, on tu musi coś robić, musi z tego mieć jakąś korzyść.
— Zolojka, chodź, mamy gościa!
Zdziwiona podeszła bliżej.
Wstał i pokazał jej kamień, na którym siedział, czerwony, z czarnemi żyłkami, srebrem nakrapiany.
— Przypłynął dzisiaj!! Kamień! Dobra musiała być fala, która go wyrzuciła. On chciał może do Ameryki płynąć, a wyrzuciło go tu. Cóż, to także bita? Jo?
Uśmiechnęła się.
Kamień — dobra rzecz. Może się przydać.
— Przyjdzie kto i weźmie. U nas kamieni niema.
— I w gnój go rzucą... A to przecie podróżnik... Ze Szwecji do nas przypłynął... Posiedzi sobie trochę, odpocznie i znów popłynie dalej... Wytrze się w piasku jak węgorz, wykąpie się w morzu, znowu straci na wadze. Ale teraz — co pocznie? Odbytnia fala ruszyć go nie może... Więc ja myślę...
Schylił się i potoczył kamień ku morzu...
— Pan Buszyński, co pan robi?
— Chcę, żeby sobie podróżował, a nie zawadzał pod płotem, gdzieby sobie o niego człowiek w nocy głowę mógł rozbić...
— Doch —
— Doch co? Twoja bita czy moja?
Ze złością wkopał kamień w wodę, a wszedłszy za nim do wody, zepchnął go na głębinę.
Odeszła zła.
— Przez nich człowiek zawsze przyjdzie do szkody!
Na piasku leżą starannie ułożone mance i wszystkie przybory do ich stawiania — każdy part zosobna. Nikt tak porządnie, systematycznie, praktycznie i inteligentnie nie potrafi ułożyć tylu tych rozmaitych przedmiotów, jak rybak. W pośrodku mance, zwoje lin czyli lejpra, dalej czarna, czteroramienna draga żelazna, dwuramienna kotew, po bokach preki z chorągiewkami, remy i paczeny, wreszcie szklane, ciemnozielone boule do utrzymywania manc na powierzchni wody.
Obok na łodzi, niespuszczonej jeszcze na wodę, siedzą w milczeniu rybacy. Odzież na nich połatana, z wysokich skorzni sterczy słoma, na głowach granatowe marynarskie trolmuce z pomponami lub stare czapy, gęby czerwone, wiatrem osmalone, poważne, wąsiska długie, sumiaste, brwi krzaczaste, oczy ciemne, srogie, łapy ogromne.
Siedzą, czekając na czwartego wspólnika, który tam oto schodzi ze stegny, barczysty i nie wlokący po piasku nóg za sobą, jak rybacy z innych wiosek, ale kroczący szeroko, jak przystało na człowieka morza.
To wyjeżdżający na morze rybacy z Boru.
Ich tonie na Małem Morzu są liche i niedogodne, skutkiem czego przywykli do pracy na Bałtyku. Nie straszne im jego wielkie fale, nie straszny wiatr, śmiało puszczają się na morze w taki czas, gdy gdzie indziej rybacy nosa za drzwi nie wystawiają.
Tak i dziś, gdy wszędzie indziej sprzątano baty ze strądu i przewożono nad zatokę, a nigdzie ani jednej łodzi na morzu widać nie było, oni zebrali się, aby wyjechać na Bałtyk. Na armeńskim czyli borowskim strądzie rybołówstwo będzie żyć przez całą zimę.
— Pochwalony! — woła Zolojka i idzie dalej.
— Na wieki! — mruczą poważni wąsacze o srogich twarzach piratów.
Ale jeden z nich przyzwał ją do siebie i rzekł cicho:
— Uważaj na brata, żeby do nieszczęścia nie przyszedł.

Bity są!

— Gdzie ty się włóczysz, dziewczyno! Gdzie ty chodzisz! Ani nawet na pólnie nie przyjdziesz.
— Bity są! — przerwała matce krótko Zolojka.
Wszystkim oczy błysnęły.
Podnieśli głowy.
— Jakie? Gdzie? — pytał swym głębokim basem stary, z zawieszoną w powietrzu ręką z kopczykiem tabaki.
— Widział kto prócz ciebie? — zapytał żywo małomówny zwykle Bernard.
— Nie wiem jakie, bo siedzą w beczce za sachejem. Może Papaszk widział, bo go rano na strądzie spotkałam... Ale w dzień nikt alać nie może, bo bity duże... Za Konkową stegną...
Zaczęła opowiadać, gdzie bity są, a oni słuchali pilnie, wiedząc, że jej wierzyć można. W szajce ich, namiętnie trudniącej się tajemnem i niedozwolonem wyławianiem bitów, odgrywała rolę wywiadowcy. Jej nadzwyczajna znajomość wybrzeża, po którem wałęsała się od małego dziecka, i jej prawdziwie rybacki instynkt sprawiał, że morze nie miało dla niej tajemnic. Patrzyła przez wodę, jak przez szkło. Najmniejsza zmiana w kierunku fali, fałdy czy zmarszczki na wodzie, nowy odcień w zabarwieniu — wszystko było dla niej wskazówką niezawodną. Gdy rybak, wypatrujący przyczajonej bity, wchodził nieraz po kolana w wodę, aby zobaczyć dokładniej, jej wystarczyło spojrzeć na wodę z „góry” i już wiedziała, co w niej jest. Znała też doskonale miejsca, w których przy danym wiatrze i prądzie ze względu na ukształtowanie dna i wybrzeża musiały się bity zbierać, jak wiedziała też, gdzie szukać bursztynów. Dla tych przyczyn patrzono nieraz przez palce na jej samotne tułanie się po strądzie.
To też i neńka, choć zła była i chciała szkalować, odrazu zmiękła i zapytała:
— A masz ty co zjadłe?
I po chwili już stała przed Zolojką miska ze smażonemi szprotami i druga miska z bulwą.
Bo bity — to wielka rzecz i nigdy niewiadomo, co bita może dać. Raz w Boru rybacy znaleźli szkatułkę z kasą okrętową. Gdyby tak Bóg zesłał teraz kilka tysięcy dolarów!...
Zolojka jadła łapczywie i opowiadała o bitach.
— A nie wiesz, Etta, jakie to bity? — spytała zamyślona neńka.
— Może deski, może belki... Są pod wodą, dobrze nie widać, ale duże...
— Kisty jakiej nie widziałaś? — pytała matka.
— Nie wiem, może jest i kista...
— A może beczka jaka?
— We wodzie nie widać.
Przypomniało się starej, jak raz dwóch rybaków znalazło wielką beczkę pełną masła. Było tego na cały rok i jeszcze drugim sprzedawali...
— Daleko! — krzywił się Józk, słuchając opowiadania siostry.
— Zaprzęgniemy krowę! — odpowiedział ojciec.
— Nie wiesz, widział kto? — pytał Bernard.
— Myślę, że nie. Wszyscy byli wyjechani za mancami... Może Papaszk widział, ale te jego lorbasy w dzień alać nie będą, bo trzeba zaprząc krową, chyba w nocy albo nad ranem... Będziemy pierwsi...
— Jo!
Stary przyległ trochę na łóżku po obiedzie i zaczął marzyć o tajemniczych bitach. Mogą to być tylko belki i deski — także dobra bita! — a może być — kto wie? — skrzynia z suknem angielskiem, albo okseft wina — i tak było raz... Trzech chłopców znalazło koło ślepej bliży, wraz za Dąbkową — okseft wina. Wtoczyli go do lasu, wywiercili dziurkę, a że nie mieli czem pić, powyjmowali słomę ze skorzni i tak pili przez źdźbła. Nie jedli nic, tylko pili i spali. Trzy dni ich rodzina szukała, aż ich wreszcie znalazła przy oksefcie śpiących... To była dobra bita.. Żeby Pan Bóg taką dał... Rybacy są na wino, jak muchy na cukier...
A ten statek z pszeńcą też był dobry... Wjechał na ousech... Nie przewrócił się, stał, ale załoga musiała go opuścić... Miał później przyjechać retung, ale rybacy, jak się zwiedzieli, że tam jest pszeńca, zaczęli się zjeżdżać ze wszystkich stron — nawet z Helu i z Karwji nad Bałtykiem. Sołtys wprawdzie stróżował, ale na brzegu, a rybacy byli na morzu... To każdy sobie wszedł do „rumu” i nabrał pszeńcy, ile chciał... Była potem rewizja, jo, i niektórym worki z pszeńcą odebrali... Ale ta komisja podzieliła się na kilka partyj, a gdzie rewizja już była, tam na drzwiach robili kredą krzyż... Chłopcy to zobaczyli i wnet wszędzie były krzyże, tak że komisja sama nie wiedziała, gdzie już była a gdzie nie... U jego tatka znaleźli dwa worki pszeńcy zakopanej w ziemi i kazali alać do sołtysa... Tatk wziął worki na plecy, obszedł kilka chat, a kiedy komisja odeszła, zaniósł worki do chaty.
Dobra też była „Clara Feer“, finlandzki statek, trzymasztowy. Nowiutki był, spód miał cały miedzią obity, przejechał przez osuch, wjechał w bekę, gdzie było głęboko, nie siedział na mieliźnie, był „flott”. Kapitan wiedział, że z beki musi być przejście na zielenicę, ale nie wiedział gdzie. Tysiąc marek dawał temu, kto go wyprowadzi za osuch — ale rybacy udawali, że nie wiedzą, bo doch okręt nie mógł wiecznie stać w bece, wiatr go musiał przewrócić, a cały spód miał od miedzi... Jeden rybak się znalazł, powiedział, że za tysiąc marek przeprowadzi... Wtedy mu drudzy zaczęli tłumaczyć, żeby sobie nie dał tego statku zgryźć, że doch jeśli się rozbije, to będzie bita warta więcej niż tysiąc marek... Rybak objął komendę nad statkiem, ale zamiast do Kusfeldu, przeprowadził go do Boru i statek się rozbił... To wtedy każdy nabrał żeglów i lejprów i deski z deku ludzie zdejmowali i ten „koper” łamali i sprzedawali żydom do Gdańska... Jo, to była też dobra bita...
Ale najlepsza bita to był „Archimedes”. Ten statek wszyscy zawsze z wdzięcznością wspominali, nazywali go egipskim śpichrzem Józefa. To było w listopadzie. Statek szedł z Gdańska, pod dekiem miał dobry towar, na deku drzewo. Morza było dużo, był sztorm. Gdyby on był szedł z denegi na denegę, nicby mu się nie stało, ale on szedł rowem i przechylał się na bok. A wtedy to drzewo na deku zwaliło mu się na jeden bok, przyszła wielka denega i statek się przewrócił i rozbiło go o „osuch”. Utonął kapitan, szturman i kilku ludzi, a kilku ludzi się uratowało... Rozbity statek leżał na osuchu, a wtedy ludzie alali, co kto chciał...
„On” miał mąkę, masło, orzechy, migdały, cukier, tytoń, rodzynki, najlepszy koniak i machandel gdański, szynki, wino... To było życie, to była bita! Ten dźwigał na plecach dwa worki mąki, tamten wór kawy, a jeden kamień sera to był taki duży, że dwóch ludzi niosło go na ramionach na drągu przetkniętym przez dziurę w środku. On, Paweł, wziął sobie beczkę czerwonego wina, przyniósł trzydzieści pustych butelek, ustawił je rzędem a potem butem wywalił zatyczkę w beczce i tak z niej wino nalewał do butelek strumieniem grubym, jak ramię... Jo, „Archimedes”, to była błogosławiona bita... Prawdziwy śpichlerz Józefa...
Stary Paweł nie jest pesymistą, nie narzeka na życie, nie mówi, że na świecie dziś gorzej, niż dawniej, ale —
— Takich bitów teraz już niema i nie będzie! — kończy, myśląc o błogosławionej pamięci „Archimedesie”, którego rybacy „rozalali” do ostatniego gwoździa.
— Doch! — pociesza się. — Bity zawsze jeszcze są! Kto wie, co Bóg zesłał!...

Późną nocą nad morzem.

Spali napół ubrani.
Po północy wszystko czworo wstali, ubrali się, nie zapalając światła, aby nie zwrócić uwagi sąsiadów i wyszli pocichu, nie odzywając się do siebie.
Było ciemno, ale niezupełnie, bo dął silny, ostry wiatr, który chwilami spędzał chmury z nieba.
— Nord-ost! — mruknął stary Paweł.
Wyrwani z ciepłej pościeli, dygotali z zimna.
Chata ich stała na samym skraju wsi, tak, że wyszedłszy z niej, po kilku krokach byli już na łączce pod cmentarzem za wioską.
Stary wyprowadził pocichu krowę i poomacku zaprzągł ją do wozu, który przezornie już wieczorem podciągnął pod cmentarz.
Pod cmentarzem, niby czarne flagi śmierci, łopotały posępnie mance na wysokich, pionowych ujmach. Trzeba było wejść na Trupią Drogę — w sam raz po północy. Kiedy indziej możeby się które z nich i bało, ale teraz, gdy szło o zdobycz, serca ich pełne były męstwa i pogardy dla strachów. Zresztą sami szli, jak duchy.
Kiedy przechodzili koło cmentarza, uderzył w ich nozdrza zapach smoły.
— Myślałby kto, że tu z ziemi djabelski smród z piekła bucha, a to tylko nowe kołki w płocie, smołą posmarowane! — rzekł swym głębokim basem stary Paweł. — Etta, ty dobrze masz zapamiętane, gdzie te bity są?
— Jo, ale trzeba wejść w wodę! — odpowiedziała dziewczyna. — Głęboko nie będzie, bo aba.
Na Bałtyku niema ani przypływu, ani odpływu morza, jest tylko fala przybytnia i odbytnia, zwana przez rybaków z niemieckiego „flut” i „aba”.
— Eltychy macie? — upewnił się stary.
Józk mruknął potwierdzająco.
Przeszli przez las i zeszli z gór na strąd.
Fale roztrącały się o brzeg dźwięcznie i głośno. Widać było w ciemnościach ich twardy, białawy błysk i toczące się ku brzegowi białe grzebienie. Strąd był blady z zimna, jakie szło od wiatru i morza.
— Flut! — płaczliwie niemal odezwał się Józk. — Woda gruba!
Szli długo strądem, huczącym od fal, patrząc to w jasne światło rozewskiej bliży, to w czarną, spienioną otchłań.
— Preszcy! — zawołała Zolojka do ojca, jakby tem słowem chciała powiedzieć, że trudno będzie wejść w morze.
— Bity! — również lakonicznie odpowiedział ojciec, co miało mniej więcej znaczyć:
— Wiesz przecie, że za bitą rybak w ubraniu po szyję w wodę wejdzie, prędzej niż za łososiem!
— Daleko jeszcze? — wołał Józk.
Etta nie odpowiedziała.
Ale po chwili stanęła i wskazała:
— Tu!
— Wiesz na pewno?
— Jo!
Podeszli aż na sam zoloj, gdzie Etta zaczęła im dokładnie opisywać położenie bit.
— Bekę macie? — pytał stary.
Józk wrócił do wozu i przyniósł z niego „bekę” — długi osęk. Zaczął nim grzebać w dnie morskiem.
— Jo, ty Etta mówisz, że tu? Może tu co było, nie mówię, ale, jeśli było, to chyba już alali, bo niema nic! — mówił złośliwie.
— Co ty w rowie grzebiesz! — zniecierpliwiła się Etta. — Bita jest w bece za sachejem!
Bernard, który tymczasem ubrał się w „eltychy”, wydarł bratu osęk, wszedł powyżej kolan w wodę i zaczął macać dno.
— Jest! — wykrzyknął po jakimś czasie półgłosem.
— Jest! Jest! A co?
— Nie wiem. Zdaje się — belka. Za sachejem siedzi...
— Spróbuj, czy można alać beką!...
— Nie, nie można... Boję się, że ją zrobię flott...
Józk, również już w eltychach, odwinął kilka sążni lejpra i zrobiwszy pętlę, zaczął brnąć za osękiem Bernarda do bity, starając się poruszać tak, aby się jak najmniej narażać na zmoczenie przez fale. Kiedy oplątywał liną wbity mocno w piasek kawał drewna, stał po pas w zimnej wodzie, a piana zbryzgała mu twarz.
Ciągnęli wszystko czworo, z całej siły mocując się z owym nieznanym przedmiotem, który opierał się im niby uparty samobójca, za wszelką cenę pragnący zginąć.
— Coby cię sześćdziesiąt kóp djabłów odrazu zabrało! — klął Bernard.
Rzecz „puściła” tak nagle, że Etta i Bernard upadli na kolana.
Po chwili łup leżał na piasku. Był to gruby, pięciometrowy pień sosnowy.
Chwalili go sobie we czworo, ciesząc się. Na co im się mógł przydać, jeszcze nie wiedzieli, ale był — wielki, gruby, ciężki, a to wystarczało.
Drugi kloc był niemniej okazały.
Dalej znaleźli znowu trzy grube, ciosane belki i dwie piękne deski sosnowe. To było wszystko, co Etta wypatrzyła.
Wracali przemoczeni od grubych lejprów, zdyszani. Zwłaszcza mokry był Józk, którego wielka denega przychwyciła niespodziewanie, obaliła i potoczyła po dnie tak, że mało brakowało, a byłby utonął. Śmierci wprawdzie uniknął, ale mokry był do nitki i dzwonił zębami.
Gdy wróciwszy do domu, zaczęli w największej cichości łup alać przez okno na strych, błysnęło niespodziewanie światełko latarki elektrycznej Kułaka, oświetlając kolejno wysunięte przez okienko stryszku głowy Etty i Józka, opleciony sznurem gruby pień, a na dole „naddających” go Pawła i Bernarda.
— Żeby cię ziemia pogryzła! — zaklął znów Bernard.
Światło zgasło, ciężkie kroki ucichły, rozległo się trzaśnięcie drzwiami.
— Kułak nie powie nic! — uspokajał syna stary.

Z szewiecem coraz gorzej.

Sytuacja genjalnego szewieca z Gdańska stawała się z dnia na dzień gorsza.
Mając nieczyste sumienie, przestał wychodzić z domu, znowu zaczął bać się ludzi, a że nikomu ze swych myśli nie mógł się zwierzyć i musiał trapić się sam — wrócił do denaturatu. Sposępniał, przestał się golić, myć, nie odzywał się do żony i nie pytał już o córkę, która całemi dniami bawiła się z dziećmi na placu przed kościołem, bez trudu ucząc się po kaszubsku.
Nie można powiedzieć, aby szewiec poddawał się bez walki. Skóry trochę miał, więc zaczął próbować. Kształtował machinalnie skórę, kształtując sobie równocześnie logicznie w głowie skorzeń o jednym szwie, przekonany, iż tam, gdzie na niemożliwości utkną palce, pójdzie dalej natchnienie, które palce za sobą pociągnie. Ale właśnie, myśląc logicznie, dochodził do niemożliwości tak jawnej, iż przeskoczyć jej myślą nie mógł. Własna logika wykopywała mu pod nogami przepaść.
Przyszedł do przekonania, że miejsce mu nie odpowiada — ten nowy pokój. Sława, blask genjalnego skorznia zrodził się nie tu lecz tam, w budzie Edwarda Kunsztownego, gdzie mu było cicho i spokojnie, jak w celi klasztornej, gdzie nie zaglądała ani żona, ciągle coś przestawiająca lub myjąca, ani dziecko ze swemi pytaniami, śmiechem, zabawami, pieszczotami.
Poszedł do Edwarda Kunsztownego i poprosił go, żeby mu pozwolił pracować w budzie. Skorznie z jednym szwem, to rzecz niełatwa, wymaga spokoju, a tam ciągle bialka, dziecko.
— Osobliwie! — zgodził się Edward Kunsztowny i dał mu klucz od budy.
— Tam zimno! — przestrzegał.
Zimno było, ale tylko w pierwszej chwili. Szewiec wkrótce o zimnie zapomniał. Rozgrzewała go praca, denaturat i strach, od którego biły na niego siódme poty.
Kilka dni walczył tam ze swym genjalnym skorzniem, cierpiąc strasznie. Wyginał płat skóry na wszystkie strony, to brutalnie mocnemi, prostemi chwytami, to znów pieszcząc go drżącemi, zasmolonemi palcami — na nic! Wziął od Tomasza kilka gazet, z których próbował stworzyć model — i to mu się jakoś udawało, ale ze skóry zrobić — niepodobieństwo. Wyczerpany, padał na zydelek, pił i z coraz większą tęsknotą myślał o Gdańsku.
Zaryzykował próbę ostatnią. Poświęciwszy większy płat skóry, powyginał go tak jak papier i zeszył — jednym szwem, aby mieć model. To mu się udało, ale nie mogło tu być mowy ani o podeszwie, ani o obcasie, wogóle o niczem — to był but teatralny z ceraty i teraz dopiero biedny szewiec zrozumiał, że chcąc taki skorzeń stworzyć, musiałby go wykończyć, zanimby go zaczął robić.
Siedział zrozpaczony.
Pił.
Już nawet myśleć nie mógł.
Ale po pewnym czasie zaświeciły mu w oczach wesołe iskierki.
Model rzekomego skorznia ustawił na półce tak, aby go było widać wraz z tym jednym szwem, zamknął dobrze budę i wyszedł.
Wkrótce rozeszła się po wiosce wieść, iż szewiec ...zrobił skorznie z jednym szwem — ale nie chce nikomu pokazać. Ktoś widział, nawet Edward Kunsztowny widział i kilku przyjaciołom pokazał, ale potem szewiec „zauważył”, że skorzeń stoi na widoku i gdzieś go schował.
Gdy oświadczył, że potrzebuje pieniędzy na zakupno skóry w Wejherowie — dano mu je z pewnem ociąganiem się i wahaniem — ale dano. Z bolesną radością oczekiwano, że pieniądze przepije i ze skorzni znów nic nie będzie — czekano końca komedji, bo wtedy — o, wtedy będzie licho! Porachuje się szewiecowi kosteczki!
Ale nie. Nie było żadnego,„breku”, nie zobaczono szewieca w żadnej oberży, ani tu, ani w Boru. Siedział w swej budzie i słychać było, jak stuka młotkiem. Kilka razy odezwało się nawet słynne

— der Napolion mit Petrolium
hat den Schnurrbart sich beschmiert...


Pewnego dnia rano — a właśnie był wtorek, dzień targowy — bardzo słoneczny, piękny i jasny, szewiec wyszedł po śniadaniu do lasu, jak zwykle ze swą Agnes.

Dziewczynka uszczęśliwiona i ucieszona tem, że znowu z ukochanym ojcem może wyjść do lasu i nad morze, biegała, wołając i śmiejąc się głośno. W mycce z fontaziem i w czerwonym sweaterku wyglądała jak mały koboldzik, jej czarne oczka świeciły, a buzia była czerwona, jak różyczka.
Kiedy wyszli na strąd, zobaczyli niezwykły widok. Rybacy ciągnęli niewód. Wpleceni ramionami w liny ludzie, wpierając silnie nogi w piasek, szli ku „górom”, poczem wracali znów nad samą wodę, znowu wplatali się w linę i leżąc w niej całą wagą ciała, dreptali ku „górom”. Ten łańcuch ludzki nie kończył się nigdy. Zdawało się, że wychodzi z morza i znika w piaszczystym wale.
— Co oni robią? — zdziwiła się dziewczynka.
Ojciec zaczął jej tłumaczyć.
Na strądzie rozległy się okrzyki, chłopcy rzucali w wodę kamieniami. Dziewczynka nie słuchając ojca, pobiegła ku rybakom.
Już szła ku brzegowi matnia, w której coś się rzucało, migało, błyskało, jak gdyby tam wrzało żywe srebro. Mocne ręce żywo szarpały skrzydła niewodu, wszystkie oczy utkwione były w tym jakimś miotającym się węźle — aż wreszcie wysypano na piasek cały stos małych rybek, srebrnych, mieniących się metalicznie pięknemi, żywemi barwami.
— Co to? Co to? — wołała dziewczynka.
— Bretlindzi! — odpowiedział z rozradowaną miną jeden z rybaków.
Agnes wzięła jedną rybkę, skrzącą, jak żywy klejnot, różnobarwnemi blaskami i położywszy ją sobie na rączce, przyglądała się jej w niemem zachwyceniu. Czegoś równie cudnego jeszcze nie widziała! Takie czyste, chłodne, tak się mieni w słońcu...
— Pojedziesz z nami? — spytał ogromny rybak z groźnemi sumiastemi wąsami i szafirowemi oczami, czystemi i pogodnemi jak u dziecka.
— Jo! Jo! Jo! — ucieszyła się dziewczynka.
— Zmarznie! — zawołał ktoś.
— Nei, ja chcę jechać! — upierała się Agnes.
Ktoś narzucił na nią ciepłą kurtkę i w chwilę później złotą jej główkę ledwo było widać z poza stosu manc i lejprów.
Szewiec wdrapał się na „górę” i stamtąd przyglądał się morzu szerokiemu, falującemu łagodnie, i złotemu strądowi i statkom na „sztimrsztrychu”, i roześmianym ogorzałym twarzom rybaków a przedewszystkiem kołyszącej się na wyiskrzonych pawiowych falach czarnej łodzi z tym czerwonym sweaterkiem i zieloną czapeczką. Widok był piękny — lecz szewiec przysłonił oczy dłonią — jak gdyby go słońce raziło — i nikt nie widział że płakał, i nikt nie widział, że starą jego twarz wykrzywił grymas płaczu — zgoła dziecinny.
Znowu zaczęto ciągnąć niewód — a tym razem zdobycz była znacznie większa niż poprzednio.
— Przyniosła nam mała szczęście! — cieszyli się rybacy. — Masz na pólnie!
Nasypali jej pełne wiaderko szprotek.
Szewiec podziękował.
Widziano go po południu, jak wsiadał do pociągu idącego do Pucka.
I — tyle go widziano!

Szproty zjadły flądry.

Wyjazd szewieca w nikim nie wzbudził podejrzeń. Wiedziano, że miał jechać do Wejrowa po skórę, rozumiano, że sprawy tak ważnej nie może załatwić w przeciągu kilku godzin i że nie obejdzie się przytem bez poważniejszego „breku”. Zresztą — cała uwaga mieszkańców wioski zestrzelona była na szprotach, które pokazawszy się zrazu masowo, zaczęły wyprawiać „dziwne cuda”, — jak mówił pan Kułak — wodząc rybaków za nos. Dopomagał im w tem wiatr, który, jak gdyby się zmówił ze szprotami, również wyprawiał cuda, kręcąc chorągiewką na kościele w sposób rafinowanie figlarny i złośliwy.
— Szlag mnie trafi! Szlag mnie trafi! — zapowiadał Kułak, przyglądając się temu widowisku.
Całą pierwszą partję szprotów wziął, aby ubiec konkurencję i pierwszy wystąpić z nowalją. Dlatego nie bał się nawet bardzo wysokiego prizu. Ale to było wszystkiego kilkanaście centnarów, ot, dość na podrażnienie apetytu kupców, których też obsyłał skąpo, wydzielając po kilka skrzyneczek na głowę. Przekonani, że sezon szprotowy już się rozpoczął, zasypywali go depeszami zamawiającemi większe ilości, gdy on miewał po dwa, po trzy centnary dziennie, i to niezawsze.
Że zaś „na kraju było mięko”, czyli na lądzie było ciepło, zaczęto odwoływać zamówienia na fląderki, które wobec niewielkiego popytu, dłużej leżąc, psuły się, a wogóle skutkiem pojawienia się znacznie tańszych i wydatniejszych szprotów „nie szły”.
Zaś szprotów jakby nie było. Błysnęły to tu, to tam, wiedziano że są, goniono za niemi, ale one wymykały się tak chytrze i zręcznie, jak gdyby w sztabie swym miały wywiadowców przenikających i znających doskonale plany i poczynania rybaków. Wreszcie zgasły zupełnie.
— Cóżeś ty taki kwaśny? — zapytał Tomasz Kułaka, gdy pewnego wieczora zaczęli — według wyrażenia „pioniera“ — „zalewać pały gorzałą z czarnemi kroplami“.
— Szproty zjadły mi flądry i poszły do lasu! — odpowiedział ponuro Kułak. — A ja sam im do tego pomogłem!
— Szproty zjadły ci flądry? Nic nie rozumiem.
— Widzisz, w każdym człowieku jest dziewięćdziesiąt pięć procent chama! — zwierzał się Kułak. — Tych marnych szesnastu centnarów szprotów nie powinienem był brać. Stary Juljusz Kohnka nie brał, jego odbiorcy o szprotach nic nie wiedzą, zażerają się w dalszym ciągu flądrami. Ja złakomiłem się na nowalję, chciałem błysnąć — no i błysnąłem. Rozpocząłem sezon szprotowy, a tymczasem szprotów niema, a wszyscy odbiorcy telegrafują mi: „Fląderki sztop!”
Tu golnął kieliszek wódki, zagryzł serem, uśmiechnął się i zaśpiewał:
— Od Warszawy aż do Petersburga
Fląderki moje — sztop! sztop! sztop!
Poczęstował Tomasza papierosem i rzekł:
— Jo! Przez szesnaście głupich centnarów szprotów, które należało rybakom zostawić, żeby je zjedli, straciłem flądry. No, ale wangorze jeszcze są i długo będą... Twój gospodarz ma z pewnością kilkadziesiąt centnarów, ale on chowa na czas, kiedy będzie najwyższy priz. Wtedy odrazu zgarnie jaki tysiączek złociszów... Jo, to mądry chłop... Specjalista od bitów...
— On? — zdziwił się Tomasz. — Nigdy nie zauważyłem...
— Jo! Ma cię może na bity ze sobą wziąć? Ty nic nie widzisz, nawet nie wiesz, jak ci pod nosem bity alają... Sam widziałem, i nieraz... W dzień bity wypatrzą, a w nocy krowę zaprzęgają i jadą na strąd alać... Z gospodarzem w zgodzie żyjesz? To powiedz mu, żeby uważał na syna, ...na Józka.
— Albo co?
— Mam wrażenie, że on staremu wangorze podbiera i gdzieś sprzedaje. U mnie jest robota nocna, bo rannym pociągiem towar ekspedjuję, więc włóczę się po nocy i niejedno widzę...
— Co ty opowiadasz! Przecież oni nie kradną. Nikt nigdy drzwi na klucz nie zamyka... Nieraz widziałem — w domu żywej duszy niema, a wszystko stoi otworem...
— Jo, jo, nie kradną w domach! — przyznał Kułak. — Ale wangorze, drzewo w lesie, niewody na morzu — to jo! I kłusownictwo, choć teraz już niema co strzelać, bo wszystko wystrzelali... Zresztą z Józkiem jest źle... Coś słyszałem...
Nagle trzasnął pięścią w stół...
— Psiakrew te szproty!
Weszła Zolojka.
Zostawiwszy korki w sieni, szła w grubych, wełnianych pończochach cicho, nieśmiało, jakby ociągając się.
Wzięła trochę rumu.
— Dla tatka? — spytał Kułak, który zawsze do wszystkiego się wtrącał.
— Nei, dla Józka! — odpowiedziała dziewczyna cichym lecz pewnym głosem, zwracając się ku niemu i śmiało patrząc mu w oczy. — Zaziębły jest. Groku chce.
— Wierzę! — roześmiał się Kułak. — Któż widział kąpać się w morzu w listopadzie i to w dodatku w nocy... A bretlindzi będą?
— Jak Bóg da! — rzekła, nie odwracając od niego wzroku.
— Zgrabna dziewczyna! — mruknął Tomasz.
— Jo, szykowna! Pamiętam ją, jak była jeszcze dzieckiem. Trzynaście lat miała — a teraz panna, tylko zamąż iść. A czemu nie przychodzisz do mnie na robotę? Dawniej przychodziłaś. Czterdzieści groszy na godzinę...
— Bretlingów niema — odpowiedziała Zolojka.
— Ja mam! I jutro będę miał i pojutrze!...
Uśmiechnęła się jakoś dziwnie.
— Puszka chodzi! — rzekła po chwili milczenia.
— A bodaj cię! — zgniewał się Kułak. — Westowa zyda!
— Jo! Dobra noc! — rzekła i wyszła cicho.
— Ta dziewczyna zna się na morzu, jak stary rybak! — mówił Kułak do Tomasza. — Nic dziwnego, chodzi ze starym na feszeraj, na bity, od dziecka włóczy się po strądzie... Zolojka... Przez nią, przez tę szelmę wpadłem teraz z temi szprotami... Przyszedłem na strąd, kiedy ciągnęli niewód, zobaczyć jak im idzie... Prawdę mówiąc, nie chciałem kupować! Wiedzieliśmy wszyscy, że te szproty pewne nie są, więc pocóż robić z siebie warjata? Ni stąd ni zowąd wystrzelić z kilku centnarami szprotów a potem spasować — idjotyzm. Juljusz nie kupił, Hermański też, nikt nie kupował, tylko ja... I nie chciałem! Ale jak na mnie spojrzała tak jakoś drwiąco, jakby mi chciała powiedzieć, że mnie ma za głupca, zezłościłem się i kupiłem na złość... Szelma... Przez nią wpadłem!
— Może się w niej kochasz? — rzekł Tomasz.
— Ja? — oburzył się Kułak. — Masz mnie za warjata! Ty może wierzysz w miłość?! Ja nie. Wierzę tylko w chuć — ale miłość — to kłamstwo!
— Miłość to kłamstwo! — powtórzył niemal z pogardą Tomasz, głęboko dotknięty tem zdaniem.
— Kłamstwo! — podkreślił Kułak. — Istnieje tylko chuć, potężny popęd natury, głos krwi — i to wystarcza. Miłość — głupstwo, zwłaszcza tu. Przez siedem lat nie widziałem ani jednej tragedji miłosnej. Tu się to załatwia zupełnie poprostu, a do tego sposobności mam dość... U mnie cała kupa dziewcząt pracuje... Ale ja nie chcę się w niczem uzależniać... Jaka tam miłość! Nie, z Zolojką jest co innego... Mnie się to zresztą nie pierwszy raz z nią zdarzyło. Czuję w niej jakiś sprzeciw, który mnie draźni... To bywa... Nie potrzeba na to miłości... Przypadkiem zauważysz opór, przekorność i naraz zaweźmiesz się... Ostatecznie one wszystkie są takie same, krnąbrne, dzikie, skryte, chytre...
— Jak morze! — wtrącił Tomasz.
— Nonsens! Morze nie jest ani złe, ani dobre. To żywioł i nic więcej. Ale to jest morze plus człowiek. Ujemny wykładnik morza!
— Nie lubisz rybaków!
Kułak pomyślał i odpowiedział:
— Żebyś ty wiedział, jak ja tych ludzi kocham... i jak strasznie nienawidzę!
A potem dodał:
— A Zolojka wcale mi się nie podoba. Chodzi sztywno, jakby kij połknęła...
— Nieprawda! — zaprzeczył Tomasz — widziałem ją raz, na strądzie. Wyskakiwała z łódki... Skoczyła z burty na piasek, a fala za nią goniła... Zolojka, już w skoku, przechylona w tył, obejrzała się, aby zobaczyć, czy jej fala nie dogoni i w tem przegięciu się swem sama zupełnie była do fali podobna... Nieopisany wdzięk! Ruch, rysunek, linja tego smukłego dziewczęcia ciała, zwrot głowy... To byłaby dopiero „Fala” dla rzeźbiarza...
— Denega! — rzekł Kułak. — Jo! To może...

Koniec z genjalnym szewiecem.

Jak to dziewczyna przepowiedziała, przyszedł południowo-zachodni wiatr, wiatr wiejący od lądu, bezrybny, głodowy. I nietylko, że przyszedł, ale wogóle nie chciał odejść, a przytem było go tak dużo, iż ani nawet myśleć nie można było o wyjeździe na morze. Rybacy źli, podrażnieni, spali całemi dniami lub chodzili posępni, nie wiedząc, co ze sobą począć.
I w tej właśnie chwili gruchnęła po wsi wieść, iż szewiec, który przed kilku dniami wyjechał do Wejrowa — nie wrócił.
Żona jego, mimo swego ograniczenia, przeczuwała coś. Zamiast zaniepokoić się o nie wracającego męża, zamiast zaalarmować sąsiadki i powyć przed niemi, ona zlękła się i albo siedziała bezmyślnie i bez ruchu na nędznem i osieroconem małżeńskiem łożu, albo wybiegała z workiem po piasek na strąd, gdzie kucnąwszy, długo, długo, tęsknie wpatrywała się w spienione fale. Nie wiedziała wprawdzie, co się stało, do spraw i interesów męża nigdy się nie mieszała, ale — nie pierwszy raz ją opuszczał, zdając wraz z dzieckiem na łaskę i niełaskę sąsiadów i ludzi, którzy przychodzili do niej z klątwami, wymyślaniami i pogróżkami. A potem wyrzucano ją z mieszkania, zabierano jej rzeczy, grożono policją i dręczono tak długo, póki któraś sąsiadka nie ulitowała się nad jej głupotą i dzieckiem i nie wzięła jej do siebie. Wtenczas dopiero następował błogi okres spokoju — połączony z rozkosznem myciem schodów, podłóg i praniem. Ale to było tam, w Gdańsku, gdzie przecież byli „swoi”, prócz tego policja, sądy... Co będzie tu? Tu ci ludzie mogą ją zabić, mogą jej dziecko utopić... Takie straszne chłopy, „Polacken!”
Więc serce biło jej niespokojnie i krew uderzała do głowy na samą myśl o tem, co ją czeka. Nadomiar złego prześladowały ją okropne sny... Raz jej się śniło, że ją krowa gryzła, to znowu, że garnek do niej zagadał, potem worek z piaskiem za nią gonił...
Po kilku dniach burza wybuchła. W rybaków jakby piorun strzelił!
— Detki przepadły, jo, rybak zawsze do szkody przyjdzie, ale — skorzni niema, a tu zima za pasem! Nie mógł szewiec zrobić skorzni z jednym szwem, niechby zrobił zwykłe, ale żeby były. W czemże teraz na morze jechać?
— Doch on jakieś skorznie uszył — wołali drudzy. Samiśmy widzieli! Może zachorzał w Wejrowie, może mu się co stało!
Kupą sypnęli się do Edwarda Kunsztownego.
Stary wysłuchał i bez słowa zaprowadził ich do budy. Klucza nie było, więc wyłamali drzwi.
W budzie czuć było denaturatem, skórą i słabą, ale świdrującą w głowie wonią okropnie tanich cygar. Na półce stał dumnie skorzeń z jednym szwem.
— Doch uszył! — odezwały się głosy uznania.
Ktoś chwycił skorzeń, obejrzał i podniósłszy go wgórę, zawołał złośliwie:
— Jo, szew jest jeden, a tylko skorznia niema!
I potrząsnął śmiesznie pustą formą buta bez treści i bez związku.
Milczeli chwilę, a potem zaczęli ze siebie wzajemnie kpić. Przerzucali się kpinami tak, że niektórzy aż się za brzuchy ze śmiechu łapali. Ale to był humor szubieniczny, bo w duszach ich wrzała piekielna złość. Gdyby teraz dopadli szewieca, zabiliby go.
Ta złość wybuchła. Spluwając gęsto i mrucząc głośno poszli do mieszkania szewieca. Zastali bialkę, ledwo żywą ze strachu i tulącą do siebie zgoła nieprzestraszoną Agnes. Pokrzykując trochę i potrząsając groźnie pięściami, zaczęli ją wypytywać o męża, pozierając równocześnie, coby z rzeczy zabrać można, ale wkrótce zrozumieli, że zastraszona bialka jest głupia jak pień, a do wzięcia nic niema. Nawet te biedne i nieliczne sprzęty, jakie znajdowały się w izdebce, były pożyczone. Pokrzyczawszy tedy trochę — niezbyt głośno ze względu na dziecko — ponarzekawszy i zagroziwszy policją, odeszli, gorzko wymawiając jej nieszczerość i niewdzięczność męża, któremu tyle życzliwości okazali.
Nie omieszkali też zameldować o wszystkiem wójtowi, który „wdrożył kroki”, znacznie jednak powolniejsze od chyżych kroków zbiegłego szewieca.

Na tem narazie skończyła się historja szewieca z Gdańska, genjalnego wynalazcy butów o jednym szwie.
Przez małą szybkę.

