Zolojka/Gdy w mieście tańczą w najlepsze

<<< Dane tekstu >>>
Autor Jerzy Bandrowski
Tytuł Zolojka
Druk Księgarnia św. Wojciecha.
Miejsce wyd. Poznań - Warszawa - Wilno -Lublin
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron
Gdy w mieście tańczą w najlepsze...

Etta rozpalała ogień pod kuchnią.
Zaspana, z rozczochranemi, czerwonemi włosami i podkrążonemi oczami, obrzękłemi od snu, poziewała, dygocąc z zimna.
Przystawiwszy dzbanek z kawą do ognia, wyskoczyła na podwórze po drwa.
Była noc, gwiazdy świeciły jeszcze jasno, dął słaby wiatr północny. Z zatoki dolatywały klarnetowe krzyki łabędzi. Zresztą tak tam, jak i na Bałtyku było cicho. Z kominów pobliskich domów tryskały świecące strugi dymu. Gotowano śniadanie dla tych, co wyjeżdżali na morze. W wiosce panował cichy, ale wyraźny ruch. Słychać było odgłos ciężkich kroków, pukanie do okna, stłumioną rozmowę.
Kierując się ku zatoce, przesunął się cicho koło płotu wysoki czarny cień-rybak w zydwestce, z kręgiem lin na plecach i z długiemi wiosłami na ramieniu, rzekłbyś, idący na bój rycerz w hełmie i z kopją.
Wyszedł Bernard z kręgiem lin, dragą i innemi przyborami, które niósł do zatoki na łódź.
— Norda naddała! — zauważył, mijając siostrę.
— Ale wiatru mało, nie będzie ani na żagiel — odpowiedziała Etta. — Będziemy musieli ciągnąć.
Bernard pobiegł nad zatokę.
W pokoju przy świetle zakopconej lampy stary Paweł, zupełnie już ubrany, wadził się z młodszym synem, który kaszlał i jęczał przy ubieraniu się.
— Weź drugą koszulę, Józk! Zaziębły jesteś! — upominała syna z łóżka matka, słysząc jego głęboki, chrapliwy kaszel.
— Jo, drugą koszulę i pierzynę — mówił stary swym głębokim, miękkim basem. — To jest rybak! Wiodro fajn, zimnoty żadnej niema, a on kaszle jak stary koń!
Chłopiec mruczał coś niezrozumiale i stękając, ubierał się dalej. Wszystkie kości go bolały. Włożył dwie flanelowe koszule, na to z trudem naciągnął gruby, wełniany trojer i wyczerpany szamotaniem się z nim, sycząc z wysiłku, tak mu w głowie strzykało, zaczął wciągać na grube, manszestrowe buksy — wysokie nieprzemakalne skorznie, słomą dla ciepła wypchane.
— Zaziębły, chory! — buczał stary. — Jo w twoim wieku nieraz przez pięć dni nie spałem, bo jak zając biegałem po linjach i rajach!
— I biegalibyście dotąd — syknął syn — gdyby się nie znaleźli młodsi, mądrzejsi, którzy pobudowali sztimry!
— Jo, sztimr dobra rzecz! — pochwalił stary, niezrażony złośliwą uwagą syna. — Ale ojce nasi sztimrów nie znali, a żyli długo i zdrowi byli, nie kaszlali... Za moich czasów manc nie było!
— Toście nawet manc wymyślić nie mogli! — drwił syn.
— Jo! Ciemną nocą w zimie musieliśmy za śledziami, za bretlingami wyjeżdżać na morze z niewodami, a potem zaraz bieżać z rybą do Gdańska... Nieraz dwie noce się nie spało dla trzech marek... A braliśmy z sobą na drogę tylko kawałek solonego węgorza i burak cukrowy na pragnienie...
— Jest to moja wina? — zniecierpliwił się młody, którego drażniły wspomnienia z głupiej, jego zdaniem, przeszłości. — Mogliście brać chleb! Nikt wam nie bronił!
— Nie było, synku, chleba, nie było! — łagodnie odpowiedział ojciec, a spostrzegłszy wchodzącego Bernarda, zawołał na córkę:
— Etta, dawaj fresztyk!
Powoli jedli pachnącą dymem, tłustą, gorącą słoninę z chlebem, popijając kawę.
Józk po kilku kęsach ze wstrętem odsunął swój talerz. Tłusta słonina rosła mu w ustach tak, że jej nie mógł przełknąć.
— Czemu nie jesz? — napomniał go ojciec.
— Jestem już najadły! — odpowiedział, chciwie pijąc kawę.
Etta pierwsza zjadła. Ukroiwszy kilka kromek chleba, nasmarowała je sadłem i zawinęła w papier. Miała na sobie buksy manszestrowe po zmarłym bracie, skorznie wypchane słomą, ciepłą spódnicę, trojer, lifkę i grubą kurtkę. Włosy przewiązała szalem.
— Ciemno jeszcze! — westchnął stary, wstając od stołu i spoglądając w okno. — Pracować człowiek musi, ale mnie chyba już czas pod psieckiem żaki wiązać, na wangorze chodzić, laskorn ciągnąć na strandzie, a nie wiecznie na morzu, nieraz w sztorm, w zimnotę, mokry cały... Siedemdziesiąt dwa lata...
— Do Australji! Do Australji! Do Australji! — powiadał sobie w duchu Józk.
Stary pozbierał eltychy, przerzucił je przez ramię i skierował się ku drzwiom.
Za nim wyszedł Bernard.
— Nie jesteś ty chory? — pytała matka z niepokojem Józka, który znów się zakaszlał.
— Nei! — odpowiedział, z trudem chwytając powietrze.
— Mora cię dusi, bo bardzo jęczysz w nocy! — mówiła. — Wiem ja, co to za mora! Widzisz, co narobiłeś!
— Stare głupstwa! — żachnął się, zdejmując strzelbę ze ściany.
— Uważaj na siebie, synku! — napominała go. — Waliszów Paweł nie uważał —
Chłopak zwrócił się ku matce tak, że mogła widzieć w świetle lampy jego różową, wciąż jeszcze chłopięcą twarz z dziecinnemi dołeczkami w policzkach i zmierzwioną, jasną czuprynę.
— Nie myłeś się, nie czesałeś.
— Jo, neńko, jak się zmoczę, będę umyty i uczesany.
Na podwórku naddali Józkowi i Bernardowi na ramię mance i lejpry, dziewczyna wzięła w rękę szpadę i tak powędrowali we czworo cichemi uliczkami ku zatoce.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Jerzy Bandrowski.