Zolojka/Rybołówstwo na polskiem morzu

<<< Dane tekstu >>>
Autor Jerzy Bandrowski
Tytuł Zolojka
Druk Księgarnia św. Wojciecha.
Miejsce wyd. Poznań - Warszawa - Wilno -Lublin
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron
Rybołówstwo na polskiem morzu.

Wiadomo już, że rybołówstwo na wodach naszego morza jest właściwie ubogie, nie należy go jednak lekceważyć. Prawda, morze polskie nigdy nie dostarczy tylu ryb, ilu ich Polska może spotrzebować. Prócz tego cena tych ryb dla różnych przyczyn, na których wymienianie miejsca tu niema, jest i prawdopodobnie będzie zawsze wyższa od ceny ryb sprowadzanych (mówię o śledziach i szprotach, czyli o rybach dla szerokich warstw). Polska ma tyle bydła, że najtańszem, choć może nie najzdrowszem pożywieniem jest u nas mięso z ziemniakami, jako z przyprawą i z chlebem. Już jarski wikt jest droższy, a co się tyczy ryb, to trzeba wiedzieć, że nawet na półwyspie kiełbasa tańsza jest od ryby. Dodajmy też, że ryby morskie nie są u nas mile widziane i pomimo różnych prób nie przyjęły się. Przywykliśmy do ryb słodkowodnych.
Pod jakimże względem możemy korzystać z rybołówstwa na własnem morzu?
Mamy tu:
Węgorze. Ryby te pojawiają się stale, przebywają na naszych wodach mniej więcej od połowy lata do końca listopada, przechowywane w kistach do grudnia. Są drogie i stanowią bardzo cenny artykuł wywozowy.
Na 257 str. powieści wyrażone jest przez usta rybaka Ignaca powątpiewanie co do tego, jakoby węgorze wędrowały z polskich stawów i rzek do morza i t. d. Ignac mówi tam, że Szwedzi poławiają węgorze o miesiąc wcześniej, niż rybacy helscy, co miałoby być dowodem, świadczącym o prawdziwości twierdzenia rybaków, jakoby węgorze, poławiane na naszem morzu, przyciągały tu z mórz północnych. Obserwacja rybaków jest słuszna, ale wniosek mylny, albowiem węgorze poławiane w Szwecji są węgorzami skalnemi (Steinaal).
Łososie. Ryba wspaniała, która, wyjąwszy lato, przebywa na naszych wodach cały rok. Nasi rybacy poławiają ją w porze wiosennej, Helanie zaś cały rok. Pochodzi to stąd, że Helanie zaopatrzeni są w potrzebne do połowu łososi bardzo kosztowne przybory rybackie, na które naszych rybaków nie stać. Skutkiem tego, a także ponieważ ryba ta, jako zbyt droga, w Polsce zbytem się nie cieszy, korzyść z niej ma głównie Gdańsk, który sprzedaje ją do Niemiec, do najlepszych hoteli szwajcarskich, nawet do Nizzy, do Cannes i t. d. Tam nasz łosoś uchodzi za „łososia reńskiego“, jako taki też przysyłany jest do Polski, tak spreparowany, aby był w mniejszych porcjach dostępny szerszym masom.
Połowy łososia są tak intratne, że Helanie porzucili dla nich nawet węgorze.
Śledziki. Rybka ta poławia się na naszych wodach stale w lecie i wczesną jesienią, jest znakomita na świeżo, nie nadaje się jednak zupełnie na solenie, ponieważ jest zbyt chuda. Są to śledziki likowe (Gruenhering). W braku odpowiednich wagonów nie można transportować jej na ląd w świeżym stanie. Wobec tego konsumuje ją Gdańsk. Bywają też — niezawsze — śledziki zimowe, które wędzone są świetne, ale liczyć na nie nie można. Śledziki te, zupełnie niesłusznie, noszą u nas nazwę „sielawek”, które żadną miarą nie mogą mieć nic wspólnego ze śledziami, jako że należą do łososiowatych.
Szproty. Najważniejsza ryba naszego morza, ale bardzo niepewna. Rybacy nasi nazywają ją „rybą kunsztowną”. Zależy ona od wiatru i od temperatury wody. Najmniejsza zmiana rzuca nią w zupełnie inną stronę morza. Mimo to szprota lekceważyć nie można, bo choć kapryśny, stale jest w Bałtyku. Oczywiście, jeśli się na niego czeka na brzegu, to może przyjść albo i nie, przypuszczalnie jednak zaopatrzenie rybaków w kutry przyczyniłoby się znacznie do poprawienia sytuacji. Ta mała rybka o wartościach pożywnych tak wielkich, że ją stawiają narówni z wołowiną i baraniną, daje blisko 50 proc. ogólnej wagi naszych połowów morskich i 25 proc. ogólnego dochodu z naszego rybołówstwa morskiego. Przeciętny połów szprota w Polsce wynosił dotychczas tylko pięć razy mniej niż w Norwegji, mimo iż wybrzeże polskie jest co najmniej dwadzieścia razy krótsze niż wybrzeże Norwegji między Bergen a Stawanger, głównemi ośrodkami przemysłu szprotowego.
Jednak, choć bywają znakomite lata szprotowe (np. w 1907 r. złowiono na naszym wybrzeżu 10,000 tonn szprotów, t. j. tyle, ile się łowi na całem wybrzeżu Norwegji), bywają lata, gdy szprotów niema wcale. Raz nie było ich przez całych 7 lat.
Fląderki nie przedstawiają wielkiej wartości handlowej. W lecie wywozić ich nie można, bo ciepłą porą prędko się psują, wogóle zaś są rybą niestałą, stosownie do pogody i temperatury trzymającą się dna lub wypływającą na powierzchnię.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Jerzy Bandrowski.