Mgła na morzu, niezbyt gęsta, ale przesłaniająca księżyc tak, iż blask jego rozpuszcza się i wsiąka w zamroczone przestworze, sycąc je niesamowitą światłością.
Nie widać księżyca i nie widać na morzu świateł statków, tkwiących w mgle, jak w wacie, zato raz bliżej, to znów dalej słychać posępne porykiwanie ich syren. Regularnemi eksplozjami białego, choć stłumionego światła z trudnością dziś latarnia rozewska porozumiewa się z Dąbkową. Na strądzie porytym burzami, słychać dźwięczny, śpiewny, pieściwy, cichy plusk fal. Widać je lśniące, białogrzywe, wybiegające na piasek z pod świetlistej mgły, widać majaczące tu i tam baty, przywiązane prawdopodobnie do wbitych w piasek pali. Wysoko, jak kropla krwi, świeci w kierunku Dąbkowej bliży czerwona latarnia na sygnałowym maszcie.
Cień jakiś oderwał się od zrytego wichrami i ubiczowanego falami strądu i zręcznie omijając zdradliwe, głębokie dołki, z których gospodynie wybrały piasek, wszedł na górę, a potem w las. Wpobliżu ukrytej za wydmą stacji ratunkowej przystanął, a potem usiadł na burcie, znajdującej się tuż starej łodzi ratowniczej, i zapaliwszy papierosa, zaczął mruczeć:
— Jedno jest pewne — tu pracować mogą tylko ludzie mocni. Atmosfera morska jest taka sama, jak i klimat:
— Mocnego wzmocni, ale słabego zabije. Ciśnienie atmosferyczne. Aż mnie obojczyki bolą. Tam, na lądzie, ludzie mają o parę set stóp ponad poziom „for”, ja tu dźwigam uczciwie cały ciężar atmosfery. Chodzę po dnie tego oceanu powietrza, w którem żyjemy... Jestem flądrą ludzką i obawiam się, że gęba mi się, jak u flądry, przekrzywi na bakier, a razem z gębą i dusza... Kto wie, czy pani Łucja nie miała racji... Chociaż nie... Huragan morski trochę mnie poniósł, wymiął, ale z tego nie wynika, żebym się miał zaraz poddawać. Ha, bardzo słusznie!
Palił papierosa tak intensywnie i szybko, że ognik jego, wciąż się rozżarzając, świecił jak żywy. Wreszcie rzucony na ziemię papieros bryznął snopem iskier i w tej chwili zgasł, a Tomasz polawirował dalej przez mgłę.
— Kułak Larsenem nie jest! — mruczał Tomasz. — Ale niemniej jest człowiekiem dzikim. Dzicy ludzie mogą też być bardzo inteligentni. To z tą chucią itede itede, to są głupstwa znane. Pokazał mi wczoraj pomuchla, który trzymał w pysku drugiego, napół pochłoniętego pomuchla. Powiada: — Masz morze! — Ha, bardzo słusznie! Masz kolorki! — I cóż z tego? Czyż skutkiem tego, że ktoś się utopił, piękno morza jest mniej potężne?
Stał, patrząc z małego wzniesienia pod lasem na nieliczne światełka skrajnych domów wioski i ciągnące się między niemi a lasem i cmentarzem pole, na którem mgła, nieco rzadsza, bardziej była przepojona bladą księżycową poświatą.
Naraz w tej skrzepłej światłości załopotały ciężkie skrzydła, a równocześnie trzasnęły z ziemi olbrzymie cienie i zakołysawszy się w powietrzu, zdawały się szeregiem iść przed siebie.
Tomasz roześmiał się zcicha:
— Strachy morza! To ty, głupi Kułaku, rozwieszasz we mgle brudną bieliznę swych interesów, aby nią straszyć klientelę. Mancami straszysz! Ha, bardzo słusznie!
Szedł, narzekając półgłosem:
— O, jak ciężko! O, jak smutno na tem dnie wszechświata! W jakiż sposób wzmocnić bicie krwi, aby móc się od wewnątrz oprzeć piekielnemu ciśnieniu? Wzmacniaj serce, Kułaku, wzmacniaj serce! Ale nie narkotykami, Józku kułakowaty, tylko modlitwą, która jest też przedziwnie piękna...
— Co myślisz o drapieżnych jastrzębiach morskich? — zapytał jakiś głos.
— A ty co wiesz o jastrzębiach morskich, sokołach i orłach? — zaśmiał się Tomasz.
Przeszedłszy przez łączkę, skierował się ku chacie rybackiej na skraju wsi, a której jedno niezasłonięte okno sączyło przez mgłę światło na drogę.
Tomasz zbliżył twarz do szyby i zajrzał do wnętrza.
Na stole świeciła jaskrawo stara lampa naftowa z zakopconem, niezasłoniętem szkiełkiem, skutkiem czego ściany pokoju były bardzo białe, a cienie tęgie i czarne. W środku pokoju siedział przy stole stary Paweł z głową pochyloną nad nowym, białym żakiem, który wiązał z taką wprawą i takim rozmachem, że aż mu kliszka migała w brunatnych palcach. W izbie musiało być dobrze ciepło, bo rybak był tylko w lifce na grubej flanelowej koszuli. Odwrócona plecami do okna siedziała po drugiej stronie Zolojka, zaś niedaleko stołu neńka, starsza już, ociężała kobieta o niemej, zastygłej twarzy, przędła na kołowrotku manillę, białą jak jej włosy. W ciemnym kącie pod piecem majaczyły niewyraźne kształty.
— Józk i Bernard! — domyślił się Tomasz. — Byli przez cały dzień na morzu, a teraz grzeją się przy piecu.
Jakby czując czyjś wzrok na sobie, stary rybak podniósł głowę tak, że widać było jego pociągłą, wygoloną twarz z głębokiemi, czarnemi brózdami zmarszczek, nieregularny cień, padający na policzek od przekrzywionego na lewo długiego nosa i jasne iskierki źrenic w ciemnych oczodołach. Patrzył w okno i nadsłuchiwał.

Słychać było, jak ktoś odchodził.

Prządka.

Trwała cisza.
Pięcioro najbliższych sobie ludzi, zamkniętych razem w jednej izbie, siedziało tuż przy sobie w milczeniu — jak każdej zimy, od wielu, wielu lat.
O czem było mówić?
Ustanowiony przez żelazną konieczność tryb życia i pracy był tak ścisły i bezwzględny, że wykluczał wszelkie różnice zdań i poglądów, dławiąc i dusząc je w zarodku. Daremne były próby wyłamania się z tego porządku. Porywy i bunty młodości, marzenia i sentymenty, choćby nikłe, wątłe i blade, jak rzadkie kwiaty na piaskach i wydmach półwyspu — wszystko pierzchało i zamieniało się wniwecz przed potężnem, bezlitośnie tyrańskiem słowem „bulwa” lub „chleb”.
Ludzie w pocie czoła zjadali chleb, a chleb zjadał ludzi. A ponieważ od dawna umieli to na pamięć i rozumieli się bez słów, milczeli — nie mając sobie nic do powiedzenia, a także może nie chcąc mówić o tem, co tylko... w głębi duszy... Cicho!
Dlatego też stary Paweł, wiążąc żak, wogóle nic nie myślał. Dla niego nie było tu już nic do myślenia. Nie żałował tego, co już minęło — czyż to miło wspominać ciężką służbę na żaglowym statku? — nie martwił się przyszłością, bo wiedział, że będzie co Bóg da, więc cieszył się tem, że siedzi sobie syty w cieple i wiąże żak, co robił dokładnie lecz mechanicznie, umysłowo śpiąc.
A Bernard miał trosk.
Wczoraj po burzy rybacy, chcąc znaleźć ślad ryby, całe morze zastawili mancami śledziowemi i szprotowemi, nietylko po Nowy Hel i dalej, na Kamerunie, ale także na „bujtenkancie”, z niemałem niebezpieczeństwem dla manc. Nigdzie szprotów nie było.
Więc teraz Bernard rozważał:
— Norda szproty zjadła, zato pokazał się szpur od śledzi. My mamy mance śledziowe postawione. — Jo! Ale czy my aby dobrze mamy te mance postawione? Nie za wysoko albo nie za nisko? Czy ten śledź idzie głęboko czy płytko? Bo my mamy mance snadkie a tylko trzy głębokie...
Józk pali fajeczkę, milczy, tylko czasem pokaszluje i mruczy gniewnie, gdy matka na niego zerknie, lub gdy się Etta w niego weprze długiem, badawczem spojrzeniem. Myśli trochę o tem, że kaszle, kości go bolą, w piersiach go coś pcha, a rano znowu musi być wyjechany, musi wstać o czwartej rano, alać do bat mance, pół centnara lejpra, do siódmych potów mordować się antrybami lub wiosłami, żeby dostać za to miskę śledzi albo bretlingów.
Więc z głębi duszy i przemęczonego ciała wyrywa mu się przekleństwo:
— A żeby to rybołówstwo zimowe marno zdżineno! A żebym ja sam marno zdżinąl!
Bo jest mu bardzo źle i bardzo ciężko. Nikt mu już wprawdzie nic nie wymawia, ale na sumieniu jego cięży, cięży ta Dusza! Nie zrobił przecie nic złego, grzech cielesny, wyspowiadał się z niego, ksiądz odpuszczenie mu dał... A jednak straszno pomyśleć: — Człowiek się przez ciebie zmarnuje, zbawienia nie dostąpi, do piekieł na wieki pójdzie — i tyś go w otchłań zepchnął. Bo mówili mu ci, którzy Duszę w Gdańsku na Fiszmarkcie widzieli, że jest bardzo ładnie ubrana, w lakierkach chodzi, w kapeluszu, w rękawiczkach... Może się zepsowała? Cóżby wtedy było? Bałaby się może nawet wrócić, żeby jej wioska nie wygoniła...
I co on może zrobić?
Jedynie tylko — uciec. Do Niemca, na statek się zaciągnąć — i w świat! Tu mu źle, nikomu w oczy spojrzeć nie może, do nikogo się nie odzywa, siedzi jak w klatce — a tam wolność! Bernard Muża opowiadał mu, jak raz w Australji z ich statku uciekł chłopak okrętowy... Zwykły chłopak okrętowy. — A jak potem przyjechali po latach, to ten chłopak okrętowy miał miljony, okropnie dużo ferm z nieprzeliczonemi stadami owiec i całe statki wełny wysyłał do Europy. — Jo, pojedzie do Australji.
Ale musi mieć tyle pieniędzy, żeby się choć do Hamburga dostać...
O, jak kłuje...
Źle kraść, grzech... Tatka okradać, brata, siostrę... Ale to tylko ten jeden raz... aby się do Hamburga dostać... Potem — niech już mówią, co chcą, niech na niego choćby kanteczki śpiewają — ani kraść już więcej nie będzie, ani tu nigdy nie zajrzy...
Etta nie mówi nic. Patrzy, rozmyśla, — czemu jej na brata zwracano uwagę? Nawet Kułak coś mówił, a on wie, bo po nocy chodzi... Afpasowała, jak przychodził w nocy do domu — czasem czuć było wódkę, ale wiedziała, że brat nie pije... Wieczorami gdzieś chodził, wracał późno... Nie mogła za nim w nocy chodzić...
Więc milczy, a tylko od czasu do czasu spogląda w stronę pieca, za którym siedzi brat, i myśli:
— To so wszetko najdzie przy wymiotaniu!
Cichy warkot kołowrotka usypia. Choć oczy się nie kleją, słodka niemoc pęta członki, a myśli drzemią.
Znowu ten kaszel z głębi płuc.
— Józk, czy ci co nie fela? — pyta matka.
— Nei, neńko! Perżno zaziębły jestem!
Cisza.
Tylko kołowrotek pomrukuje, jak kot.


Późną jesienią lub w zimie, gdy wczesnym wieczorem zimowym w chatach rybackich zapłoną światełka i zwykłe roboty domowe są ukończone, wszędzie na stołach pojawiają się żaki, misternie i cierpliwie dzierżgane, a tuż przy kołowrotkach zasiadają prządki — wiekowe już neńki lub starki.
Za oknami ciche roje mokrych, ciężkich płatków śniegu, albo wyiskrzony mróz i dalekie krzyki łabędzi na błoniach zatoki, hucząca norda, na skrzydłach swych niosąca ryk wzburzonego morza i wrzask szamocących się drzew, orkan, u podstaw wstrząsający półwyspem — a w izbie spokój, ciepło, monotonne warczenie kołowrotka i przy jego akompanjamencie rzeźbiona melodyjnym językiem morskim opowieść o cudach dalekich krajów, dziwnych przygodach lub strasznych spotkaniach z zaświata. Opowiadają pokolei wszyscy — jedna tylko prządka słucha w milczeniu i przędzie. Miarowo obraca się drewniane brunatne koło, a palce rozsadzonych ciężką pracą czerwonych rąk prządki, choć grube, delikatnie i równo snują z manilli mocną, bieluśką nić. Praca to nietrudna, a przecie młodsze bialki niechętnie się jej imają i wolą pomagać przy żakach lub wiązać wyry. Zbyt rwące jeszcze, niespokojne i krnąbrne mają dusze, a jaka dusza, taką palce nić snują. Aby ją wysnuć bez przerw i zniecierpliwionych okrzyków, w sam raz, równą, mocną i trwałą, bialka musi zaczekać, aż jej włosy posiwieją, aż zrozumie wszystko i niczego już pragnąć nie będzie dla siebie.
Mruczy zcicha kołowrotek, nie powoli i nie prędko, lecz tak właśnie w samą miarę. Nie słychać go w gwarze głosów, ale jak się tylko zrobi cicho, swe stuk — stuk! wybija znowu.
Nie usypia to, lecz kołysze, rozmarza.
Zamyślona neńka milczy, biała nić, zda się, ścieka z jej drobiących w powietrzu palców, ale kołowrotek coś opowiada, bo oto nagle Józk, najmłodszy syn, podniósł głowę, pytająco wpatrzył się w matkę i słucha:
Pieśń kołowrotka była dotychczas wyliczaniem dni tak powszednich, że nawet znajdujące się wśród nich niedziele i święta ich powszedniością poszarzały. Tak monotonnie bije zdrowe serce.
Wtem dała się zauważyć pewna nierówność. Kołowrotek stuknął kilka razy prędzej, stuknął raz silniej, jakby się zdziwił, zamilkł, na chwilę powrócił do zwykłego, normalnego rytmu, aż zaczął warczeć ciszej, wolniej, namyślając się, rozważając, rozmyślając powoli, powoli, powoli...
Trącony przez brata łokciem Józk zwrócił się ku niemu.
Bernard patrzył mu surowo w oczy, jak gdyby mówił:
— Widzisz! Ty jesteś temu winien, o tobie ona myśli!
Józk spojrzał na niego rozpaczliwie, wzruszył zuchwale ramionami, a w duchu pomyślał:
— Muszę do Australji!
Gniewnie zawarczało, zaczęło gderać koło, podrażnione, rozgniewane, złe. Głośno rozlegało się stukanie twarde, jak dobitne uderzenia w stół kostkami palców, uderzenia podkreślające przewiny, grzechy. Suche to były akcenty, surowe, bezlitosne, ostre. A potem przyszły uderzenia — jak policzki, odważone, wymierzone powoli, komuś, co nie śmie ani bronić się, ani zasłaniać, ani cofnąć. A gdy i to minęło, zerwała się burza gorzkich wymówek, skarg, narzekań, przekleństw.
Józk wpatrywał się niespokojnym, zalęknionym wzrokiem w matkę, buntowniczo wydzierając rękę bratu, który go gwałtownie szarpał za rękaw. Etta pochyliła się nad stołem.
Wszyscy zrozumieli mowę kołowrotka. Słuchali go tyle lat!
Jedynie stary Paweł — jakby nic. Tylko żak wiązał wolniej i wolniej. Wreszcie przestał i trzymając kliszkę w niedokończonem oczku, podniósł zdziwiony wzrok na żonę.
Jej biała, matowo świecąca twarz, podobna do bułki pszennej przed włożeniem do pieca, była nieruchoma i niema. Usta okolone były, jak zwykle, zwiędłym, zakrzepłym półuśmiechem, czoło, choć gładkie, miało wyraz uniewinniającego się zakłopotania.
Ale kołowrotek warczał tak gniewnie i groźnie, że aż zdziwiony stary zapytał:
— Ana, co tobie?
Ocknęła się.
Napół przytomnym wzrokiem spojrzała naprzód na męża, a potem w ciemny kąt pod piecem, gdzie siedzieli synowie.
Józk wstał i wyszedł powoli.
— Ana, co tobie? — powtórzył stary.
— Nic!
Westchnęła.
Kołowrotek namyślał się przez chwilę, a potem znowu zaczął mamrotać zcicha odwieczną pochwałę pilności.

„Rrrrraus!”

Koło domu zadzwoniły na zmarzłym piasku korki. Zgrzytnęła klamka w kuchni, zaklekotał na kamiennej posadzce potrącony w ciemnościach drewniany chodak, ktoś zapukał.
Było to przedziwnie wycieniowane pukanie — nie za głośne, nie za ciche, nie nieśmiałe i nie natarczywe, dokładnie odmierzone, dyskretne i grzeczne, a równocześnie pełne godności. Takim prawdopodobnie był i pukający.
— Proszę!
Do izby wszedł, raczej wśliznął się, stąpając cicho w grubych wełnianych pończochach, Edward Kunsztowny.
— Pochwalony!
— Na wieki wieków, Edwardzie! — odpowiedział Paweł, nie odrywając się od roboty.
Gość, nie zdejmując czapki, usiadł na jednem z pobliskich łóżek i przez jakiś czas w milczeniu przyglądał się kliszce, wędrującej tam i nazad.
Po chwili gospodarz spytał:
— Jakie wiodro?
— Norda naddała i idzie od ostu — odpowiedział gość świdrującym uszy starczym dyszkantem.
Ostre spojrzenie jego siwych, chłodnych oczu przechodziło z twarzy na twarz. Mimo że żadnej burzy rodzinnej nie było, stary wyczuł, iż atmosfera jest „doukowata” — to znaczy mglista i chmurna. To też dla zagajenia swobodnej rozmowy towarzyskiej pozwolił, aby mu się głośno odbiło.
— Jadłem worszta — oświadczył. — A odbiło mi się od leberworszta!
Wiedzieli, że jadł śledzie, ale nikt mu nie zaprzeczył. Wiedziano, że stary jest chełpliwy, ale wybaczano mu to, ponieważ był człowiekiem dobrym i mądrym.
— Może ci co wisi na sumieniu? — mruknął Paweł.
— Może to być! Osobliwie! — zgodził się chętnie stary.
Znaczyło to, iż może mu co leży w żołądku.
— To od tego czasu, jak szewiec uciekł! — mówił Edward Kunsztowny. — Taki byłem wtedy zły, tak się rozgniewałem, że mi się coś w sumieniu przewróciło i jak jem, żadnej szmaki nie czuję... Wszetko jak od drewna. Taki stateczny człowiek, szewiec! I uczony szewiec, za to każdy musi go pochwalić, a taki łajdak, zabójca! Jakbym go w swoje ręce dostał, tobym go rozszarpał!
Tu Edward Kunsztowny zakrzywił palce jak szpony i z okrutną miną, dziko patrząc na Pawła, szarpał powietrze.
— Jo! — gruchnął basem Paweł, który, przestawszy wiązać żak, ciekawie przyglądał się gościowi.
— Nikt mu tu nic złego doch nie zrobił! — srożył się Edward. — Każdy go uszanował, każdy mu pomagał, a on taką niewdzięczność wyjawił! A za co? Zima idzie — ludzie skorzni nie mają... Na takiego łajdaka kanteczki śpiewać trzeba, żeby go Bóg osądził i — ukarał, osobliwie ukarał!!...
Ana podsunęła myśl, żeby wziąć jakąś rzecz, która należała do nieuczciwego szewieca i zakopać na cmentarzu w pierwszym lepszym grobie.
— Jak to dojdzie do zorgu, to złodziej umrze! — twierdziła z przekonaniem.
— Przecie on ma małe dziecko! — oburzył się Paweł. — Śmiercią za skorznie karać nie można! Toby był grzech!
Ale Edward Kunsztowny był w swej mściwości i w swym gniewie nieubłagany. Odgrażał się, krzyczał, dziwił się, że żonę i dziecko szewieca trzymano, że im pomagano. „Zabójca” ma tyle detków ukradzione, a ci, których okradł, jeszcze jego żonę z dzieckiem żywią.
— Jo! — przyznał szczerze basem Paweł, sam niespodziewanym faktem zdziwiony.
— Jabym inaczej uczynił — krzyczał zaperzony Edward, z błyszczącemi gniewnie szaremi oczami i zmarszczonem czołem. — Ani nawet sam nie wiem, cobym uczynił! Jabym ich wyrzucił!
— Jo! — zgodził się Paweł.
— Jabym przyszedł do nich, i —
Edward Kunsztowny chwycił za ramię Ettę i wskazując jej drugą ręką drzwi, krzyknął wielkim głosem:
— Rrrraus!
A zwróciwszy się do słuchaczy, dodał z mocą:
— Tak to miało być uczynione! Nei! Jeszcze nie tak!
Podszedł do drzwi, szarpnął je, otworzył szeroko, i majestatycznie wskazując ręką w ciemną głąb kuchni, wrzeszczał:
— Rrrraus! Żebym tu was więcej nie widział! Rrrraus!
Straszno było na niego patrzeć. Oczy mu się paliły złym, białym ogniem, garbaty nos się wydłużył, broda i dolna szczęka wysunęła się naprzód jak u łososia na wiosnę.
Przyglądali mu się przerażeni.
On zaś przyskoczył do Etty, chwycił ją za rękę, szarpnął i ciągnąc ku drzwiom, wrzeszczał: Rrrraus! Rrrraus! — aż wreszcie wyrzucił ją do kuchni.
A wtedy zdyszany i zmęczony, chusteczką obcierając czoło, mokre od potu, oświadczył:
— Jabym to tak uczynil, osobliwie!
— Jo! — zgodził się Paweł.
Edward Kunsztowny usiadł znowu na łóżku, poprawił na głowie stary, zielonkowaty kapelusz, w którym cały czas siedział, zapalił fajeczkę i zmęczony przedstawieniem, ale zadowolony z siebie, milczał.
— Jo! — potwierdził jeszcze raz Paweł z przekonaniem. — A dalej co?
— Dalej co? — zdziwił się Edward Kunsztowny.
— Powiemy jej „rrraus!” Dobrze. Ona pójdzie.
— To musi! Osobliwie!
— Ale dokąd?
Odpowiedziało mu milczenie.
— Gdzie ona będzie spala? — troskał się Paweł. — Noc, zima! W lesie? Zlapie fiber, zachorzeje ona i dziecko...
— Osobliwie! — przyznał bezstronnie Edward.
W tej chwili ktoś nieśmiało zapukał.
— Proszę! — zawołał Paweł.
Weszła Frau Kunegunde Kuhnke.
Była mizerna, bardzo wynędzniała, przygnębiona i onieśmielona.
— Pochwalony.
— Na wieki wieków. Niech pani siada.
Nie śmiała.
Nie ruszając się od drzwi, cień żałosny, prosiła łamanym polskim językiem o „pożyczenie” odrobiny węgla, bo sąsiadki prosić nie śmie, „die kleine Agnes” jest chora mąż nie pisze, nic nie przysyła.
Zaczęła cicho płakać.
— Bernardzie! — odezwał się stary. — Daj jej drzewa i trochę węgla.
Neńka mruknęła coś do Etty, która wyszła do kuchni i po chwili wróciła z bochenkiem chleba i kawałem wędzonej słoniny.
Patrząc na to Edward Kunsztowny poskrobał się w podbródek i płynnym „platem” helskim polecił jej, żeby się zgłosiła do niego później, to jej da miodu i masła, bo to najlepsza medycyna na kaszel.
Cień wyszedł.
Słychać było śpieszne kłapanie korków.
A człowiek, który przed chwilą jeszcze wrzeszczał „rrraus”, aż mu żyły na czole pęczniały, mówił najnaturalniejszym w świecie głosem.
— Doch to sprawa chrześcijańska! Ona temu niewinna, bialka, i dziecko też nie. Taka to jest zacha!

Bretlindzi!

Jak tylko burza południowo-wschodnia minęła, znowu rozpoczęto poszukiwania szprotów.
Były — to nie ulegało wątpliwości — ale gdzie?
W chatach rybackich o niczem innem nie mówiono, a Kułak się wprost wściekał.
— Co ja będę wędził! — wykrzykiwał z rozpaczą. — Posłałem już Kubę do Swarzewa po gęsi, będę wędził półgęski pomorskie!
I uśmiechnąwszy się do Tomasza, rzekł:
— Myślisz, że jabym sobie tu nie znalazł roboty? Człowiecze! A clever man has always something to do, yea! Wędziłbym półgęski, handlowałbym puchem i pierzem gęsim, łabędzim, wypychałbym mewy, a ich pierze też jest „klasa”, marynowałbym w formalinie i spirytusie różne gady morskie dla szkół średnich — uważasz, fauna morza naszego! — wytapiałbym tran z merszwinów, wydzierałbym czarne piórka z ogonów dzikich kaczorów na rajery, człowiecze.
Akcentował po kaszubsku na „o”
— wyrabiałbym takie cuda, o jakich świat nie słyszał!
Tymczasem rybacy wspominali lata, w których szprotów wcale nie było, inni zaś przywodzili sobie na pamięć nieobliczalne, wprost fantastyczne pochody ławic szprotowych.
Zwłaszcza jeden taki pochód był sławny i o nim znów wszczynano długie i szczegółowe rozmowy. Wielka ławica szprotów śmigała wówczas po Bałtyku tuż pod samym nosem rybaków, obeszła Hel i całe Małe Morze i wykręcając się wciąż rybakom, wymijając niezliczone mance, wyniosła się niewiadomo dokąd. Do dziś pamiętali rybacy wszystkie nieoczekiwane i niespodziewane zwroty tego olbrzymiego, śmigającego po morzu srebrnego węża, tej tajemniczej, nieuchwytnej, ze wszystkich ich podstępów śmiejącej się arabeski, to tu, to tam niewyraźnie lśniącej w wodzie.
— Życie ryb jest tak tajemnicze — odezwał się raz Tomasz — że graniczy niemal z mistycyzmem. Nikt nie wie, co się dzieje w wodzie.
— Nie wie! — potwierdził Kułak. — Ale częściowo można czegoś dowiedzieć się o niem z obserwacji nieba, które jest zwierciadłem morza... Tylko, że my niewiele w niem widzimy... Jo, wszystko to bardzo ładnie, ale jeśli tak dalej pójdzie, to ja adwent przegram... — Dzieńdobry, stary Pawle! Masz ty jakie wangorze schowane?
— Możeby się i znalazły — odrzekł stary — ale priz mały!
— Drei und fufzig to ci jeszcze mało? — zgniewał się Kułak.
— Przed świętami będzie vierzig! Mam czas!
— Widzisz ich! Paskarze! A ludzie myślą, że to ja jestem paskarz.
Zły i rozżalony na cały świat pobiegł do wędzarni.
Ale na drugi dzień wpadł do Tomasza.
— Chodź — wołał. — Zobaczysz powrót flotyli rybackiej! Są bretlindzi!
Szli szybko.
Dął zimny, południowo-wschodni wiatr.
— Szczególna rzecz! Wszędzie „zyda” przynosi ciepło, a tu przeciwnie! — mówił. — Zimno! Ale idzie do ostu. Ost zrobiłby teraz dobrze!
Zdaleka już widać było na lśniącem morzu pełne wdzięku sylwetki łodzi żaglowych, podążających ku przystani. Niektóre z nich wyminęły przystań i szły do wiku z żaglami szeroko rozwiniętemi. Odcinające się ostro od jasnego nieba i wody, szerokie, bronzowe trójkąty, osadzone na czarnych podstawach, sunęły, kiwając się czasem. Były to pomarenki z Kuźnicy i chałup, gdy od południowego zachodu żeglały pomarenki miejscowe we wszelkich możliwych pozycjach, z napół opuszczonemi już żaglami, zwrócone profilem, półbokiem lub dzióbem.
— Cudowne studjum dla malarza! — rzekł Tomasz, z zachwytem przyglądając się temu widokowi.
— Chciałbym ja widzieć rysunki, robione przy tym wiatrze! — rzucił Kułak. — Tnie jak nożem! A zresztą myślisz, że ludzie kupowaliby te rysunki? To z tem morzem tylko gadanie! Ryb ludzie jeść nie chcą, a cóż dopiero mówić o rysunkach morskich! Może kiedyś... Jo, jo, wołaj dziewczęta! — krzyknął do biegnącego drogą chłopaka z wędzarni. — Niech zaraz przychodzą do roboty!
— Skąd wiesz, że bretlingi są?
— Poznaję po zanurzeniu się łodzi. Zaczyna się ruch! Daj Boże dobry wiatr i trochę mrozu!
Nad zatoką był ruch. Wędzarnicy powynosili przed wędzarnie wagi, od dłuższego czasu już snujący się bezczynnie po wsi przyjezdni kupcy wybiegli na wybrzeże, przyszli też krewni i wspólnicy rybaków, ciekawi wyniku połowów, a nie brakło też, jak zawsze, dzieci i ich przyjaciół, psów.
Z najbliższych łodzi wyskakiwali już rybacy, w swych ciężkich ubraniach i zydwestkach, przemoczeni, z twarzami schłostanemi przez wiatr, sztywni i przemarznięci. Nie tracąc czasu, biegli do wędzarń po płaskie necki lub kipy, głębokie kosze, które napełniali rybą. Kułak z kawałem deski w jednej ręce i ołówkiem w drugiej stał przy wadze, notując ilość centnarów. Przez otwarte drzwi wędzarni widać było dziewczęta, ciepło ubrane, z głowami obwiązanemi chustkami, z pod których wyglądały tylko świeże, rumiane twarzyczki i wesołe oczy. Na stołach już leżały stosy srebrnych rybek i dymiły kubełki z gorącą wodą. Tomasz ujrzał między niemi Zolojkę.
Kułak brał kipę po kipie, ale był jakby czemś zafrasowany. Pod ścianą wędzarni kosze jedne na drugich się piętrzyły, a on brał wciąż.
— Człowieku! — zawołał Tomasz. — Cóż ty z temi rybami zrobisz?
Kułak spojrzał na niego, jak człowiek nie rozumiejący, o co go pytają, i rzekł:
— Jak to — co? Uwędzę!
W tej chwili podeszła do Tomasza Zolojka, mówiąc:
— Ma pan na poczcie paczkę. Poczta był, ale pana nie było w domu.
— Dziękuję ci, wstąpię po drodze! — odpowiedział Tomasz i zwrócony do Kułaka, wołał:
— Co ty zrobisz z tą masą ryb!
Kułak rzucił okiem na stos kip pod ścianą i zmarszczył brwi.
Ale tu wmieszała się do rozmowy Zolojka.
— To jest masa ryb? — odezwała się, patrząc na Tomasza ze zdziwieniem. — U pana Kułaka nieraz wszystkie ściany były tak kipami obstawione...
— Jo! — ożywił się Kułak. — To nic nie jest! Żebyś widział, co się tu podczas sezonu dzieje! Włosy człowiekowi dębem na głowie stają, jak widzi te straszne kupy ryb. Jo, dawaj, dawaj! — zawołał do nadchodzących z niecką rybaków. — Ile macie centnarów — wszyscy do kupy?... Pięćdziesiąt będzie?
— Może będzie!
— Powiedz, że ja wezmę wszystko...
— Naturalnie, bierz! — pochwalił Tomasz. — Jutro niedziela, szproty mogą być dopiero w poniedziałek po południu, a kto wie, co się do tego czasu stanie...
— Biorę czterdzieści centnarów! — wykrzyknął Kułak. — Dziesięć centnarów muszę zostawić, bo konkurencja byłaby na mnie wściekła. Rozpoczynam dziś oficjalnie sezon szprotów. Natychmiast wysyłam depesze: — Są bretlindzi!
Zolojka wróciła do roboty.
Tak się zaczęła ta szprotowa kampanja, którą Kułak długo pamiętał, bo ją z kretesem przerżnął, czego w tej chwili nawet nie przeczuwał.
Zanotujemy jednak te klęski, abyśmy wiedzieli, jak to było i jak nieszczęśliwie Kułak grał w ruletę, zwaną Małem Morzem.
Pierwszy raz przegrał, przedwcześnie wypuszczając owych szesnaście centnarów, złapanych na strądzie. Stracił przez nie fląderki.
Drugą stawką było czterdzieści centnarów, zakupionych obecnie, przyczem Kułak rozumował tak:
— W sobotę do dwunastej w nocy wyrobię część, którą w niedzielę rano wyślę. Zacznę pracować w nocy z niedzieli na poniedziałek.
Ale ludzie wykręcali się, nie chcieli w nocy przyjść, na co on się zresztą chętnie zgodził, niczego dobrego nie spodziewając się po pogodzie, a tedy większa część ryb leżała przez sobotę i niedzielę do poniedziałku.
W poniedziałek było wietrzno, nikt na morze nie wyjechał. Ale Kułak nie wiedział nic o tem, że na poniedziałek z okazji jakiegoś świętego jeden z wędzarników zamówił uroczyste nabożeństwo i nieszpory z „wystawieniem”, skutkiem czego wioska świętowała i dziewczęta stanęły do roboty dopiero nad wieczorem, po nieszporach. Tak więc ryby przeleżały mu się trzy dni. Nie były złe. Wywędził je i wysłał. Ale wkrótce szproty znowu zaczęły się pojawiać, w ilościach niezbyt wielkich, lecz odpowiadających popytowi. Więc Kułak spokojnie wędził codzień odpowiednią partję i wysyłał na ląd, gdzie jednak skrzynki ze szprotami z „jednego dnia” zderzyły się ze skrzynkami szprotów z „trzech dni” — znacznie gorszemi. Że zaś Kułak miał klientelę pierwszorzędną — z „dziadami” interesów nie robił — i w dodatku sam tym swoim szprotom z „trzech dni” zrobił konkurencję zupełnie świeżemi — ani się nawet nie spodziewał, że przyjechawszy na święta Bożego Narodzenia na ląd, zamiast inkasować złocisze, będzie musiał wycofać wszystkie skrzynki z trzydniowym towarem i zastąpić je nowemi. Tak stracił czterdzieści centnarów uwędzonych szprotek, poczem miały nastąpić nowe klęski.

Gdy w mieście tańczą w najlepsze...

Etta rozpalała ogień pod kuchnią.
Zaspana, z rozczochranemi, czerwonemi włosami i podkrążonemi oczami, obrzękłemi od snu, poziewała, dygocąc z zimna.
Przystawiwszy dzbanek z kawą do ognia, wyskoczyła na podwórze po drwa.
Była noc, gwiazdy świeciły jeszcze jasno, dął słaby wiatr północny. Z zatoki dolatywały klarnetowe krzyki łabędzi. Zresztą tak tam, jak i na Bałtyku było cicho. Z kominów pobliskich domów tryskały świecące strugi dymu. Gotowano śniadanie dla tych, co wyjeżdżali na morze. W wiosce panował cichy, ale wyraźny ruch. Słychać było odgłos ciężkich kroków, pukanie do okna, stłumioną rozmowę.
Kierując się ku zatoce, przesunął się cicho koło płotu wysoki czarny cień-rybak w zydwestce, z kręgiem lin na plecach i z długiemi wiosłami na ramieniu, rzekłbyś, idący na bój rycerz w hełmie i z kopją.
Wyszedł Bernard z kręgiem lin, dragą i innemi przyborami, które niósł do zatoki na łódź.
— Norda naddała! — zauważył, mijając siostrę.
— Ale wiatru mało, nie będzie ani na żagiel — odpowiedziała Etta. — Będziemy musieli ciągnąć.
Bernard pobiegł nad zatokę.
W pokoju przy świetle zakopconej lampy stary Paweł, zupełnie już ubrany, wadził się z młodszym synem, który kaszlał i jęczał przy ubieraniu się.
— Weź drugą koszulę, Józk! Zaziębły jesteś! — upominała syna z łóżka matka, słysząc jego głęboki, chrapliwy kaszel.
— Jo, drugą koszulę i pierzynę — mówił stary swym głębokim, miękkim basem. — To jest rybak! Wiodro fajn, zimnoty żadnej niema, a on kaszle jak stary koń!
Chłopiec mruczał coś niezrozumiale i stękając, ubierał się dalej. Wszystkie kości go bolały. Włożył dwie flanelowe koszule, na to z trudem naciągnął gruby, wełniany trojer i wyczerpany szamotaniem się z nim, sycząc z wysiłku, tak mu w głowie strzykało, zaczął wciągać na grube, manszestrowe buksy — wysokie nieprzemakalne skorznie, słomą dla ciepła wypchane.
— Zaziębły, chory! — buczał stary. — Jo w twoim wieku nieraz przez pięć dni nie spałem, bo jak zając biegałem po linjach i rajach!
— I biegalibyście dotąd — syknął syn — gdyby się nie znaleźli młodsi, mądrzejsi, którzy pobudowali sztimry!
— Jo, sztimr dobra rzecz! — pochwalił stary, niezrażony złośliwą uwagą syna. — Ale ojce nasi sztimrów nie znali, a żyli długo i zdrowi byli, nie kaszlali... Za moich czasów manc nie było!
— Toście nawet manc wymyślić nie mogli! — drwił syn.
— Jo! Ciemną nocą w zimie musieliśmy za śledziami, za bretlingami wyjeżdżać na morze z niewodami, a potem zaraz bieżać z rybą do Gdańska... Nieraz dwie noce się nie spało dla trzech marek... A braliśmy z sobą na drogę tylko kawałek solonego węgorza i burak cukrowy na pragnienie...
— Jest to moja wina? — zniecierpliwił się młody, którego drażniły wspomnienia z głupiej, jego zdaniem, przeszłości. — Mogliście brać chleb! Nikt wam nie bronił!
— Nie było, synku, chleba, nie było! — łagodnie odpowiedział ojciec, a spostrzegłszy wchodzącego Bernarda, zawołał na córkę:
— Etta, dawaj fresztyk!
Powoli jedli pachnącą dymem, tłustą, gorącą słoninę z chlebem, popijając kawę.
Józk po kilku kęsach ze wstrętem odsunął swój talerz. Tłusta słonina rosła mu w ustach tak, że jej nie mógł przełknąć.
— Czemu nie jesz? — napomniał go ojciec.
— Jestem już najadły! — odpowiedział, chciwie pijąc kawę.
Etta pierwsza zjadła. Ukroiwszy kilka kromek chleba, nasmarowała je sadłem i zawinęła w papier. Miała na sobie buksy manszestrowe po zmarłym bracie, skorznie wypchane słomą, ciepłą spódnicę, trojer, lifkę i grubą kurtkę. Włosy przewiązała szalem.
— Ciemno jeszcze! — westchnął stary, wstając od stołu i spoglądając w okno. — Pracować człowiek musi, ale mnie chyba już czas pod psieckiem żaki wiązać, na wangorze chodzić, laskorn ciągnąć na strandzie, a nie wiecznie na morzu, nieraz w sztorm, w zimnotę, mokry cały... Siedemdziesiąt dwa lata...
— Do Australji! Do Australji! Do Australji! — powiadał sobie w duchu Józk.
Stary pozbierał eltychy, przerzucił je przez ramię i skierował się ku drzwiom.
Za nim wyszedł Bernard.
— Nie jesteś ty chory? — pytała matka z niepokojem Józka, który znów się zakaszlał.
— Nei! — odpowiedział, z trudem chwytając powietrze.
— Mora cię dusi, bo bardzo jęczysz w nocy! — mówiła. — Wiem ja, co to za mora! Widzisz, co narobiłeś!
— Stare głupstwa! — żachnął się, zdejmując strzelbę ze ściany.
— Uważaj na siebie, synku! — napominała go. — Waliszów Paweł nie uważał —
Chłopak zwrócił się ku matce tak, że mogła widzieć w świetle lampy jego różową, wciąż jeszcze chłopięcą twarz z dziecinnemi dołeczkami w policzkach i zmierzwioną, jasną czuprynę.
— Nie myłeś się, nie czesałeś.
— Jo, neńko, jak się zmoczę, będę umyty i uczesany.

Na podwórku naddali Józkowi i Bernardowi na ramię mance i lejpry, dziewczyna wzięła w rękę szpadę i tak powędrowali we czworo cichemi uliczkami ku zatoce.

Mewy.

Wyszedłszy z wioski szli naprzełaj przez torfiaste pażyce do Westowego Oku, gdzie od niepamiętnych czasów przykładali. Gdzie niegdzie cienki lód chrupał dźwięcznie pod ich stopami, jak potłuczone szkło.
Za wsią zrobiło się jaśniej. Od morza szło czyste, orzeźwiające tchnienie. Po drugiej stronie mrugało białe światło oksywskiej bliży.
Niedaleko brzegu zamajaczyła czarna sylwetka żaglowego batu z przechylonym trochę, jakby drzemiącym, zaspanym masztem. Szeroki, czarny kadłub bezwładnie leżał na wodzie. Łódź spała.
Młodzi weszli w wodę i brnąc przez nią powoli, ponieśli mance, lejpry, antryby i eltychy, Józk z Ettą wdrapał się na łódź, a Bernard wrócił po ojca, którego musiał przenieść na plecach, bo stary miał dziurawe skorznie. Tymczasem Józk rozwijał żagle.
Gwiazdy gasły, zaczęło szarzeć, blade dotychczas wody jaśniały z każdą chwilą coraz silniej.
Łódź dość lekko wybiegła w zatokę, na której czerniało już kilka sylwetek żaglowych łodzi z Kuźnicy. Na ciemno granatowym pasie drugiego brzegu wciąż migało jasne, białe światło oksywskiej bliży. Rozwidniało się.
Ledwie wypłynęli na zatokę, już zaczęły się odrywać od cieniów nadbrzeżnych żaglówki, wciąż czarne w bladym brzasku zimowym. Niektóre wyprzedziły ich, i zanim się obejrzeli, płynęli pośrodku cichej, chyżej floty rybackiej.
Gwiazdy pogasły, na srebrzystych wodach błękitnym ogniem rozpalił się świt. Na wschodzie wystąpiła na ciemno granatowem niebie smuga krasna, jak ułański rabat.
Łódź powoli drewała — to jest płynęła z wiatrem i z prądem. Fale mlaskały u jej boków, czasem twardo zachrzęścił śryż.
— Jo! Zawsze wiatr w oczy! — rzekł, mrużąc powieki stary Paweł, który sterował, a ponieważ sterował stale, przeto stale wiatr dął mu w twarz.
— Dziś go dużo nie macie! — odezwał się Józk. — Na innych łodziach ciągną antrybami, tylko my śpimy.
Założyli w dołki kilkumetrowej długości wiosła i pochyliwszy się nieco wtył, zaczęli ciągnąć.
Na wschodzie zwolna rozżarzyła się złotoczerwona glorja, wzeszło słońce i ciepłym, różowym ogniem oblało zatokę, łodzie, żagle i twarze rybaków. Tylko prawy brzeg z bladobłękitnym brylantem latarni był wciąż ciemnogranatowy, ale i tam już w oknach dalekich domów słońce zaczęło rozpalać pomarańczowozłote ognie. Morze grało blaskiem tak żywym, iż, rzekłbyś, za łodzią goniły różnobarwne płomienie.
Rybacy wiosłowali w milczeniu, z twarzami zwróconemi ku słońcu.
Józk długo patrzył w rozpalające się na wschodzie Podniesienie, wreszcie rzekł sam do siebie, tkliwie, jak zachwycone dziecko:
— Sloneczko!
Ale na morzu błysnęło coś, co w tej chwili zwróciło jego uwagę. Coś błyszczało na złotym płacie wody. Pochylił się nieznacznie, wziął dubeltówkę, opartą o burt łodzi, i nabił ją.
— Perżno do ostu — rzekł do ojca. — Miewy.
Stary posłusznie nacisnął elmąt.
Nie zauważywszy niebezpieczeństwa, mewy siedziały dalej. Niektóre tańczyły w powietrzu tuż nad wodą.
Józk strzelił z rzutu dwa razy. Stado zmieszane, zerwało się, zatoczyło półkole, zatrzepotało skrzydłami, aż z nich iskry poszły.
Jeden ptak spadł z powietrza, próbował się poderwać — siadł na wodzie. Dwa inne leżały.
Łódź była blisko.
Ranny ptak widział, jak człowiek sięga po martwego ptaka i rzuca go do łodzi. Mimo, iż tylko skrzydło miał strzaskane, nie ruszał się, nie próbował nawet ucieczki. Spokojnie patrzył na wyciągającą się ku niemu rękę i nie krzyknął nawet, gdy go podniesiono za skrwawione skrzydło. Twory jednego Boga dzieliła nieprzebyta przepaść.
Człowiek złożył skrzydła ptaka i uderzył lekko jego główką o burtę. Oczy mewy zaszły mgłą.

