<<< Dane tekstu >>>
Autor Jerzy Bandrowski
Tytuł Zolojka
Druk Księgarnia św. Wojciecha.
Miejsce wyd. Poznań - Warszawa - Wilno -Lublin
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron
Helanie.

Gdy się mówi o mieszkańcach półwyspu, należy też powiedzieć parę słów o Helanach, (Rybacy mówią „Elanie”), naszych rybakach niemieckich. Hel, który za czasów królów polskich nigdy nie należał do Polski, tylko do Gdańska, jest protestancki i żyje sobie na uboczu, utrzymując stosunki wyłącznie z Gdańskiem. Wolnemu Miastu sprzedaje w lecie i z początkiem jesieni swe śledziki, zimą szproty, o ile są, a przez cały rok, lato wyjąwszy, łososie. Węgorzy Helanie nie poławiają wcale, chyba dla letników. Podczas gdy nasi rybacy są biedni i gdyby nie letnicy, przymieraliby nieraz głodem, Helanie są bogaci i utrzymują się z rybołówstwa znakomicie. Ta mała wioska rybacka, licząca najwyżej jakich 600 głów, podpisała podczas Wielkiej Wojny 5 miljonów marek pożyczki wojennej. Był to piękny akt wdzięczności za dobrodziejstwa, doznane od rządu.
Mianowicie było tak:
Swego czasu ten bogaty dziś Elan, do którego Jastarnianin mówi „pan”, był w porównaniu z nim nędzarzem, głodomorem, ciężko przez Boga doświadczanym. Swego pięknego portu rybackiego jeszcze nie miał, a że mieszka na samym cyplu, gdy nastał czas burz, musiał czasem kilka razy w przeciągu jednej nocy łodzie swe przeprowadzać z „benno”, t. j. wewnętrznego brzegu od strony zatoki, na „bujtenkant”, czyli na brzeg Bałtycki, zewnętrzny i naodwrót, inaczej morze potrzaskałoby mu wszystkie łodzie. Za każdym silniejszym podmuchem wiatru w nocy Elan zrywał się, wdziewał eltychy i gonił na strąd przeprowadzić łodzie. Tego rybak z półwyspu robić nie potrzebował, jego łodzie spokojnie leżały albo na płytkich wodach zatoki, albo na wybrzeżu. Prócz tego nasz rybak miał zawsze bliżej do gburów, posiadających mąkę, bulwę, siano i t. d., skutkiem czego łatwiej od Elana mógł zdobyć żywność, gdy Elan, utrzymujący stosunki wyłącznie z Gdońskiem, w czasie burz lub kiedy morze zamarzło, odcięty od świata, cierpiał głód, nawet mając pieniądze.
Wszystko to zmieniło się, gdy rząd niemiecki zbudował w Helu port. Rząd niemiecki chętnie obywatelom pomagał, ale miał pewien zwyczaj, mojem zdaniem, bardzo dobry: Jak zamierzał uczynić coś pożytecznego dla obywateli, chciał, aby oni w miarę sił czemś się do tego ze swej strony przyczynili na znak, że rozumieją pożytek, jaki dla nich z danej pracy wypływa. Ten rząd niemiecki chciał wybudować port rybacki w Jastarni, port dla całego półwyspu. Chytrze myśląc, że skoro rząd zamierza coś budować, to zbuduje, czy obywatele chcą czy nie, najbardziej zainteresowane w budowie portu rybackiego wioski kaszubskie, Jastarnia i Bór, współudziału odmówiły, natychmiast jednak zgłosił go Hel, który też port dostał. Dopiero teraz rząd polski buduje wielkim nakładem kosztów nowy port rybacki Jastarnia-Bór.
Druga rzecz: rząd niemiecki zaopatrzył rybaków helskich w kutry rybackie, które ułatwiają im połowy w względnie dużej odległości od brzegu. Wynika stąd, że gdy nasz rybak czeka na rybę na brzegu, Elan może jej szukać na morzu. Ale i tu muszę zaznaczyć, że i nasi rybacy kutry mieli, lecz, przyzwyczajeni do połowów przybrzeżnych, zaniedbali je zupełnie, posprzedawali motory, poniszczyli i dziś mają ich zaledwie kilka. A powtarzam jeszcze raz, że ryba dla niewiadomych przyczyn wciąż oddala się od brzegów, coraz jest jej mniej i coraz dalej trzeba po nią na morze wyjeżdżać.
Zatem rząd niemiecki postarał się dla swych rybaków o kutry. Ale to jeszcze nie koniec. Pewien rybny przemysłowiec gdański, zwykły człowiek interesu, obliczył, że gdyby rybacy helscy mieli takie a takie sieci, bardzo zresztą kosztowne, połowy ich byłyby o wiele wydatniejsze. Wiadoma rzecz, że rybak sam na tak drogi sprzęt się nie zdobędzie. Gdańszczanin zrozumiał to, a ponieważ chciał zarobić, dawał rybakom coś niecoś rokującym, grube zaliczki na sieci, i w ten sposób powoli całą wioskę Hel zaopatrzył w pierwszorzędny sprzęt rybacki. Takich „takli” (długich na kilka kilometrów wędek na łososie) nie ma ani jeden rybak polski na całym półwyspie. Te sieci idą w grube tysiące gdańskich guldenów.
Oczywiście, sytuacja zmieniła się zasadniczo na korzyść Elana a na niekorzyść naszego rybaka. Dziś, kiedy ten Elan korzysta z kolei na półwyspie, kiedy już wie, że ma stałe połączenie z lądem, on jest panem. Zgarnia samą śmietankę z naszego morza, handluje najdroższemi rybami i ma pełne kieszenie guldów, gdy nasz rybak coraz więcej poświęca się hotelarstwu. Co mu tam rybołówstwo, zwłaszcza zimowe. Ażeby marno zdżineno! Czlowiek ma z tego tylko ten reumatyzm! A na chleb powszedni zarobić nie może!
To też każdy stara się zbić trochę grosza i dobudować coś do domu. Tu chlew przerabiają na pokój, tam budę jakąś, tu znów piąterko przypną — spekulują już nie nad wiatrami, lecz nad „rumami” (z niem. „Raum”). Robi się przykro. Ogarnia ludzi najbrzydsza, jaka jest niecnota — chciwość. Marzy się o tem, jakby żyć bez żadnej pracy z tego tylko, co letnicy zostawią. I tak to trzeba jakoś wszystko wykalkulować, aby tego zarobku za dwa miesiące letnie wystarczyło na dalszych dziesięć miesięcy życia.
I mówią ludzie, że inaczej być nie może — bo nasze rybołówstwo, znikanie ryby i t. d. Ale tuż obok na tem samem, rzekomo mizernem i jałowem morzu Elanie robią majątki i wcale się na ubóstwo morza nie skarżą. Przeciwnie, gardzą nawet tak cennym towarem, jak węgorz.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Jerzy Bandrowski.