Rybacka pasja.

Edward Kunsztowny zgryzł się niemało ucieczką genjalnego szewieca, którego, prawdę mówiąc, sam był we wsi osadził, ale choć pomstował niesłychanie i krzyczał, że bialce oszusta trzeba powiedzieć „Rrrrrrraus”, w głębi duszy tak straszną mściwością bynajmniej nie pałał, niczyjej krwi nie łaknął, jako człowiek doświadczony niejedno rozumiał i wybaczał, więc choć się szewiecowi (nieobecnemu) odgrażał, że jak go spotka w Gduńsku (do którego się wcale nie wybierał i w którym był ostatni raz Bóg wie kiedy), że go żywcem rozszarpie, z pewnością, spotkawszy go, nietylko nie wywarłby na nim żadnej zemsty, lecz postawiłby mu niejednego „jednego”, aby się dowiedzieć, co się dzieje tak z genjalnym wynalazcą, jak i jego genjalnym wynalazkiem.
Została mu tylko w duszy jakaś nieokreślona żałość, coś w rodzaju choroby, którą jednak znosił cierpliwie, nie narzekając, lecz wzdychając pokornie i przy słowach modlitwy „i odpuść nam nasze winy, jako i my odpuszczamy naszym winowajcom” stale myśląc o nieuczciwym szewiecu.
Pewnego poranku zjawiła się w domu Edwarda Kunsztownego kuzynka jego żony z Chałup, skąd Edwardowa pochodziła i gdzie miała dom po rodzicach. Wyszedłszy wraz z siostrą zamąż i zamieszkawszy w domu męża, pozwoliła za jego zgodą ubogiej a bezdomnej kuzynce, wdowie z kilkorgiem dzieci, w domu po rodzicach zamieszkać. Biedna kobieta skorzystała z jej pozwolenia w ten sposób, że zaczęła uważać dom za swoją własność, a wynajmując na lato pokoje letnikom, ani nawet nie pomyślała o tem, aby dochodem podzielić się z prawowitemi właścicielkami domu, słowem na cudzym majątku rządziła się jak szara gęś.
Trwało to kilka lat, aż wreszcie doprowadziło do procesu.
Proces ten, mający wszelkie prawne uzasadnienie, usprawiedliwiony był jeszcze i tem, że stary Edward, nie wyjeżdżający już na rybołówstwo, bardzo potrzebował gotówki na rozbudowę domu, która dałaby mu w lecie większy dochód z letników, zaś szwagier jego był tak biedny, iż każda suma była dla niego darem Bożym.
I otóż teraz, „zwyciężona prawem” niedoszła przywłaścicielka domu żony Edwarda Kunsztownego, skazana przez sąd na natychmiastowe opuszczenie nieswojej chałupy, przed świtem wstawszy, pieszo przywędrowała do Jastarni i ze łzami w oczach błagała o zmiłowanie i miłosierdzie.
Dzień był słoneczny, ale trochę mroźny, kobieta była dość kiepsko ubrana, więc Edwardowa, choć była na nią „rozguerzona” za ten cały proces, dała jej gorącej kawy, chleba i przysmażonej słoniny.
Kuzynka jadła, płacząc rzewnie. Cóż teraz z sobą i dziećmi pocznie, gdzież się podzieje!
Edwardowa słuchała jej ze współczuciem, sama nie wiedząc, co teraz ta wdowa z dziećmi i ze sobą zrobi, ale sprawa o dom była wygrana, sąd jej i siostrze prawo do budynku przyznał, Edwardek potrzebuje pieniędzy na rozszerzenie domu, no a siostra...
Dlatego nic nie mówiła, lecz czekała na męża, który pojechał po drzewo do lasu.
Edwardek wrócił z lasu zmęczony, różowy z zimna i głodny. Uprzejmie i łaskawie przywitawszy się z kuzynką żony, przedewszystkiem zażądał jeść. Żona podała mu obfite śniadanie, do którego zasiadł w towarzystwie sześcioletniego Eryka, swego stałego towarzysza podczas wycieczek do lasu.
— A Emilce dałaś co zjeść? — zwrócił się do żony, ruchem głowy wskazując jej kuzynkę.
— Ja już jestem najadła, — oświadczyła kuzynka.
— To jest dobrze, osobliwie! — pochwalił Edward. — Jo, czlowiek nie najadły ma glupi rozum.
I najspokojniej jadł dalej, lepsze kęsy podsuwając synowi, a swojemi dzieląc się z psem.
Mogłoby się zdawać, że zupełnie nie wiedział, poco kuzynka żony do nich przyszła, tak był pogodny, spokojny i grzeczny. Dlatego babina ze łzami w oczach zaczęła mu opowiadać o swem zmartwieniu i nieszczęściu, narzekając na swą ciężką dolę i płacząc nad tem, że jeśli ją z domu jego żony wyrzucą, dzieci pomarzną, bo będą musiały spać pod gołem niebem, w chałupach miejsca niema, prócz tego, jeżeli się ludzie dowiedzą, że ona nie ma prawa wynajmowania mieszkania na lato, to nikt jej nie da nic na borg i wraz z dziećmi będzie musiała z głodu umrzeć.
Było w tem dużo przesady i Edward Kunsztowny o tem wiedział. Mimo, że na Rybakach niema żadnych filantropijnych organizacyj, nikt tam nigdy z głodu nie umarł, ani na mrozie nie zamarzł. Ci chrześcijanie nie potrzebują organizacji na to, aby pomagać bliźnim w potrzebie. W każdym razie jednak położenie kuzynki żony było bardzo ciężkie i to Edward Kunsztowny rozumiał doskonale. Wyrzucić ich z domu — staną się z nich sztrece.
Słońce świeciło okrutnie ładnie, w ciepłym pokoju wiejąca za oknami „norda” przyjemnie śpiewała, więc Edwardek spokojnie słuchał, co mu kobiecina ze łzami w oczach opowiadała — i rozmyślał.
Najadłszy się dosyta, legł na łóżku i słuchając, rozmyślał dalej.
Trwało to tak długo, aż wreszcie kobieta wyczerpała cały swój zasób słów i tylko cicho płakała.
Słychać było jej zrezygnowane pociąganie nosem, żałosne westchnienia i ciche pogwizdywanie garnków w kuchni.
Wtedy weszła do pokoju Edwardowa i na nowo wszczęła rozmowę.
Edward słuchał dłuższy czas, aż wreszcie odezwał się do kuzynki żony:
— To, coś nam, Milka, zrobiła, nie było od ciebie ladnie. Żona pozwoliła ci w swym domu mieszkać, a ty za to chcialaś jej dom zabrać. Jest to wdzięczność? Nei, to jest niewdzięczność. I za to zostałaś ukarana, za to przed wszystkimi zrobili ci w sądzie wstyd i kazali ci z domu się wynieść.
Milka słuchała, chlipiąc z pokorną skruchą, ale nie bez jakiejś nieokreślonej nadziei.
— Teraz musisz iść z domu precz, a dokąd w zimie z dziećmi pójdziesz? Nie masz ani bulwy, ani węgla dość, ani detków... Tak cię Pan Bóg ukarał za twoje grzechy, osobliwie!...
Tu Edward pociągnął nosem i z żałością pomyślał o krzywdach, jakie go spotkały. Szewiec z Gdańska, teraz ta kobieta...
Ogarnął go niewysłowiony smutek połączony z łagodną, słodką pokorą.
— Jabym ci mógł kazać iść z budynku precz, ale ja tego nie zrobio — mówił dalej z pewną melancholją w głosie. — Ja mam dach nad głową, mam swój dom i szwagrowa, choć niebogata, także ma gdzie mieszkać... A ty nie masz nic... Dlatego, choć ja mam prawo powiedzieć ci: — Idź precz! — bo mi to prawo dał sprawiedliwy sąd, i choć ty okazałaś nam niewdzięczność, ja ci tego nie powiem, ale pozwalam ci mieszkać dalej w domu żony i nie wypędzam cię... Sąd powiedział, że dom nie jest twój jak ty chciałaś, tylko żony i jej siostry... Tak jest, sprawiedliwie... A teraz możesz w tym domu mieszkać dalej.
Tu Edward z przyjemnością pomyślał, że na polu jest „norda” i mrozik a w pokoju ciepło, on zaś syty, leży na pierzynie i grzeje się po wycieczce do lasu, krowę ma i świnię zabitą. I nie jakaś wyższa szlachetność, lecz zwykła ludzkość przemówiła przez niego, gdy rzekł:
— Jo, osobliwie, każdy człowiek musi doch mieć dach nad głową!
To rzekłszy — chrapnął.
Edwardowa bez szemrania wyrok ten uznała i kuzynka, jeszcze raz napojona kawą, z radością w sercu powędrowała do Chałup.
Koło południa Edward wstał i poziewając potężnie wyszedł przed dom.
Stał, przyglądając się, jak chorągiewka na wieży kościelnej fruwa i kombinując wiatr, trochę przytem znudzony, jako że żona poszła odprowadzić kuzynkę, skutkiem czego nie miał z kim mówić.
Stojąc tak przed swym budynkiem i czekając na sposobność pogawędki, trochę nieswój i nie w humorze, z przyjemnością przyglądał się igraszkom Morzka, kundysa, który mu został po letnikach. Pieska tego, nieznośnego, łaciatego zarozumialca, bardzo lubiał i choć na niego często krzyczał, a nieraz zabierał się do bicia, w rzeczywistości do tego stopnia podziwiał jego odwagę i zuchwalstwo, że mu na wszystko pozwalał.
Tak więc nie bez przyjemności przyglądał się figlom Morzka z Erykiem, gdy nagle ujrzał coś, co serce jego napełniło zgrozą.
Oto mały Eryk, który również bardzo Morzka kochał, bawił się z nim tak, że drażniąc go, podsuwał mu pod pysk swą czapkę, a gdy pies wbił w nią zęby, Eryk szarpał nią i wydzierał mu ją ku wielkiemu zadowoleniu psiaka, który targał sukno z całą rozkoszą, młodemi zębami wydzierając z niego ogromne strzępy.
A była to mucka „okrutnie śliczna i ladna”, a którą Edward Kunsztowny własnoręcznie uszył synowi w długie wieczory jesienne z manszestru, pozostałego mu ze starych buksów.
Przez jakiś czas przyglądał się temu urąganiu swej pracy z chłodną urazą. Potem przyszło mu na myśl, że jednak chłopak postępuje niewłaściwie i że nie można mu na to pozwalać.
— Co ty robisz Eryku — zawołał. — Czy ja zrobiłem ci czapkę poto, żeby ją szczerz zjadł? Pylesa!
Chłopak nieufnie zbliżył się do ojca, którego jasne oczy zaczynały niesamowicie gorzeć.
— Co ty robisz, Eryku! — wołał drżącym ze złości głosem. — Szczerza czapką karmisz? A kto ci tę czapkę zrobił? Kupiłeś ją? Od kogo ją masz dostaną, ty łajdaku?
Tu stary wziął chłopca za rękę.
Serce jego przepełnione było goryczą niewypowiedzianą i żalem, który z każdą chwilą przechodził w coraz większy gniew.
— Ja ci pokażę, co to znaczy szczerzowi dawać czapkę do jedzenia — mówił, potrząsając rączką chłopca, którego usteczka zaczynały się boleśnie wykrzywiać, bo tatk ściskał jego rękę coraz silniej. — Ty zobaczysz! Ty dostaniesz bicie!
Chłopak zaczął ryczeć. Tatk kochał go i on kochał tatka, ale czasem wskutek jakiegoś nieporozumienia tatk rżnął skórę, a wtenczas było bardzo źle.
Podrażniony płaczem chłopca tatk wciągnął go do kuchni i wydarłszy mu z rąk podartą przez psa czapkę, zaczął krzyczeć:
— Z własnych starych buksów uszyłem ci tę muckę, sam ja uszyłem ci ją tak okrutnie ladnie, że każdy pochwalić musiał, a ty co z nią uczyniłeś?
Chłopak milczał. Jego wielkie, szafirowe oczy były pełne łez. Co miał mówić? Wszakże tatk sam widział, co on „uczynił”, na co zresztą sam niejednokrotnie patrzył.
— Uszyłem ci taką muckę, jakiej żaden król nie miał, a ty ją szczerzowi daleś zjeść? — krzyczał coraz głośniej rozgniewany Edward. — A co ty teraz na głowę obujesz? Zima już, będziesz teraz z bosą głową chodzil? Ja cię rozszarpio, ja cię zabijo!
Wygłaszając ten srogi monolog, Edward szukał gorączkowo lejpra, który tak rybakom, jak i marynarzom od wieków służy za narzędzie kary. Znalazłszy linę, nagle zmienił zdanie.
— Ja cię powieszo! — oświadczył dziecku.
Edward Kunsztowny był człowiekiem bardzo dobrym, ale nadzwyczajnie uczuciowym. Prawda, że widok poszarpanej przez psa czapki rozgniewał go, rozumiał jednak dobrze, iż to głupota dziecka. Z urazy do świata, z żalu do genjalnego szewieca i z gniewu postanowił chłopca ukarać, co zresztą było zupełnie słuszne, bo chłopak powinien za lekkomyślne zniszczenie drogocennej czapki ponieść karę, ale Edward karać nie lubiał, skutkiem czego konieczność karania doprowadzała go do wściekłości.
Tak też teraz zmuszony do ukarania synka coraz więcej rozjątrzał się i tracił panowanie nad sobą.
— Ty niczego nie uszanujesz! — krzyczał na chłopca. — Ty wszetko zmarnujesz! Ale ja cię tego oduczę! Ja cię tu na kawałki potargam! Ja cię zabijo!
Chłopak płakał, a stary, widząc to, sierdził się coraz więcej.
A wówczas starego porwała pasja, ta wściekła pasja rybacka, która jak „tamcza” nagle wszystko przesłania czarną mgłą.
— Ja cię powieszo! — krzyknął naraz, już nieprzytomny z gniewu. — Ja cię powieszo!
To mówiąc, przeciągnął przez belkę linę, i zaczął wiązać na niej pętlę dla syna.
I kto wie, na czemby się skończyło, gdyby nie pan Tomasz, który, zamówiwszy u Edwarda Kunsztownego fotel, przyszedł dowiedzieć się, co się z tym sprzętem dzieje.
Eryk nie został tym razem powieszony, zato przez dwie godziny musiał odmawiać klęcząco modlitwy, co mu doskonale wpłynęło na sumienie, a także na wyrobienie pamięci.

Kaszubska krzywda.

— Doch oni są wyjechani! — mówił żałośnie podrażnionym głosem pomocnik pana Kułaka Ignacy, patrząc przez zakurzone okno wędzarni na słoneczną zatokę.
— Czy oni są wyjechani, czy nie, to ciebie, ani mnie nic nie obchodzi! — tłumaczył Kułak, majstrując koło zepsutej skrzynki. — Do Helu jechać musisz, bo ja potrzebuję ryb.
— Doch oni mogą mieć bretlindzi dostane! — protestował Ignacy, który, choć był swemu chlebodawcy wierny, nie chciał być „lichy” swoim.
— Co będzie, jak oni będą mieli co dostane, to moja rzecz — mówił dalej spokojnie Kułak, — Ja mam w Helu już umówione... Nasi mogą mieć, albo nie, Helanie będą mieli na pewno... Musisz jechać...
— A detki są?
— Detki będą w niedzielę.
— A jak nie będą?
— Ciebie o to głowa niech nie boli, nie ty będziesz płacił.
— Ale doch oni na moje słowo rybę dają, w tem jest moja era.
— Cóż ty myślisz, że twoja era jest lepsza od mojej?
— Jak dla kogo. Mnie do pańskiej ery nic, pan Kułak, ale o swoją dbać muszę.
— Słuchaj, Ignacy: dla kogo ty ryby kupujesz, dla siebie, czy dla mnie?
— Jo, dla pana, ale jak im pan w niedzielę nie zapłaci, to na kogo oni będą szkalować, kto z nimi będzie musiał gadać, pan, czy ja?
— Ja będę gadał.
— A ja będę musiał słuchać, jo?
— To możesz iść do djabła! — warknął Kułak groźnie.
Głęboko religijny Ignacy oburzył się.
— To nie jest dobrze od pana posyłać mnie do djabła! Za moją życzliwość...
— Ja twoją życzliwość mam w rzecy! Niczyjej życzliwości nie potrzebuję. Ja ci nie płacę za życzliwość, tylko za robotę.
— A życzliwość ludzka to dla pana nic?
— Nic!
Kułak postukał młotkiem po skrzynce i zaczął mówić:
— Ja nie mam dla ciebie żadnej życzliwości. Ja ci jej nie wypominam. Ja ci płacę za robotę. Ale zupę wangorzową od wangorzowych bebechów zawsze masz i śledzie ode mnie masz i szproty.
— Jo, abfale, takie jak się świnom daje.
Kułak poczerwieniał.
Istotnie dawał odpadki, mianowicie te śledzie lub szprotki, którym przy pulowaniu czy wytrząsaniu pourywały się głowy. Wędzić takich ryb nie mógł, bo ryby wytyka się przez skrzela i głowę — wyjąwszy jedne fląderki, które się wiesza za ogon — ale były to ryby zupełnie świeże. W dodatku — szproty gotuje się i smaży bez głów.
— Szkoda, żeś mi tego wcześniej nie powiedział — odezwał się po chwili. — Więcej tych abfalów ode mnie nie dostaniesz. Wezmą je inni.
Ignacy zmartwił się. Wiedział, że Kułak dotrzyma słowa i każe się długo i pokornie prosić, zanim co da. Więc złość zaczęła się w nim burzyć.
— Jo, jo! — bąknął. — To jest za to, że my pracujemy u pana nie po osiem godzin, ale i po szesnaście — bez żadnej dopłaty. A żeby się tak o tem w urzędzie pracy dowiedzieli...
Kułak spojrzał na niego jak wilk.
Oczy błysnęły mu groźnie.
Bo to była też prawda. Tak istotnie było. Ale była to praca niestała. Dziś zwieziono kilkadziesiąt centnarów, które trzeba było jak najprędzej przerobić — jedni pracowali do dwunastej w nocy, drudzy od północy do rana — cała rodziną i wszystkie kuzynki Ignaca, zresztą nie mające żadnych zarobków. A potem nieraz przez dwa tygodnie nie było żadnego ruchu. Jakże tu skalkulować pięćdziesięcio- i stuprocentowe dodatki nocne? Jak wobec tego wyglądałaby cała kalkulacja? Zresztą Kułak nie uznawał żadnych socjalistycznych fanaberyj. Chciał być panem u siebie.
— Jak będziesz jechał do Helu, powiesz w Boru Amtsdienerów Stancy i Anie, żeby do mnie w niedzielę przyszły.
— Poco?
— Bo mi się tak podoba.
Przeklęty Poluch! Gotów do wędzarni wziąć dziewczęta z Boru.
Zawrzało w Kaszubie, ale milczał. Przestępował tylko z nogi na nogę i wyglądał przez okno w zatokę. Aż tu słychać było, jak się we wiku kulpsie drą, lecz widziany przez okno wędzarni świat wyglądał jak przesłonięty krepą.
Kułak wciąż coś majstrował.
Ignacy myślał i myślał. Prawda, że Kułak był czasem trochę ciężki, ale nie był zły. Ignacemu było przy nim dobrze, trosków żadnych nie miał. Trudno, trzeba gębę stulić i dalej służyć.
Odwrócił się, aby iść po furmankę i jechać do Helu, gdy naraz zauważył, że Kułak tnie gruby drut — jego nożyczkami.
— Ale co pan robi? Pan Kułak!
— Widzisz! Tnę drut, bo jest za długi.
— Doch to są moje szery!
— No to co?
— Połamie mi pan!
— A ty u mnie jeszcze na głupie szery nie zarobiłeś?
— Głupie — nie głupie, to są doch moje szery!
— A kto ci dał ten kożuch, w którym chodzisz? Nie ja? A w czyich bluzkach chodzą twoje córki, jak nie w mojej siostry?
To mówiąc, w dalszym ciągu najspokojniej krajał drut.
To wszystko było prawdą. Łączyło ich siedem lat pracy, na czem Ignacy się dorobił, z łatwością żywiąc żonę, starkę i trzynaścioro dzieci, które wszystkie w miarę jak dorastały, zarabiały w wędzarni Kułaka po czterdzieści groszy za godzinę. Przeszli razem niejedno i zżyli się — ale doch Kułak na tem zarobił — a ile, Bóg jeden wie! — i ancug ma nowy za jakich trzysta złotych, i papierosów samych pali za dwa złote dziennie — na same papierosy wydaje miesięcznie tyle, że drugi miałby za to dwa miechy mąki! Nie siedziałby on tu, gdyby mu nie lubowało!
— Ale doch to są moje szery! — powtórzył drżącym ze złości głosem Ignacy. — Pan mi je połamie!
— Jak połamię, to ci kupię dziesięć takich!
Teraz — wszystko jedno!
Ignacego porwała nagła, niepowstrzymana rybacka wściekłość.
— Ja nie chcę, żeby mi pan kupował! — wrzasnął. — To są moje szery! Dał mi pan kożuch, żebym w pańskich interesach mógł jeździć! Ja mam zdrowie dla pana stracić? A jeszcze — skąd ten kożuch, kto wie? A te bluzki, co pan dzieciom dał — czy ja wiem? — może z trupa? Ja łaski nie potrzebuję, szery są moje, a tych siedem groszy, co mi pan winien, to ja sześć lat już przez księgi przeprowadzam i pan mi ich nie oddaje! Co będzie z temi siedmiu groszami, pan Kułak? A wczoraj aż z Boru rybak się wracał, bo mu pan do sześćdziesięciu złotych czterech groszy nie dopłacił! Nie wstyd panu? A teraz ja mam do Helu jachać, na swoją erę od Elan rybę brać, a pan sam nie wie, czy pan w niedzielę zapłaci? Sruna taka firma, co detków nie ma!
Wtem, zobaczywszy oczy Kułaka, urwał i wyskoczywszy z wędzarni, zaczął zmykać.
W porę, bo tuż koła ucha furknęły mu „jego” ciężkie nożyczki.
Oddaliwszy się, stanął i odetchnął głęboko.
— Och, djabeł z niego wyjrzał! — mruknął. — Będę ja teraz miał!
Szedł, myśląc, że trzeba będzie przeprosić.
— Bo te Poluchy są strasznie zawzięte! A niegłupie!
Zaś Kułak stał jakiś czas nieruchomo, jakby w słup zamieniony, a potem powoli zamknął wędzarnię i poszedł do lasu.
Przez pewien czas błądził wśród drzew bezcelowo i niezdarnie, jak niedźwiedź chory na zapalenie okostnej.
A potem nagle rzucił się na tęgą pobliską sosnę i potężnym chwytem objąwszy jej pień, zaczął się z drzewem borykać.
Stara sosna drżała i dygotała, jak w czasie burzy. Kułak sapał, zgrzytał zębami, aż wreszcie, zmęczony, zaklął, oparłszy się o pień sosny, odpoczął chwilę i zdyszany, lecz uspokojony, powiódł się do Papaszka na dobrze zasłużoną szklankę piwa.

Nieszczęście.

— Miewy są? — pytał Paweł, który odwrócony tyłem do kierunku łodzi, nie widział, co się przed nią dzieje.
— Nie widzę! — odpowiedział Bernard, wpatrując się w błyszczące morze.
Ubierali się w eltychy. Józk wciągnął szerokie szarawary, a na to wdział długą, przestronną bluzę, tak samo przyodział się stary Paweł i Bernard. Etta, w zydwestce zupełnie podobna do chłopca, wzięła na siebie tylko bluzę.
Ubrawszy się, zaczęli sprzątać na łodzi i chować wszystko, coby im w pracy mogło przeszkadzać. Józk umieścił pod ręką strzelbę tak, aby nie potrzebował jej szukać. A potem wszystko czworo stanęli wyprostowani w łodzi i zaczęli obserwować teren połowu.
Na wszystkich łodziach działo się to samo z matematyczną niemal dokładnością. Łodzie powoli zbliżały się ku miejscu, gdzie zastawione były sieci, niektóre spuszczały już żagle. Zdaleka widać tam było las prek z trzepocącemi na wietrze, wystrzępionemi chorągiewkami. Czasem łopotały żagle, zdala dolatywało zziajane terkotanie motorówek z Mechelinek lub Gdyni, białe motorówki helskie uganiały po morzu. Po drugiej stronie brzeg już był mleczno-błękitny, tu, na lewo, w odległości dwóch kilometrów czerniały lasy półwyspu, przed łodziami falowało żywo wielkie, jasne morze, którem chyżo biegły liczne parowce. Powietrze i niebo nad tem wszystkiem było perłowe.
Przed nimi kilka łodzi wyciągało już mance. Józk przyglądał się im przez chwilę, a potem rzekł:
— Niema bretlingów!
Stary Paweł smutno spojrzał na morze, Józk poczerwieniał z gniewu, Bernard patrzył przed siebie mściwie, ale nie mówili nic.
Ujrzeli biało-czerwoną chorągiewkę swej pierwszej linki.
Opadły żagle, spuszczone przez Ettę. Zwinęła je i położyła na tyle łodzi, żeby nie zawadzały. Łódź kołysząc się, w podskokach zbliżała się do tańczącej preki.
Stary Paweł wyjął ster i stanął u przedniej stewy. Mimo późnego wieku, był o wiele mocniejszy od synów i zwykle imał się najcięższej roboty. To też i teraz on miał linkę wyciągać i podawać synom, gdy zadaniem Etty było składać mance.
Setki razy już podjeżdżali tak do linki, widzieli wielkie, szczęśliwe połowy, przeżyli dużo zawodów, a przecież nie mogli się obronić wzruszeniu i podnieceniu na widok fruwającej na kiju wśród fal biało-czerwonej szmatki. Cóż może wiedzieć wypłowiała płachetka o tem, co się dzieje pod wodą w morzu? A jednak oni wpatrywali się w nią i z jej trzepotania się próbowali odgadnąć, czy wzywa ich ku sobie po zdobycz, czy też drwi z nich i natrząsa się tylko.
Wleciała w łódź preka, po niej kotew i draga.
Stary Paweł, z prawą nogą wpartą w przednią stewę, ciągnął mokry, oporny sznur, a za nim ciągnęli go synowie.
— Niema nic! — rzekł Józk, który patrzył w wodę.
Nic, jak nic. Dostali kilkadziesiąt funtów bretlingów i ze dwadzieścia funtów szachwarów, obrzydliwych, szarych raczków, objadających mance ze szprotów lub śledzi. Były tego całe grona wstrętne, szeleszczące jak tarakany i rozłażące się po dnie łodzi.
Kiedy zmienili mance, stary Paweł obtarł wierzchem szorstkiej, wełnianej rękawicy spocone czoło. Na policzkach miał ceglaste rumieńce.
Rozejrzał się dokoła.
Na wszystkich łodziach było to samo.
— Woda próżna! — rzekł. — Żaden nie ma nic dostane.
Żałosnym wzrokiem ogarnął szeroki, jasny horyzont morski.
Zwykle podczas wyciągania linki całe chmary mew tańczyły za łodzią w powietrzu, nieraz tak gęste, że wyglądały niby ściany ruchome. Dziś było ich zaledwie kilka.
Krzyczały głodne.
— Cóż wam dam, kiedy sam nic nie mam! — myślał stary.
Skierowali się ku drugiej lince. Ale tam spotkało ich nieszczęście.
W mancach nie było nic. To „nic” trzeba było mimo wszystko wydobyć w pocie czoła z wody, co też zrobili. Ale, gdy zmieniwszy mance, zaczęli wyciągać ciężką czteroramienną dragę czyli kotwicę, którą tu trzeba było spuścić na głębokość szesnastu sążni, pokazało się, iż kotwica zahaczyła się o coś tak, że niepodobna jej było podnieść.
— Martwa szpera! — rzekł stary.
Była to istotnie „martwa szpera” — wielka krata z belek dębowych i grubych — jak ręka w przegubie — drutów, zbudowana kiedyś przez Niemców na całej szerokości zatoki od Rewy aż do Starego Helu w celu obrony przed nieprzyjacielskiemi łodziami podwodnemi. Zczasem krata osunęła się na dno, gdzie była postrachem rybaków, ponieważ przez nią tracili kosztowne dragi i setki sążni niemniej drogiego lejpra.
To właśnie przytrafiło się teraz Chudym. Kotwica zawadziła o kratę podwodną, utkwiła w niej i uwięzła wśród splątanych drutów tak, że w żaden sposób nie można jej było odczepić. Łódź kręciła się na wodzie. Stary Paweł to cofał ją powoli, popuszczając sznura i naddając go, sądząc, że może kotew sama się wyzwoli i podda, to znów ciągnęli sześciu remami — napróżno. Nie pomogły też inne łodzie, które na pomoc przybiegły. Wodzili się tak z kotwicą z jaką godzinę nadaremnie, aż gdy już żadnej łodzi na morzu widać nie było, stary machnął ręką i przeciął linę, poświęcając dragę i szesnaście sążni lejpra. A w mancach nie było nic.
— Opłaciła się nam ta miska szprotów! — zauważył gorzko Józk.
Ale to był on jeden. Zresztą nie szemrał nikt.
Wyzwoliwszy się tak z niemałą dla siebie szkodą, pożeglali zpowrotem i teraz dopiero, gdy wszystko na łodzi uporządkowali i wyszuflowali wodę, Etta rozdała między nich chleb ze sadłem. Zjedli w milczeniu, poczem Józk zapalił papierosa, Bernard fajeczkę, a stary Paweł wydobył z kieszeni swój rożek z krowiegu rogu.
— Kiedy człowiek jest zmęczony a zażyje tabaki — mówił — to mu się zaraz tak lekko zrobi, jakgdyby własną skórę przez głowę ściągnął.
Wiatru było tak mało, że przez cały czas musieli ciągnąć, a potem, na płytkich miejscach pchać — do siódmych potów. Etta była czerwona jak piwonja, Józk blady — ze szkarłatnemi wypiekami, Bernard miał ceglaste plamy na policzkach i na czole — a równocześnie owiewał ich zimny wiatr południowo-wschodni, który wzmagał się w miarę, jak się zbliżali do celu. Czekała ich męka „kricowania”, to jest żaglowania zygzakiem pod przeciwny wiatr.
Pchając resztką sił, cztery razy już widzieli się za Westowym Okiem, za leśniczówką i dwiema willami, i znowu drewali zpowrotem aż za Bór, pod sam niemal szkolny ogród. Gdy pchali, pot zalewał im oczy, gdy drewali, wiatr ich mroził.
Zmierzchało się, kiedy po długiej, wyczerpującej walce przyłożyli do brzegu.
A wówczas stało się to najgorsze:
Łódź niespodziewanie skoczyła tak, że Józk, który stał na ławeczce, zachwiał się, i straciwszy równowagę, runął na dno łodzi, z której wszyscy już wysiedli. Krzyknął i dźwignął się z twarzą zalaną krwią, buchającą z rany na głowie; w tej chwili jednak ponownie stracił równowagę, zatoczył się i padł ciężko.
Na żaglu przyniesiono go do domu z rozbitą głową i dwoma złamanemi żebrami. W nocy dostał tak silnej gorączki, że stracił przytomność, a prócz tego zaczął pluć krwią.
Na drugi dzień przewieziono go do szpitala w Pucku, gdzie orzeczono, że rana na głowie nie jest niebezpieczna, za to przy drugim upadku na twardy kant ławeczki Józk złamał sobie dwa żebra. Rozpoznano też ogniskowe zapalenie płuc.

Złodziej.

Ciężkie czasy przyszły na Pawła. Pieniądze letników rozeszły się już, a ponieważ stary do maszoperji żadnej nie należał, wangorzowych pieniędzy nie dostał. Rybołówstwo było wogóle liche, a teraz wielce utrudnione z powodu choroby Józka. Etta była dzielną rybaczką, śmiałą, wytrwałą na burze i niepogodę, ale sił nie miała takich jak chłop. Trzeba się było oglądnąć za jakimś wspólnikiem, a także trzeba było postarać się o pieniądze na zapłacenie szpitala, węgiel, mąkę i inne wydatki.
Wobec tego Paweł postanowił sprzedać zachowywane na czas najwyższej ceny węgorze. Cena była już wysoka — fünf und dreissig, a Paweł miał, jak liczył, około trzydziestu centnarów, bo część poprzednio w miarę potrzeby mniejszemi partjami sprzedał. Był to pieniądz niemały, mogący wystarczyć na całą zimę, co jednak wcale nie pocieszało starego rybaka, który odkładał tę sumę na rozszerzenie domu na wiosnę. Ale — wola Boska!
Umówiwszy się tedy z panem Kułakiem, zaprzągł krowę i udał się wraz z Bernardem nad zatokę, gdzie miał doskonale schowane i zamaskowane dwie mocne kisty z dziurkami, przepuszczającemi powietrze. W mniejszej kiście przechowywał piętnaście centnarów węgorzy, w drugiej większej, jak mu się zdawało, co najmniej dwadzieścia. Był to owoc połowów w czasie burz jesiennych, wysiłków ciężkich, ryzykownych i połączonych nieraz z niebezpieczeństwem. Mniejsza kista była w porządku, ale z większą było źle. Dwie wielkie kłódki, na które była zamknięta, ktoś rozbił i wprawdzie nie zostawił kisty otworem, lecz związał mocno zamknięcie sznurem, aby węgorze uciec nie mogły, ale w każdym razie dowodziło to, iż ktoś tu gospodarował. Otworzywszy czemprędzej kistę, znaleźli w niej trzy do czterech centnarów ryby, reszta zniknęła.
Jakże żałobnie szarą wydała im się teraz zatoka, cicha, pusta, jakby odłogiem w zapomnieniu leżąca. Usiadłszy na piasku, długo w milczeniu siedzieli, patrząc na wodę i rozmyślając.
— Jo! — odezwał się wreszcie spokojnym, niewzruszonym basem stary Paweł. — Albo nas Pan Bóg za coś karze albo doświadcza.
— Całe życie nas karze, choć niema za co, a doświadcza przez tyle wieków, że mógłby nas już znać — rzekł z pasją Bernard.
— Nie bluźnij!
— Nie bluźnię. Chcę tylko chleba powszedniego, na który pracuję w pocie czoła — a tego chleba nie mam.
— Bóg tak chciał.
— Jo! Bóg! Nie mieszajcie Boga ze złodziejem. Bóg naszych wangorzów nie jest chciwy. Złodziej był chciwy, złodziej wziął. Mówicie — Bóg! Myśmy pracowali — w sztorm, kiedy nikt na morze nie wyjeżdżał, bo było źle, kiedy po morzu chodziły denedzi jak kościoły, wy, stary człowiek, ja, Józk i dziewczyna — za to nam Bóg wangorze wziął, a dał je złodziejowi? A żeby ten złodziej marno zdżinon, a żeby go ziemia pogryzła!
— Nie bluźnij, synku, i nie przeklinaj, bo nie wiesz, kogo przeklinasz.
— Żeby on był nie wiem kto —
Nagle urwał i przez chwilę ostro patrzył ojcu w oczy.
— Myślicie — zaczął.
— Myślo tak: Z tej kisty złodziej chciał wykraść wszetko. Miał podrobione klucze, przychodził tu nieraz i wynaszał po dwa centnary, po trzy — powoli — dla niepoznaki z początku. Przyjeżdżał konem od wioski i wodą wracał. Szpur na piasku jest tylko z morza i do morza, do kraju żaden szpur nie idzie. Chciał wybrać wszetko, dlatego kistę lejprem zawiązał, żeby wangorze nie wylazły. Lejper zawiązał jak rybak. Wybierał spokojnie, nie bał się, nie śpieszył, wiedział, że jesteśmy w domu. — To był ktoś z wioski, swój.
— Mógł w dzień przyjechać, jak byliśmy wyjechani.
Paweł pokazał mu leżące na piasku spalone zapałki.
— Przyjeżdżał w nocy.
— Czemu drugiej kisty nie wybrał?
Stary długo milczał.
— Nie zdążył, albo nie chciał.
— Łaska boska, że choć coś zostawił... — westchnął z ulgą Bernard.
Ale stary pokręcił głową i rzekł:
— Nei, synku! I tak źle — i tak niedobrze...
Więcej stary nic nie chciał powiedzieć.
Kiedy przywieźli ryby Kułakowi i opowiedzieli mu, co się stało, wędzarz nie okazał żadnego zdziwienia.
— Gdybyście mi sprzedali wangorze wtedy, jak wam mówiłem, nie bylibyście przyszli do szkody! — rzekł im.
— Jo, panie, któż mógł wiedzieć?! — mówił ze smętną pokorą Paweł.
Kupiec zrobił taką minę, jakby chciał coś powiedzieć, ale powstrzymał się.
Bernard to zauważył.
— Tatku, on coś wie! — rzekł, gdy wracali do domu.
— Ech! — westchnął stary.
Tak, nie odzywając się do siebie, wrócili do domu.
Była sobota, Etta myła właśnie podłogę.
Wieść o kradzieży wywarła na niej i na neńce tak silne wrażenie, że obie zaniemówiły. Jakiś czas patrzyły na Pawła, który ze spokojną, smutną rezygnacją opowiadał im o poniesionej szkodzie.
— Ktoby to mógł być? Ktoby to mógł być? — wykrzykiwała neńka.
W głosie jej brzmiało coś — niby strach.
Etta nie mówiła nic. Szorowała podłogę z zaciekłą energją, odsuwając szały, krzesła, łóżka — co jej się zresztą rzadko zdarzało.
Wtem zauważyła pod łóżkiem Józka stary zniszczony portfel, pozostawiony przez jakiegoś letnika, a który nosił jej brat.
Sięgnęła po portfel, otwarła go i ujrzała — banknoty!
Przypomniały się jej słowa Papaszka, przestroga rybaka borowskiego, Kułaka — i od razu wszystko zrozumiała.
Rzuciwszy mokrą, podartą sieć, którą myła podłogę, przysiadła na kolanach i rzekła gorzko:
— Chcecie wiedzieć, kto ten złodziej?
W milczeniu zwrócili na nią oczy.
— Wangorze ukradł Józk!
— Nie mów! — zawołała matka.
— Jak to wiesz? — spytał stary.
Podała mu portfel, mówiąc:
— Wszetko się nalezie przy wymiotaniu.
Stary przeliczył powoli pieniądze.
Po długiej chwili milczenia dostał z kieszeni rożek i wytrząsając wonną „Gozdę” na rękę, rzekł:
— Trzeba się go spytać, komu sprzedał. Głupc, wziął za mały priz. Sto złotych fela. Muszę dopłacić!

Jeszcze sprawa szewieca.

Mimo, że wdowy po szewiecu nie prześladowano, przeciwnie, wspomagano ją, aby z głodu nie umarła, uważano ją, jakgdyby za zakładniczkę i nie spuszczano z niej oka. Sąsiadki zauważyły, że raz i drugi nawiedził ją nawet „poczta”, z jakiemiś listami. Jasne było, że pisał mąż, a ze stempla na kopercie nietrudno było odgadnąć, że pisał z Gdańska.
Jednego dnia rano zauważono na stacji, że Agnes, kupiwszy bilet do Gdyni, wsiadła z małym kuferkiem do czwartej klasy i pojechała. W pierwszej chwili nie zastanawiano się nad tem, sądząc, że prawdopodobnie matka wysłała ją po coś do miasta. Kiedy sobie jednak przypomniano, że doch bialka nie ma pieniędzy i żyje z tego, co wyprosi, że to są sztrece, sprawa wydała się podejrzaną. Natychmiast tedy zatelefonowano do Pucka i do Gdyni, gdzie też dziewczynkę bez trudu złapano. Zeznania jej potwierdziły, co przypuszczano.
Szewiec był w Gdańsku i nawet znalazł pracę, do której jednak niezbędnie potrzebował pozostawionych w wiosce narzędzi.
Przysłał tedy w liście trochę pieniędzy, aby Agnes mogła przyjechać do Gdańska i przywieźć mu je. Polecał przeprowadzić to w jak największej tajemnicy i spodziewał się, że rybacy nie zwrócą na dziecko uwagi.
Stało się przeciwnie. Dziewczynkę przyłapano, odebrano „rzemiosło” i chciano nawet ją samą przywieźć zpowrotem, że jednak miała kupiony już bilet do Gdańska, dokąd jechała na życzenie ojca, zrozumiano, iż zatrzymanie jej byłoby bezprawiem i pozwolono jechać dalej.
Radość z powodu udaremnienia planów „zabójcy” była wśród rybaków w pierwszej chwili wielka. Cieszyli się, że mu dokuczyli, że mu pokazali, iż bynajmniej nie są tacy głupi, jak on sobie to wyobrażał, że przejrzeli jego zamiary i wreszcie za karę skazali go na przymusowe bezrobocie.
Tymczasem szewiecowa wyła już bez żadnych zastrzeżeń. Pozostała wśród obcych na żebraczym chlebie, bez dziecka, bez męża. Ogarnęła ją taka rozpacz, że chciała się utopić, ale sąsiadki nie dały, zajęły się nią, uspokoiły i zaczęły pocieszać.
Mężczyzn zdziwiło bardzo, że żony triumfu ich jakoś nie podzielają — mimo, iż swego czasu pierwsze zwracały im uwagę na tajemniczość poczynań szewieca i pierwsze doniosły o jego ucieczce. Teraz kobiety nie mówiły nic — i to właśnie było dziwne i niepokojące.
Tak się to jakoś stało, że po pewnym czasie i mężczyźni przestali się cieszyć triumfem odniesionym nad szewiecem. Kiedy raz w niedzielę przed kościołem znowu ktoś zaczął się nad tem zwycięstwem rozwodzić, stary Paweł rzekł swoim zwyczajem:
— Jo! A dalej co?
Pytanie to zaskoczyło ich. Co dalej?
O tem nie myśleli.
Co mogło być dalej?
— Cóż nas to obchodzi? — bąknął ktoś.
— Doch jo! — rzekł Paweł. — Tu jest jego bialka. Co ona będzie miała jedzone, jeżeli on nie będzie miał czem pracować? Z czego on żyć będzie z dzieckiem? Z czego wam długi pospłaca?
— On — pospłaca! — odezwały się sceptyczne głosy. — Ani detka od niego nie zobaczysz!
— To naco nam jego rzemiosło? U nas każdy szewiec ma swoje rzemiosło, a kto skorzni szyć nie umie, ten go nie potrzebuje.
Zrozumiano, że Paweł ma słuszność i na drugi dzień, choć nie bez wymówek, bialce rzemiosło zwrócono.
Ale ona wyła w dalszym ciągu i znowu chciała się topić. Nie miała nawet na wysłanie rzemiosła do Gdańska. A cóż tu pocznie? Mąż nie pracuje, więc nie może jej posłać na drogę. Jest bez grosza. Ona może pracować, myć, prać, nosić piasek, ale tu ludzie są biedni, wszystko sami robią.
Rybacy uznali, że słowa jej są słuszne. Tu bialka nie miała nic do roboty, powinna jechać do męża. Prawda, trzebaby w takim razie dać jej na drogę, ale lepiej już to, niż trzymać ją w wiosce. Może potem trzeba będzie płacić za chorobę, za pogrzeb...
To jeden, to drugi przychodził i wsuwał kobiecie w rękę złotego, pół złotego — co kto miał. A żeby po drodze nie potrzebowała prosić... no, i dlatego, że sztrecyna, on w Gdańsku pewnie nic nie ma, głodem przymiera, to dawali — chleba bochenek albo choć pół, słoniny trochę, jakiegoś worszta albo jajek parę czy masła odrobinę — i tak zebrało się i złotych kilkadziesiąt i dwa czy trzy worki rozmaitej żywności. Że zaś kobieta sama udźwignąć tego i zanieść na stację nie mogła, tedy zaprzężono krowę i odwieziono jej worki na stację, gdzie jej je też do wagonu wniesiono.
Pożegnała się czule i serdecznie z sąsiadkami, a kiedy już siedziała w wagonie, rybak, który ją odprowadzał, rzekł jej na pożegnanie uprzejmie:
— Gruessen Sie schoen Ihre Herrn Gemahl! Nichts fuer ungut!
Przed południem tegoż dnia była w Gdańsku.
W nędznej suterenie, w ciemnej i wilgotnej izbie, zajmowanej przez szewieca, panowała tego dnia wielka radość. Szewiec miał przed sobą budlę, wielki bochen jędrnego, pszennego chleba, masło, pachnącego majerankiem „worszta”, wędzoną słoninę i różne dawno niewidziane przysmaki.
A Frau Kunegunde zabrała się natychmiast do mycia podłogi, żałując niejasno w duszy, że tu niema samotnego strądu, huczącego siwego morza i czystego piasku, który tak lubiła nosić...
Właśnie nadchodziły święta Bożego Narodzenia. Kułak, nawędziwszy szprotów, ile się dało, wyjechał na święta do domu. Kobiety i dziewczęta całemi dniami nosiły piasek ze strądu i piekły ubogie kuchy, dobywano solone węgorze, bez których wigilja rybacka nie byłaby wigilją, chłopcy kradli w lesie bomy i choć było bardzo biedno, w duszach prostych, uczciwych ludzi robiło się świątecznie i uroczyście.
A morze było łagodne, mieniące się pięknie, pogodne i ciche, jakby i ono wiedziało, że idą wielkie święta.

List z nad morza.

Tomasz pisał:
— Za listy bardzo Pani dziękuję, a nie odpowiadałem na nie dlatego, że nie wiedziałem, co odpowiedzieć. Przestałem myśleć kategorjami wielkomiejskiemi, czy jak Pani chce.
Co się tyczy wpływu morza na mnie, to uzmysłowię go Pani następującym obrazem:
Pewnego pogodnego popołudnia jesiennego znalazłem się bardzo daleko na strądzie. Morze było ciemnosine, twarde, mało spienione i jasno świecące, z północy wiał taki sobie wietrzyk. Wtem, tam właśnie, na północy, ujrzałem jakgdyby ląd, wynurzający się świeżo w moich oczach z morza. Dźwigały się powoli białe, spłókane wodami ostre, zuchwałe szczyty gór, ciągnące za sobą rozłożyste mocne grzbiety i szerokie, przestronne boki, pełne dolin, kotlin, różnych pochyłości, pól kamienistych i lodowców. Coraz wyraźniej wynurzał się tak z odmętów łańcuch gór, wielki jak Himalaja, powiadam Pani — świat nowy, nierozbudzony jeszcze i czekający na zapłodnienie, ale już pełen nadziei i wiary w siebie. A gdy tak te góry ogromne rosły wciąż i dźwigały się coraz wyżej, z horyzontu trysnęła tęcza i coraz prędzej wybiegając na niebo, zawisnęła na niem, łukiem wielkim ogarniając ów świecący łańcuch górski, a tuż druga tęcza wystrzeliła i rozpięła na wysokościach nieba swój łuk jaśniejący... I trwały długo, długo te siedmiobarwne bramy triumfalne, zbudowane na powitanie milczącego Nowego Świata, wyłonionego z odmętów morskich, tak, że patrząc na nie takie miałem wrażenie, jakgdyby to wody potopu spływały z ziemi, którą Bóg postanowił wydźwignąć z topieli na słońce, a gdy z pod owych łuków, siedmiu barwami promieniejących, wyfrunął nad morze ptak biały, zacząłem wśród gór szukać Araratu z arką bezpiecznie osiadłą wśród wirchów.
Nigdy jeszcze czegoś tak pięknego nie widziałem i to widowisko sklecone przez wiatr z chmur i odblasków pozostanie mi na zawsze niezapomniane. Ileż to razy świat we mnie umierał, jak często trzepotał się w próżni ranny i opadający na siłach — a oto ja widziałem go, jak się znów wynurzał z otchłani wodnej, jaśniejący radością nowego wskrzeszenia, promieniejący nową miłością.
Z tym obrazem w duszy zacząłem swe życie morskie. Starałem się jak najwięcej wyjeżdżać z rybakami i wmyślać się w ich życie, przyczem, pomijając piękno, dla mnie były wszystkie tego życia przykrości, dla nich cały zysk walki, mianowicie jej podniecenie i zdobycz.
Życie jest tu bardzo ciężkie, ale morze to wogóle ciężka rzecz. To właśnie, czego na lądzie unika się.
Wyobraża sobie Pani tysiące ludzi, z całą świadomością polegających wyłącznie na łasce Opatrzności? Tu niema żadnych kapitałów, ani oszczędności, żadnych rezerw finansowych czy żywnościowych, żadnych ubezpieczeń, stowarzyszeń kredytowych, kulturalnych czy kooperatyw, organizacyj filantropijnych, nie, zupełnie nic, prócz możliwości, że o ile Bóg rybę przy pomocy skombinowanych wiatrów ześle, będą ziemniaki i chleb. Proszę to porównać z warunkami pracy i życia na lądzie. A jednak ludzie tu żyją i nie szemrzą.

Morze nauczyło mnie przedewszystkiem kontemplacji — sztuki wielce pożytecznej, a bardzo zaniedbanej w naszym wieku — jak wogóle prawie wszystko, co się odnosi do ducha. Pani nie wie nawet, jak cudownie kontemplacja wpływa na nerwy, jak je wzmacnia. O tem ćwiczeniu duchowem, jego znaczeniu i korzyściach możnaby napisać cudowne studjum, ale kto tej rozkoszy zakosztuje, ten niechętnie o niej opowiada, bo słowy wyrazić ją trudno.
Budzę się w nocy, gdy jeszcze jest ciemno — i myślę silnie, czekając świtu — bo niedobrze sztucznem światłem mącić harmonję ciemności. Lecz gdy brzask rozjaśnia okna, wstaję, ubieram się i wychodzę. Przed domem czekam, aż rybaczki zaczną wychodzić do kościoła. Szarym porankiem idą czarne i w czarnych szalach na głowie, starki zgięte wpół, młodsze kobiety skupione, dziewczęta w jaskrawych sweaterach, ale prawdę mówiąc, dziewczęta są od tej mszy porannej zwolnione, modlą się głównie matki. Często, może nawet za często, przystępują do komunji te kobiety, od wszelkiego grzechu wolne. Bo przecież nie można za grzech uważać plotek, naturalnej zupełnie, dziecinnej zazdrości i chciwości na grosz, bez którego tu żyć nie można. Zdarzy się czasem, że bialka zanadto „szkaluje”, krzyczy na męża, że go spierze korkiem po gębie, ale to nie są żadne grzechy. Nawet nie porównywając tych kobiet z wykwintnemi grzesznicami naszych miast, można o nich powiedzieć, że wiodą żywot święty.
Wiele z nich codzień przystępuje do Komunji św. Patrzyłem na to niejednokrotnie i Pani nie wie nawet, jakie to jest wzruszające. Wiem, że Pani również w przepisanym czasie do Komunji św. przystępuje, pozwoli Pani jednak, że z właściwą sobie delikatnością przejdę do porządku nad tym faktem. Co innego zupełnie zespolenie się z Bogiem, które staje się potrzebą niemal fizyczną. Kułak dużo gada o tem, że to tylko świętoszkowatość, ale to nie prawda. Naturalnie, inaczej przystępuje do Komunji św. kardynał, a inaczej prosta rybaczka, ale różnica nie jest zasadnicza. Pojednać się każdego dnia z Bogiem i ze światem, też coś znaczy.
Powie mi Pani, bo Pani jest bardzo mądra, iż nie dziw, że dla tych ludzi kościół jest wszystkiem, ponieważ nic innego nie mają — ani wykształcenia, ani sztuki, ani odczytów... Tak. Niewątpliwie. Jednakże ludzie, którym zamiast futuryzmu, ekspresjonizmu, kubizmu i t. d. wystarcza kościół, są stanowczo godni zazdrości, a Pani wie, że kościół może zawsze dać o wiele więcej natchnień czystych a potężnych, niż wszystko inne.
Gdy kobiety z oczami utkwionemi w ziemię i rękami złożonemi jak do modlitwy, wracają do domu, aby przyrządzić śniadanie, mężowie ich są na morzu. Znam ich i patrzę na ich życie. Pracują bardzo ciężko i uczciwie zarabiają na chleb. Nie kradną. Las uważają za swą własność — bo ich własnością był! — wynoszą z niego drzewo jawnie. Kradną — opryszki z lądu. Sieci na morzu rabują rybakom szajki Gdańszczan, którzy wyjeżdżają w niedzielę i święta, gdy na morzu nikogo niema i wtedy kradną. Czasem się ktoś upije i już.
Ludzie bez grzechu.
Niech mi Pani znajdzie na lądzie wioskę bez grzechu. Wiarołomstwo, gwałt, wymuszenia, pijaństwo, rozpusta, morderstwa, podpalanie, koniokradztwo, — ba, dziś nawet i pługi kradną, mściwość nie cofająca się przed niczem — to rzeczy pospolite, codzienne! I to się dzieje na wsi — a w miastach co?
O takich różnych rzeczach rozmyślam, stojąc przed kościołem podczas mszy porannej — a równocześnie słucham usilnego nalegania morza na ląd.
Dlatego poranki moje są prawdziwemi porankami, podczas których coś mi świta.
Przebywanie wśród ludzi bez grzechu musi wywrzeć swój wpływ.

A coby też pani powiedziała na taką obserwację?
Oto, przebywając wśród rybaków, spostrzega się po pewnym czasie, że się znajduje wśród ludzi, żyjących po chrześcijańsku.
Czy Pani ma to uczucie, mieszkając w mieście? I czy możnaby to o któremkolwiek naszem mieście powiedzieć? Czy my pamiętamy, że jesteśmy chrześcijańskiem narodem, chrześcijańskiem państwem i żyjemy w chrześcijańskiej Europie?
Dużoby o tem mówić. Wszak Pani sama wie...
Przypominam sobie, jakto jako 18-letni młodzieniec po śmierci matki rozchorowałem się na nerwy. Katecheta, który był równocześnie mym opiekunem, zaprowadził mnie do słynnego lekarza, który mnie starannie zbadał i przepisał, co uważał za stosowne. Nie wzbudziło to we mnie żadnego przekonania, bo wiedziałem, że nie lekarstwa mi są potrzebne. Naraz ksiądz, który mnie odprowadzał, odezwał się z miną niezadowoloną: — Wszystko to dobrze, czy właściwie niedobrze, ale główna rzecz to, że ty żyjesz nie po chrześcijańsku!
Tak trafił w sedno, że aż się zdziwiłem. Odrazu zrozumiałem przyczynę swej choroby. Ale przecie chciałem rzecz głębiej zbadać, więc rzekłem:
— Co ksiądz katecheta ma mi do zarzucenia? Chodzę do kościoła, uczę się dobrze.
— Ja ci nic nie mam do zarzucenia — odpowiedział ksiądz — prócz tego, że żyjesz nie po chrześcijańsku. Na czem to polega, ty sam tylko wiesz.
Miał słuszność. Ja wiedziałem.
Później, po wielu latach przechodziłem raz nad wieczorem koło katedry, w której właśnie odprawiano nabożeństwo majowe. Brama była szeroko otwarta, nad głównym ołtarzem żarzył się łuk świateł, organy grały. Oddawna już żyłem nie po chrześcijańsku i w tem niechrześcijańskiem życiu byłem utwierdzony, a teraz właśnie szedłem na pijatykę z kolegami. Zatrzymałem się tylko na chwilę, ukląkłem — i łzy rzęsiste polały mi się z oczu. Zrozumiałem, że wyrzekłem się czegoś bardzo drogiego dla — głupstwa.
Temu głupstwu różnych odcieni służyłem wiernie i długo. Jakie rezultaty osiągnęliśmy — Pani wie. Zdziczenie zaszło tak daleko, że człowieka religijnego uważa się niemal za głupca.
Tu, wśród ludzi prawdziwie religijnych, gdzie wiara jest żywa, śmieję się z mądrości naszego wieku i twierdzę, że pierwszy lepszy Kąkol jest mądrzejszy od Einsteina. Powiedzieć to łatwo, trudniej wyciągnąć odpowiednie konsekwencje i wprowadzić je w życie.

Aby stać się do tego zdolnym, wiele myślę o rybakach i ich życiu i niech mi Pani wierzy, bardzo dużo korzystam, a równocześnie utwierdzam się w swych zamysłach i zamierzeniach.

Ryb niema!

Tomasz pisał szczerze, nie wspominał tylko o tem, że to oderwanie się od świata i ludzi kosztowało go bardzo wiele.
Z rybakami przestawać nie umiał, za wiele i za szczerze mówił, zapominając, iż prości ludzie nie mogą go zrozumieć. Obcowanie z Kułakiem wpływało na niego przygnębiająco. Sposób myślenia handlarza ryb był dla niego zbyt brutalny, a zimowe morze stało się złe, groźne i równocześnie jakby chore, cierpiące. Wiatr morski katował półwysep, wiatr południowy ziębił go — a to wszystko było dzikie, swą surowością, przysłaniającą niebo, zawsze chmurne, chmury zawsze czarne, świat bez słońca, nic, tylko ryk morza, wichru i lasu. W oberżach nie było czego szukać, nikt do nich nie zaglądał, Kułak nie wędził, ale korzystając z czasu, na wielki post zasolone wprzód szprotki marynował „po kaszubsku”.
— Robię ci to z bukietem dziewięciu korzeni! — chwalił się, przesypując różnemi wonnemi, korzennemi ingredjecencjami szprotki, pięknie ułożone w blaszanych puszkach, i zalewając je octem. — Robię, bo doch muszę coś robić, ale czy ta hołota na lądzie będzie to źreć? Co oni się znają na rybach, zwłaszcza na swoich! Daj im bukiet dziewięciu korzeni — nie poznają się. Masz — dostęp do morza! Raz zrobiłem świetną marynatę z brzon, to ją musiałem za bezcen do kryminałów dla więźniów oddać, bo się nikt na niej nie poznał.
Ryb nie było żadnych. Coś czasem wyskrobał ktoś na Helu. Pokazały się szproty w zatoce, ale wtedy zatoka jak na złość zamarzła. Rybacy próbowali wyrąbać baty z lądu i przepchnąć je dalej na zatokę, gdzie lodu nie było — napróżno, przestrzeń lodowa rozszerzała się coraz bardziej. Wtenczas część rybaków przeniosła się do Helu, ale i to było daremne, bo szproty zniknęły bez śladu.
Dni były bardzo piękne, dochodzący do dwunastu stopni suchy mrozik orzeźwiający, niebo jasne, zachody słońca przebogate w barwy i przepych złotych zórz, na zamarzniętych kałużach nadbrzeżnych ślizgały się gromady dzieci w pstrych ubrankach zimowych, niebo w nocy skrzyło od gwiazd — ale ludzie chodzili przygnębieni, smutni, milczący.
— Adwent przegrałem! — mówił Kułak. — Ja nie zginę, mam na przetrzymanie sezonu. Ale rybacy z węgorzy mieli tego roku mało, ze szprotów w adwencie po parę złotych, a teraz — nic. W Helu nic niema. Rozpacz. Niektórym już się chleb kończy. Dzieciom dają na śniadanie ziemniaki podlane lakiem z pod śledzi...
O tem Tomasz też wiedział. Było źle i z każdym dniem robiło się gorzej. Rybacy bezczynnie patrzyli z wybrzeża na pokrytą lodem zatokę, „feszując oczami”. Strach ludzi ogarniał. Spodziewali się szprotów na Trzech Króli, ale święto dawno minęło, nie było nic. A teraz znów lód...
— Psiakrew! — klął Kułak. — Gdańsk ma szproty z Niemiec! Sprowadziłbym, tylko, że moi odbiorcy przyzwyczajeni są do szprotów świeżych, a tamte pewnie mało że już nie śpiewają... Wszystkich kolorów, tęczowe... i wszystkich zapachów... I prócz tego będę się musiał zarobkiem z Gdańskiem podzielić...
— A jak lody pękną i pokażą się świeże szproty? — odezwał się Ignacy.
— E, to nie prędko...
— A ja widzę, że choć jest zyda, błony górą idą do ostu... West je pędzi...
— Prawda! — przyznał Kułak. — Ale konkurencja chce ryby z Gdańska sprowadzić...
Smutno robiło się w wiosce. Ludzie prawie nie wychodzili z domów, chyba tylko wieczorem, do kościoła, gdzie modlili się długo, śpiewając i w głos odmawiając litanję.
— Ty też beczysz razem z nimi? — zawołał Kułak, ujrzawszy go raz wychodzącego z kościoła.
— Uczę się od nich rzeczy, bez których z tobą trudno byłoby rozmawiać.
— And that’s?
— Cierpliwości i pokory.
— O bratku, tem ze mną daleko nie zajedziesz...
— Ty bez tego daleko nie zajedziesz. A ten kościół jest w prostocie swojej śliczny. Gdy pomyślę, że tu była ostatnia i niezłomna twierdza polskości rybaków, że tu dzieci, nie umiejące jeszcze dobrze po kaszubsku, już modliły się w czystym, polskim języku, dałbym temu kościołowi odznaczenie — gdyby on go potrzebował... Ale czyż nie wystarcza, że to kościół? Co może być więcej! Ale jeszcze więcej rozrzewnia mnie panujący w kościele nastrój... U nas, na lądzie, nabożeństwa wieczorne odbywają się zawsze pod przewodem kapłana... I mnie z początku nawet dziwno było, że tu księdza nie zastałem... Ale teraz rozumiem... Oni, rybacy, stan zupełnie odrębny, świat sam dla siebie, dzieci morza, chcą z Bogiem być sam na sam... Tu wszelkie pośrednictwo jest wykluczone.
— Jo, człowiecze! — wykrzyknął Kułak. — Ty ich nie znasz! Teraz, jak niema ryb, to oni godzinami będą beczeć i klepać modlitwy... Na morzu — boją się Boga, bo tam żadnej stacji ratunkowej niema... Tam tylko Bóg nad nimi! W chwili niebezpieczeństwa ślubują Jemu i rozmaitym świętym różne prezenty i nagrody!... Mówisz, że oni się modlą, że kochają Boga? Nie, oni się Boga boją jak wszechwiedzącego i wszechmocnego żandarma, dlatego starają się mu przypochlebić ale w chwili niepowodzenia niejeden zgrzytnąłby zębami i pogroziłby niebu pięścią, tylko — nie śmie.
Tomasz roześmiał się.
— I to jest właśnie cudowne! — rzekł. — Bo to znaczy, że oni wierzą, jak dzieci!
Jednakże mimo tej dziecięcej wiary Opatrzność ciężko rybaków doświadczyła.
Tomasz chodził smutny. Dopiero teraz zaczął rozumieć, dlaczego rybacy nazywają swój półwysep „wyspą”.
Tam gdzieś, nie tak znów bardzo daleko, leży bogata Polska. Szczyci się swem odzyskanem morzem, po swojemu kocha je, ale nie wie o niem nic, nie stara się wiedzieć... Tej Polsce zdaje się, że morze to plaża słoneczna, fląderki, węgorze i śledziki, wycieczki żaglówkami i już. Tam „dancing”, karnawał, a tu — chleba niema.
Zima wyła, jak stara, zła wiedźma, morze rzucało się niespokojnie. Rybacy zaczynali ciężko stękać.
Ale codzień rano, gdy dzwony odezwały się na wieży kościelnej, matki ciche i pokorne spokojnie szły się modlić.

Po latach trzydziestu.

Wówczas stała się rzecz, która wielką żałością i litością zdjęła serca rybaków i przekonała ich, że sądzić, a zwłaszcza potępiać, nie jest rzeczą człowieka.
Niespodziewanie przyjechała Nastazja Jonów Alberta.
Przyjechała i udała się wprost do domu rodzinnego, po śmierci Jonów Alberta zajętego przez jego najstarszego syna.
Przez trzydzieści lat była w Niemczech, gdzie pracowała w fabrykach, lub jako służąca, uczciwie, nikomu nic złego nie robiąc. Ale naraz Niemiec, zajrzawszy jej w „papiory”* znalazł w nich, że ona przynależna jest do miejscowości „Putziger Heisternest“, a zaś ta miejscowość znajduje się w Polsce i wobec tego po trzydziestu latach służby wygnał ją z granic swego państwa.
Nastazja Jonów Alberta, nie śmiąc i nie chcąc do wioski rodzinnej wracać, udała się naprzód do Danji, skąd po jakimś czasie przeniosła się do Szwecji. Zrobiła to dlatego, że nie miała w porządku papierów, a nie miała ich w porządku, ponieważ nie wiedziała, czy ich jest godna. Czemu? Powie się później, dość, że biedna emigrantka nie mogła się zdobyć na odwagę, potrzebną do zgłoszenia się do odpowiednich władz i uregulowania swej sytuacji, tak, że wreszcie „Szweda” policją odstawił ją na pokład statku, wręczył jej kartę przejazdu i wysłał do Gdańska — do Polski. Z Gdańska wróciła do swej rodzinnej wioski.
Była to kobieta przeszło pięćdziesięcioletnia, poważna, spokojna, rozumna, nieco smutna, a raczej może zrezygnowana. Przywiozła ze sobą pościel, bieliznę, trochę rzeczy, prawdopodobnie jakieś oszczędności. Przyjechała wbrew swej woli, zmuszona do powrotu siłą okoliczności, które złożyły się tak, że nie miała innego wyjścia. Przez tyle lat nie zapomniała ani po kaszubsku ani po polsku.
Słuchano jej opowiadania w milczeniu, z uczuciem nieopisanem. Gdyby słuchacze jej mieli przed sobą upiora, możeby się im to jeszcze wydawało rzeczą naturalną i wytłumaczoną. Ale ta siedząca przed nimi siostra, o której nigdy nawet nie myśleli, ta siostra była zjawiskiem o wiele dziwniejszem od upiora.
Było mianowicie tak, że przed przeszło trzydziestu laty Nastazji Jonów Alberta, wówczas młodej i ładnej dziewczynie, przydarzyło się, iż „dała się zepsować jednemu cudzemu panowi” — czego następstwa były wyraźnie w toku. Gdyby to był swój człowiek, nie zajmowanoby się tem, bo „doch on by ją sobie potem wziął”, a nie on — to drugi. Że jednak to był człowiek „cudzy”, gmina, unikająca, jak wszystkie gminy wszędzie, wszelkich ciężarów, postanowiła zastosować środki jak najsurowsze i w porozumieniu z rodziną dziewczyny uznała za stosowne zepsowaną z wioski wydalić.
Tak się też stało. Biedna Nastazja została przez gminę i rodzinę skazana na dożywotnie wygnanie.
Ani jedna ani druga strona nie przypuszczała nawet, że wszystko to jest niedorzecznem bezprawiem.
Poddając się woli starszych, banitka wyjechała do Gdańska, gdzie owoc jej hańby i związków z cudzym panem ujrzał światło dzienne. Wygnana matka umieściła go narazie w jakimś sierocińcu i poszła do służby, kiedy jednak trochę grosza zdobyła, odebrała syna z niemieckiego zakładu i odesłała go na wychowanie do krewnych w rodzinnej wiosce, chcąc, żeby był „porządnym chrześcijaninem a nie żadnym martinlutrem“. Sama zaś wywędrowała do Niemiec, gdzie słuch o niej zaginął. Tyle tylko, że od czasu do czasu przysyłała to z tej, to z drugiej miejscowości trochę pieniędzy dla syna.
Trudności większych nie miała. Pracowała ciężko, ale żyła. Na myśl nawet nie przychodziło jej, aby mogła wrócić do rodzinnej wioski. Nie pomyślała nigdy o tem, że to jej wygnanie było bezprawiem. Rodzice jej umarli, bracia podzielili się tem, co po nich zostało i ani oni ani nikt nie powiedział, że przecie ona nie jest wydziedziczona, że jej się też coś należy.
Ale po wojnie zaczęły się przykrości. Władze wciąż domagały się coraz to innych papierów. Czy ona optuje za Niemcami, czy też zostanie obywatelką polską? Niewiele z tego rozumiejąc, za Niemcami jednak nie optowała, bojąc się, że trzeba będzie o jakieś papiery prosić gminę, która ją wygnała. Czy zechce dać papiery, czy uzna jej przynależność? Wprawdzie stosunki się zmieniły, ludzie poumierali, przyszli na ich miejsce nowi, ale któż wie? Kazano jej zgłaszać się do władz polskich, gdzie jednak znów żądano potwierdzenia przynależności — a skądże ona mogła je wziąć? Czyż mogła powiedzieć, że jedyna gmina, od której wydanie świadectwa przynależności zależało, wydaliła ją, wykreśliła ją z liczby swych członków, że się jej nawet rodzina wyparła? Trzydzieści lat przeszło wisiała w powietrzu bez świadectwa przynależności i los oszczędził jej związanych z tem zmartwień i przykrości. Ludzie, jakgdyby nie przypuszczali nawet możliwości, że ona mogłaby być przez własną gminę wygnana, brali ją pod swój dach, powierzali jej swe dzieci, swe gospodarstwo. Dlatego teraz, gdy przyszło cierpieć, cierpiała w pokorze ducha i nie szukając żadnych wybiegów, bez szemrania znosiła, że traktowano ją jak włóczęgę, póki wreszcie nie odstawiono jej do rodzinnej wioski.
Tu gmina — ławnicy z sołtysem na czele — w nienadwątlonem niczem poczuciu majestatu swej władzy, zebrała się na „gromadę”, czy Nastazję przyjąć czy nie i co ewentualnie z nią zrobić. Obrady były, jak zwykle, burzliwe, ale teraz, kiedy przyszło do wynagrodzenia wyrządzonej krzywdy, gmina uznała jednomyślnie, że nie ma z tem nic wspólnego, że wydalenie Nastazji było „głupstwem” i że zająć się nią powinna rodzina, w pierwszym rzędzie trzej bracia, którzy po śmierci rodziców dział jej należny bezprawnie zagarnęli.
Tak się też stało. Bracia przygarnęli wygnankę i obiecali utrzymywać ją bezpłatnie do końca życia, gmina zaś uchwaliła dawać jej pięćdziesiąt złotych rocznie „na mydło” i oświadczyła jej, aby się nie troszczyła o pogrzeb, bo będzie go miała „za darmaka”.
Wygnanka była z tego obrotu rzeczy zupełnie zadowolona. Pomagała w gospodarstwie, chodziła do sąsiadek prać i była wdzięczna za to, że jej spokojnie żyć pozwolono. Nigdy ani słowem nie wspomniała o tem, że jej życie złamano.

A każdy był dla niej dobry, bo go było przed nią wstyd — za ludzi.

Na dancing!

Z końcem stycznia zjawiła się nagle pani Łucja. Przyjechała z delegacją, która przywiozła na półwysep podarunki gwiazdkowe dla dzieci rybackich i rybaczek — całych dwadzieścia centnarów.
— Ja wprawdzie w delegacjach jeździć nie lubię, bo to kłopot i krępujące — mówiła — ale skorzystałam ze sposobności, żeby pana odwiedzić. Ostatni list pański, choć bardzo miły, zaniepokoił mnie. Zaczęłam się obawiać, że pan zdziwaczeje na tem odludziu.
— Bardzo możliwe. Nie myślałem o tem! — przyznał szczerze Tomasz.
— Wygląda pan oryginalnie! Cóż za straszne buciory! Bez kołnierzyka, bez krawatki, à la Witos! To też niedobrze. Musi się pan jakoś ogarnąć. Pokażę panu siostrzeniczkę... Pan ją zna?
— Pannę Wandę? Bardzo miłe dziecko!
— To już dorosła panna! A jaka ładna, żeby pan wiedział! W tym pokoju było przyjemniej, jak ja tu mieszkałam... Zatoka zamarznięta, biała... Zolojka zdrowa?
Tomasz opowiadał, co wiedział o zmartwieniach starego Pawła i wogóle o biedzie panującej na Rybakach.
— Z głodu oni nie poginą — mówił — to pewne, bo umieją sobie radzić, są wytrzymali, a dawniej nieraz i gorzej bywało... Ale jest bardzo ciężko a najcięższe to osamotnienie... Zdaje się, jakby nikt o nich nie myślał, jakby zupełnie zdani byli na łaskę Opatrzności.
— Pan pisał — zaczęła pani Łucja z uśmiechem.
— Ależ oni mają prawo do pomocy!... W każdym razie to dobrze, że ktoś przyjechał, że ktoś tu zajrzał... Będą wiedzieli, że się o nich myśli, że się pamięta. Te biedne dzieci choć po jabłuszku dostaną... Tu dzieci zupełnie owoców nie widują...
— Takaż tu bieda?
— Według naszych, lądowych pojęć — wielka bieda... Tylko, że to bardzo twardzi ludzie, wyspiarze... No, dobrze, że panie przyjechały!
Był ożywiony, wesoły.
— Tak dawno nie widziałem znajomej twarzy lądowej! — mówił. — Czasem bardzo mi ciężko... Tak by się chciało pójść do kawiarni, porozmawiać z kimś o najnowszej sztuce, o Mussolinim, o najnowszej gwieździe...
— Może pan każdej chwili przyjechać... Niech się pan z nami wybierze... Na parę tygodni, na kilka dni... Karnawał!
Potrząsnął przecząco głową.
— Nie! Nie pojadę. Boję się.
— Że mógłby pan tu już nie wrócić?
— Że mógłbym sobie do reszty ląd zbrzydzić... Jeszcze w dodatku karnawał!...
— Cóż to szkodzi, że ludzie się bawią!...
— Trzeba anielskiej cierpliwości, żeby z wami móc mówić!
— Pan niegrzeczny!
— Trudno. Nie mogę inaczej. Mówi pani, jak gdybyśmy oboje byli dziećmi. „Cóż to szkodzi, że ludzie się bawią!” Ładna zabawa! Przecież panią jeden taki występ kosztuje tysiąc złotych! Zabawa! Początek o godzinie dwunastej w nocy, kolacja o czwartej, za butelkę szampana płaci się tyle, ile tu przez miesiąc cała rodzina na utrzymanie nie wyda.
Pani Łucja przyglądała się Tomaszowi w milczeniu. Machinalnie wzięła ze stołu papierosa i zapaliła.
— Jeśli kogoś stać — odezwała się.
— Niema tak bogatego człowieka, którego byłoby stać na niemądre wydawanie pieniędzy! Nie na pieniądzach zależy! Niech pani wyda miljon na coś naprawdę mądrego, powiem, że to tanio. Wyobrazić sobie mądrego człowieka, któryby chciał stracić kilka dni życia na przygotowania, wydać kupę pieniędzy, nie położyć się o swej godzinie spać lecz czekać do dwunastej w nocy i jechać gdzieś poto tylko, żeby się pokręcić kilka godzin w tłumie na sali balowej.
— Pan jest nudny i ma pan strasznie podły tytoń — przerwała pani Łucja.
— Przepraszam, nie wiedziałem, nie spodziewałem się... Na miłość boską, czy wy ludzie, zaczniecie kiedy poważnie myśleć!
— Mamy poto specjalistów, którzy myślą za nas a potem piszą, co wymyślą... Drudzy specjaliści oceniają nowe idee, a inni wprowadzają je w życie, tak, że każda dobra nowa idea znajduje bez trudu urzeczywistnienie. Pocóż myśleć? Czego pan od ludzi chce? Ależ śnieg! A gdyby ci, którzy mają pieniądze, nie wydawali ich na zbytkowne i kosztowne „głupstwa”, z czegoż żyliby ci, którzy je wyrabiają?...
— Nie musieliby idjocieć przy wyrabianiu rzeczy zbytecznych, a mogliby wyrabiać pożyteczne!
— Co za huk! Czy to morze tak huczy?
— Tak. Strasznie dziś preszcy!
— Fi donc! Preszcy! Cóż to za słowo?
— Morskie. Morze „ryczy”, jak jest wielki wiatr, „preszcy” — to jest „pryska” w czasie sztormu, gdy fale podchodzą aż do góry, gdy jest wiatr mniejszy — „chrapie”, kiedy burza nadchodzi, „rewy grają“, gdy fale rozbijają się o rewy, wtedy „rewa peńca”, to jest pęka. Rozumie się — fala nad nią pęka...
— Mówi pan, jak Conrad. Lepiej niech pan nie wygłasza kazań, a opowiada o morzu...
— Pani Łucjo! Pani nawet nie wie, jaką mi pani robi przykrość, mówiąc w ten sposób! O morzu! To właśnie morze mnie nauczyło, że ludzie na lądzie żyją przeważnie głupio czyli marnie. Jak ludzie żyją, tak żyje naród — głupio i marnie. Przecie my nie możemy chcieć, żeby nasza Polska żyła głupio i marnie, tem bardziej, — że przebudowa życia jest konieczna — a jeśli się odbędzie pod znakiem gwiazdy bolszewickiej, to będzie straszne! Bóg zwycięży, ale cierpienia ludzkości będą okropne... Dostaliśmy morze! Tu widzimy, jak ludzie wytrzymują wszystkie klęski, biedy, niedostatek i — i nie dziczeją. Ludzie, żyjący, po chrześcijańsku. — To jest — nie głupio i marnie. Wniosek? Powinniśmy starać się dążyć do tego, aby naród nasz żył po chrześcijańsku. Wtedy Polska zbawi siebie, a kto wie — może całą Europę. O tem ja usilnie myślę — a pani — zaprasza mnie na warszawskie bale!
Długo, przeciągle zawyła syrena.
— Mgła na morzu? — spytała pani Łucja.
— Nie. Zamieć śnieżna. Powiedziałem pani, że panią kocham. I kocham panią bardzo, naprawdę. Jest pani dla mnie uosobieniem duszy polskiej... Przecież ja panią znam, pani jest nawskroś dobra! Szlachetna! Słodka! Pani sama wszystko najlepiej wie, tylko — to lenistwo duchowe, ta pustota, to rozpraszanie się... Pani mogłaby zrobić wszystko, tylko pani się nie chce!
Mówił z żarem, wzruszony.
— Strasznie smutno wołają syreny na morzu! — odezwała się pani Łucja.
— O tak, strasznie smutno! Ten przeciągły krzyk, krzyk! Słucham go nieraz w nocy, w czas burzy... Krzyk, a nikt nie odpowiada... Chyba drugi samotnik na morzu... A światła przygasłe, we mgle... To mnie z duszy, z serca tak te statki wołają... Wołam we mgle, bo światła gasną...
— Bardzo z pana zacny człowiek, panie Tomaszu. Niech pan nie myśli o mnie źle.
— Nigdy, pani Łucjo!
— Życie ma swoje prawa...
— Uczmy się tych praw od morza!
— Jesteśmy mieszkańcami lądu.
— Wiatr morski odświeży nas! Tu musimy wszystko z ducha tworzyć pozytywnie, bo tu nic niema. Tu zaczynamy wszystko od początku... Przenieśmy tego ducha na ląd!... To siła!
Pani Łucja wstała.
— Może pan ma słuszność. Ale papierosy powinien pan stanowczo palić lepsze, bo te muszą szkodzić na gardło... To wprost nie uchodzi... A czy pan tu ma wannę? Nie? To może jest łaźnia?
— Na całym półwyspie niema ani jednej...
— Żydzi mają kąpiel przez religję przepisaną, w najmniejszej wsi rosyjskiej jest „bania”. Japończycy kąpią się dwa razy dziennie... A tu niema doktora, akuszerki, apteki. Mniejsza z tem... Czemu elektryczność się nie pali?
— Ludzie nie mają czem płacić...
— To rybołówstwo istotnie jest takie marne? Chodźmy, panie Tomaszu, muszę się z temi paniami zobaczyć.
— Jak kiedy! Czasem niewiadomo, co z rybami robić, wrzuca się je w morze, bo nikt już kupować nie chce. Wszystko zależy od wiatru.
Zaczął pani Łucji opowiadać, jak to z tym wiatrem jest. Po drodze, kiedy szli do „tych pań”. Słuchała poważnie, orjentowała się znakomicie, wreszcie rzekła:
— Tak być nie może. Z tem śmiesznem rybołówstwem przybrzeżnem trzeba raz skończyć. Trzeba większy nacisk położyć na półwysep jako na teren letnisk.
— I zmienić rybaków na hotelarzy, zdemoralizować ich, jak górali w Zakopanem lub w Szczawnicy! A, Jezus Marja! — wykrzyknął oburzony Tomasz.
— To niech się nie dadzą demoralizować! — odpowiedziała mu z pewnem zniecierpliwieniem. — Nikt im nie każe! To nie dzieci.
Tomasz spojrzał na nią, zdziwiony jej stanowczym tonem. Ujrzał jej czysty, sarmacki profil, wykwintny i delikatny, ale ostry.
— To są dzieci! — rzekł.
— Tem gorzej dla nich! — odpowiedziała szorstko. — Zresztą my robimy dla nich wszystko, co można. Daliśmy im kolej, budujemy porty, władze im zanadto nie dokuczają, dajemy im letników — czego pan chce? A że z tem wszystkiem zmienia się tu charakter życia, to zupełnie naturalne, inaczej nie może być! Wejdźmy!
„Te panie“ zamieszkały wszystkie razem w wielkiej izbie byłego gmachu szkolnego. W hierarchji społecznej i towarzyskiej stały wysoko, były znanemi działaczkami, miały stosunki w ministerstwach, nosiły chłopięce fryzury i paliły papierosy.
Tomasz witał się serdecznie z siostrzenicą pani Łucji, Wandą, którą znał jeszcze jako podlotka. Była to śliczna, zgrabna siedemnastoletnia dzieweczka, blondynka o jasnych błyszczących oczach i bujnych złotych włosach, związanych na głowie w wielki, lśniący hełm.
— Wandeczka gimnazjum już skończyła? — pytał.
— Kończę w tym roku.
— Aj, jaka ładna panna! Toż to będzie chłopcom głowy zawracała! I patrzcie! Włosięta śliczne, długie, nie à la garçonne! To ładnie, to znaczy, że Wandeczka nie leci na modę...
Spojrzała na niego śmiało swemi błyszczącemi oczami i odpowiedziała:
— Na scenie lepiej mieć swoje włosy, zwłaszcza, gdy się ma przyzwoite.
— Co pani mówi? — wykrzyknął jakby nie rozumiejąc.
— Wanda chodzi do szkoły dramatycznej i ma zamiar zostać aktorką! — wtrąciła pani Łucja.
— Co pani znowu! — oburzył się Tomasz. — Taka śliczna panienka powinna zamąż iść, nie poniewierać się między aktorami...
— To też, jeśli się zdarzy dobra partja, zamąż wyjdzie, ale jeśli nie — zostanie aktorką.
— Filmową! — dodała panna.
— Już! — pomyślał Tomasz. — Wie, że jest ładna, chce błyszczeć, chce być podziwiana, myśli o Hollywood, o własnej willi, aucie, brylantach... O, bodaj was, truciciele!
A panna, ponieważ mieli wyjść, usiadła na kanapie, aby włożyć śniegowce, przyczem dla wygody podciągnęła krótką spódniczkę tak, że jej śliczne nogi w czarnych pończochach widać było bardzo wysoko.
Obecność dwu znajomych, młodych rybaków, którzy paniom asystowali, nie krępowała jej.
— Ha, bardzo słusznie! — rzekł sobie Tomasz w duchu z goryczą. — Lecz czyż na strądzie nie pokazywała się w samym tylko trykocie?
Wyszli na strąd zobaczyć burzę, którą Tomasz chciał się pochwalić.
— Zobaczą panie nasze morze w całej jego dzikości! — zapowiadał. — A to dużo znaczy.
Widok był istotnie dziki, posępny, groźny. Olbrzymie fale zalewały strąd, z łoskotem łamiąc się dopiero o „góry”, od których odskakiwały. Całe morze, pociemniałe, spienione, było w ruchu. Zdaleka dolatywało głuche wycie rew. Nieba nie było widać, tak przesłaniała je kurzawa śnieżna. Drzewa gięły się, wyszarpując z trudem swe czupryny z pazurów wichru. Czasem grom rozległ się wśród fal, to znów wołały syreny statków. Nad gniewną pustynią wył odwieczny jęk morskiego wiatru.
— Nie jest-że to widok potężny, majestatyczny? — krzyczał Tomasz. — Głosy tych statków takie tęskne... I wiersz Heinego: — Glücklich der Mann, der den Hafen erreicht hat!... Rozumie pani... To nasze życie — to morze... I zaprawdę... Szczęsny jest człek, który zawinął do portu... Ten wicher... Skarga Gudruny... biednej królewny, porwanej przez wikingów i zimą, czerwonemi od mrozu rękami piorącej na strądzie bieliznę w morzu lub biorącej piasek, jak nasze rybaczki... Teraz pani widzi prawdziwe morze i słyszy pani szczerą jego pieśń...
Panie przyglądały się morzu z pewnem przerażeniem i z niezadowoleniem, z urazą. Właściwie — takiem morza nie chciały widzieć. To było dzikie, ordynarne.
I wiatr zimny ciął.
— Zimno! — odezwała się któraś z pań.
— Chodźmy! — dodała druga...
Bez żalu odwróciły się od morza i odeszły.
Ale i w lesie nie było lepiej. Piekielny zgiełk ogłuszał, wicher smagał twarze mokrym śniegiem.
Panna Wanda przytuliła się do ciotki.
— Cioteczko! — wołała. — Stąd prosto na dancing!
— Stąd na dancing?! — oburzył się Tomasz.
— Dlaczegoż nie? — odpowiedziała pani Łucja spokojnie. — Koło jedenastej jesteśmy w Warszawie, możemy zdążyć na dancing do Bristolu albo do Europejskiego...
— Ha, bardzo słusznie! — przyznał Tomasz.
A równocześnie pomyślał:
— Bo niby dlaczego nie? Dlaczego nie? Jeśli można... Cóż to komu szkodzi? Wprost z nad morza, z burzy morskiej i śnieżycy — na dancing! To ma nawet swój urok... To są panie, żyjące wyłącznie dla swej przyjemności... A ja jestem skończony idjota!

Będzie, jak Bóg da!

Po wyjeździe pań, Tomasz znowu zbliżył się do Kułaka.
— Jest to człowiek dziki — myślał — ale ma przecie jakąś religję, religję morza! Jest to, bądź co bądź, wielki kult!
Kułak walczył ciężko i — przegrywał.
Zaciąwszy się, nie sprowadzał szprotów z Gdańska, lecz czekał na świeże, skutkiem czego konkurencja, która przerabiała szproty niemieckie, zdobywała rynek, a on go tracił.
— Ci idjoci z lądu piszą mi, że nie będą utrzymywali ze mną stosunków, bo nie mogą polegać na mojej sprawności! — skarżył się Tomaszowi. — Któż może polegać na morzu! Oni myślą, że to kadź z rybami! Chcą, żebym im posyłał szproty niemieckie, — stare, nieświeże, ale ich to nic nie obchodzi. Grunt, żeby mieli co sprzedawać. Jeśli tak dalej pójdzie. — I am done! — mogę pocałować stół i odejść.
Wreszcie zmiękł i sprowadził z Gdańska wagon szprotów niemieckich.
— Czuć je na całą wioskę! — narzekał.
Zabrał się do ich przerabiania, pracował i wysyłał kilka dni — naraz w Helu pojawiły się szproty świeże.
— Ubrałem się! — pochwalił się rozpaczliwie Tomaszowi. — Wagon szprotów niemieckich djabli wzięli. Kazałem zakopać, bo nawet świnie tego nie chciały jeść. Już miałem kilka depesz. Sztop szproty niemieckie! Poznali się. Teraz zaczną mi towar zwracać. Cóż robić? Ryba płaci, ryba traci!
Szproty były jakiś czas — i znowu zniknęły. Zatokę wciąż pokrywały lody, morze było przeważnie wzburzone i próżne. Rozpacz wioski rybackie ogarniała. Zaczynał się głód.
— Na Helu przez całą zimę rybacy łowią łososie na haczyki — mówił Kułak. — Do tego muszą mieć śledzie, których używają jako przynęty. Wczoraj jeden Helan opowiadał Ignacemu, który tam był po szproty, że wprawdzie miał dostane kilkanaście funtów śledzi, ale musiał je wziąć do domu, bo rodzina nie miała co jeść. I to Helanie, rybacy zamożni! Cóż dopiero mówić o naszych rybakach.
Śmielsi puszczali się na wzburzone morze i jednego dnia czterech ludzi utonęło. Dopiero po kilku dniach ciała ich wyłowiono. Morze nie żartowało.
Kto mógł — wychodził do wiku na „bodzionki”, to jest na węgorze, stale żyjące w zatoce Puckiej, a łapane w przeręblach na lodzie.
— Bardzo to są mizerne węgorze i nieszczególne w smaku, ale lądowi ludzie się na tem nie znają i płacą za nie wysoki priz, jak za prawdziwe! — opowiadał Tomaszowi Kułak. — Są mniejsze od morskich węgorzy, mają grubszą skórę i grubszy kościeć i nie są tłuste, bo w czasie zimowych polowań śpią, zagrzebane w piasku. Różnią się od węgorzy morskich żółtem podbrzuszem i zasadniczo tem, że nie znoszą jaj, tylko mają młode już gotowe, malutkie węgorzyki...
— Sztop! — zawołał Tomasz. — Mówiłeś mi przecież, że to węgorze-samce!
Kułak parsknął śmiechem.
— Yea! — rzekł. — You’r right, darling! Tak mówiłem, bo tak mówią! Ale czy wszystko, co mówią, musi być zaraz prawdą? Od uczonych ichtjologów napisane jest w mądrych książkach, że węgorze morskie przychodzą tu z kraju, idąc wiślaną wodą z błot i mulistych, bagnistych rzek... Jest to tak, Ignacy?
Rybak pomyślał chwilę i rzekł:
— Nei! To nie mogą być wangorze z kraju! Nasze wangorze wisielnej, białej wody nie lubią, one przed nią uciekają...
— Jakże! Przecie lądowe wangorze żyją w bagnistych wodach!
— Słuchaj, co rybak mówi! Nauka nauką a doświadczenie i praktyka swoją drogą. Mów, Ignacy, co wiesz!
— Ten wangorz nie przychodzi z kraju — zaczął mówić Ignacy, — bo gdyby on szedł z kraju, to my mielibyśmy go tu wcześniej niż Szweda, a tymczasem kiedyśmy chcieli sprzedawać wangorze do Szwecji, to u nich już od miesiąca wangorze byli... One do nas od Szwecji przychodzą, idą wzdłuż półwyspu, obchodzą Hel i całą zatokę i znowu idą w morze. Ja sam widziałem w Szwecji... Tam je łowią w druciane żaki, przywiązane linami na kamieniach, wśród skał... W czystej wodzie. I sam widziałem raz, na Wielkiem morzu, jak jechaliśmy do Helu, wielki słup wangorzów, od dna aż do góry... Było ich tak dużo, że kapeluszem cztery sztuki złapałem... Były do półfunta, ale dużo mniejszych. Płynęły do Helu z północy...
— Jakże to może być, kiedy u nas piszą, że to krajowe wangorze!
Rybak wzruszył ramionami.
— Nei, to są wangorze morskie!
— A skądże one tu przychodzą?
— Z Nordowego morza. Tam one się wylęgają — prawdopodobnie... A kto wie, może i nie tam?.. Jak ja byłem podczas wojny w Belgji, koło Ostendy, gdzie ziemia jest mokra, kilka razy widziałem, jak tam, gdzie granata padła i zrobiła dół, zaraz woda występowała, a w tej wodzie byli wangorze.
— Prawdziwe węgorze? Widziałeś?
— Sam wiaderkiem płóciennem kilka wybrałem i piekłem potem... Nie ja jeden i nie jeden raz. Skądże wangorze w ziemi?
— Podskórna woda... Może mieć połączenie z rzekami... Ale przecież ja pamiętam, była cała ekspedycja duńska, która stwierdziła, że węgorz składa jaja na znacznych głębokościach w Atlantyku...
Rybak uśmiechnął się.
— Jo! Stwierdziła! — Jak mnie na froncie wysyłali zbadać, co tam u Francuza, to ja zawsze przynosiłem dużo wiadomości... Bo mnie posyłano tam, gdzie nikt dojść nie mógł... Ja też nic nie wiedziałem, ale doch meldung musiał być...
— Ależ to była naukowa ekspedycja!
— Jo! Niech pan szuka jaj wangorzowych na znacznych głębokościach Atlantyku. Ludzie dopiero latać zaczynają... Żeby się dowiedzieć, co się dzieje w morzu, dużo jeszcze czekać będziemy...
— Nie wiem, co o tem myśleć — bąknął Tomasz.
Kułak śmiał się.
— To właśnie morze! Człowiek nigdy nic nie wie! — grzmiał, uradowany zakłopotaniem Tomasza. — Dziś tak, a jutro wprost przeciwnie! I tak jest dobrze! Rozmaitość. Wiatr, mój drogi nic — tylko wiatr!
A wiatr był wciąż zły i półwysep zaczynał głośno stękać.
Zapasy żywności były na ukończeniu.
Ale wówczas przyszła pomoc rządowa, pożyczka — nieduża, lecz wystarczająca na przetrzymanie dwóch tygodni.
— A dalej co? — pytali trwożliwsi.
— Doch nasze niewody są na morzu! — odpowiadali rybacy z ufnością i głęboką wiarą.
A drudzy dodawali:
— Będzie, jak Bóg da.
— A On da z pewnością!

Nad wodami unosi się Duch Boży.

Stale to samo się powtarzało — aż do znudzenia.
Ile razy Tomasz zetknął się z Kułakiem, rozstawał się z nim z niemiłem uczuciem dzikiej wrzawy, dysharmonji, chaosu i denerwującego niepokoju.
Gniewało go to, ponieważ jego zdaniem było sprzeczne z charakterem morza, jego potęgą i majestatem.
— On sobie stanowczo morze źle tłumaczy — myślał Tomasz, zastanawiając się nad przyczyną tego nieporozumienia. — On jest kupcem, handlującym przeważnie z Żydami, skutkiem czego w atmosferę morza wnosi wrzaskliwy niepokój giełdy i rybiego placu. To też rys charakterystyczny tego życia, ale nie jego istota.
Obcując z Kułakiem zaznajomił się z niektórymi wędzarzami.
Byli i tacy, jak Kułak. Ci — przeważnie ludzie miejscowi, a więc grzeszący właściwem rybakom uczuciem zawiści — pojmowali pracę swą jako bezustanną walkę i to nietylko z morzem, lecz z całym światem. Zwalczali się wzajemnie wszelkiemi możliwemi sposobami, podstawiali sobie nogę, gdzie i jak mogli, ale przy tem wszystkiem nie zapominali nigdy o swej solidarności rybackiej i przeciw konkurencji, przybyłej z kraju, szli zgodnie ławą. To było zrozumiałe. Walka o chleb ma swoje prawa. Przybysze byli lepiej od rybaków zorganizowani na lądzie, który dobrze znali i gdzie mieli wyrobione stosunki.
Przypatrzywszy się jednak tej walce lepiej, Tomasz zauważył, że jest ona bardzo podobna do rybackiej kłótni. Ludzie wrzeszczą, wygrażają sobie pięściami, krzyczą, że tu się krew polać musi, zdawałoby się, że lada chwila rzucą się na siebie z nożami, a naraz — częstują się tabaką i rozmawiają najspokojniej w świecie. I nawet przeciw intruzom z kraju w chwilach uroczystszych nie było większej złości.
Wędzarnicy lądowi — wyjąwszy Kułaka, który, jako natura nawskroś bojowa, był zuchwały — naogół zachowywali się bardzo nieśmiało i skromnie. Ludzie ci nie znali morza, stosunków, rybaków, nie chcieli ryzykować swych szczupłych kapitalików, ryzykowali tylko drobne stawki, jak mewy, porywali coś z pod ręki i na tem poprzestawali.
Ale równocześnie był tu też stary przemysł miejscowy, opierający się na dawnej tradycji, a reprezentowany przez wędzarników wyłącznie miejscowych i pracujących w swym zawodzie z pokolenia w pokolenie. Wędzarnie ich, dziś murowane i jako tako urządzone, wyszły z małych bud, w których ten i ów kopcił sobie odrobinę ryby, nie zwracając nawet uwagi, na czem ją smędraczy. Tu nie znano i nie uznawano żadnych nowoczesnych sposobów, ale trzymano się ślepo tego, czego nauczyli ojcowie.
Poznawszy tych ludzi, którym z powodu zacofania wcale dobrze się nie powodziło, Tomasz ze zdumieniem zauważył, iż dalecy są od targowego zgiełku, z jakim pracował Kułak. Jakąś sztuczkę konkurencyjną od czasu do czasu spłatali, naogół jednak nie przejmowali się tą „bezustanną walką”, lecz pracowali spokojnie, po swojemu, nie uznając żadnych nowatorstw, nieraz przez to tracąc, lecz uparcie i jakby z pewnym oddawna wypracowanym systemem.
Rozmawiając z nimi zauważył, że ci ludzie starej daty odznaczają się przedziwną pogodą, spokojem, zimną krwią, pewnym nieco sarkastycznym humorem i tolerancją. Byli to ludzie najzupełniej zrównoważeni, to jest tacy, jakich Tomasz właśnie szukał. Nie wynikało z tego bynajmniej, aby ludzie ci byli na wszystko obojętni, przeciwnie, trafiali się między nimi prawdziwi, „aktywni” działacze polscy jeszcze z czasów niemieckich, wszyscy byli wielkimi znawcami morza, o którem mogli opowiadać bez końca, niejeden z nich nieraz dużo stracił i poświęcił, a mimo wszystko patrzeli na świat i na ludzi jakgdyby z jakąś wielkopańską wyniosłością lub wyższością.
— Co tym ludziom daje tę dziwną pewność siebie? — pytał się nieraz w duchu Tomasz. — To jakby jakiś inny świat...
Zaczął ich bacznie obserwować — i spostrzegł, że gdy Kułak się pienił, oni byli spokojni i niewzruszeni.
Zaczął z nimi rozmawiać o Kułaku.
Wyrażali się o nim życzliwie, ale jakby z pobłażliwym uśmiechem.
— E, pan Kułak! — rzekł raz któryś z nich. — On jest człowiek dobry, ale za dużo hałasu robi o ten chleb i o tę bulwę. Prawda, jesteśmy ludzie biedni, ale doch na naszej wyspie nikt jeszcze z głodu nie umarł. Nie trzeba tak hałasować. Będzie, jak Bóg da, a On da, bo jest dobry.
— Tak się znowu zdawać na łaskę Boską nie można — zauważył Tomasz. — Strzeżonego Pan Bóg strzeże.
— Wiadoma rzecz. Ale ja panu coś powiem: Jest na naszej wyspie jeden stary rybak, który od kilkudziesięciu już lat zajmuje się statystyką dochodów rybackich. Jak panu wiadomo, rybacy nasi w niedzielę ani święta nie pracują, na morze nie wyjeżdżają...
— Wiem o tem, ale się dziwię, bo przecie wy żyjecie z ryb, a ryba to nie śliwka, która może czekać, póki jej ktoś nie zerwie. Kiedy burza na lądzie w czasie żniw w niedzielę lub święto nadciąga, wolno ludziom wyjechać w pole, aby zbiory ratować, i to nie grzech, bo tym chlebem świat żyje. Dlaczegoż więc rybacy...
Stary wędzarnik, rybak z pokolenia w pokolenie, przerwał Tomaszowi.
— Tak myśli wiele ludzi, ale jegomość mówi inaczej. Gdzie bliżej kościoła, tam ludzie za nic na świecie w święto na morze nie wyjadą, ale w dalszych wioskach to się zdarza. Widzi pan — a ten nasz rybacki statystyk wyliczył z bardzo małemi błędami, że tak ci, którzy mieli bardzo szczęśliwe połowy, jak ci, którzy mieli połowy liche, ci, co w niedzielę wyjeżdżają na morze i co nie, przez trzydzieści lat wszyscy mieli dostane po równu.
Tu stary dopił swą szklankę piwa, stuknął nią o stół, i z mądrym, pogodnym uśmiechem, mówił:
— Pszeńca i bulwa, to ważna rzecz, choć my zamiast przeńcy wolelibyśma mąkę żytnią. Ale bać się o chleb nie trzeba, bo Bóg go da. Jak ktoś robi tyle krzyku o chleb i bulwę, to nie ma czasu myśleć o innych, ważniejszych rzeczach. O tem pan Kułak nie myśli, bo jest młody i...
Stary dźwignął się z ławy, podał Tomaszowi wielką, twardą rękę i wyszedł.
A Tomasz myślał:
— Ma chłop słuszność. Zbyteczna przesadna gorączka, opętana chęć zysku zmąciła nawet głębiny morskie. Nie jest prawdziwe twierdzenie ludzi małego serca, jak gdyby ten słoneczny przestwór wód miał być tylko terenem walki i rywalizacji. On jest terenem wielkiej błogosławionej pracy, ale... my to inaczej trochę rozumiemy...
Tu Tomasz zamyślił się, a potem powiedział sobie w duchu:
— My, Polacy, nie patrzymy na morze jak na dziki i wrogi sobie świat, rzucający na nas tylko burze i łodzie piratów. Nie stajemy też na brzegu morskim z komendą na ustach lub z wrzaskiem spekulujących handlarzy ryb. Obejmujemy je miłośnie ramionami duszy jako wielki świat, do którego też mamy prawo, i nie rzucamy obelg na odmęty niezmierzonych wód, pamiętając, iż:
Nad wodami unosi się Duch Boży.

Pojednanie.

Po dwóch prawie miesiącach pobytu w szpitalu Józk wrócił do domu zmizerowany, ale zdrów.
Stary Paweł, który syna w szpitalu kilkakrotnie odwiedzał, i przy sposobności go wysondował, zabronił w domu wspominać przed Józkiem o ukradzionych węgorzach.
— Bojs zrobił głupstwo! — oświadczył wobec całej rodziny. — Chciał uciekać do Niemca i potrzebował na to pieniędzy. Nie kradł, wziął piętnaście centnarów, a z tego dziesięć centnarów to był jego part.
— A pięć centnarów? — spytał Bernard, w rachunkach zawsze bardzo dokładny.
— Głupi jesteś! — sarknął ojciec. — Gdyby był uciekł do Niemca, zostałby nam jego part w sejcach, wart więcej niż 5 centnarów.
— Ale przez niego mogło paść podejrzenie na kogo innego! — odezwała się Zolojka.
— Jo! Jak gdybym ja nie wiedział, że to on wangorze podbierał! — roześmiał się stary.
— A jak to? — zdziwił się Bernard.
— Doch gdyby to był cudzy, to albo wziąłby wszystkie wangorze, alboby je wypuścił, nie brałby lejpra ze sobą, żeby kistę na krzyżowy węzeł wiązać...
Tak więc ta sprawa została załatwiona i nikt Józkowi wymówek nie robił. Przyjęto go tak, jakśdyby wogóle nic się nie stało i nawet o Duszy nie wspomniano na skutek napomnień lekarza, który tyle Pawłowi nagadał o nerwach, że zdołał mu wreszcie wtłoczyć w głowę, iż na rekonwalescenta wadzić nie można.
— On ma z powodu Duszy wielki iwer! — tłumaczył stary rodzinie. — Doktór mi powiedział, że od tego iwru może dostać lichy rozum.
Istotnie — tak było.
Józk rzadko kiedy się odzywał, mało jadł, jęczał przez sen, nigdy się nawet nie uśmiechnął, wogóle wyglądał, jak człowiek, który stracił ochotę do życia.
— Co ci fela, synku? — pytała go tkliwie zafrasowana neńka.
Zbywał ją byle czem, a najczęściej uciekał z domu. Pracować jeszcze nie mógł.
— On jest przysądzony do smutku za skutki, które czynił — mówił stary. — Jemu to teraz wisi na sumieniu. Trzeba na niego afpasować, bo może się stać przez to nieomal głupi.
Matka wzdychała.
Wiedziała ona dobrze, co synkowi „fela” i wiedziała, że się to może źle skończyć. A cóż było z jej kuzynem Adolfem? Dobrze mu się powodziło, niczego mu nie brakowało, na twarzy wesoły był, ale coś go gryzło — i jednego razu, jak wrócił z Gdańska, a miał jednego wypite — zaczął głupstwa gadać, i tak już zostało — gadał głupstwa, aż go do zakładu zawieziono. A dostał tego od iwru, bo miał za dużo dziewcząt i z każdą czynił swoje, a potem — było źle.
Było wyjście z tego wszystkiego, było, i matka myślała o niem, ale trudno było coś mądrego wymyślić. Nie wiedziała, czy Józk zechciałby Duszę za żonę, czy Dusza zgodziłaby się za niego wyjść... Nie mogła go namawiać, bo dziewczyna też nie była w porządku...
— Świństwo wszetko! — oburzała się w duchu.
I Etta nieraz o tem sama myślała, ale też wyjścia z położenia nie widziała. Przedewszystkiem nie podobała się jej Dusza. — Św...! — myślała o niej. Powtóre — odrazę miała do samej myśli o ożenku brata. Była jeszcze do tego stopnia dziewicą, że sama myśl o jakichś poufałościach małżeńskich budziła w niej wstręt. Wiedziała, że małżeństwo jest koniecznością, ale dla żeniących się młodych ludzi miała wzgardę. Ożenek uważała za rzecz poniżającą, za upokarzające i głupie poddanie się silniejszego i rozumniejszego słabszemu i pozbawionemu rozumu — a wychowana wśród mężczyzn za takie istoty uważa dziewczęta. Dlatego każdy „naożeń” był w jej oczach śmieszny, a każdy żeńc — głupi. Przytem kochała Józka, bo dawniej był zawsze wesoły i dla wszystkich dobry. Letnicy tak go lubili, że kto tylko chciał jechać na wycieczkę żaglówką, zawsze jego szukał. I żeby on miał sobie brać tę Duszę?...
— Ładna brutka! — myśli dziewczyna z gniewem.
I jeszcze wesele trzeba wyprawić, a potem Józk ze swym partem do innych pójdzie!
Ale co zrobić? Sama przecie przez nikogo nie proszona, zaczęła... Gdyby nic nie mówiła... Ale sama chciała sprawiedliwości i przez nią dostał Józk ten iwer o Duszę, przez nią kradł wangorze, chciał uciekać do Niemca — a teraz co?
Stary też myślał, aż wymyślił.
— Chciałeś iść na sztimr — rzekł raz do chłopca.
— Jo! — potwierdził Józk.
— Dlaczego mi nie powiedziałeś? Ja też byłem okrętnikiem, a raz to musiałem nawet uciekać na okręt... To było tak... Byłem w lesie... Nie był już nasz, ale chlonst wolno było zbierać... Miałem całą furę chlonstu, aż tu przyszedł leśny i kazał mi furę wysypać, żeby zobaczyć czy siekiery pod chlonstem nie ukryłem. Tego ja nie uczynio! — mówio. — Bo już się robi noc, w nocy w lesie z wozem być nie wolno, a ty mnie do kary zapiszesz. Zaczęliśmy na siebie krzyczeć i on mnie złapał za żakirt, a wtedy ja jego za gardło i nieomal udusiłem... Wtedy uciekłem i trzy lata mnie w domu nie było... Nieraz tak bywało, że jak kto miał wielki iwer, szedł na okręt... A na okręcie dobrze się żyje...
— Jo!
— Dawniej było bardzo ciężko, po rajach biegać, nieraz, jak był sztorm, przez pięć dni i nocy... Ale dziś służba jest lekka... Na sztimrze tylko dek myjesz i klamki pucujesz... I płacą dobrze... Mógłbyś dwie trzecie zarobku mnie odsyłać, a resztę pozostawić sobie. Dość na brek, jak wyjdziesz na ląd... I przeszmuglować coś można... tabakę, jo tabakę... Przedwczoraj mi opowiadał jeden, że w kanale kilońskim kupują tabakę od Niemca, a przewożą ją do Anglika w bębnie... Jak na sztimr przyjdzie rewizja, muzyka przez cały czas na deku gra — dla uciechy! a Anglik nawet nie wie, że w bębnie jest tabaka... Tobyś mógł iść na sztimr, a tu wzięlibyśmy wspólnika... I tak rybołówstwo jest liche. Na sztimrze ty jeden zarobiłbyś na miesiąc więcej niż my wszyscy razem...
— Jo!
— Ale ty nie potrzebujesz doch iść do Niemca! Mamy teraz polskie statki, na których służą nasi. Ty już nie potrzebujesz służyć pod niemiecką banderą. Możesz służyć matce Polsce. U Niemca ty będziesz zawsze lichszy, a na polskim sztimrze nie, bo ty masz rybacką krew...
— Jo!
— Byłoby dobrze od ciebie, żebyś pojechał do Gdyni... Tam weselej... Tam zawsze robotę można znaleźć... A człowiek jak ma robotę, ma czyste sumie...
— Jo!
— W Gdyni jest życie! A co ty tu masz? Nawet bretlingów niema. Polska tam robi wielki port. Nie będzie już Gduńska, będzie Gdyńsk! Tam możesz zapisać się na okręt. Ale od tego iwru ty jesteś teraz, powiemy, nieomal głupi, tobie się nic nie chce... Taki się z ciebie niedomarus zrobil...
— Co ja za to mogę, tatku?
— Ja pojadę do Gdyni, poszukam... Mnie doch znają. Ja jeszcze za Nieemca jeździłem po morzu z polską chorągiewką, a kiedy mi chcieli dać karo za polskiego orła, to ja im powiedziałem, że ja nie jestem Polak, le Kaszeba, i to nie jest polski orzeł, le kaszebski gryf! Panowie wiedzą, że ja mam za matkę Polskę wycierpiane, bo ja musiałem temu żandarmowi, co mnie z chorągiewką złapał, od świni dać worszta i słoniny, mnie za to potem gazetowy musiał fotografować z Hallerem na łodzi, panowie mi tę sztelę dla ciebie na sztimrze wyzorgują...
— Jo!

Gorączka łososiowa.

Zima trwała, ale dnia, choć powoli, wciąż przybywało.
Burze północno-zachodnie potrzaskały lody i wypchnęły je z zatoki na morze. Po kilku dniach, gdy rybacy zastawili na Małem Morzu mance na śledzie i szproty, złośliwa zyda zpowrotem wepchnęła w nocy do zatoki lód, tak iż manc nie było można zebrać, ale wkrótce potem pancerz lodowy popękał i opadł na dno, gdzie już został.
Mimo, że szproty, choć w niewielkich ilościach, były wciąż jeszcze, rybacy już zaczynali się oglądać za wiatrem łososiowym, a we wszystkich domach opatrywano „laskorny”, to jest wielkie niewody łososiowe.
Coraz silniej świeciło złote słoneczko, a wraz z niem pojaśniały też i twarze ludzkie. Znikła z nich szara troska zimowego przygnębienia, pojawił się dobry, pogodny uśmiech. W oczach odbijał się lazur nieba i morza.
Strąd był spracowany, wymięty, lecz morze straciło już swój zimny, stalowy blask i zaczęło wyrzucać na brzeg białe muszelki. Już trajkotały na niem motorówki, poszukające łososi.
Jednego dnia po południu Tomasz stał przed domem ze starym Pawłem. Dzień był chmurny, ale ciepły. Wtem na popielatem niebie pojawiły się lecące ku Helowi czarne punkty.
— Wrony! Wrony lecą! — rzekł dziwnym, jakimś rozrzewnionym głosem stary rybak. — Wiosna idzie!
— Przecie wrony były tu cały rok! — zauważył Tomasz.
— Ale to są wrony wędrowne, z kraju, z dalekich stron. Żołądki mają pełne ziarna... Bardzo dobre są. Strzelałem je kiedyś całe stada — a potem soliłem... Szmakę ma lepszą niż kaczka, jak kura albo gołąbek... Jo, jo, wrony lecą... Wiosna idzie...
Patrzył tedy Tomasz pierwszy raz w życiu na wrony, jako na kwatermistrzów wiosny — i z tęsknotą myślał o jaskółkach.
A potem rozgłośnie zaczęły w niebiosach dzwonić skowronki. A tuż poszybowały nad półwyspem wspaniałe orły wędrowne. Wielkie stada szpaków, które z braku pożywienia gdzieś się bliżej lądu przeniosły, furkocącemi stadami krążyły po nadbrzeżnych pażycach. Powietrze ożywiało się, niebo weselało...
Zabiły żywo serca rybaków, gdy pokazały się srebrne, półtora funtowe mielnice, zwiastujące pojawienie się łososi. Coraz więcej rybaków porzucało szproty, sposobiając się do ciągnięcia laskornu na strądzie. W wiosce był ruch, przewożono krowami baty łososiowe z zatoki nad morze. Przy wozach szli rybacy, nawet dzieci małe popychały łodzie, starając się tak pomagać, bo w maszoperji łososiowej i one mogły pracować i coś zarobić. Przy strądzie pojawiły się „ogródki morskie“ — nety, zastawiane na mielnice. Znowu czarne łodzie tańczyły na falach, znowu huczały młoty, wbijające w dno grube bukowe pale.
Aż wreszcie pierwszy stary Paweł dostał łososia — wielką, trzydziestopięciofuntową sztukę! Cała wieś mu zazdrościła, a sława jego natychmiast obiegła cały półwysep, on zaś z dumą pokazywał ciekawym śliczną tłustą rybę, srebrną, o czarnym połyskującym grzbiecie.
Wtedy już maszoperje łososiowe nie wytrzymały i wyruszyły z laskornami na strąd.
Był to wielki dzień.
Lądowy człowiek powiedziałby:
— Dzień był piękny, jak podbity niebieską kitajką kontusz ze srebrnej lamy. Słońce było „brillant”. I ciepełko słoneczne było miłe. Perłowe obłoczki na niebie friwolne. Zefirek dął. Na plaży już bawiły się dzieci-koboldy, jak rybacy mówią — maluścy ludzie, zaplątający krowom w warkocze kosmyki w ogonach...
— Doch nei! — mówił ktoś. — Maluśkich ludzi niema!
— Nei? A u Augusta Muży podsypali krowom wieczorem piasku, a na drugi dzień krowy miały zaplecione ogony, a na piasku był szpur od malutkich nóżek!
Jo, ale co było na strądzie? Jedni składali niewody, powoli, ale dokładnie, gdy drudzy już je ciągnęli. Bat laskornowy brał cały lodzing laskornowy i wyjeżdżał na morze, gdzie wydawał niewód. Gdy już drugie jego skrzydło było wydane, dawano z łodzi wymachiwaniem wiosła znak pozostałym na strądzie, aby zaczynali ciągnąć, gdyż liny od drugiego skrzydła ciągnął bat, idący prostopadle ku brzegowi. Wówczas ci, co byli na strądzie, wplatali się w niewód. Zamknąwszy na biodrach drewniane szelki, do których był przywiązany sznur z drewnianym guzikiem, zarzucali go tak, że wiązał się w pętlę, i ciągnęli, mając sznur albo na prawem ramieniu, albo tak, że musieli iść tyłem.
Tomasz wplótł się też w ten żywy łańcuch i ciągnął, wbijając nogi w piasek, lub też wisząc u sznura, który mu się boleśnie wpijał w ramię.
Kto doszedł do gór, ten się odpinał i szedł ku zolojowi, gdzie się znowu do sznura niewodu przyczepiał. A potem brnął w rozdeptanym piasku, mając przed oczami albo wał piaszczysty i plecy swego poprzednika, albo ruchomą, świecącą powierzchnię morza, chmurki na horyzoncie i czasem przelatujące nad wodami mewy.
Niemało razy trzeba się było wprzęgać, stuknąwszy nosem w góry, niejednemu dobrze sznur wgryzł się w ramię, zanim wreszcie wyciągnięto na brzeg osiemset sążni lejpra i skrzydła niewodu. Wreszcie zakołysała się i zaczęła skakać na przybrzeżnej rewie beczka, oznaczająca miejsce, w którem znajdowała się matnia, a wkrótce potem wynurzył się z wody sam sietny wór ze spodziewaną zdobyczą. W tej chwili dwóch rybaków w wysokich skorzniach nieprzemakalnych weszło w wodę i zaczęło przydeptywać skrzydła niewodu, aby ryby nie mogły się przemknąć pod niemi.
Teraz cała maszoperja już, nie wyjmując małych chłopców, stała na zoloju i, nie zważając na fale, z namiętnemi okrzykami wyciągała na brzeg matnię.
Oczy świeciły, na policzki wystąpiły rumieńce. Pierwszy laskorn! Co będzie? Bo jeśli Pan Bóg poszczęści, jeśli da dobry połów, to w jednym dniu maszoperja może zarobić więcej, niż za cały czas zimowego rybołówstwa.
— Jest ryba, jest! — zaczęto wołać.
Matnia skakała jak żywa. Trzepotało się w niej kilkadziesiąt srebrnych mielnic i kilka okazałych łososi. Chciwe żylaste dłonie wyciągają się po ukochane, piękne, drogie ryby, które wyrywają się i padają na piasek. Dłonie rybackie, które przed chwilą jeszcze, rzekłbyś, pieszczotliwie trzymały te pełne życia stworzenia, aby się niemi nacieszyć, teraz pragną ich krwi. Kto umie, zwiera łososiowi kark zębami i tak go dusi. Inny dobija ryby karkulicą, a gdy już przestaną się miotać, płócze je morzu, aby łuska nie straciła swego pięknego blasku. A potem układa się porządnie w kistach naprzód srebrne mielnice, na nich srebrnoczarne łososie, a potem zakrywa się to wszystko od słoneczka i znowu składa się laskorn na bat, i znowu wyjeżdża się na morze wydawać i znowu na znak dany podniesieniem wiosła ludzie wplatają się w łańcuch i zaczynają ciągnąć od zoloju do gór, w milczeniu, z oczami pełnemi morza i nieba.
Tak pracowali aż do południa, poczem, pozostawiwszy niewód w morzu, rozeszli się po domach na pólnie, ale jak tylko się najedli i odpoczęli trochę, wrócili na strąd ciągnąć i ciągnęli tak aż do wieczora.
A na drugi dzień już trzy maszoperje łososiowe ciągnęły na Bałtyku laskorny, zaś wkrótce przyłączyła się do nich czwarta, borowska. Od wczesnego rana aż do wieczora ludzie pracowali na strądzie, tak że tym, których tonie były daleko od wioski, bialki musiały pólnie nosić na strąd, bo rybakom szkoda było czasu chodzić do domu. Kobiety narzekały, ale wychodząc na świat boży tylko po wodę, do kościoła i po piasek na strąd, nosiły chętnie, a oczy ich aż się śmiały do brzóz puszczających pąki, do jasnego nieba, złotego strądu, morza pawiowego i tych łososiowych łańcuchów ludzkich.
A choć już były łososie, nie odeszły bretlinżki i wbrew prawu, iż z nastaniem pory cieplejszej mają wyciągnąć na północ, siedziały wciąż w zatoce i koło Helu, i wbrew twierdzeniu uczonych, iż z wiosną chudną, były dorodne i bardzo tłuste... A teraz właśnie Bóg dał ich tyle, jak o to prosili rybacy, — nie za dużo, każdemu po trochę, tak, że priz był dobry i stały, dwadzieścia złotych od centnara. Ale mimo to, kiedy się pierwsze łososie pokazały i rybaków ogarnęła łososiowa gorączka, nikt nie chciał jechać za szprotami, bo co to za feszeraj w porównaniu z połowami łososiowemi! Nie chciał nikt jechać nawet wówczas, gdy Kułak obiecał odszkodowanie tym, którzy wrócili bez szprotów.
— To już nie rybacy, ale chamy, degeneraci! — wymyślał Kułak. — Poco im babrać się cały dzień z mancami na morzu, żeby zarobić czterdzieści złotych, kiedy tam mogą jednego dnia wyciągnąć laskornem cztery tysiące!
— Nie widzę w tem żadnego chamstwa! — zauważył Tomasz. — Każdy woli więcej, niż mniej.
Ale ten szał łososiowy nie trwał długo i rybacy, przekonawszy się, że priz na łososie spada, a zarobek z powodu wielkiej ilości członków w maszoperji jest niewielki, powrócili do szprotów, które też regularnie do wędzarń dostawiali. Teraz już było wszystko w porządku. Rybacy pracowali na strądzie i na morzu, bialki krzątały się w domach, dziewczęta wytykały w wędzarniach, wioska przez cały dzień prawie była jak wymarła.
A na Bałtyku płonęły nocami dziesiątki świateł. To wyjeżdżały kutry z pławnicami na drewanie. Z motorówek wyrzucano wstęgę sietną długą na kilka kilometrów, z umieszczoną na końcu latarnią, aby statki po świetle mogły poznać, gdzie jest pławnica, która drewała z prądem i wiatrem. Zaś za nią drewał kuter, w którym rybacy wygodnie przez całą noc aż do świtu spali, od czasu do czasu tylko dając baczenie na pławnicę. Rano wyciągali ją wraz z łososiami, które ulnęły w okach.
Nie koniec jednak na tym dostatku, bo oto we wsi coraz częściej rozlegały się porykiwania krów, którym na pomoc w krytycznej chwili przyzywano starego Pawła nieuczonego, lecz biegłego weterynarza wioski. Stary śpieszył każdej chwili, skwapliwszy, chętniejszy pod tym względem od niejednego doktora, i sumiennie dokonywał wszystkich zabiegów, nie upominając się nigdy o zapłatę i nie dbając o nią. Gdy mu parę złotych dano, brał wdzięcznie, ale ani pisnął, gdy go zbudzono w nocy i po ciężkim trudzie nie dano nic. Było przecie rzeczą zupełnie naturalną, że skoro on umiał, a drudzy nie, to pomagać musiał. To też z każdym dniem przybywało we wsi cieląt, które po krótkiem karmieniu za dobre pieniądze sprzedawano Helanom.
Zaczęły też nadpływać pierwsze zadatki na mieszkania.
Teraz, choć zimno było wciąż, a nieraz śnieg sypał po kilka razy dziennie, rybacy wiedzieli już, że zimę przetrzymali, że zmory siadają w korytka i z żałosnym śpiewem odpływają na północ, wiosłując kopystkami, że mrozy już nie wrócą, że idzie wiosna.
A raz stał Tomasz na strądzie i przyglądał się łańcuchom ludzkim, skrzypiącym u skrzydeł laskornu. Wtem usłyszał nad głową dziwny szum.
Nisko nad strądem, tak że remą można je było dosięgnąć, leciały cztery dzikie łabędzie. Wielkie, białe ptaki zrzadka tylko poruszały ogromnemi skrzydłami, ale powietrze tak od nich grało i śpiewało, tak szumiało melodyjnie, jak gdyby harfa Eola załkała... Nisko nad falami poleciały cudne ptaki daleko, na inne morze.
Było w tym widoku coś tak chwytającego za serce, tak potężnego i tkliwego zarazem, że kto tylko był na strądzie, ten zaniechał swej pracy i stał zachwycony, zamyślony, tęsknie patrząc za odlatującemi ptakami.
Jak gdyby odlatywała dusza morza.

Przedwiośnie.

Przedwiośnie bez trudności wtargnęło na półwysep, mimo że zima siedziała na nim mocno i ani myślała ustępować bez boju. Wiedziano, że słońce zwycięży, zanim jednak to się stało, zimne wiatry i śnieżyce smagały biedne wioski rybackie, a na dusze ludzkie znów zaczął padać wielki, bolesny cień — bo oto zbliżał się Wielki Tydzień, a z nim rozpamiętywanie Męki Pańskiej, rachunek sumienia, grzechami obciążonego, akt skruchy i wreszcie straszna spowiedź w strwożonem oczekiwaniu — odpuści czy nie odpuści?...
W mieście czas ten dla najreligijniejszych ludzi, najsubtelniej i z całem wżywaniem się medytujących nad Męką Pańską, ma przecie dużo uroku i poezji. Do szlachetnej egzaltacji wiele pomaga wpływ krasomówstwa, wzniosłej architektury kościelnej, piękna muzyka organów, cała podniosła atmosfera tego okresu, przesiąknięta poezją i najwyższą sztuką. A potem po przedświątecznem sprzątaniu myśl zwraca się ku rzeczom wielce ziemskim, lecz bardzo miłym — ku smacznym wędlinom, okazałym tortom, sosom, winom i przyozdobieniu suto zastawionego stołu.
Rybacy tych uciech nie znają. Ściśle poszcząc przez cały wielki post, umartwieniami przygotowują się do Wielkiego Tygodnia, podczas którego znika ze stołu masło, wszelki tłuszcz zwierzęcy, mięso, ser, w Wielki Piątek nawet jaja i mleko. Ludzie głęboko religijni, o duszy dziecięcej, znacznie żywiej i o wiele bezpośredniej przeżywają Mękę Pańską, która ich za każdym razem na nowo przeraża i przygnębia. Nie brzmią tu z organów słodkie akordy „Requiem” Verdi’ego czy Mercadantego, ani cudne głosy śpiewaków. W kościele rybackim słowa „Ach ach! na krzyżu umiera, Jezus oczy swe zawiera” pełne są rozpaczy i prawdziwie gorzkiego żalu. I nietylko usta, ale i dusze śpiewają: — Rozbrat obłudny świecie! wypowiadam, grzechów się moich wyspowiadam!
Moment dla grzeszników zatwardziałych tak straszny, że serca ich truchleją na samą myśl o spowiedzi. Dawniej radzili sobie jakoś. W Swarzewie był czcigodny, prześladowany przez rząd niemiecki ks. Ambroży, przezacny staruszek — i głuchy. Do niego jak w dym walili wszyscy, tak że penitentom opędzić się nie mógł. Był też drugi, ulubiony spowiednik, który w konfesjonale zażywał tabaki, a wtedy, jak kichał, penitent szybko wyliczał mu grzechy najcięższe. Obecny ksiądz był bardzo dobry. „Anioł!” — mówili o nim wszyscy. I on sam raz podczas kazania opowiedział rybakom opowieść o księdzu i zbrodniarzu, któremu ksiądz nie chciał dać rozgrzeszenia i jakto wówczas z krzyża odezwał się głos Chrystusa: — Ty nie odpuścisz, ale ja odpuszczę, bo nie na to zbawiłem ludzi przez swą śmierć na krzyżu, żebyś ty nie odpuszczał! — To wiedząc, niektórzy, gdy księdzu co ukradli, zaraz mu się z tego spowiadali, wiedząc, że związany tajemnicą spowiedzi, nie doniesie na nich. Ale to byli ludzie lisi, którzy spekulowali niecnie na tajemnicy spowiedzi. Nie tego bali się prawdziwi grzesznicy, lecz tylko tego, że wyznawszy grzechy księdzu, którego poważali i kochali, obawiali się, iż erę w jego oczach stracą, której to myśli duma ich znieść nie mogła.
Dlatego ciężkim okresem był Wielki Tydzień dla Emila Czarnego, jednego z najzamożniejszych rybaków, handlarzy i wędzarników, człowieka znacznego i wybitnego przyjaciela, lecz zarazem i konkurenta Kułaka, któremu w żaden sposób nie mógł sprostać. To też, nie przebierając w środkach, obarczył sumienie różnemi, a licznemi denuncjacjami, niegodnemi podstępami, intrygami i innemi świnstewkami, w gruncie rzeczy dowodzącemi bardzo niskiego i nieszlachetnego sposobu myślenia, a Emil Czarny wiedział, że naprawdę tak nie jest. On przecie z niebezpieczeństwem życia już kilku rybaków z morza wzburzonego wyciągnął, a gdy był na wojnie, rozmyślnie strzelał tak, żeby nikogo nie zabić. Ale czego ten Poluch tu chce? Czemu Kaszubom chleb odbiera!
Teraz — trzeba się spowiadać. Myślał Emil Czarny o swych grzechach wielkich, myślał też o męce Chrystusa Pana i ogromna go zdejmowała żałość. Każdy dzień, jak głaz grobowy, ciążył mu na sercu, bo każdy był stracony, spędzony w stanie grzechu, powiększał jego zatwardziałość i skazywał go na potępienie.
Już miał Emil iść do spowiedzi, gdy znów brakło mu odwagi. To go tak zgnębiło, że „dostał swój Sauftag“. Pił naprzód w Borze, prędko, posępnie, w pojedynkę. Po pierwszych kieliszkach zrobiło mu się jaśniej na duszy, więc pił dalej. Że jednak towarzystwa żadnego nie było, posmętniał znowu i wziąwszy budlę, wrócił do domu. Tam zaczęła na niego wadzić i szkalować żona, że w Wielki Tydzień pije, skutkiem czego podrażniony, i widząc, że go nikt nie rozumie, budlę wypił, skrzyczał bialkę i poszedł pod „Łososia”, spodziewając się znaleźć jakiegoś kompana. Że jednak dusze były szczerze skruszone, więc jaki taki, wypiwszy parę kieliszków i napiwszy się piwa, zmykał, aby się grzechu nie dopuścić. To Emila jeszcze bardziej zmartwiło i choć ciotka Lina, która go dobrze znała, starała się bawić go rozmową, on stawał się coraz bardziej ponury i coraz zapamiętalej pił, aż wreszcie stracił miarę i napół już przytomny, zaczął sypać kopami djabłów i bić pięścią w stół.
Ciotka Lina gorszyła się tem niemało, ale wódki nie odmawiała, bo instynktem kobiecym wyczuwała, że ten ogromny, potężny chłop ma iwer, pod którym jego dziecinna dusza upada.
Pił tak Emil Czarny sam, w ciemnym kącie, póki nie przyszła po niego Tyla, najukochańsza jego córka, która jedyna miała nad nim władzę absolutną i mogła z nim zawsze zrobić, co chciała. Przekomarzając się z nią, wypił jej na złość jeszcze kilka koniaków, poczem pokornie poszedł za nią do domu.
Zbudził się wcześnie, kiedy jeszcze było ciemno, i odrazu ogarnęło go przerażenie. Spostrzegł, iż odkładając spowiedź, wpadł w sidła szatana i zamiast oczyścić się z win, grzeszy dalej — zatwardziałością, pychą i pijaństwem. Prawdą jest, że gdyby nie konkurencja, nie różne sztuczki i sprawki nieładne tego Polucha, jak naprzykład podbijanie prizu, jakiego oni, sprzedający towar nie po warszawskich cenach lecz tanio, dawać nie mogli, nigdyby tych grzechów na swem sumieniu nie miał. Stało się jednak. Zgrzeszył. Nadeszła godzina skruchy i sądu. Chrystus za niego cierpiał — on się Chrystusowi za to niewdzięcznością nie odpłaci.
Jak tylko się rozwidniło, wstał, włożył świątalne ubranie rybackie i wyszedł. Poranek, bardzo chmurny i szary, ciężko leżał na wodach zatoki i domach wioski. Spotykani po drodze ludzie byli smutni i małomówni. Zdawało się, że cały świat śpiewa „Gorzkie Żale”. Czarne wrony wrzeszczały wśród chmur, jak wyrzuty sumienia.
Zgarbiony wszedł do kościoła Emil Czarny.
Ale wyszedł z niego wyprostowany, z rozjaśnioną twarzą i uśmiechnięty, nie ten pyszny rybak i kupiec, który w zuchwalstwie pijanej godziny z błyszczącemi oczami zwykł był o sobie mówić jako o największym człowieku Jastarni i Boru, ogromny, śmiały i wierzący w swą siłę, lecz ten, który po wybawieniu od niezawodnej śmierci dwu tonących rybaków, ślubował Bogu do końca życia w sobotę — jako że to się w sobotę wydarzyło — kieliszka wódki do ust nie brać, z wdzięczności za to, iż Bóg mu pozwolił spełnić dobry uczynek.
I nagrodził go Bóg za to — nie zwłócząc. Ledwie wrócił z kościoła, przyszli do niego rybacy z prośbą. Zepsuł się im niewód szprotowy, a ponieważ on, rybak zamożny, miał swój własny niewód, zaś na Bałtyku zauważono rzucające się mewy, prosili go, aby im ten niewód pożyczył, ofiarując mu za to wszystko, co za pierwszym razem wyciągną, z tem, że jeżeli nie wyciągną nic, to i tak będą mieli prawo przez cały dzień niewodu używać. Gdy się na to zgodził, poszli wszyscy nad morze, wydali niewód i od pierwszego razu wyciągnęli cztery centnary bretlinżków, które też Emil zaraz władował na wóz i zabrał do wędzarni. Oni zaś ciągnęli przez cały dzień i nie mieli dostane ani kawałka ogona.
Tak nabożnie przygotowywali się rybacy do święta Zmartwychwstania, zgoła nie myśląc o brzuchu, jako że zwyczaj „święconki” był tu nieznany i nawet jajkiem święconem się nie dzielono.
Gdy w Wielki Czwartek umilkły dzwony, gromada chłopców trzy razy dziennie obchodziła kościół, grzechotkami na cztery świata strony groźnie grzechocąc.
Dopiero w Wielką Sobotę wesołe ich głosy obwołały radosne wezwanie:
— Wyganiajta post i kładzieta wrony w grub!
— To znaczy — do garnka, wrony wędrowne, zastrzelone w czasie Wielkiego Postu i zasolone — tłumaczył Kułak Tomaszowi.
Ale ani Rezurekcji uroczystej, szumnej, radosnej, jak to na lądzie bywa, nie było. Tylko w pierwszy dzień świąt rozwarły się podczas mszy śpiewanej podwoje i uroczysta procesja z chorągwiami, feretronem i księdzem pod baldachimem trzy razy obeszła kościół w czasie bicia w dzwony i radosnego śpiewu.
Chrystus zmartwychwstał!
Rozpoczęła się wiosna — naprzód w duszach ludzkich, wolnych już od smętku zimy a wskrzeszonych radością Zmartwychwstania — potem w przyrodzie.

Tuż przed świętami odjechał Kułak, zmordowany, chory ze zmęczenia.
— Co miałem tego roku do przegrania to przegrałem! — mówił przed wyjazdem do Tomasza. — Przerżnąłem pięć wielkich stawek. Nie jestem głupi ani lekkomyślny i staram się unikać ryzyka, a jednak popełniłem pięć skończonych głupstw, które przytem pokazały się nadzwyczaj karkołomnemi. Grałem „va banque” nie wiedząc nawet o tem. Ot — masz morze!
— Ha, bardzo słusznie, przekupniu! — odpowiedział Tomasz. — Czegóż mogłeś od morza nauczyć się ty, który tylko o tem myślisz, jakby je sprzedawać na funty!
— Jestem kupcem i muszę zarobić! — odrzekł Kułak. — Cokolwiekbyś o tem myślał, takie jest życie i takie jest prawo życia. Ze wszystkiego człowiek zawsze chce mieć zysk materjalny albo moralny...
— Daj spokój! Wiedza materjalistycznego pozytywizmu płynie korytkiem płyciutkiem i bardzo wąskiem. To mizerny a niezbyt czysty kanalik.
— Mówisz tak dlatego, że wiesz, że tego roku przegrałem.
Naraz oczy mu błysnęły.
— Doch ja tu wrócę! — rzekł.
Tu zwrócił się w stronę morza i wygrażając mu pięścią, zawołał:
— Ja się jeszcze z tobą, kanaljo, porachuję! Ryba płaci, ryba traci! Ryba — jak złoto i jak błoto! Mogę przegrywać pięć lat a szóstego się odegram!
— Albo i nie! — zaśmiał się Tomasz. — Wszak to morze!
— Cholera!
— Jesteś tak głupi jak ci, którzy wymyślają systemy gry w ruletę. Chcesz wziąć na kawał Opatrzność i żywioł, którym ona rządzi. Ale i ty wpleciony jesteś w laskorn żywota i ciągniesz go na strądzie.
Tymczasem jednak Kułak był istotnie strasznie zmęczony. Musiał uregulować wszystkie swe sprawy, na co potrzebował pieniędzy, a tymczasem naturalnie wszyscy jego odbiorcy, wiedząc bardzo dobrze, iż do października nie potrzebują z nim utrzymywać stosunków, bo połowy się skończyły i ryb niema, za towary pobrane przez ostatni miesiąc nie płacili, trzeźwo rozumując, iż gdy sumę dłużną uiszczą w jesieni, kontakt z firmą łatwo znów nawiążą. Stanowiło to jednak sumy znaczne, na które Kułak, likwidujący swój sezon, słusznie liczył. Tych pieniędzy nie było, wobec czego rybacy zaczęli się niecierpliwić i stawali się niegrzeczni, podczas gdy Kułak, który w żyłach swych nie miał ani kropli krwi grzeczności, musiał być coraz to uprzejmiejszy i tak kręcić, aby mógł wyjechać „z głową dumnie do góry podniesioną“ jak mówił.
Bezustannie nachodzili go rybacy z pretensjami, które on, dla swej wygody wszystko „en gros” biorąc, uważał za zwarjowane. Oto przyszedł do niego człowiek, który, po ceremonjach powitania, przypomniał mu pożyczoną a niezwróconą garść gwoździ.
— No więc co? — pytał Kułak.
— Jakże to będzie, pan Kułak? — mówił zakłopotany rybak. — Doch jest to garść moich gwoździ! Pan uręczył!
— Więc co chcesz, człowiecze, za to?
— Należy mi się od pana garść gwoździ.
— Co to może kosztować? Pięć detków? To masz.
— Pan Kułak! Doch ja teraz po tę garść gwoździ za pięć detków muszę do Puecka być wyjechany!
— Co mnie to obchodzi! Ja ci za gwoździe daję dziesięć razy więcej, niż były warte.
— Ja doch pańskiego nie chcę! Niech mi pan odda garść moich gwoździ.
— Skąd ja ci, człowiecze, gwoździ wezmę?
— U mnie pan znalazł, niech pan szuka gdzie indziej. Mnie się należy garść gwoździ!
Drugi przyszedł, wypominając pożyczoną szklankę.
— Jo, jo! — przypomniał sobie Kułak. — Ona tu gdzieś była... Ale gdzie jest? Jo, już wiem, stłukła się.
— Co teraz będzie, pan Kułak? — pytał strapiony rybak.
— Cóż taka szklanka może kosztować! Pół złotego? Masz tu złoty!
— Jo, pan Kułak, takiej szklanki za złoty nie dostanie! Ja ją miałem przywiezioną ze Sydney, czterdzieści lat ją miałem, a pan mi ją rozbił! Co teraz będzie?
— Nic nie będzie, kupisz sobie dwie nowe szklanki.
— Nei, pan Kułak, to tak nie może być! Gdzie moja szklanka?
— Człowiecze, czy ty chcesz, żebym ja przez twoją głupią szklankę lichy rozum dostał? — wołał Kułak, zgrzytając zębami. — Szklanki ci nie wskrzeszę!
Gospodarzowi swemu był winien sto złotych, które pożyczył i sto za mieszkanie. Ponieważ pieniądze nie przychodziły a on musiał wyjechać, postanowił dać na razie sto złotych, a resztę przysłać po powrocie do domu. Mógł to spokojnie zrobić, bo znali się oddawna.
Zawołał rybaka.
— Jestem wam winien dwieście złotych — rzekł — ale ponieważ nie mam pieniędzy, daję wam teraz sto złotych a sto złotych za mieszkanie przyślę z domu.
Rybak zachmurzył się i odpowiedział:
— Tak nie może być!
— Jak to? Nie wierzycie mi? A mało razy ja wam uręczałem?
— Ja panu wierzę! Ale tak nie może być! Pan mi zwraca dług a za mieszkanie zostanie winien i wyjedzie! Doch przed wyjazdem trzeba za mieszkanie zapłacić!
Teraz Kułak zrozumiał.
— Jo! Jo! — To wiesz co, Kustos? Ja ci daję tych sto złotych za mieszkanie, a te pieniądze, coś mi uręczył, przyślę ci z domu.
— Jo, tak będzie wszystko w porządeczku! — ucieszył się rybak.
— Jak tylko przyjadę, zaraz ci odeślę!
— Ale jo! Nie musi pan się śpieszyć! Doch ja wiem!
Wciąż ludzie z pretensjami przychodzili.
Emil Czarny przypomniał sobie jakieś niezapłacone węgorze z przed czterech lat, kto inny znów metr drzewa — do późnej nocy nudzili Kułaka, wymyślali mu, grozili, że aż browning przed sobą na stole położył.
Ostatni przyszedł Ignacy — po dyspozycje, bo Kułak jeszcze coś w wędzarni kurzył.
Kiedy mu już Kułak wszystko szczegółowo wyłożył, Ignacy pomilczał chwilę, a potem zapytał:
— Ale, pan Kułak, a co będzie z temi siedmiu groszami, co mi się od pana należą?
— Słuchaj, Ignacy! — rzekł, ciężko oddychając, Kułak. — Zarobiłeś u mnie niejeden tysiąc złotych. Daruj mi tych siedem groszy!
— Jest to możliwe, panie Kułak? — jęknął żałośnie rybak. — Przecież to byłaby moja krzywda! Mnie się tych siedem groszy należy!
Kułak zerwał się.
— Marsz, bo ci w łeb strzelę! — huknął, chwytając za broń.
Ignacy wyskoczył z pokoju.
A Kułakowi bryznęła z irytacji krew z nosa.

List do Duszy.

Stary Paweł ciężko zachorzał. Jeździł do lasu po drzewo w zimie dużo i tam się zaziębił. Naprzód dostał postrzału. Z tem się długo nie bawił. Kazał się zaraz synom wymasować. Był to masaż oryginalny, jego wynalazku, zapomocą kolan. Obaj synowie wleźli na starego i gnietli go kolanami tak długo, póki nie zawołał „dość”, że zaś, chcąc tatkowi pomóc, pracowali rzetelnie, sił nie żałując, więc po tym masażu znowu rozbolały starego żebra. Ale to był tylko początek, bo wkrótce przyszedł suchy kaszel, ból głowy i „fiber”*. Chciał go Paweł wygonić grokiem i wypoceniem się — napróżno. Było mu coraz gorzej, aż wreszcie któryś z rybaków rozpoznał zapalenie płuc.
Co robić?
Zapalenie płuc u człowieka przeszło siedemdziesięcioletniego — rzecz poważna. O doktorze mowy być nie mogło. Sto złotych za wizytę — skądżeby rybak na to wziął! Dawano okłady.
Gorączka rosła. Tomasz, który ją mierzył regularnie i wogóle starał się czuwać nad starym, zauważył, że rybak bardzo słabnie. Póki był zdrów, trzymał się doskonale i niejednego młodego mógł przeskoczyć. Kiedy organizmem wstrząsnęła choroba, pokazało się, że to stary „wrack”, gruchot, który z łatwością rozlecieć się może. Mogło być źle.
Jak tylko wiadomość o chorobie Pawła się rozniosła, natychmiast zaczęli go odwiedzać „przyjaciele”. Przychodziło ich pięciu, sześciu, siadali gdzie kto mógł i siedzieli, kiwając żałośnie głowami, albo gawędzili z narzekającą starą Anną. Stary z trudnością oddychał, jak sam mówił, powietrza nie mógł się „doalać”, a w dusznym pokoju niejeden wonną fajeczkę przez zapomnienie zakurzył.
Tomasz próbował naprzód wytłumaczyć Annie, żeby nad mężem nie wyła, bo to chorego przygnębia i źle na niego wpływa.
— Chory powinien mieć spokój — tłumaczył jej. — Nie powinien nawet wiedzieć, że jest ciężko chory. Trzeba zachowywać zimną krew, dodawać choremu odwagi, tłumaczyć mu, że to przejdzie, że to nic wielkiego!
Spojrzała na niego obrażona.
— A toby było ładnie! — oburzyła się. — Myślałby, że go do grobu spycham, że się na jego śmierć cieszę! Nei, tego ja nie zrobio!
Bernardowi i Józkowi wykładał, że dla chorego niedobrze, gdy mu ludzie nie dają spokoju i zatruwają mu powietrze.
— Jest wieczór, stary osłabiony, chce spać, a oni go obsiędą, zaczynają gadać, stary nie ma czem oddychać!
Przyznawali mu słuszność, ale dodawali, że taki u nich jest zwyczaj i że oni są wobec niego bezsilni.
— U nas, jak kto zachoruje, ludzie trzymają się nie tyle przepisów lekarza, ile Pisma Świętego — objaśniał mu to ze swej strony Józk. — A Pismo Święte każe chorych nawiedzać.
— Zamordujecie go w ten sposób!
— Będzie, co Bóg da!
— To ja tych gości sam powyrzucam. Ja im wytłumaczę.
— Niech pan spróbuje, może pana usłuchają. Ja nie mogę. Obraziliby się na mnie śmiertelnie.
Tomasz przedkładał, tłumaczył. Przyznawali mu słuszność, ale siedzieli w dalszym ciągu. Gdy stanowczo zażądał, żeby chorego zostawili w spokoju, stara Anna zaprotestowała ostro, a niektórzy goście przestali się mu na ulicy kłaniać. Nie pomogło nawet kazanie, które ksiądz wygłosił na temat zachowania się wobec chorych.
Jednego dnia gorączka dosięgła czterdziestu i pół stopnia. Rozeszła się wieść, iż we wsi bawi komisja sanitarna, w której jest lekarz. Poproszono Tomasza, aby go zawezwał. Tomasz uganiał krętemi uliczkami wsi, szukając równocześnie, ktoby miał aspirynę — ale komisja z przed nosa drapnęła mu drezyną. Towarzyszył we wsi komisji i wójt i sołtys, którzy obaj wiedzieli, że stary rybak jest ciężko chory, ale żadnemu z nich nie przyszło na myśl powiedzieć o tem doktorowi. Nie mieli śmiałości.
Tego dnia Bernard pojechał do doktora w Pucku z moczem chorego. Doktór orzekł, iż to zapalenie płuc, oznaczył termin kryzysu i zapisał lekarstwa. To była opieka lekarska.
Na drugi dzień zawezwano do chorego księdza z Panem Bogiem. Komunja uspokoiła chorego a ksiądz w mig zaprowadził w chacie porządek. Kazał dbać o czyste powietrze, nie wpuszczać żadnych gości, nie płakać nad chorym, a tylko modlić się, aby wyzdrowiał. Prócz tego sprowadził z Pucka pielęgniarkę z klasztoru Elżbietanek.
Ale był to czas robót, z których ubyły trzy siły robocze: stary Paweł, jego żona i Etta, zajęta teraz wciąż w kuchni. Na ich miejsce przyszli „przyjaciele”, którzy tak pracowali, iż zamiast trojga dawnych sił roboczych, teraz okazała się potrzeba sześciu. Pieniędzy ludzie ci nie brali, ale zato Anna musiała im obficie dawać jeść, nie wyłączając nawet śniadania, jakby go u siebie nie mieli. W ten sposób do troski i krzątania się koło chorego przybyło jeszcze gotowanie na tyle osób — i to nie byle jakie, bo trzeba było pokazać, że się za gotowość sąsiedzką umie być wdzięcznym.
A z chorym było źle. Po nocach nie sypiał, pluł krwią, duszności miał, więc pielęgniarka przy nim czuwała. Gdy przyszedł kryzys, Anna, która tej nocy pielęgniarkę zastępowała, obiecawszy ją zbudzić w razie potrzeby, z nieśmiałości i czci dla świętej osoby nie zbudziła jej, mimo że chory całą noc bardzo się męczył. Po kryzysie nie czuł się dobrze. Znowu przyszło kłucie w boku, zadyszka.
Wielkanoc minęła dawno, a stary wciąż pasował się z chorobą. Nie mówił już nic, tylko myślał.
Gdy tak leżał, pewnego cichego wieczora, na placu przed kościołem zaczęła grać muzyka rybacka.
Chory uśmiechnął się.
Domyślił się odrazu, że to serenada, jaką zwykle w przeddzień ślubu grywano dla większej ery przed domami gości zaproszonych na wesele...
— Kto się żeni, Etta?
— Paweł Kąkol.
— Ze Stefą?
— Jo!
Była to wdowa z czteroletnią córeczką. Mąż jej, jadąc batem do Gdańska podczas burzy, utonął.
Muzyka skończyła swój popis przed jednym domem i zaczęła grać przed drugim. Muzykanci grali każdy dla siebie, fałszywie, zato z głębokiem, tkliwem uczuciem. Pełna słodyczy dysharmonja rzewnie brzmiała w ciszy wieczornej, przy zgodnym rytmie jaskrawo wyszczególniając różnice w zdolnościach, umiejętności i temperamencie muzykantów.
— Ta muzyka jest taka sama jak i wioska! — przyszło naraz na myśl choremu. — Każdy gra inaczej, jak umie i jak rozumie najlepiej, bo złego nikt tu nie chce. Kłótnie czasem są — ale zresztą wszyscy idą zgodnie razem.
Rozrzewniła go ta myśl.
Tej nocy spał spokojnie.
Zbudził go rano szum wichru. Nie potrzebował zaglądać w okno, aby się przekonać, z której strony wieje. Dom jego zbudowany był tak, że jeden kant izby zwracał się ku północy, drugi ku południu, trzeci ku wschodowi, czwarty ku zachodowi.
Ale było jasno i słoneczko świeciło pięknie.
Paweł zbudził się wypoczęty, trochę snem pokrzepiony i dobrej myśli — choć prawdę mówiąc, przez cały czas choroby też pogody umysłu nie tracił. Wypiwszy z nabożeństwem filiżankę rosołu z kury, którą Anna z wielkim bólem serca dla niego zabiła na skutek nalegań i wyrzutów Tomasza, poprosił, żeby go pielęgniarka umyła i uczesała, bo sam ruszać się jeszcze nie mógł, poczem zażądał, aby się cała rodzina przy nim zebrała.
Przyszli strwożeni niemało, bojąc się, czy takt nie myśli umierać, bo był bardzo biedny, ale on patrzył na nich pogodnie, a w głębokich jego oczach znowu tliły zwykłe, dobrotliwe iskierki. Żałował tylko, że się sam ogolić nie może, bo golenie syna nie trafiało mu do przekonania.
— Słyszeliście wczoraj muzykę? — zapytał, kiedy wszyscy usiedli.
— Jo! Grali zaproszonym na wesele.
— On ją sobie bierze, choć ona ma czteroletnie dziecko.
— Wdowa! — wtrąciła domyślnie neńka.
— Jo! A z Nastazją co było? Całe życie poszło przez głupstwo na marne.
— Jo! — przyświadczył Bernard.
— Słuchajcie! — zaczął stary poważnie. — Ja byłem ciężko chory, byłem zaopatrzony na śmierć, ci którym ja coś przewiniłem, przebaczyli mnie, a tym którzy mnie przewinili, przebaczyłem ja. Jaka będzie z tem boska wola, co Bóg z tem zrobi, tego nie wiem, ale tak jest.
Słuchali go w nabożnem milczeniu.
Stary chwilę odpoczął, a potem mówił dalej:
— To mnie tylko bolało, że nie mogę sprawić tego, żeby krzywda, którą mój syn bliźniej swej wyrządził, została naprawiona. Myślałem tak, jak myśleliście wy wszyscy — że trudno to uczynić. Ale wczoraj usłyszałem tę muzykę i tedy jasno mi się w głowie naraz zrobiło, że mój syn musi się z Duszką ożenić, bo inaczej miałby ją na sumieniu i odpowiadałby za nią ciężko przed Bogiem... Jeżeli ona jest winna, to i on jest winien, a jeżeli on nie jest winien, to i ona winy żadnej nie ma, a tedy — czemuby się z nią nie mógł ożenić?
— Co innego chłopiec — rzekła matka. — Dziewczyna powinna na siebie uważać!
— Mutr, ja sam to wiem, le ja wiem, co ty nie wiesz! — mówił ze słabym uśmiechem Paweł. — W żeni to wszetko jedno! Pomyśl, neńko, że Dusza jest chłopcem, a Józk dziewczyną — jakby ci teraz było?
Anna poruszyła się na krześle niespokojnie.
— Ale jeżeli ona się tam w Gdańsku zepsowała?
Stary groźnie podniósł prawą rękę.
— Tedy musi ją sobie wziąć, żeby nie wiedzieć co było, bo inaczej dziewczyna przepadłaby — przez jego winę.
— Dusza się nie zepsowała! — odezwał się żywo Józk. — Służy tam u jednego państwa, u Polaków, wszystko ma, żyje jak na sztimrze...
— Ale czy jej ojce się zgodzą? — broniła się jeszcze neńka.
— Zawołasz ich do mnie! — rzekł stanowczo Paweł. — Muszą się zgodzić.
Rodzice Duszy przyszli, a wynikiem narady z nimi był list, jaki wkrótce potem wysłali do Gdańska. List ten, pisany przez ojca Duszy, który nauczył się pisać po polsku tylko z książeczki do nabożeństwa i napisów na grobach, brzmiał:
„Kochana Duszo!
„Z wielkim bólem w zercu pisze Rodzice twoje do cebie ten list, bo nam Rybaci, któri bili w Gdańsku sprzedać swoje polowy Ryb zpotkali cebi i nas uwiadomili twój Adres. Widjmi dobrze, że tobie idzie tam prawie jak ty chcesz i jesteś tesz dobrze ubrana. Jednak nie możemy ja, any Neńka any Brat twój dali bes cebie życ. Twoje głupstwo, któres tu zrobiła z Józkiem Chudych, zrobilas nam wielki wstyd. Dlatego uciekla jes do Gdańska, ale bądź tak dobra i wróc do nas, wszetko tobie my przebaczymi tak jak Ojc marnotrawnemu Synu tak i my tobie odpuszczemi. Mami wiele do pracy bo są mance, i Sejce do naprawienio i kto ma to zrobić. Ja jestem stari już 69 a Neńka jest 64, zawsze chora na swoje chorobę i Bartlomin pracuje na wodze. Józk Chudych chorzał długo i ma wielki iwer o to, co z tobą zrobil a jego tatk tesz chorzal.
„Kochany Dziecko, czcij Ojca Twego i Matkę twoją, przyjechaj i będziesz Bartlominowi pomagala. Nam jest Koza ubagnona i kto ma ją doić i dwa mlodi Kozki napajać. Przyńc do domu. Bartlemin cebit nie ostawi w sztychu, choćby nawet cosz ponownie z kim zaszlo. Dlatego pozostań z Bogiem, ot wszetkich cebi pozdrawiam i oczekywać będziemy cebie każdego dnia”.
Jak tylko list wysłali, wszystkim kamień spadł z serca.
Józk poweselał, stary Paweł skrzepił się i zaczął przychodzić do zdrowia.

Pojadę!

Ptaki przelatywały wciąż — wieczorami słychać było ciągnące kaczki, nieraz nad zatoką siadały dzikie gęsi, to znów zafurkotały dzikie gołębie — ale wiosna rozkwitała bardzo powoli i choć zima odeszła, tylne jej straże nie próżnowały, przeciwnie, wciąż brutalnie napastowały półwysep, nieraz po kilka razy na dzień zasypując go śniegiem.
Połów łososi trwał jeszcze jakiś czas, lecz coraz więcej rybaków porzucało niewdzięczne laskorny, dające zdobycz z każdym dniem mniejszą, i zamieniało się w murarzy, cieślów i stolarzy. Wszyscy pracowali nad rozszerzeniem domów, a wielu wznosiło nowe.
Teraz dopiero podziwiał Tomasz zręczność rybaków i ich zdolności. Ci ludzie wszystko umieli. Bez żadnych majstrów-budowniczych ani „uczonych” murarzy zakładali fundamenty, wznosili mury, pracując dokładnie i tak szybko, że domy rosły w oczach. Byli między nimi wprawni szklarze, znakomici stolarze, zduny po mistrzowsku stawiający piece — zdawało się, że niema takiego rzemiosła, któregoby nie znali. A uderzała przytem gotowość, z jaką pracowali wspólnie, wzajemnie sobie pomagając. Gdy ktoś potrzebował robotników, kto miał czas, stawał do pracy, zadowalając się otrzymywanem za nią pożywieniem i chętnie odkładając rachunki na później. Tak stary Paweł nie umawiał się nigdy o wynagrodzenie, gdy go wzywano do chorego zwierzęcia, tak Edward Kunsztowny za pół darmo strugając dla sąsiadów i przyjaciół ramy okienne i drzwi, miesiącami całemi pieniędzy za nie nie widział, i tak pracowali wszyscy, w mądrem rozumieniu, że gdy należy coś zrobić, to pierwszą koniecznością nie jest zarobek, lecz praca. Wiedzieli, że pomagając sobie wzajemnie, pracują dla dobra całej wioski, i że wszystkim im będzie lepiej, gdy przybędą nowe domy a z niemi nowi letnicy.
— Dlaczegóż tu ludzie to rozumieją, a na lądzie nie? — pytał się Tomasz.
Po długim namyśle zdawało mu się, że zrozumiał:
— Oni mają dyscyplinę morską! — rzekł sobie. — Rybak na łodzi czy na statku nie może myśleć tylko o sobie, musi myśleć za wszystkich. Kiedy coś na łodzi trzeba zrobić, nikt nie może naprzód targować się o zapłatę, musi przedewszystkiem pracować i to z całym nakładem sił i dobrej woli, gdyż inaczej łódź zatonie a z nią i on. Dlatego tu, mimo osławionego braku solidarności, jest najprawdziwsza jaka może być faktyczna solidarność z konieczności, usuwająca wszelkie motywy i względy osobiste.
— A jednak wszystkie spółdzielnie rybackie upadły! — przypominał sobie. — Żadna akcja społeczna tu się nie udaje, niema właściwie żadnej poważnej organizacji.
— Nie udaje się to, co rybacy uważają za zbyteczne i w co nie wierzą, mając do powątpiewania pewne podstawy. W spółdzielnie rybackie nie wierzą, bo aż nadto dobrze wiedzą, jakie jest rybołówstwo, a co może im dać hotelarstwo, które już dziś jest główną podstawą ich bytu.
— Więc staną się hotelarzami?
— Częściowo. Ale zawsze będą morskimi ludźmi. Za dochody z hotelarstwa kupią kutry i zaczną wyjeżdżać dalej, niż dziś na morze, bo przy brzegu woda jest już „próżna”. Prócz tego będą służyli w marynarce handlowej i wojennej. Morze mają we krwi. Nie opuszczą go.
— Zniewieścieją, zepsują się...
— Może być! Będzie, jak Bóg da. Ale prawdą jest, że ci starzy rybacy, te wilki morskie, to już „ostatni Mohikanie“ starego polskiego morza. Bezpowrotnie odchodzi z nimi przeszłość, prawie zupełnie nie pozostawiając wspomnień, przeciwnie, dając wolne pole nowej twórczości. Polska musi pokazać, co umie!
— Czy nic po nich nie pozostanie?
Z serdeczną miłością pomyślał o wymierających już starych „szkutnikach”, którzy kiedyś mieli w swych rękach całą komunikację na Małem Morzu i daleko poza Gdańsk, o „okrętnikach” przywożących z dalekich krain zamorskich dziwne cacka, sprzęty i opowieści, o starych rybakach, olbrzymach, ludziach z żelaza, drwiących sobie z nordy i zimna, a gołębiego serca.
— Ci starzy byli dobrzy! — opowiadał mu o nich pewien rybak. — Ja pracowałem w jednej starej maszoperji jako chłopak na pół partu, a taki bojs jest zawsze na posyłki, musi alać tabakę, wino, cygara. Starzy wino bardzo lubieli. Rano, jak przyszli jarnować wangorze, zaraz posyłali mnie po dwie, trzy budle wina, a potem siadali i pili kolejno jedną szklankę, żeby każdy miał po rewnu. Weseli byli, śpiewali, całowali się, jak bracia. A gdy jeden drugiemu coś złego zrobił, to sobie wyznawali i przepraszali się i płakali i odpuszczali sobie wzajemnie i przebaczali i ja znowu musiałem alać wino... Oni byli dobrzy!
Mająż minąć i zniknąć bez śladu?...
Ach, nie! Dobroć nie jest nigdy daremna!...
Tomasz stał niedaleko domu Edwarda Kunsztownego, zapatrzony na słoneczny plac przed kościołem. Żółta, złośliwa Sznela biegała za zestrachaną kurą, wyrywając jej pierze z kupra, a na Trupiej Drodze, złotej od słońca, dwie pstro ubrane, jasnowłose dziewczynki tańczyły „shimmy”.
Uśmiechnął się na ten widok Tomasz i mruknął:
— Od wieków po wieki wieków życie tańczy wesoło na drodze śmierci. Ha, bardzo słusznie!
Wtem uderzył go silny, balsamiczny zapach żywicy, tak mocny, że w jednej chwili Tomasz ujrzał przed sobą góry kobaltowe w słońcu i ciemne, wielkie, gęste lasy. Chwyciła go nagle straszliwa tęsknota do lądu, do bujnych lasów, łąk zielonych, do gwaru gnuśnego, kapryśnego miasta, do ludzi tak przywykłych do wygód, iż ich nawet nie cenią.
Co tu tak pachnie?
Odwrócił się i zobaczył Edwarda Kunsztownego, heblującego piękną, długą, grubą deskę. Złote wióry, odlatujące od deski, pachniały tęgim aromatem żywicznego lasu.
— Z tutejszych sosen takich desek zrobić nie można! — pomyślał — Edwardku!
— Jo, panie? — pytającym tonem spytał uprzejmie stary.
— To nie tutejsza deska, co?
— Nei, to bita! Raz tu Wisła wyrzuciła na zatokę tyle tych bitów, że cała zatoka była niemi pokryta. Daleko na morzu suchą nogą można było przejść. To bita z kraju...
I oto Tomasz doznał narazie uczucia dumy.
— Mocna ziemia, która tak zdrowe drzewa rodzi!
— Pojadę! — pomyślał, idąc nad morze.
— Pojadę! — powtórzył z radością, gdy zauważył, że morze jakby zgasło w jego oczach. Nie smugi barwne mieniły się na nim, lecz rewy, beki, sachej, osuch...
— Czyżby dla mnie morze straciło swą poezję? — zaniepokoił się. — Ono się tylko pogłębiło, nabrało treści i poważnego zabarwienia ciężkiej, niebezpiecznej, prawdziwej pracy...
Roześmiał się...
— Morze, — i ośmiogodzinny czas pracy! Warjaci! Ale wyjadę jak najprędzej...
— Uciekasz! Nie wstyd ci?
— Nie. Ja wrócę. Tu jest tyle do roboty, że każda siła może być pomocna i potrzebna... Ale teraz pojadę, bo, bo...
Szedł strądem i naraz zauważył nakreślone na piasku przez fale łańcuchy gór.
— Pojadę! — rzekł sobie. — Bo nawet fale w głębinach morskich śnią o górach...

Matka Polska!

Po dłuższej korespondencji z Gdańskiem stanęło na tem, że Dusza przyjedzie w lecie ze swojem państwem, którzy się na lato na półwysep wybierali, u nich jeszcze te dwa miesiące przesłuży, aby doch nie stracić za ten czas pensji i możliwych prezentów, a potem weźmnie ślub z Józkiem, który wtedy wyciągnie do rodziców Duszy, ale nadal zostanie w spółce z rodziną.
Postanowiono tylko, że stary Paweł, którego choroba jednak porządnie poderwała, przestanie już wyjeżdżać na rybołówstwo zimowe, zachowując sobie „batowe” i dział wypadający od sieci, zamiast niego zaś wstąpi do spółki brat Duszy, Bartlemin. Był to układ normalny, nikogo nie krzywdzący, zwłaszcza, że Bartlemin sieci miał dużo i był rybakiem szykownym.
Wszyscy byli z tego zadowoleni, nawet Zolojka nie mogła takiego zakończenia przykrej sprawy nie pochwalić, ale w głębi duszy jakiejś szczególnej radości nie doznawała. Wciąż wydawało się jej to wszystko głupie i pospolite. Pocóż było od iwru aż lichy rozum dostawać, pocóż było do Gdańska uciekać i Józkowi tak długi czas przyganiać... W ten sposób można było przecie skończyć odrazu, bez długiego gadania. Nie wiedziała i prawdopodobnie nigdy się nie dowie, iż człowiek tak już jest stworzony, że najprostsze rzeczy są dla niego właśnie najtrudniejsze.
W domu czuła się jakoś obco. Wszyscy oni niezbyt rozmowni byli, ale teraz nie było już nawet o czem mówić. Bernard, którego gryzła zazdrość o to, że Józkowi tak się wszystko udało, milczał zawzięcie. Józk będzie teraz wolny, podczas, gdy on, Bernard, który chciał trochę świata zobaczyć i zamiast Józka iść na statek, będzie musiał pozostać w domu, bo stary się „odfeszował”, porzucił rybołówstwo. Neńka otwierała usta tylko, gdy jej przyszło wadzić o co. Józk myślami był już w swym nowym domu. Etta, samotna wśród swoich, uciekała dawnym zwyczajem na strąd, gdzie spędzała długie godziny na bezcelowej włóczędze.
Pewnego dnia wywabił ją z domu potężny, dźwięczny huk hydroplanów, które, przeleciawszy nad zatoką, krążyły teraz nad półwyspem. Było ich sześć. Wesoło przelatywały tuż nad wioską z pancernym iście szumem i brzękiem, zuchwale okrążały śpiczastą wieżyczkę kościoła, leciały nisko. Wszyscy lotnicy byli znajomi, w lecie mieszkali w wiosce, nieraz, przelatując nad nią, zrzucali paczki z prowiantem, przeznaczone dla bawiących tu krewnych. Więc mieszkańcy wioski, ujrzawszy hydroplany, wybiegali z chat, wymachując na powitanie pilotów chustkami, grabiami, łopatami, miotłami i szczotkami, ci zaś to popisywali się swą zręcznością, to, jak mewy, przysiadali na gładkiej powierzchni zatoki, zaś jeden z nich, ujrzawszy na łące Edwarda Kunsztownego, przeleciał mu tuż nad głową, wołając: — Dzieńdobry, panie Edwardzie! — czem starego przestraszył i w wielkie zdumienie wprawił.
Tak tedy hydroplany latały, napełniając przestworza powietrzne chrzęstem i metalicznym śpiewem, a Zolojka szła torem kolejowym, dziwiąc się i rytmicznemu biciu fal w strąd i rozgłośnej muzyce na wysokościach.
— Jak to wszystko na tym świecie żyje! — zdumiewała się. — I ląd i morze i powietrze. I wszędzie ludzie pracują, śmieją się i są weseli.
Tylko ona jedna — nie!
Jest wprawdzie młoda, to znaczy, lat ma niewiele, ale jej się zdaje, że jest już bardzo stara. Że dla niej już nic nowego w życiu niema i nie będzie, bo ona wszystko wie. Dużo w swem życiu „tuńców” słyszała i tańczyła, ale wszystkie są takie same. Nic nowego, nic nowego, a to stare ginie.
Powoli weszła na szczyt Uswinu i tam siadła.
Z jednej strony morze, z drugiej strony morze. Tu sztimry kolorowe, czarnym dymem buchające, tu kraśne żagle motorówek, już szukających bańtków, tam brunatne żegla powoli kricujących pomarenków — a nad wszystkiem, wysoko w powietrzu, tęgo śpiewające basem dźwięcznym hydroplany, tam zaś bon wlecze za sobą długi pióropusz białego dymu. Co się stało z tym półwyspem, do niedawna jeszcze tak samotnym, cichym i zapomnianym? Nowe, wielkie domy wyrastają z piasku, tu nowy port, tam budują port — stąd widać nawet jego dymy — wielki port! W Kuźnicy morze z każdym rokiem zabierało grunt, wdzierało się do domów, kradło ziemię — i rady na to nie było. Teraz Poluchy zrobiły tam mały kanał, o jakie sto sążni odprowadzili morze od kraju — a gdy ten kanał burze piaskiem zasypały, to oni przysłali torpedowiec, który się kilka razy po kanale przejechał i oczyścił go, a potem przyjechał na dwa dni bager, piasek wybrał i było po „trosku”.
— Jo, Matka Polska!
Rybacy byli tego roku na kraju. Opowiadali, że w Polsce są pałace nad ziemią, na ziemi i pod ziemią — a te pod ziemią są całe białe, ze soli, jak diamenty i tam jest jezioro i kaplica... Jest to możliwe?
Między morzami siedzi Zolojka, wiatr szarpie jej czerwone włosy, a ona patrzy ku lądowi i myśli:
— Znajdzie się taki, co jest dla mnie? Będzie miał o mnie wiedziane? Przyńdzie do mnie i powie mi, że naprawdę może być dziesięć tysięcy koni w jednem mieście? I pokaże mi białe pałace pod ziemią? I powie mi, powie mi...
Zolojka nie wie, co on jej powie.
Dlatego chciałaby, żeby przyszedł...
Niech jej opowie o wszystkiem, co jest na kraju, a wtedy ona powie mu, co wie o morzu.
I zaśpiewają razem zgodnemi głosami: — Ty, której berła ląd i morze słucha! Królowo Korony Polskiej!
Oczami duszy słonecznej Zolojka patrzy w ląd i woła:
— Przyńdź!

Jastarnia, czerwiec 1927.


DLA LEPSZEGO ZROZUMIENIA RZECZY
KOMENTARZ.

O własnej powieści słów kilkoro.

Morska belletrystyka polska jest bardzo uboga.
W poezji niema ani jednego przedstawiciela, morską powieść polską z morza polskiego przez długie lata reprezentuje utwór Gruszeckiego, zatytułowany „Tam, gdzie Wisła się kończy”, a niczem nie wybijający się ponad zwykły szablon powieściowy tego przezacnego zresztą pisarza, który z własnych ambicyj artystyczno-literackich zrezygnował na rzecz służby publicystyczno-propagandystycznej.
Powieść jego, do której autor zebrał obserwacje i materjał podczas krótkiego pobytu w lecie na półwyspie — mówię tu stale o półwyspie Helskim, bo innego nie mamy — w swoim czasie mogła być rewelacją, gdyby nie obojętność społeczeństwa polskiego, zasadniczo lądowego, zajętego własnemi, skomplikowanemi interesami w poszczególnych zaborach, i nie posiadającego możliwości jakiejkolwiek egzekutywy, jakiegokolwiek wpływu na Kaszubów, mocno ujętych w karby przez rząd pruski i od lądowej Polski odciętych. Zebrany przez Gruszeckiego materjał jest chaotyczny, podany powierzchownie, z tendencją uczciwą, ale daleką od rzeczywistości, poprostu „ut aliquid fecisse videatur“, bez wiary głębszego przekonania, bez uczucia zgrozy na widok miażdżonego przez Niemców szczepu kaszubskiego. Rybacy wyjeżdżają na połowy (nie widzi się tego nawet z brzegu, a co robią ma morzu, o tem ani słowa), starsze rybaczki piją kawę, dziewczęta są zakochane, a młodsi rybacy kłócą się z starszymi o postępowe sposoby rybołówstwa. Wreszcie młodzi zwyciężają i na falach zatoki pojawia się wspaniały polski szkuner rybacki, jakiego nikt tu nie widział, ani dotychczas, ani potem, bo go wogóle nie było tu nigdzie, jak tylko w powieści Gruszeckiego. Optymizm ten, niezgodny z rzeczywistością, był szkodliwy, ponieważ, aczkolwiek był wyrazem nadziei autora, wprowadzał opinję polską w błąd co do prawdziwego stanu rzeczy. Natomiast stwierdzenie przez naocznego świadka, iż gdzieś nad morzem naprawdę żyją i pracują rybacy polscy, było wielką nowiną niemałej wagi, jako że nie wierzono w to tak, jak przez długi czas nie wierzono naogół w polskość Cieszyńskiego lub Górnego Śląska. Pod tym względem Gruszecki był zwiastunem wieści dobrej, z której jednak nie umiano wyciągnąć należytych konsekwencyj, jakieby z pewnością w takim wypadku wyciągnęli inni, np. Czesi.
Drugiem, wielkiem dziełem, mojem zdaniem, rozpoczynającem polską belletrystyczną literaturę morską, jest „Wiatr od Morza” Żeromskiego. Znane są wielkie niedostatki tego dzieła, więc o nich mówić nie będziemy. Jeśli jednak belletrystyczna nasza literatura morska powstanie, to „Wiatr od Morza” będzie ponad wszelką wątpliwość jej kamieniem węgielnym. Słowa „wiatr od morza”, czyli „wiatr morski” w przeciwstawieniu do bezrybnego wiatru lądowego oznaczają w gwarze rybackiej wiatr północny, lub północno-wschodni, wiatr, rządzący życiem morza i ludzi morskich. W rozumieniu lądowem tytuł ten określałby raczej wiatr od strony morza, zalatujący na ląd i takie też ma znaczenie, jako tytuł dzieła Żeromskiego. To nie jest morze, to istotnie tylko wiatr od morza. Równocześnie jednak załatwione są w tym utworze sumarycznie wszystkie sprawy wstępne i przygotowawcze tak, że dziś dzięki temu pisarz polski ma utorowaną drogę do morza, ma w dziele Żeromskiego punkt zaczepienia i wyjścia dla każdej koncepcji związanej z historją i życiem naszego morza i Pomorza, a to począwszy od czasów Wikingów, a skończywszy na czasach najnowszych.
Książka ta nie jest przeznaczona dla szerokiej publiczności, lecz dla tych, którzy tęskniąc do morza, pragnęli i pragną dostać się do niego. Żeromski, wskazując im cały ogrom spraw, niezwykle zawikłanych i trudnych, z morzem związanych, równocześnie daje im nieocenione wskazówki, czego mogą i powinni szukać na morzu, broniąc go zarazem od taniego i łatwego zbanalizowania. Zbyt wielka i szeroka koncepcja Żeromskiego, wtłoczona w jeden tom, nie jest przejrzysta ani harmonijna w formie, mimo wszystko jednak na zawsze zostanie tem pełnem niezmożonej siły ziarnem, z którego, da Bóg, wyrośnie potężne drzewo nowego życia.
O swojej powieści powiedzieć mogę tylko tyle:
Wziąłem ją ze świata dla nas nowego, w którym prawie wszystko jest nam nieznane, bardzo trudno dostępne i mało zrozumiałe. Trudny jest do poznania, opanowania i opracowania sam materjał. Dla nas, ludzi typowo lądowych, samo wniknięcie, wciągnięcie się w życie morskie, jest prawie niepodobieństwem bez szczególnych skłonności, bez tego nieodgadnionego i nieokreślonego pociągu, który ze szczura lądowego robi marynarza — człowieka o swoistym, odrębnym sposobie myślenia i odczuwania. Ponieważ od wielu już pokoleń morza nie mieliśmy, zatem niepodobieństwem byłoby uzyskać ten pociąg choćby tylko dzięki bodaj dorywczym, składanym mu wizytom, lub też odgłosom, jakie mogły dostrzec z jego brzegów gdzieś do środka lądu. Pęd ku niemu dać mogła jedynie nieokreślona, niezrozumiała i niewiadomo z jakiego źródła pochodząca tęsknota, ta sama prawdopodobnie, która wypędza na morze węgorze z naszych błotnistych stawów i zamulonych rzek. O czem to świadczy — nie wiem i nic mnie to nie obchodzi, wiem tyle tylko, że gdybym do tego morza naszego nie był dotarł, musiałbym się z pewnością drugi raz urodzić, ażeby je przecie zobaczyć, bo bez niego miara mych grzechów i dobrych uczynków stanowczo nie byłaby dopełniona.
Jeśli jednak niełatwą rzeczą jest wżyć się w morze, to o wiele trudniejszą będzie opowiadać o niem tym, którzy go zupełnie nie znają i nie odczuwają — jak to ma się w całym naszym narodzie, wybitnie lądowym. Weźmyż pod uwagę: Naprzód samo morze jako takie, potem ludzie morscy, tak różni od ludzi lądowych i niemożliwi do zrozumienia dla kogoś, kto nie odczuwa morza, następnie rybołówstwo z swemi niezbadanemi tajnikami życia podwodnego, prądów i wiatrów, związana z tem psychologja rybaków, mnóstwo nowych prac, obecnie rozpoczętych na naszych wodach, ich stosunek i łączność z odległemi oceanami u nas prawie nieznanemi, zamierająca a tak mało znana przeszłość, stosunek przeciętnego lądowego Polaka do morza — co wybrać, od czego zacząć, ku czemu dążyć? Co tu ważniejsze? Czy to, co przemija, czy to, co ma być i może będzie, ale czego jeszcze niema? Co chwytać w tem życiu, tak zmiennem zawsze, codzień innem i w którem niema nic pewnego?
Nie trzeba być zbyt ambitnym, przeciwnie, uderzywszy w pokorę należy robić to, co się ma najbliżej pod ręką, w myśl starej maksymy, że gdy się ma naraz dużo do zrobienia, najlepiej robić powoli lecz porządnie jedno po drugiem.
Dlatego w powieści swojej przedstawiłem przedewszystkiem najważniejszą część sceny, t. j. półwysep Helski, i najważniejszych aktorów, czyli rybaków, ludzi. Bez nich tu o niczem mówić nie można i cokolwiek będzie w przyszłości, nigdy się tu bez nich nie obejdzie. Obraz nakreślony przeze mnie jest, mojem zdaniem, niepełny i pozbawiony wielu rozmaitych cieniowań, ale wszystkiego w jednej pracy pomieścić nie można. Ton powieści jest naogół poniekąd smętny, zakres dość ciasny — ale też i morze nasze nie jest wesołe ani wielkie, przeciwnie, pod żadnym względem nie może starczyć na nasze potrzeby.
Wszystkie motywy wzięte są z życia. Sprawa z skorzniami o jednym szwie również jest prawdziwa z tem tylko zastrzeżeniem, iż w rzeczywistości skorznie takie istnieją i to nawet niezbyt daleko od Helu, bo na wybrzeżu Niemieckiego morza i wogóle w niemieckich wioskach rybackich. Rzecz cała polega na tem, że nasi rybacy robić ich nie umieją i dlatego to ów „szewiec z Gdańska” (postać prawdziwa) mógł ich oszwabić.
Obfity materjał informacyjny, na który ze względów artystycznych i innych nie było miejsca w tej powieści, może Czytelnik znaleźć w mej powieści, zatytułowanej „Na Polskiej Fali“.
Niezbyt jasno wypadła cała historja z panem Tomaszem i panią Łucją. Łaskawy Czytelnik zechce się temu nie dziwić, bo ona i dla mnie samego nie jest zbyt jasna. Może się jeszcze wyjaśni. Czasami się zdarza, że człowiek coś pomyśli, a potem sam nie wie, co to właściwie było. Miało to być przeciwstawienie lądu morza, ale mojem zdaniem niezupełnie się udało. Powtarzam jednak, nie trzeba być zbyt ambitnym i wyobrażać sobie (zwłaszcza w dziedzinie sztuki), że wszystko, co robimy, jest i musi być doskonałe, bo wcale tak nie jest. W każdym razie Czytelnik raczy pamiętać, że jest to istotnie pierwsza prawdziwie morska powieść polska, że zatem autor miał niemało trudności do przezwyciężenia. Zresztą czytając książkę, Czytelnik sam to spostrzeże.

Mare Nostrum.

Narodem morskim nigdy nie byliśmy i nie będziemy.
Potępianie niedbalstwa przodków naszych, którzy rzekomo zaprzepaścili sprawę polskiego panowania na morzu, jest rzeczą łatwą i oczywiście bardzo trafia do przekonania narodowi, który od pewnego czasu lubuje się w odgrzebywaniu grzechów i przewin swoich ojców wobec przyszłych pokoleń. Jednakże krytyka ta, wzięta z punktu widzenia człowieka spokojnego i pragnącego patrzeć na rzeczy poprostu, pod kątem widzenia trzeźwego chłopskiego rozumu, jest niedorzecznem i pozbawionem podstaw mędrkowaniem, zarozumiałem i pustem.
Żaden wielki naród lądowy dawnych czasów, żaden mieszkaniec kraju samowystarczalnego — a Polska pod tym względem była przecież niezmiernie bogata — nie rwał się do morza i awanturniczego życia włóczęgów morskich, trudniących się przeważnie piractwem. Floty od najdawniejszych czasów posiadały kraje, nie mogące swych mieszkańców wyżywić, jak np. Fenicja, Kartagina, a później tym podobne nadmorskie państewka (Holandja, Portugalja, maurytańskie państwa Północnej Afryki). Nigdy wielkiej floty nie miały Chiny, Persja starożytna, Egipt, nawet Italja, która stworzyła sobie flotę wojenną ze zrabowanych Kartagińczykom statków. Piraterją i handlem morskim zajmowali się też wyspiarze, ale nawet Anglja nie posiadała większej floty aż do czasu wojny z Filipem II. Nie nazwiemy chyba flotami w prawdziwem znaczeniu słowa łodzi Wikingów, którzy znalazłszy lub chcąc znaleźć na lądzie stałym jakiś punkt oparcia, palili łodzie, na których przybyli. Wogóle handel, aczkolwiek tak starodawny, a dziś tak wysoko ceniony, dawniej bynajmniej nie cieszył się szacunkiem, jaki otaczał rolnictwo i rzemiosło rycerskie, dlatego też wartość dróg wodnych w wysokim stopniu lekceważono.
Zważywszy, że Polska miała u siebie wszystko, czego potrzebowała do życia, zaś w towary zagraniczne, przeważnie luksusowe, mogła się z łatwością zaopatrywać drogami lądowemi wiodącemi do Niemiec i do Turcji, nie można się dziwić, że o morze nie dbała, zwłaszcza, że wyręczał ją w tem jej Gdańsk, a poczęści inne porty bałtyckie. Nie żywiąc zamiarów zaborczych, nie potrzebowała też Polska floty wojennej. Że ona mogła się przydać, tak samo jak flota handlowa, rzecz wiadoma i zrozumiała, wówczas jednak idea ta niełatwo mogła liczyć na powszechne zrozumienie i poparcie, czego dowodem choćby Francja, której flota powstała stosunkowo bardzo późno. Cokolwiekbyśmy jednak w tej sprawie robili, nigdy nie moglibyśmy zdobyć wybitniejszego stanowiska na morzu głównie dlatego, że tak dostępny nam Bałtyk, jak i dostępne swego czasu morze Czarne jest morzem zamkniętem, do którego klucze zdobyć byłoby rzeczą mało prawdopodobną. O budowie potęgi morskiej byłoby można mówić poważnie tylko wówczas, gdybyśmy byli zdołali obronić i przyłączyć do Polski za Piastów dziedziny Słowian połabskich, dających dostęp do mórz otwartych. To się nie stało, więc niema co biadać nad zaniedbaniem polityki morskiej naszych przodków. Mogła być lepsza, ale nigdy nie mogłaby doprowadzić do czegoś na wielką skalę.
Sytuacja ta zmieniła się dziś o tyle, że wraz z wzrostem handlu wzrosło też niezmiernie znaczenie dróg wodnych. Dlatego to, jak to zresztą powszechnie wiadomo, dostęp do morza jest nam tak niezbędny. Nie mając go, musielibyśmy się gospodarczo udusić.
Powinniśmy tedy mieć go tyle, ile niezbędnie do życia potrzebujemy.
Tymczasem długość całego naszego wybrzeża (147 km.) stanowi zaledwie 3 proc. całej linji granicznej naszego państwa, co jest stanowczo za mało, zwłaszcza że linja ta wije się brzegiem Małego Morza i zatoki Puckiej, tak, że z Bałtykiem graniczymy na przestrzeni zaledwie kilkudziesięciu kilometrów. Trzeba zaś pamiętać, że to nasze Małe Morze wraz z zatoką Pucką stanowi właściwie tylko część zatoki Gdańskiej.
Niewątpliwie jest to dostęp do morza, możliwość wydostania się na szeroki świat i zaczerpnięcia oddechu, i to z tego wszystkiego jest najważniejsze, jeśli jednak inne narody wydostają się na ten szeroki świat drzwiami otwartemi naoścież, to my wkradamy się doń jakby przez dziurę w płocie, powstrzymując oddech i chyląc się aż do ziemi, aby móc jak najbezpieczniej podleźć i nie porwać na sobie ubrania. Taki stan rzeczy długo trwać nie może, bo jesteśmy narodem naprawdę wielkim i szybko mnożącym się. Jeżeli zatem mamy spodziewać się jakichś zmian na naszem morzu, to oczywiście musimy się niem zajmować znacznie poważniej, niż dotychczas.
Mamy niby tych kilkadziesiąt kilometrów Bałtyku, ale, pominąwszy Hel, ani jednego portu na nim i prawie żadnej możliwości korzystania w jakikolwiek sposób z tego morza. Pozostaje nam Małe Morze, słusznie zresztą tak zwane, bo jest tak niewielkie, że gdy się w piękny dzień wyjdzie na półwyspie nad zatoką, a ma się wzrok dobry, gołem okiem można ujrzeć na drugim brzegu nietylko domy i przejeżdżający pociąg, ale nawet furmanki na gościńcu. A wszakże morze to ma być bezkres, bezmiar, nieskończoność! To Małe Morze, morze wewnętrzne, jest w rzeczywistości jeziorem, w którego górnej części, zupełnie już niesłonej, rybacy poławiają płotki, szczupaki i inne słodkowodne ryby. W lecie po tem „morzu” pływają swojskie gęsi i kaczki.
Nie szemrzmy, bo jednak to jest nasze, naprawdę polskie Mare Nostrum. Dokoła niego brzmi wyłącznie mowa polska. Ale nie łudźmy się, żeśmy zdobyli ocean Wielki. Nasze morze narazie — to Małe Morze.

Garść przykrych wiadomości.

Ponieważ w powieści niniejszej piszę głównie o rybakach i ich życiu, skutkiem tego mówić tu będziemy narazie o morzu z punktu widzenia rybołówstwa.
Przedewszystkiem rybołówstwo nasze jest przybrzeżne, to znaczy, że jeśli czytelnik w romantycznej swej wyobraźni widzi kiedy łódź rybacką na olbrzymich falach wzburzonego morza, widzi to, czego w życiu swem nie oglądało prawdopodobnie 99 proc. naszych rybaków. Na Bałtyku, który jest morzem stosunkowo płytkiem, tale przy najgwałtowniejszym wichrze — a on to jest, który fale robi — wyjątkowo dochodzą do wysokości 14 m. Powtóre rybacy nasi wyjeżdżają na morze tylko w dni pogodne — w ich pojęciu — to znaczy, gdy mają odpowiedni wiatr. Ten wiatr jest „dobry”, czyli „pomyślny” nie wtedy, kiedy wieje w pożądanym kierunku, lecz gdy ma pożądane nasilenie. Czytelnik prawdopodobnie nie wie, że i nasilenie wiatru jest nietylko zbadane, ale ujęte w pewną, bardzo ścisłą skalę, która nazywa się skalą Beauforta. Rybacy nasi, o ile nie służyli w marynarce, skali tej nie znają. Nasilenie wiatru mierzą częściami żagli, które to części nazywają się „rewinami”. Żagiel żaglówki naszego rybaka liczy tych „rewin” osiem. Rachuje się i odmierza siłę wiatru nie po jednej „rewinie”, lecz po dwóch. Oczywiście, rozumie się, najlepiej mieć osiem „rewin” wiatru. Nie jest źle mieć sześć „rewin”, co znaczy, że od góry dwie „rewiny” żagla się spuszcza. To już nazywa się „briża”. Wyjątkowo i to nie ze wszystkich wiosek wyjeżdżają rybacy na morze, kiedy mają cztery „rewiny”, czyli półżagla wiatru, bo wówczas łódź może się przewrócić. Dwie „rewiny” to już „sztorm”. W czas sztormu nikt rozumny na morze się nie puszcza, bo niema poco. Podczas burzy ryba idzie na dno, rybak zaś jest człowiekiem pracy i nie wsiada na łódź, aby się bezcelowo „łódkować”. Słowem rybak nasz właściwie nietyle łowi rybę na morzu, ile czeka, aż mu ją morze do brzegu przyniesie. Łatwo sobie wyobrazić, jakie muszą być tego wyniki.
To, cośmy tu powiedzieli, odnosi się do połowów na Bałtyku, albowiem Małe Morze jest o wiele mniej burzliwe i dla pewnych przyczyn w rybę czasami obfituje znacznie więcej, niż Bałtyk — o czem później. Dodajmy dla pamięci, że połowy na samym Bałtyku odbywają się albo w niewielkiej odległości od brzegu, albo też na samym brzegu zapomocą niewodów, co dzieje się wówczas, gdy wiatr do samego brzegu ławicę danych ryb przypędzi. Co się pisze o wielkich połowach węgorzy na wybrzeżu bałtyckiem — prawdą nie jest i urzędowo wiadomo, że na tem wybrzeżu węgorzowych niewodów stawia się bardzo mało z obawy przed ich utratą.
Zatem głównym terenem połowów naszych rybaków byłoby jak dotychczas Małe Morze, czyli część zatoki Gdańskiej.
Zatoka Gdańska należy do Bałtyku, skutkiem czego musimy słów kilkoro poświęcić temu morzu.
Jest to morze bez odpływu i przypływu.
Gdyby to mieszkaniec krajów nadmorskich usłyszał, wierzyćby nie chciał. Przecież główną charakterystykę morza stanowi przypływ i odpływ, który budzi w nim ruch i rodzi życie. Wiadomą rzeczą jest, iż woda morska jest słona, ale czyż nie znamy jezior o wiele silniej zasolonych, niż morze? Mimo silnego zasolenia nie są one morzami, lecz jeziorami, ponieważ nie mają ani przypływu ani odpływu.
Co przypływ daje? Rzecz jasna. Niesie z sobą na brzeg wszystkie skarby morza. Co daje odpływ? Pozostawia na brzegu wszystkie skarby morza. I otóż na wybrzeżach morza Śródziemnego albo Atlantyku można sobie wygrzebać na strądzie kilka jam, a potem, przyszedłszy po odpływie, wybrać z nich najspokojniej w świecie i bez żadnych sieci i żadnego trudu, homary, ryby, krewetki, tak, że ma się z tego zupełnie sute śniadanie lub obiad. Frutti del mare! Owoce morza! U nas o czemś podobnem mowy nawet niema.
Przypływ i odpływ reguluje rybołówstwo tak, jak wschód i zachód słońca pracę rolnika. Stąd na wybrzeżach innych mórz wesoły ruch w czasie przypływu i odpływu, pewne ożywienie, wogóle życie, czego na naszem morzu zauważyć nie można. Tamte morza tętnią życiem codziennie, wody naszego morza właściwie leżą. Wybrzeża nasze są niejednokrotnie przez długi czas puste i martwe. W zimie rzadko kiedy widzi się na wybrzeżu Bałtyku rybaków lub jakąś łódź rybacką na morzu. Tak morze, jak i zatoka ożywia się tylko, gdy stosowny wiatr łaskawie powiać raczy i całe to nasze rybołówstwo wielce podobne jest do polowań w magnackich lasach, urządzanych tylko wówczas, gdy pan przyjedzie i przywiezie zsobą zaproszonych gości. Właściwie obecnie rybołówstwo na naszych wodach jest sportem, a trudno przecie kilku tysiącom ludzi utrzymać się ze sportu. Nie pozostaje to bez wpływu na charakter rybaka, niejako zrezygnowany i pozbawiony tej fantazji i tego polotu, a zarazem i tych namiętności, jakiemi morscy ludzie odznaczają się gdzie indziej. Rybak na całym świecie jest skryty, nieufny i małomówny, jak każdy człowiek, uprawiający hazard — a rybołówstwo jest zajęciem połączonem zawsze z hazardem — ma mnóstwo zabobonów, u nas jednak rzadko kiedy zdradza tę żywiołowość i ten rozmach, jakim rybacy przeważnie się odznaczają.
Użyłem w powieści kilkakrotnie wyrażenia: „Flut” i „aba” — co pochodzi z helskiego platu, a oznacza: — „Flut” i „Ebbe” po niemiecku „przypływ” i „odpływ”. Jednakowoż wyrażenia te, bieżne w gwarze rybackiej, tu nie są na miejscu, a właściwie należy je inaczej rozumieć. Jeszcze raz zaznaczam, że Bałtyk przypływu ani odpływu nie ma. Oczywiście, stan wody w morzu się zmienia, raz jej jest więcej, to znów mniej, ale to zależy tylko — od wiatru i prądów. Jeżeli tedy, opuściwszy na chwilę Bałtyk, będziemy mówili o naszem Małem Morzu i zatoce Puckiej, gdzie stan wody się zmienia i jest „flut” i „aba”, to zrozumiemy łatwo, iż wiatr północny wpędza wodę w zatokę i podnosi jej stan, gdy zachodni i południowy wypędza ją, ponieważ ona jest tylko małą częścią Bałtyku. Kiedy wiatr wpędza wodę w zatokę, którą nasi rybacy nazywają „wikiem”, jest to „zoch do wiku” i to jest ów „flut”. Jeśli wiatr inny wywołuje prądy, wypędzające wodę z zatoki, to jest to „zoch z wiku”, czyli „aba”.
Zatem morze bez przypływu i odpływu. Ale jakże przedstawia się jego zasolenie? Morze Bałtyckie bynajmniej nie jest w całem znaczeniu słowa słone, lecz tylko słonawe (u naszych brzegów), ponieważ gdy przeciętne zasolenie morza wynosi conajmniej 3, 5 procent, tu zasolenie nie wynosi nawet jednego procentu. Co gorsza, mamy w tem morzu siarkowodór, bakterje siarkowodorowe i bezwodnik węglowy, przed którym każde stworzenie ucieka.
Prócz tego wody naszego morza skąpo wyposażone są w pożywkę, czyli plankton. W Bałtyku planktonu jest bardzo mało. Stwierdzono, że gdy na wysokości naszego morza ilość masy żywej organizmów planktonowych, tj. wolno unoszących się w wodzie, wynosi średnio 200 cm. kub. na 1 mtr. kwadr. powierzchni wody, pod Kilonją wynosi już 10—20 razy tyle, w Kategacie 100 razy tyle, w pełnych zaś oceanach 1.000 razy tyle.
To też prof. Ant. Jakubski woła z goryczą: — Bałtyk — to istna Sahara rybna, pustynia wodna, w której żyją tylko nieliczne formy morskie, do warunków Bałtyku dostosowane, jako też i niektóre ustroje słodkowodne, biegiem rzek tu nasiedlone („Zarys Biologji Polskiego Morza”).
A jakie są te ryby? Uczony nasz mówi o nich:
— Zwierzęta morskie nietylko mogą jedynie wyjątkowo znosić słabsze zasolenie, ale reagują też słabiej lub silniej zmianą swej postaci na otaczające je warunki bytu. Nic więc dziwnego, że zwierzęta, a nawet i rośliny bałtyckie, nietylko są liczebnie i gatunkowo zdziesiątkowane, ale są też nadto mniej lub więcej skarlałe, zwyrodniałe — i przedstawiają istny świat liliputów, w porównaniu do tych samych stworzeń, które potężnych, nieraz dziesięciokrotnych wymiarów dorastają w wodach pełnego oceanu. (Ibid.)
Niema się tedy czemu dziwić, że gdy w Adrjatyku np. samych ryb użytkowych jest przeszło dwieście gatunków, na naszym Bałtyku ryb użytkowych mamy, serjo mówiąc, zaledwie sześć do siedmiu gatunków. Mowa jest o rybach, które wysyłać można do kraju, to znaczy, na ląd, lub też eksportować zagranicę. Tą rybą jest:
Łosoś, węgorz, szprot, śledzik jesienny lub zimowy, fląderka, od biedy brzona zwana sieją, też wreszcie pomuchel, czyli łupacz. Inne gatunki ryb są na naszych wodach zbyt rzadkie i przelotne, aby mogły odgrywać jakąś rolę.
Do klęsk naszego morza należy jeszcze tak zwana woda wisielna, czyli „kalna”, t. j. woda brudna, wpadająca w morze z wezbranej Wisły, a wypędzająca rybę, która przed nią ucieka, bo w niej nic nie widzi. Drugą klęską są tak zwane „wody plugawe”, t. j. zmącone przez burzę, w których ryba jest również oślepiona. Od wszelkich takich wód ryby uciekają, wyjąwszy łupacze czyli pomuchle. Dlatego trzeba sobie zapamiętać, że jeśli mówi się o rybołówstwie morskiem, to nasze lądowe przysłowie, „łatwo łowić ryby w mętnej wodzie”, nie ma sensu.
Otóż na tem morzu, nietylko biednem, lecz także kapryśnem, zmiennem, niesłychanie burzliwem, żyją i pracują nasi rybacy, czyli „ludzie morscy”.

Coś niecoś o rybołówstwie dalekomorskiem.

W ostatnich czasach coraz częściej dają się słyszeć głosy, dopominające się stworzenia i zorganizowania polskiego rybołówstwa dalekomorskiego, dzięki któremu moglibyśmy zaoszczędzić sobie 50 mil. z., wydawanych rocznie na śledzie i szproty, sprowadzane z Anglji, Niemiec i Norwegji. Zużywając część tych pieniędzy na budowę dalekomorskiej floty rybackiej, moglibyśmy pono łatwiej i taniej zaopatrywać się w ryby, poławiając je na tych samych terenach, co floty rybackie innych narodów.
Niewątpliwie, jeśliby o to tylko szło, to moglibyśmy ostatecznie poławiać wieloryby na morzu Lodowatem, lub też wszelakie ryby na oceanie Spokojnym. Nie święci garnki lepią. Trzeba tylko mieć odpowiednią flotę, załogę dla niej i w odpowiednim czasie wyjechać na odpowiednie tereny.
Jednakowoż nie jest to bynajmniej ani takie łatwe, ani takie proste, jak się zdaje. Statki rybackie kupić można, jest jednak wielka różnica między kapitanem statku handlowego a kapitanem większego szkunera, lub też rybackiego krążownika — bo nawet i takie statki rybackie są, że pominiemy już statki-latarnie morskie, z telegrafem bez drutu i całym aparatem sygnalizacyjnym. Skądże weźmiemy kapitanów tych wielkich statków rybackich, gdzież wygrzebiemy dla nich odpowiednią załogę? Tu nie wystarczają studja i mapy, bo potrzebny jest prócz nich niezawodny instynkt rybacki i to właśnie instynkt rybaka nie przybrzeżnego, lecz przywykłego do połowów dalekomorskich. Na wyrobienie tego instynktu, o którym dobrze wiedzą rasowi rybacy, potrzeba wieków. Nasz rybak może być doskonałym marynarzem na statku wojennym lub handlowym, ale nie ma najmniejszego doświadczenia z współżycia z pełnem morzem, nie mówiąc już o tem, że nie jest obznajmiony z pracą na większym statku rybackim, gdzie ryby sprawia się w ruchu całemi tonnami. Aby uzyskać załogę dla własnych dalekomorskich statków rybackich, trzebaby ludzi z pokolenia w pokolenie kształcić przez długie dziesiątki lat.
Poco?
Zapytajmy handlarza ryb. Odpowie nam odrazu:
— Z Kilu, ewentualnie z Kuxhaven, z Ostendy lub z któregoś z portów angielskich czy północnofrancuskich znacznie jest bliżej do morza Niemieckiego, niż od nas. Dlatego, wielce szanowni panowie, Gdańszczanie, których o głupotę lub niedołęstwo chyba posądzać nie można, swej własnej dalekomorskiej floty rybackiej nie mają i bynajmniej nie pragną. Wiedzą oni mianowicie, że skutkiem większej odległości więcej kosztowałby również materjał opałowy i wogóle większe byłyby wszelkie koszta, zaś ryba byłaby im dostarczona później, niż gdzie indziej. Że zaś tu idzie o tak zwany produkt masowy, przy którym grosz na centnarze odgrywa już pewną rolę, przeto jasnem jest, że kalkulacja ryby przywiezionej z tak daleka, musiałaby być wyższa od kalkulacji konkurencji, nie mówiąc już o tem, że z chwilą, kiedy te ryby oddanoby do przerabiania, przetwory konkurencji, gotowe wcześniej, już zalałyby rynek.
Z tych to powodów Gdańszczanie zamiast osobiście fatygować się na dalekie morza, wolą sprowadzać ryby z Kuxhaven koleją, przyczem nie ponoszą ani kosztów utrzymania i restauracji floty rybackiej, ani olbrzymich kosztów, połączonych z samemi połowami, ani wreszcie żadnego ryzyka.
Tak na pytanie dotyczące dalekomorskiej floty rybackiej odpowiedziałby nam z pewnością dbający o swój interes polski handlarz ryb.
Przypuszczam, że nic więcej w tej materji dodawać nie potrzebuję.
Nie wynika z tego bynajmniej, abyśmy nie mieli zaopatrywać swych rybaków w motorówki i sieci, umożliwiające im rybołówstwo dalej od brzegu. Jest to nawet konieczne, bo, mimo wszystko, co o wspaniałych rzekomych połowach łososi, szprotów, a nawet fok prasa nasza radośnie wypisuje, rybacy nie bez racji twierdzą, że ryba stale od brzegów naszych się oddala. Nie należy też lekceważyć naszego morskiego bogactwa rybnego, które nie jest znów tak małe, jakby się zdawać mogło. O tem jednak w stosownem miejscu.

Nasi rybacy.

Słowo „rybak” ma podwójne znaczenie — oznacza bowiem tak stan, jako też przynależność do szczepu, zamieszkującego półwysep Helski, a posiadającego swe własne narzecze, zupełnie od lądowych kaszubskich narzeczy różne, swą odrębną psychologję, odrębne zwyczaje i własny tryb życia.
Rybakiem w ścisłem znaczeniu słowa stanowem jest tylko ten, który się utrzymuje wyłącznie z rybołówstwa. Tacy rybacy polscy, morscy, mieszkają wyłącznie na półwyspie Helskim. Są to ludzie, którzy nie mają ani roli, ani łąk, ani swego zboża, swych kartofli, swego siana — nic. Nawet słomę na niezbędne wiechcie do skorzni muszą kupować. Rybacy ci mieszkają w Chałupach, w Kuźnicy, w Jastarni, w Borze i niemieckim Helu. Kto może i ma za co, tuczy sobie prosiaka na zimę, w Jastarni i w Borze, gdzie jest trochę więcej miejsca, pasą się na torfiastych pażycach nad zatoką nieliczne stada krów, kilkanaście baranów, z których wełny rybaczki zimową porą wyrabiają pończochy i trojery, czasem ktoś ma szkapinę, niezbędną do przewożenia łodzi z jednego brzegu półwyspu na drugi. Tu i tam pies, kura, kot — oto wszystko, co niby przypominałoby ląd. Ale to w największej na półwyspie wiosce rybackiej w Jastarni. „Elanie” z tych dostatków ziemskich czyli lądowych, albo też jak się na półwyspie mówi, „krajewych”, nie mają absolutnie nic, zaś Kuźniczanie i Chałupianie, siedzący na bardzo wąskim skrawku ziemi, mogą się pochwalić zaledwie paru krowinami. Wszystko, czego potrzebują do życia, musi im dać morze.
Otóż to są rybacy prawdziwi — wedle swego stanu. Wszyscy inni, choćby siedzieli tuż nad wodą, jak np. Wielżanie (mieszkańcy Wielkiej Wsi), których wioska leży na brzegu zatoki i którzy również na rybołówstwo wyjeżdżają, są już tylko pół-rybakami a pół-gburami. Tak samo ludzie z Gdyni, Mechlinek, Rewy, Pucka i z innych wiosek wybrzeża. To wszystko już są pół-rybacy. Mają rolę, konie, bydło, swoją bulwę, siano, mąkę i rzemiosło — rybołówstwo jest dla nich zajęciem ubocznem i życie ich od morza nie zależy. Rybak uprawia morze, jak rolnik swą glebę — pół-rybak prowadzi gospodarkę rabunkową i wyzyskuje dostępne sobie tonie. Pół-rybak wyjeżdża na morze, kiedy ma czas wolny od innych zajęć, gdy rybak musi wyjeżdżać na morze zawsze, jak tylko się ku temu sposobność nadarzy. Bo jeśli morze rybakowi nie da ryb, nie będzie miał wraz z całą rodziną co jeść. A morze raz da, a drugi raz nie da. Pół-rybak ma zawsze na lądzie jakieś plecy, a prawdziwy rybak ma tylko wiatr, który mu najczęściej w oczy wieje.
Stąd: odrębny typ życia, czucia, myślenia, odrębny stosunek do świata, do ludzi, stąd występują inne zupełnie potrzeby, inne troski, skutkiem czego człowiek jest też zupełnie inny, niż na lądzie — jest mianowicie myślącym swemi własnemi kategorjami rybakiem i niczem innem.
Poza stanem rybackim rybacy stanowią też pewien odłam szczepu polskiego, zwanego kaszubskim. Różnią ich od innych grup kaszubskich właściwości dialektyczne.
Nie od rzeczy będzie podać parę szczegółów. Prof. dr. Adam Fischer podaje liczbę ludności, mówiącej gwarą kaszubską na około 200 tys. Mowa kaszubska dzieli się na wiele odmiennych gwar, o których tenże uczony pisze: Gwary te ze względu na swój stary charakter i słabą łączność z polszczyzną kontynentalną myliły nawet niektórych polskich uczonych, mimo że jak słusznie zaznaczył prof. Baudouin de Courtenay, jest to mowa bardziej polska, niż sama polszczyzna.
Mamy tedy między innymi wymierających już Słowińców, w pow. słupskim, na wschód od nich już tylko kilkuset zaledwie Kabatków, dalej Karwatków, nadmorskich rybaków w pow. lęborskim i słupskim, Pomarenków, Niniaków, Łyczaków z pod Kościerzyny, Lesoków w pow. kartuskim, Beloków koło Pucka, wreszcie Rybaków, mieszkańców półwyspu Helskiego. Ci ostatni są jedynymi w Polsce ludźmi, mającymi swój własny język morski, prócz tego swoje obyczaje i swój kraj, mianowicie — półwysep Helski, który uważają za wyspę i który dawniej z powodu słabego kontaktu z lądem istotnie za wyspę uważać było można.

Półwysep Helski.

Półwysep Helski — to wybiegający na 35 km. w morze język, wał piaszczysty kształtu maczugi, zwężający się ku środkowi tak, że w najwęższych miejscach ma od 200 — 700 metrów szerokości, poczem rozszerza się coraz więcej, aż wreszcie przechodzi w głowę maczugi, na której samem zakończeniu znajduje się niemiecka wioska rybacka Hel.
Jadąc koleją przez półwysep widzimy po lewej stronie wydmy, zrazu niskie, potem stopniowo coraz wyższe, zaś po prawej stronie płaszczyznę i płaskie torfiaste brzegi zatoki. Zaraz za nasadą półwyspu, w najwyższem jego miejscu, ma się przez pewien czas po lewej stronie wzburzony Bałtyk, po prawej cichą zatokę.
Wkrótce przesłaniają Bałtyk zalesione wydmy. Porastają je sosny koszlawe, skarlałe, rzekłbyś — kręcące się w męczącym, obłąkańczym tańcu. Po kształcie ich i kierunku wykoszlawienia wywichniętych członków poznać można, z której strony wieją najsilniejsze wiatry.
Do Kuźnicy zatoka jest tylko zatoką, stąd bowiem aż do Rewy ciągnie się ryf, odkąd zatoka nosi miano Małego Morza.
Na północ od ryfu rybołówstwo jest przeważnie słodkowodne, na południe ku Helowi morskie.
Przez ten malusieńki półwysepek ciągnie się coś, co na tym skrawku ziemi stworzyło nowe życie i najzupełniej zmieniło jego warunki. Jest to tor kolejowy, kolej, zbudowana przez Polskę.
Z przyjemnością zaznaczam, że Niemcy przed wojną niejednokrotnie badali tu teren, starając się wymiarkować, czy budowa kolei byłaby możliwa. Inżynierowie ich oświadczyli, że przedsięwzięcie takie byłoby ryzykowne. Rybacy o tem wiedzą, więc też fakt, że „Poluchy” jednak tę kolej zbudowały, półwyspu nie zawaliwszy, niemało im zaimponował.

Narzecze rybackie.

Narzecze rybackie jest odmianą narzecza kaszubskiego, różniącem się jednak bardzo znacznie od kaszubskich narzeczy lądowych.
Jako lingwista o gwarze tej oczywiście mówić nie mogę, powiem tu jednak otwarcie, co mi się zdaje i co o tej gwarze myślę. Nie przypuszczam, aby to było dalekie od prawdy.
Musimy przyjąć, iż rdzeń tej gwary jest niewątpliwie kaszubski. Samo to nasuwa prawdopodobieństwo wpływów pomorzańskich, zaś za ich pośrednictwem ongiś wpływów językowych Słowian połabskich. Co się tyczy języków tych wymarłych już Słowian zachodnich, wiemy o nich mniej niż niewiele, to samo stosowałoby się i do Pomorzan. Zachodziłoby tedy pytanie, czy jednak mimo wszystko języki tych ludów wymarłych nie znajdowałyby się z mową Kaszubów w związku bardziej organicznym, niżby się na pierwszy rzut oka zdawać mogło. Nie znam dobrze mowy Słowian łużyckich, marzy mi się jednak, że poczynając od Słowian zachodnich języki tych ludów, zmieniając się poniekąd, lecz zachowując najbardziej charakterystyczne cechy, szły dalej przez całą Europę środkową aż do Czech i Polski zachodniej lub też południowo­‑zachodniej, przewalając się w dalszym ciągu przez Karpaty, na równinę węgierską, gdzie znów łączyły się z językami Słowian południowych, sięgającemi murów Konstantynopola, a poszczególnemi grupami nawet Sparty. Łańcuch ten, podarty przez napór niemiecki, dziś już nie istnieje.
Rzecz prosta, że — przyjąwszy jego istnienie — przez Kaszubów znowu zahaczałby się o Polskę zachodnią, inaczej bowiem nie możnaby mówić o tem, że mowa kaszubska, jak to niejednokrotnie stwierdzono, jest w rzeczywistości mową polską. Wynikałoby z tego jasno, że Polska zachodnia, to znaczy piastowska, należała do grupy słowiańskich języków środkowo europejskich z silnym wpływem, lub też wzajemnem przenikaniem się dialektów zachodnio-słowiańskich i północno-słowiańskich.
Potwierdza to historja, bo gdyby to, tak silne plemienne i językowe pokrewieństwo nie istniało, Piastowie nie walczyliby z Niemcami o Miśnię i Łużyce, czyli dzisiejszą Saksonję, i o Pomorze.
Skłonny byłbym tedy dopatrywać się w jedynej znanej mi mniej więcej dobrze gwarze kaszubskiej, t. j. gwarze rybackiej, nietyle wpływów językowych sąsiadów zachodnich, ile raczej pozostałości z odwiecznych czasów.
Na myśl tę naprowadzałby mnie fakt, iż niektórzy lingwiści nasi stwierdzili w gwarze rybackiej istnienie słów charakterystycznych dla języka czeskiego. Pochodzenia tych wyrazów lingwiści nasi nie tłumaczą, a jeśli, to składają je na karb sprowadzanych do Prus Królewskich i wogóle na Pomorze kolonistów czeskich.
To tłumaczenie wydaje mi się mylne, aczkolwiek rzeczą pewną jest, że koloniści czescy mogli w tamtych stronach osiadać. Skądżeby się jednak brali? O jakiemś przeludnieniu w Czechach za owych czasów nic nie wiemy, przeciwnie, w historji czeskiej napotykamy aż nadto często wtedy skargi na królów, którzy, jako cesarze Niemiec, prowadząc wojny w różnych częściach Europy, wciąż pobierali rekruta z Czech. Wiadomo nam też, że skutkiem tego Czesi, przywykłszy do wojen, stawali się bardzo często żołnierzami najemnymi, a zwłaszcza licznie służyli w armji krzyżaków, tak gorąco popieranych przez króla czeskiego i cesarza Rzeszy niemieckiej, założyciela Królewca, Zygmunta II. Możliwą tedy rzeczą jest i wielce prawdopodobną, iż weterani czescy, ewentualnie ranni lub jeńcy, osiadali na Pomorzu, wątpliwe jednak jest, aby ich obecność tam mogła wywierać swój wpływ aż na język rdzennej ludności. Jak to nieraz mieliśmy sposobność widzieć, zwykle dzieje się wprost przeciwnie.
A jednak jakieś niby „wpływy” czeskie w mowie kaszubskiej niewątpliwie są, zwłaszcza zaś zauważyć je można w gwarze rybackiej.
Rzecz dziwna zaiste! Dziś jeszcze rybacy nazywają swój półwysep „wyspą”, mimo że już mają znakomitą komunikację z lądem, zaś za owych dawnych czasów półwysep Helski był tak odcięty od świata trudnemi do przebycia puszczami i bezdrożami, że istotnie mógł za wyspę uchodzić. Skądżeby tedy i w jaki sposób aż tu, na biedny i mały półwysep Helski, żyjący wyłącznie swem morskiem życiem, mogły docierać językowe wpływy, szerzone rzekomo przez obcych osadników na lądzie — zwłaszcza w czasach, gdy różnica między językiem czeskim a polskim była bardzo nieznaczna. I czegożby, żądny tłustej urodzajnej ziemi osadnik czeski, człowiek nawskroś lądowy, miał szukać na piaszczystych wydmach!
Teorja czeskich wpływów na mowę kaszubską zdaje mi się być zupełnie błędna. Natomiast skłonny byłbym przypuszczać, iż owe „czeskie naleciałości” nie są niczem innem, jak tylko pozostałościami z języków Słowian pomorskich i połabskich, jak to już zaznaczyłem, ciągnących się przez całą Europę środkową aż do Czech, Moraw, Śląska i Polski, a wspólnemi tak dla języka naszego jak i czeskiego. Tu tedy mielibyśmy sposobność z gwary rybackiej wyłowić szczątki języków i właściwości bratnich nam ludów wymarłych, inaczej w dalszym ciągu musielibyśmy trwać przy teorji — niczem nieuzasadnionej — jakichś byłych rzekomych wpływów czeskich na Pomorze.
To właśnie, iż tych rzekomo czeskich słów stosunkowo tak wiele można dziś jeszcze odnaleźć w gwarze rybackiej, świadczyłoby, ze względu na odcięcie „wyspy” od wpływów lądowych, iż są to słowa i zwroty prastare, przechowywane od wieków w niezmiennej formie.
To byłaby moja teorja.
Następnie należałoby się zastanowić nad wpływem lądowego języka polskiego, zaniesionego na półwysep tak przez zbiegów, którzy sprawiedliwości tam obawiać się nie potrzebowali, jak też i przez polskich osadników-rybaków. To byłaby faza druga, mająca niemałe znaczenie dla rozwoju gwary rybackiej.
W dalszym ciągu nie można pominąć przeważnego wpływu t. zw. „platu”, zwłaszcza gdańskiego, gwary niemieckiej, mającej wiele wspólnego z t. zw. średnioniemieckim, czyli średniowiecznym językiem niemieckim. Ten wpływ uzasadniony jest współżyciem z Gdańskiem, który Kaszubi nadmorscy uważają za swe miasto macierzyste. Wpływ „platu” gdańskiego oraz helskiego naturalnie wzmocnił okres przynależności Pomorza do Niemiec, a zwłaszcza system germanizacyjny. Te dwa okresy językowych wpływów niemieckich łatwo można odróżnić, o ile bowiem słowa i zwroty zaczerpnięte z „platu”, zostały znakomicie przez gwarę rybacką strawione i przekształcone w duchu kaszubskim, o tyle wyrażenia wtłoczone w gwarę w czasach germanizacji, wyraźnie rażą i cuchną surową, natrętną obcością.
Wyrażenia jak np. „ferglajchować” i t. p. są wstrętne. Są to pozostałości z czasów germanizacji, pozatem jednak przenikanie się „platu” z gwarą rybacką odbywa się pokojowo, na podstawie wspólnego interesu i jest wzajemne. Powstają przytem nieraz różne dziwolągi. Tak np. wiadomo powszechnie, że „żak”, odpowiadający lądowemu słowu „sak”, nie jest niczem innem, jak tylko „Sackiem” niemieckim, po polsku „workiem”. Co jednak znaczy używane przez Helan, t. j. niemieckich rybaków z Helu, słowo „Brodensack”? Jest to wyrażenie polsko-niemieckie, w którem mianowicie pierwsza połowa jest polska, a pochodzi od słowa „brodzić”. „Brodensack” jest to „żak brodzony”, to znaczy żak, dla którego postawienia musi się wejść w wodę, czyli „brodzić”.
Wspomnimy teraz jeszcze o samogłoskach, które w gwarze rybackiej odgrywają ważną rolę i nadają jej niemałą śpiewność. Mamy tu przedewszystkiem nasze polskie „ó”, wymawiane jednakże po staropolsku, t. j. nie jak zwykłe „u”, lecz jak „ou”, z krótkiem bardzo „o”, a z dłuższem i akcentowanem „u”. Samogłoska ta mogłaby również świadczyć o owych wspomnianych już przeze mnie wpływach czeskich, albowiem w czeskim języku znajdujemy także podobne „u” w słowach „rouże” „wounie” i t. d. Na szczęście jednak była ona właściwa i naszemu własnemu językowi, a prawdopodobnie i innym językom słowiańskim. To samo odnosiłoby się do spółgłoski „rz”, wymawianej na półwyspie tak, jak w Czechach, czyli „rż”, ale w jednym dźwięku. I znów na szczęście podobnie wymawia się tę spółgłoskę w wielu różnych gwarach polskich, a wymawiało się ją tak dawniej wogóle. Charakterystyczne jest, iż rybacy, podobnie jak i Czesi, nie wymawiają zupełnie „ł” i nietylko że go nie wymawiają, ale nawet nie słyszą. Czyż to miałoby być również dowodem wpływów czeskich? Wcale nie, zważywszy iż w t. zw. serbsko-łużyckim języku to „ł” również nie istnieje, a jak wiadomo właśnie ta grupa należy do grupy zachodnio-północnych języków słowiańskich — więc znowu potwierdzałaby moją teorję. Wracając do samogłosek musimy przypuścić, iż nie bez znaczenia były tu wpływy fińskie, a również i szwedzkie, którym w niemałej mierze ulegał również „plat”, gwara północno-niemiecka.
Co jest niezmiernie zajmujące, to fakt, iż na naszem wybrzeżu każda wioska rybacka mówi swą własną gwarą, nieraz bardzo różniącą się od gwar wiosek sąsiednich. Pod tym względem, pomiędzy wioskami odległemi od siebie o 7 km., jak Jastarnia i Kuźnica, dawniej Cejnowo, lub nawet o 1 km., jak Jastarnia i Bór, różnice w wymowie, wyrażeniach i zwrotach, a nawet nazwach i terminach rybackich są o wiele większe i istotniejsze, niż np. między gwarą poznańską a wileńską.
I otóż dziewczyna z jednej wioski, wychodząc zamąż do drugiej wioski, wnosi w dom męża swą macierzystą gwarę, którą zczasem mąż jej częściowo przejmuje. Wytwarza się w ten sposób gwara mieszana, którą mówią dzieci, tak że w ostatecznym wyniku nietylko w każdej wiosce, ale w każdym domu mówi się inaczej, jak się komu podoba, jak kto chce, zaś każdy mówi dobrze. Skutkiem tego dźwięczna ta mowa z wielu samogłoskami i trzema nosówkami jest wciąż żywa, tworzy nowe słowa, wre ruchem, kipi — prawdziwy język polski, język polskiego morza.

Królestwo Wiatrów.

— Neńkuo, kiedy ja się urodzilem? — pyta chłopaczek.
— Jak była ta „pierwsza zyda” — odpowiada matka. — Tatk mial wtedy dwanaście centnarów dostane.
— Działo się to wtedy, jak wiał ten wielki nordost — zaczyna ktoś opowiadanie.
Rybak umarł. Koledzy niosą trumnę na cmentarz. Wieje wiatr tak silny, że prawie z nóg zbija. Po pogrzebie mówi ktoś:
— Takie marne miał życie, a nawet przy pogrzebie dmuchał mu ten przeklęty zyd-west.
Z wiatrem tu się człowiek rodzi, z wiatrem umiera, jak się budzi, przedewszystkiem patrzy jaki wiatr, idąc spać znowu wącha powietrze, zasypia na temat, jaki będzie jutro wiatr, wspomina różne dziwne wiatry, pytaniem: — Jaki tam wiatr? — wita gościa wchodzącego do izby, wogóle o niczem innem nie mówi. Jo, jeszcze bulwa! Wiatr i bulwa — oto treść życia na półwyspie!
Ojciec każe synowi przynieść z drugiego pokoju rożek z tabaką.
— Leży na szafce w westowym kancie — tłumaczy mu.
Nie powie „w kącie na lewo”, bo wie, że chłopak będzie długo szukał i nie znajdzie, Ale „w westowym kancie”, to już powiedziane zupełnie dokładnie.
Kogo na lądzie wiatr obchodzi, kto o wiatr pyta? Wieje i już. Rzecz bez znaczenia.
Na półwyspie inaczej. Na półwyspie wiatr jest panem życia ludzkiego — bo on przynosi ryby.
Rybołówstwo nasze jest przybrzeżne, a zaś morze, jakeśmy to wykazali, jałowe. Jeśli wiatr ryby nie przyniesie, niema jej, a wtedy jest głód. Na Bałtyku połowy odbywają się niedaleko brzegu, bo rybacy nasi nie mają kutrów, na których mogliby się zapuszczać daleko na morze bez względu na pogodę. Połowy niewodami, zgoła już przypadkowe, są nietylko przybrzeżne, ale wprost nadbrzeżne. Tedy głównym terenem połowów jest Małe Morze, do którego wiatr musi rybę wpędzić.
Nie jest to takie proste jakby się zdawało. Małe Morze ma kształt miednicy z jednej strony otwartej. Aby w nią rybę wpędzić, wiatr musi ją odpowiednio „obdać”, to znaczy, musi być odpowiednie następstwo wiatrów, inaczej ryby nie będzie, wiatr bowiem wytwarza w wodzie prądy, któremi ryba idzie. Wiatr i prądy — oto co kombinować i z czem przedewszystkiem liczyć się musi rybak — a niema nic bardziej zwodniczego. Najgorsza niby jest zyda — wiatr południowy — ale w rzeczywistości zły jest każdy wiatr stały, to znaczy, gdy wieje zbyt długo, bo rybę odnosi — jak rybacy mówią — „zjada”. Jeden wiatr np. norda wpędza wodę do zatoki i wpędza w nią rybę, drugi, zachodni wypędza ją.
Tak więc, gdy na lądzie wiatr nie gra roli, na półwyspie rybak obserwuje go bezustannie i każda jego zmiana budzi w nim łatwo już chyba zrozumiałą emocję, oraz nasuwa mu na myśl mnóstwo przenajrozmaitszych kombinacyj. Że zaś „wiatrowi słucha ptactwo”, przeto rybak pilnie obserwuje i ptaki, a potem wogóle przyrodę, której wszystkie przejawy życia połączone są ścisłym związkiem.
O ile wpływ panowania wiatru jest dla charakteru rybaka szkodliwy, bo czyni go chwiejnym, zmiennym, nieufnym, zawodnym i nieobliczalnym, o tyle obserwowanie przyrody, zżycie się z nią prowadzi go do kontemplacji, a połączone z tem poczucie własnej bezsilności, nicości człowieka wobec tych wszystkich olbrzymich a niepojętych potęg, wytwarza w nim silną, gorącą wiarę i szczere, pełne pokory zdanie się na łaskę Opatrzności.

Tam w górze!

Wyszedłszy raz na przechadzkę, ujrzałem na skraju lasu rybaka, rozwieszającego między sosnami wery, t. j. skrzydła od żaków. Było to pięknem wrześniowem popołudniem.
Byłem jeszcze wtedy na półwyspie bardzo „młody” i zachowywałem się jak na lądzie. Tam mamy zwyczaj, przechodząc koło pracującego kmiotka, pozdrowić go życzliwem słówkiem i pogawędzić z nim chwileczkę, prorokując mu łaskawie z miną znawcy doskonałe zbiory, przeciw czemu on się naturalnie zastrzega, co jednak mało nas wzrusza, bo wiemy, że jeszcze nie było zbioru, z którego kmiotek byłby zadowolony.
Tak więc ja, spostrzegłszy rybaka, „łaskawie” go zagadnąłem, zacząłem wypytywać go o połów, wreszcie z tanią lądową życzliwością oświadczyłem mu, że „mówią”, iż połowy tego roku będą obfite.
— Może być, panie, ale —
Tu się naraz wyprostował, wielki, potężny w swem rybackiem ubraniu i w wysokich skorzniach, niby miedziany posąg w świetle słonecznem, podniósł rękę, i wskazując nią niebo, rzekł: — Tam w górze rozgrywać się będzie ta loterja, tam w górze! Cóż my wiemy? Będzie — jak da Bóg!
Ale — rybacy wierzą, że — Bóg da.
I to jest głęboko wzruszające, bardzo mądre i nadzwyczaj piękne.

Rybołówstwo na polskiem morzu.

Wiadomo już, że rybołówstwo na wodach naszego morza jest właściwie ubogie, nie należy go jednak lekceważyć. Prawda, morze polskie nigdy nie dostarczy tylu ryb, ilu ich Polska może spotrzebować. Prócz tego cena tych ryb dla różnych przyczyn, na których wymienianie miejsca tu niema, jest i prawdopodobnie będzie zawsze wyższa od ceny ryb sprowadzanych (mówię o śledziach i szprotach, czyli o rybach dla szerokich warstw). Polska ma tyle bydła, że najtańszem, choć może nie najzdrowszem pożywieniem jest u nas mięso z ziemniakami, jako z przyprawą i z chlebem. Już jarski wikt jest droższy, a co się tyczy ryb, to trzeba wiedzieć, że nawet na półwyspie kiełbasa tańsza jest od ryby. Dodajmy też, że ryby morskie nie są u nas mile widziane i pomimo różnych prób nie przyjęły się. Przywykliśmy do ryb słodkowodnych.
Pod jakimże względem możemy korzystać z rybołówstwa na własnem morzu?
Mamy tu:
Węgorze. Ryby te pojawiają się stale, przebywają na naszych wodach mniej więcej od połowy lata do końca listopada, przechowywane w kistach do grudnia. Są drogie i stanowią bardzo cenny artykuł wywozowy.
Na 257 str. powieści wyrażone jest przez usta rybaka Ignaca powątpiewanie co do tego, jakoby węgorze wędrowały z polskich stawów i rzek do morza i t. d. Ignac mówi tam, że Szwedzi poławiają węgorze o miesiąc wcześniej, niż rybacy helscy, co miałoby być dowodem, świadczącym o prawdziwości twierdzenia rybaków, jakoby węgorze, poławiane na naszem morzu, przyciągały tu z mórz północnych. Obserwacja rybaków jest słuszna, ale wniosek mylny, albowiem węgorze poławiane w Szwecji są węgorzami skalnemi (Steinaal).
Łososie. Ryba wspaniała, która, wyjąwszy lato, przebywa na naszych wodach cały rok. Nasi rybacy poławiają ją w porze wiosennej, Helanie zaś cały rok. Pochodzi to stąd, że Helanie zaopatrzeni są w potrzebne do połowu łososi bardzo kosztowne przybory rybackie, na które naszych rybaków nie stać. Skutkiem tego, a także ponieważ ryba ta, jako zbyt droga, w Polsce zbytem się nie cieszy, korzyść z niej ma głównie Gdańsk, który sprzedaje ją do Niemiec, do najlepszych hoteli szwajcarskich, nawet do Nizzy, do Cannes i t. d. Tam nasz łosoś uchodzi za „łososia reńskiego“, jako taki też przysyłany jest do Polski, tak spreparowany, aby był w mniejszych porcjach dostępny szerszym masom.
Połowy łososia są tak intratne, że Helanie porzucili dla nich nawet węgorze.
Śledziki. Rybka ta poławia się na naszych wodach stale w lecie i wczesną jesienią, jest znakomita na świeżo, nie nadaje się jednak zupełnie na solenie, ponieważ jest zbyt chuda. Są to śledziki likowe (Gruenhering). W braku odpowiednich wagonów nie można transportować jej na ląd w świeżym stanie. Wobec tego konsumuje ją Gdańsk. Bywają też — niezawsze — śledziki zimowe, które wędzone są świetne, ale liczyć na nie nie można. Śledziki te, zupełnie niesłusznie, noszą u nas nazwę „sielawek”, które żadną miarą nie mogą mieć nic wspólnego ze śledziami, jako że należą do łososiowatych.
Szproty. Najważniejsza ryba naszego morza, ale bardzo niepewna. Rybacy nasi nazywają ją „rybą kunsztowną”. Zależy ona od wiatru i od temperatury wody. Najmniejsza zmiana rzuca nią w zupełnie inną stronę morza. Mimo to szprota lekceważyć nie można, bo choć kapryśny, stale jest w Bałtyku. Oczywiście, jeśli się na niego czeka na brzegu, to może przyjść albo i nie, przypuszczalnie jednak zaopatrzenie rybaków w kutry przyczyniłoby się znacznie do poprawienia sytuacji. Ta mała rybka o wartościach pożywnych tak wielkich, że ją stawiają narówni z wołowiną i baraniną, daje blisko 50 proc. ogólnej wagi naszych połowów morskich i 25 proc. ogólnego dochodu z naszego rybołówstwa morskiego. Przeciętny połów szprota w Polsce wynosił dotychczas tylko pięć razy mniej niż w Norwegji, mimo iż wybrzeże polskie jest co najmniej dwadzieścia razy krótsze niż wybrzeże Norwegji między Bergen a Stawanger, głównemi ośrodkami przemysłu szprotowego.
Jednak, choć bywają znakomite lata szprotowe (np. w 1907 r. złowiono na naszym wybrzeżu 10,000 tonn szprotów, t. j. tyle, ile się łowi na całem wybrzeżu Norwegji), bywają lata, gdy szprotów niema wcale. Raz nie było ich przez całych 7 lat.
Fląderki nie przedstawiają wielkiej wartości handlowej. W lecie wywozić ich nie można, bo ciepłą porą prędko się psują, wogóle zaś są rybą niestałą, stosownie do pogody i temperatury trzymającą się dna lub wypływającą na powierzchnię.

Helanie.

Gdy się mówi o mieszkańcach półwyspu, należy też powiedzieć parę słów o Helanach, (Rybacy mówią „Elanie”), naszych rybakach niemieckich. Hel, który za czasów królów polskich nigdy nie należał do Polski, tylko do Gdańska, jest protestancki i żyje sobie na uboczu, utrzymując stosunki wyłącznie z Gdańskiem. Wolnemu Miastu sprzedaje w lecie i z początkiem jesieni swe śledziki, zimą szproty, o ile są, a przez cały rok, lato wyjąwszy, łososie. Węgorzy Helanie nie poławiają wcale, chyba dla letników. Podczas gdy nasi rybacy są biedni i gdyby nie letnicy, przymieraliby nieraz głodem, Helanie są bogaci i utrzymują się z rybołówstwa znakomicie. Ta mała wioska rybacka, licząca najwyżej jakich 600 głów, podpisała podczas Wielkiej Wojny 5 miljonów marek pożyczki wojennej. Był to piękny akt wdzięczności za dobrodziejstwa, doznane od rządu.
Mianowicie było tak:
Swego czasu ten bogaty dziś Elan, do którego Jastarnianin mówi „pan”, był w porównaniu z nim nędzarzem, głodomorem, ciężko przez Boga doświadczanym. Swego pięknego portu rybackiego jeszcze nie miał, a że mieszka na samym cyplu, gdy nastał czas burz, musiał czasem kilka razy w przeciągu jednej nocy łodzie swe przeprowadzać z „benno”, t. j. wewnętrznego brzegu od strony zatoki, na „bujtenkant”, czyli na brzeg Bałtycki, zewnętrzny i naodwrót, inaczej morze potrzaskałoby mu wszystkie łodzie. Za każdym silniejszym podmuchem wiatru w nocy Elan zrywał się, wdziewał eltychy i gonił na strąd przeprowadzić łodzie. Tego rybak z półwyspu robić nie potrzebował, jego łodzie spokojnie leżały albo na płytkich wodach zatoki, albo na wybrzeżu. Prócz tego nasz rybak miał zawsze bliżej do gburów, posiadających mąkę, bulwę, siano i t. d., skutkiem czego łatwiej od Elana mógł zdobyć żywność, gdy Elan, utrzymujący stosunki wyłącznie z Gdońskiem, w czasie burz lub kiedy morze zamarzło, odcięty od świata, cierpiał głód, nawet mając pieniądze.
Wszystko to zmieniło się, gdy rząd niemiecki zbudował w Helu port. Rząd niemiecki chętnie obywatelom pomagał, ale miał pewien zwyczaj, mojem zdaniem, bardzo dobry: Jak zamierzał uczynić coś pożytecznego dla obywateli, chciał, aby oni w miarę sił czemś się do tego ze swej strony przyczynili na znak, że rozumieją pożytek, jaki dla nich z danej pracy wypływa. Ten rząd niemiecki chciał wybudować port rybacki w Jastarni, port dla całego półwyspu. Chytrze myśląc, że skoro rząd zamierza coś budować, to zbuduje, czy obywatele chcą czy nie, najbardziej zainteresowane w budowie portu rybackiego wioski kaszubskie, Jastarnia i Bór, współudziału odmówiły, natychmiast jednak zgłosił go Hel, który też port dostał. Dopiero teraz rząd polski buduje wielkim nakładem kosztów nowy port rybacki Jastarnia-Bór.
Druga rzecz: rząd niemiecki zaopatrzył rybaków helskich w kutry rybackie, które ułatwiają im połowy w względnie dużej odległości od brzegu. Wynika stąd, że gdy nasz rybak czeka na rybę na brzegu, Elan może jej szukać na morzu. Ale i tu muszę zaznaczyć, że i nasi rybacy kutry mieli, lecz, przyzwyczajeni do połowów przybrzeżnych, zaniedbali je zupełnie, posprzedawali motory, poniszczyli i dziś mają ich zaledwie kilka. A powtarzam jeszcze raz, że ryba dla niewiadomych przyczyn wciąż oddala się od brzegów, coraz jest jej mniej i coraz dalej trzeba po nią na morze wyjeżdżać.
Zatem rząd niemiecki postarał się dla swych rybaków o kutry. Ale to jeszcze nie koniec. Pewien rybny przemysłowiec gdański, zwykły człowiek interesu, obliczył, że gdyby rybacy helscy mieli takie a takie sieci, bardzo zresztą kosztowne, połowy ich byłyby o wiele wydatniejsze. Wiadoma rzecz, że rybak sam na tak drogi sprzęt się nie zdobędzie. Gdańszczanin zrozumiał to, a ponieważ chciał zarobić, dawał rybakom coś niecoś rokującym, grube zaliczki na sieci, i w ten sposób powoli całą wioskę Hel zaopatrzył w pierwszorzędny sprzęt rybacki. Takich „takli” (długich na kilka kilometrów wędek na łososie) nie ma ani jeden rybak polski na całym półwyspie. Te sieci idą w grube tysiące gdańskich guldenów.
Oczywiście, sytuacja zmieniła się zasadniczo na korzyść Elana a na niekorzyść naszego rybaka. Dziś, kiedy ten Elan korzysta z kolei na półwyspie, kiedy już wie, że ma stałe połączenie z lądem, on jest panem. Zgarnia samą śmietankę z naszego morza, handluje najdroższemi rybami i ma pełne kieszenie guldów, gdy nasz rybak coraz więcej poświęca się hotelarstwu. Co mu tam rybołówstwo, zwłaszcza zimowe. Ażeby marno zdżineno! Czlowiek ma z tego tylko ten reumatyzm! A na chleb powszedni zarobić nie może!
To też każdy stara się zbić trochę grosza i dobudować coś do domu. Tu chlew przerabiają na pokój, tam budę jakąś, tu znów piąterko przypną — spekulują już nie nad wiatrami, lecz nad „rumami” (z niem. „Raum”). Robi się przykro. Ogarnia ludzi najbrzydsza, jaka jest niecnota — chciwość. Marzy się o tem, jakby żyć bez żadnej pracy z tego tylko, co letnicy zostawią. I tak to trzeba jakoś wszystko wykalkulować, aby tego zarobku za dwa miesiące letnie wystarczyło na dalszych dziesięć miesięcy życia.
I mówią ludzie, że inaczej być nie może — bo nasze rybołówstwo, znikanie ryby i t. d. Ale tuż obok na tem samem, rzekomo mizernem i jałowem morzu Elanie robią majątki i wcale się na ubóstwo morza nie skarżą. Przeciwnie, gardzą nawet tak cennym towarem, jak węgorz.

Gdańsk.

W porównaniu z naszemi poczynaniami morskiemi Gdańsk jest bezwarunkowo potęgą. Ma oddawna wyrobiony rynek, stosunki i drogi handlowe, ma odpowiednie urządzenia, rozporządza całym, znakomicie zmontowanym i precyzyjnie działającym aparatem, gdy my jesteśmy na morzu nowicjuszami.
Ten Gdańsk, podstępny i wrogo dla nas usposobiony, stale podstawia nogę naszemu przemysłowi rybnemu, dokuczając mu na wszelkie możliwe sposoby. Główną, największą szkodę wyrządza pewien przywilej Gdańska, który poprostu zupełnie utrącił cały nasz przemysł rybny. Oto Gdańskowi wolno sprowadzać rybę z Niemiec, a nam nie. Skutkiem tego, jeśli na naszem morzu ryb niema, Gdańsk sprowadza je z Niemiec i zasypuje niemi rynek, podczas gdy nasze wędzarnie stoją pustką.
Do innych właściwości konkurencyjnej walki Gdańska z naszym przemysłem należy t. zw. łamanie ceny. Nasz przemysłowiec zupełnie uczciwie wykalkuluje sobie daną cenę na podstawie cen dziennych, Gdańszczanin rozmyślnie ją o kilka groszy obniży, (a może to zrobić dzięki korzystniejszym połączeniom kolejowym przestrzeni, krótszej o 30 km., niż przestrzeń z Jastarni — czego rząd nie uwzględnia) bo go na to stać, i bez noża naszego przemysłowca zarżnie. Społeczeństwo mało interesuje się tą walką karła z olbrzymem, bo cóż znaczy nasz półwysep wobec Gdańska! A jednak, mimo iż nasz przemysł rybny jest w porównaniu z gdańskim znikomy, on tę walkę podjął i prowadzi ją w najniekorzystniejszych dla siebie warunkach.
Gdańsk, dawny pan półwyspu, widzi to i zwalcza wszelkie nasze usiłowania najbrutalniejszemi sposobami. Jest jednak nadzieja, że po należytem uporządkowaniu przez rząd stosunków na wybrzeżu ta walka przybierze inne kulturalniejsze formy. W każdym razie przemysłowcy nasi osiągną choć tyle, że ich łatwo psujący się towar nie będzie traktowany jak gwoździe, mogące tygodniami leżeć na bocznych stacjach, lecz jak ryba, która ma być czem prędzej odstawiona na miejsce przeznaczenia.

Zakończenie.

Życie rozwija się na półwyspie z roku na rok. Prawda, z roku na rok wzrastają też ceny. Niepodobna wyobrazić sobie, aby rybacy mogli już dziś wyżyć wyłącznie z rybołówstwa. Z drugiej strony morze jest nam też potrzebne na letniska, więc nic dziwnego, że hotelarstwo na półwyspie wzrasta. Musi wzrastać.
Jednakowoż:
Nie łudząc się, trzeba sobie powiedzieć, że półwysep i wybrzeża naszego morza co do piękności położenia, życia, ruchu, dawnych zabytków i różnych innych przyrodzonych atrakcyj letniskowych nie mogą się równać z morzami innych krajów. Nasze morze jest w gruncie rzeczy smętne i bynajmniej wesoło nie nastraja, a klimat bywa w lecie nierzadko szorstki, wogóle stale jest zmienny i nie może równać się z klimatem mórz południowych. Nad morze z Polski oddawna wyjeźdżali przeważnie ludzie zamożni, lub mogący sobie od czasu do czasu pozwolić na jakiś zbytek. Za swoje pieniądze mieli komfort i zbytek modnych letnisk wraz z ich różnobarwnym tłumem międzynarodowym, mieli słońce południowe, oraz mnóstwo bardzo interesujących i pouczających wycieczek. Wszak Lido, to nietylko plaża, ale i cała Wenecja, Monte Carlo to nietylko morze, ale też jeden z najpiękniejszych zakątków Europy, małe letniska w Bretanji, to równocześnie starodawne zamki, opactwa i t. d. U nas tego wszystkiego brak, a w dodatku za drogie pieniądze marzyć nie można, jak dotąd, o wygodach, do jakich ludzie miejscy przywykli, żyjąc nawet w bardzo skromnych warunkach. Oto problemy bardzo ciężkie.
Cóż z tego wynika?
To, że ludzie prawdziwie bogaci, chcąc wyjechać nad morze, w dalszym ciągu jeździć będą zagranicę, czemu się wcale nie należy dziwić. Na półwysep zaś ciągnąć będzie letnik średnio zamożny, liczący się z każdym groszem, a tedy unikający wszelkich luksusowych urządzeń i kosztownych rozrywek, ten letnik, który koniecznie będzie chciał użyć powietrza morskiego i morskich kąpieli.
Zatem organizowanie i budowanie jakichś luksusowych letnisk na półwyspie nie może mieć żadnych widoków, prócz nieuniknionych bankructw, które okryją półwysep ruinami, a równocześnie najzupełniej mogą zrujnować rybaków, spekulujących na polepszenie swego bytu. Wtedy eksploatacja półwyspu z natury rzeczy przeszłaby w ręce czynników, wcale do tego nie powołanych, a których pragniemy uniknąć.
Letnictwo na półwyspie powinno wobec tego mieć na względzie przedewszystkiem masowe wycieczki młodzieży polskiej, dla której byłaby to sposobność uczenia się morza i jego życia, oraz warstw średnich, potrzebujących świeżego powietrza, kąpieli i odpoczynku w możliwych, kulturalnych warunkach. Pierzchnąłby wtedy niezdrowy sen o Ostendzie polskiej, a zamiast domów gry i luksusowych hoteli dla hochsztaplerów, dałoby się możność zdrowego odpoczynku młodzieży i pracującej Polsce.
Ale to już zupełnie inna historja, której się jednak z pewnością wkrótce doczekamy.


SŁOWNICZEK
znajdujących się w powieści wyrażeń z gwary rybackiej.

Aba — Z niem. Ebbe, nie oznacza jednak odpływu morskiego, lecz tylko tak zwany: „zoch z wiku” to jest obniżenie się stanu wody w zatoce, spowodowane odpowiednią kombinacją wiatru.
Abfale — Z niem. „odpadki”, słowo nie określające bynajmniej ryby, którą się wyrzuca, lecz rybę, która z powodu pewnych uszkodzeń, jak np. urwania głowy lub złamania, nie nadaje się do użytku handlowego. To samo możemy powiedzieć o wnętrznościach węgorzy, z których rybacy gotują znakomitą zupę. Niezrównanym przysmakiem jest również smażona wątroba łososia lub też rosół z łososiowej głowy. Ponieważ rybacy ryby rzadko bardzo jadają, bo są dla mich za drogie, przeto odpadki zużywają bardzo starannie.
Alać — Z niem. „holen”, używane jednakowoż w rozmaitych połączeniach np. „nie mogę się tchu doalać” znaczy nie mogę tchu złapać. Jest to wogóle słowo bardzo rozpowszechnione na półwyspie. Mówi się np. „alaj ueudu” to znaczy przynieś wody.
Antryba — Również pochodz. niem., lżejsze wiosło używane do wiosłowania na mniejszych łodziach. Tu jednak należy zaznaczyć, że wiosłami rybacy nasi nazywają długie okute żerdzie, któremi odpychają się od dna w płytszych miejscach, gdy zaś wiosłami w znaczeniu lądowem są u nich właśnie antryby, remy i paczeny, różnych długości cięższe wiosła morskie, któremi się jednak w ich rozumieniu nie wiosłuje lecz „ciągnie”.
Beka — Słowo to ma znaczenie podwójne, oznacza bowiem albo zagłębienie w dnie morskiem, niedaleko brzegu, albo też coś w rodzaju oseku (ostry hak na długiej żerdzi), z którym rybacy w czas ciężkich mrozów chodzą na polowanie na foki, kryjące się pod lodem.
Bialka — Kobieta wogóle.
Bioj, biojte — Biegaj, biegajcie.
Bita — Wyrzucona przez fale morskie na brzeg czy to część strzaskanej łodzi, czy to kilkanaście desek, skrzynia z towarem, ewentualnie nawet portfel, wszystko co ma jakąkolwiek wartość.
Bliża — Latarnia morska.
Bodżonki albo bodzionki — Małe węgorzyki w zatoce Puckiej, które ludność miejscowa zimą poławia w przeręblach zapomocą ościeni zwanych bodorzami.
Bojs — mały chłopiec.
Bon — Z niem. Bahn — pociąg.
Borg — kredyt.
Brek, brekować — pijaństwo.
Bretlindzi, sing. bretling — Szprotki.
Briża — Silny powiew wiatru.
Brutka — Narzeczona.
Brzona — Inaczej sieja.
Bujtenkant — Strona wewnętrzna czyli kant wewnętrzny nazywa się w gwarze rybackiej „benno”, zaś strona zewnętrzna „bujten”. Jeżeli rybacy stawiają sieci na Małem Morzu, to stawiają je „benno”, jeśli zaś po bałtyckiej stronie półwyspu Helskiego to na „bujtenkancie”.
Buksy — Wogóle spodnie, w szczególe manczestrowe.
Ceza — Mały niewód do poławiania fląderek.
Chlonst — Chróst leśny.
Cisza — Zdrobniałe od Franciszka.
Dalo — Z niem. es gab — było np. na multek dalo to jest było na obiad.
Denega, denedżi — Fale.
Detki — Pieniądze.
Douka — Mgła, jednakże mieć wygląd doukowaty znaczy mieć minę pochmurną i może też w pokoju panować nastrój doukowaty, to znaczy nastrój posępny.
Draga — Czteroramienna kotwica, trzyramienna kotwica nazywa się „kotew”.
Drewać — Płynąć z wiatrem i prądem.
Na drewaniu — wyjeżdża się mianowicie na drewanie z sieciami płytkiemi, ale długiemi na kilka kilometrów, sieci te puszcza się z prądem, a ponieważ prąd wszelki powstaje prawie zawsze z wiatru, przeto łódź rybacka stara się tylko utrzymać kierunek niewodu, w którego środku i na którego końcu znajdują się znaki świetlne, oznaczające ruch i długość niewodu. Ryba w nocy pływając tuż pod powierzchnią, ponieważ na drewanie wyjeżdża się o wiośnie, gdy jest ciepło, lnie czyli więźnie w okach niewodu. W ten sposób poławia się głównie łososia, ale czasem i szprotki.
Dzie — Gdzie.
Dzeus — Dziewczyna.
Elmąt — Rękojeść steru.
Eltychy — Nieprzemakalne ubranie z impregnowanego płótna.
Era — Honor.
Etta — Zdrobniałe od Hedwig czyli Jadwiga.
Feszeraj — Rybołówstwo. Chodzi się na feszeraj to znaczy, że się rybołówstwo uprawia. Człowiek który przestaje na feszeraj chodzić, abfiszuje się.
Firbeki — Kałuże wyżarte przez morze na strądzie.
Flut — Wzrost stanu wody w zatoce.
Gladiza — Jest to gatunek fląderek, różniących się od nich gładkością grzbietu oraz brakiem żółtego nakropienia.
Goury — Jest to niesłusznie tak zwany „wał wydmowy” czyli wydmy, ciągnące się wzdłuż bałtyckiego wybrzeża półwyspu. Wydmy w pojęciu rybackiem znajdują się za gourami, od strony lądu, tam gdzie jest las.
Grub — Garnek.
Litery „h” rybacy nasi nie wymawiają zupełnie, tak samo jak litery ł, której nawet nie mogą od l odróżnić, więc stąd zamiast „helan” — rybak nasz wymawia „elan”.
Iwer — Wielkie zmartwienie.
Jarnować — Wybierać węgorze z żaków.
Kalny, kalna woda — Mętna woda.
Kant — Kąt albo krawędź.
Kanteczki śpiewać — Za dawnych czasów gdy ktoś rybaków skrzywdził, zbierali się razem i przy blasku świec śpiewali mu ponury psalm Dawidowy czy Salomonowy, nie zdążyłem jeszcze dociec, ponieważ oni się z tem kryją. Psalm ten, wzywający zemsty i kary na głowę krzywdziciela, wzmocniony jest znakomicie przeróżnemi mściwemi pomysłami samych rybaków.
Karno — Stado.
Kaszyrz — Siatka na ryby.
Kipa — Wielki kosz na ryby.
Klepce — sidła na mewy lub na wrony.
Kliszka — Rodzaj drewnianego szydła, w które nawleka się nici z manilli i wiąże się oka żaków.
Kon — Czółno.
Korki — Chodaki o drewnianych podeszwach, powszechnie na półwyspie używane.
Kraj — Wogóle ląd. Człowiek „krajewy” to człowiek lądowy. Hasło „żaki na kraj” oznacza, że należy żaki wyciągnąć na ląd. „Wiatr krajewy” to wiatr od lądu.
Kricować — Żeglować pod wiatr.
Kuch — Placek.
Kula — Jama w dnie morskiem.
Kulpsie, kulpś — Dzikie łabędzie.
Laskorn — Z niem. Lachsgarn — niewód łososiowy.
Le — Ale.
Leforka — (lmn. leforci) — tęskna liryczna piosenka.
Lejper — Lina, sznur.
Leżeć — Stać w porcie.
Lifka — Kamizelka.
Linka — Jeśli rybak ustawi kilka żaków jeden za drugim u brzegu, to to nazywa się linką żaków, bywają też i linki netów oraz manc śledziowych i szprotowych. Liczba niewodów składających się na linkę nie jest ściśle określona.
Lodzing — Ładunek.
Lorbas — Nicpoń.
Manca — Stojąca sieć na śledzie lub szproty.
Maszoperja — Jedyne organizacje jakie rybacy uznają, to są maszoperje węgorzowe lub łososiowe, powstałe stąd, iż do połowu tych ryb potrzeba wielkiej ilości kosztownych sieci, na co jeden rybak pozwolić sobie nie może. Zatem składają się i pracują wspólnie jako maszopi, pod kierunkiem swego starszego czyli szepra. Po ukończeniu połowu następuje podział zarobków, przyczem kierownikiem interesów organizacji i tym, który wypłaca, jest szeper.
Merk — Znak, który rybak umieszcza na każdym należącym do niego przedmiocie. Merk jest tak ta kliszce jak i na łodzi.
Merszwin czyli morswin — Delfin bałtycki.
Mora — Zmora. Rybacy wierzą w zmorę i bardzo się jej boją.
Mucka — Czapka rybacka.
Naddać — Znaczenie podwójne albo nałożyć komuś brzemię na plecy więc: „naddali mu lejpry i mance na ramię” albo też — „Norda naddała, to znaczy że złagodniała. Tak samo „naddaje choroba”.
Naożeń — Narzeczony.
Nei — Nie.
Neńka — Matka.
Nety — Niewody na pomuchle i fląderki.
Nick — Nic.
NiedomarusNiedołęga.
Norda — Wiatr północny.
Obzorgować — Obmyślić coś. Wyzorgować — wystarać się o coś. Ja to obzorguję — obmyślę to. „Masz ty to już wyzorgowane?” — czy już to uzyskałeś.
Ok — Od słowa hak, malutka zatoczka; „h” w gwarze rybackiej odpada, „a” przechodzi w „o”.
Ousech — Osuch.
Paczena — Wielkie wiosło.
Part — Dział w maszoperji.
Perżno — Trochę.
Pławnica — Długi niewód na poławianie łososi na morzu na drewaniu.
Pólnie — Obiad.
Pomarenk — Łódź żaglowa.
Preszcy — (Morze.) — Fale morskie biją o wał wydmowy. Kiedy morze tylko huczy, mówi się, że „mierze ryczy”, a kiedy głośno szumi, wtedy „chrapie”.
Priz — Cena na ryby.
Pujka — Kot.
Pulować — Wybierać śledziki z manc.
Pylesa — Chodź tu.
Retung — Ratunek.
Rewa — Ryf.
Rewno — Równo.
Rzemioslo — Narzędzia do uprawiania danego rzemiosła.
Sachej — Suche, płytkie miejsce morza przy brzegu.
Smutliwie — Smętnie.
Snadki — Płytki.
Starka — Babka lub teściowa.
Stelować — Steluje się mianowicie sieci w ten sposób, że tak zwane jadro czyli tkaninę sietnią ujmuje się w ramę sietnią.
Strąd — Wybrzeże morskie w pojęciu rybaków w odróżnieniu od plaży.
Szachwary — Podwój (Idotea Entomon), rodzaj raczków morskich.
Szczerz — Pies.
Szkalować — Wymyślać.
Szmaka — Smak.
Szpada — Łopata.
Szpegelglada — Cisza morska. Kiedy morze jest spokojne, wtenczas jest na morzu glada.
Szpur — Ślad.
Sztela — Posada.
Sztimer — Parowiec.
Sztimersztrych — Szlak parowców.
Sztorm — Burza.
SztormPestarkun — Huragan na morzu, gdy sztorm-arkun znaczy tylko orkan.
Sztrecyna — Biedota.
Sztrec — Nędzarz.
Tamcza — Jest to mgła, która zwykle przychodzi z zachodu z wielką szybkością, przelatuje przez zatokę Pucką, przewala się przez półwysep na morze i po krótkim czasie znika. Mgła ta jest czarna i zimna, a pojawienie się jej wywołuje przyśniębiające wrażenie tak na ludzi jak i na zwierzęta. Zjawisko na półwyspie dość częste.
Tańc — Zabawa taneczna.
Tonować — Tak się nazywa ubarwianie niewodów w roztworze specjalnych glinek. Ubarwianie to ma na celu tak zabezpieczanie sieci od psucia się w wodzie i napaści pewnych stworzonek morskich jak też i utrudnianie rybie dostrzeżenia zastawionych sieci.
Trosk — Zmartwienie.
Ulnąć — Utkwić.
Uręczyć — Pożyczyć.
Wik — Zatoka.
Wiodro — Pogoda.
Wyry albo Wery — Skrzydła żaków.
Zacha — Sprawa.
Zaziębły — Zaziębiony.
Zielenica — Głębina na morzu.
Zorg — Trumna.
Zydwestka — Nieprzemakalny hełm rybacki.
Żak — Po lądowemu więcierz, to jest niewód na węgorze.
Żakirt — Świąteczna kurtka.
Żegła — Żagle.
Żeńc — Człowiek żonaty.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Jerzy Bandrowski.
  1. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; najprawdopodobniej winno być rozgrzeszony.
  2. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; brak cudzysłowu otwierającego lub zbędny zamykający.