Zolojka/List do Duszy

<<< Dane tekstu >>>
Autor Jerzy Bandrowski
Tytuł Zolojka
Druk Księgarnia św. Wojciecha.
Miejsce wyd. Poznań - Warszawa - Wilno -Lublin
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron
List do Duszy.

Stary Paweł ciężko zachorzał. Jeździł do lasu po drzewo w zimie dużo i tam się zaziębił. Naprzód dostał postrzału. Z tem się długo nie bawił. Kazał się zaraz synom wymasować. Był to masaż oryginalny, jego wynalazku, zapomocą kolan. Obaj synowie wleźli na starego i gnietli go kolanami tak długo, póki nie zawołał „dość”, że zaś, chcąc tatkowi pomóc, pracowali rzetelnie, sił nie żałując, więc po tym masażu znowu rozbolały starego żebra. Ale to był tylko początek, bo wkrótce przyszedł suchy kaszel, ból głowy i „fiber”*. Chciał go Paweł wygonić grokiem i wypoceniem się — napróżno. Było mu coraz gorzej, aż wreszcie któryś z rybaków rozpoznał zapalenie płuc.
Co robić?
Zapalenie płuc u człowieka przeszło siedemdziesięcioletniego — rzecz poważna. O doktorze mowy być nie mogło. Sto złotych za wizytę — skądżeby rybak na to wziął! Dawano okłady.
Gorączka rosła. Tomasz, który ją mierzył regularnie i wogóle starał się czuwać nad starym, zauważył, że rybak bardzo słabnie. Póki był zdrów, trzymał się doskonale i niejednego młodego mógł przeskoczyć. Kiedy organizmem wstrząsnęła choroba, pokazało się, że to stary „wrack”, gruchot, który z łatwością rozlecieć się może. Mogło być źle.
Jak tylko wiadomość o chorobie Pawła się rozniosła, natychmiast zaczęli go odwiedzać „przyjaciele”. Przychodziło ich pięciu, sześciu, siadali gdzie kto mógł i siedzieli, kiwając żałośnie głowami, albo gawędzili z narzekającą starą Anną. Stary z trudnością oddychał, jak sam mówił, powietrza nie mógł się „doalać”, a w dusznym pokoju niejeden wonną fajeczkę przez zapomnienie zakurzył.
Tomasz próbował naprzód wytłumaczyć Annie, żeby nad mężem nie wyła, bo to chorego przygnębia i źle na niego wpływa.
— Chory powinien mieć spokój — tłumaczył jej. — Nie powinien nawet wiedzieć, że jest ciężko chory. Trzeba zachowywać zimną krew, dodawać choremu odwagi, tłumaczyć mu, że to przejdzie, że to nic wielkiego!
Spojrzała na niego obrażona.
— A toby było ładnie! — oburzyła się. — Myślałby, że go do grobu spycham, że się na jego śmierć cieszę! Nei, tego ja nie zrobio!
Bernardowi i Józkowi wykładał, że dla chorego niedobrze, gdy mu ludzie nie dają spokoju i zatruwają mu powietrze.
— Jest wieczór, stary osłabiony, chce spać, a oni go obsiędą, zaczynają gadać, stary nie ma czem oddychać!
Przyznawali mu słuszność, ale dodawali, że taki u nich jest zwyczaj i że oni są wobec niego bezsilni.
— U nas, jak kto zachoruje, ludzie trzymają się nie tyle przepisów lekarza, ile Pisma Świętego — objaśniał mu to ze swej strony Józk. — A Pismo Święte każe chorych nawiedzać.
— Zamordujecie go w ten sposób!
— Będzie, co Bóg da!
— To ja tych gości sam powyrzucam. Ja im wytłumaczę.
— Niech pan spróbuje, może pana usłuchają. Ja nie mogę. Obraziliby się na mnie śmiertelnie.
Tomasz przedkładał, tłumaczył. Przyznawali mu słuszność, ale siedzieli w dalszym ciągu. Gdy stanowczo zażądał, żeby chorego zostawili w spokoju, stara Anna zaprotestowała ostro, a niektórzy goście przestali się mu na ulicy kłaniać. Nie pomogło nawet kazanie, które ksiądz wygłosił na temat zachowania się wobec chorych.
Jednego dnia gorączka dosięgła czterdziestu i pół stopnia. Rozeszła się wieść, iż we wsi bawi komisja sanitarna, w której jest lekarz. Poproszono Tomasza, aby go zawezwał. Tomasz uganiał krętemi uliczkami wsi, szukając równocześnie, ktoby miał aspirynę — ale komisja z przed nosa drapnęła mu drezyną. Towarzyszył we wsi komisji i wójt i sołtys, którzy obaj wiedzieli, że stary rybak jest ciężko chory, ale żadnemu z nich nie przyszło na myśl powiedzieć o tem doktorowi. Nie mieli śmiałości.
Tego dnia Bernard pojechał do doktora w Pucku z moczem chorego. Doktór orzekł, iż to zapalenie płuc, oznaczył termin kryzysu i zapisał lekarstwa. To była opieka lekarska.
Na drugi dzień zawezwano do chorego księdza z Panem Bogiem. Komunja uspokoiła chorego a ksiądz w mig zaprowadził w chacie porządek. Kazał dbać o czyste powietrze, nie wpuszczać żadnych gości, nie płakać nad chorym, a tylko modlić się, aby wyzdrowiał. Prócz tego sprowadził z Pucka pielęgniarkę z klasztoru Elżbietanek.
Ale był to czas robót, z których ubyły trzy siły robocze: stary Paweł, jego żona i Etta, zajęta teraz wciąż w kuchni. Na ich miejsce przyszli „przyjaciele”, którzy tak pracowali, iż zamiast trojga dawnych sił roboczych, teraz okazała się potrzeba sześciu. Pieniędzy ludzie ci nie brali, ale zato Anna musiała im obficie dawać jeść, nie wyłączając nawet śniadania, jakby go u siebie nie mieli. W ten sposób do troski i krzątania się koło chorego przybyło jeszcze gotowanie na tyle osób — i to nie byle jakie, bo trzeba było pokazać, że się za gotowość sąsiedzką umie być wdzięcznym.
A z chorym było źle. Po nocach nie sypiał, pluł krwią, duszności miał, więc pielęgniarka przy nim czuwała. Gdy przyszedł kryzys, Anna, która tej nocy pielęgniarkę zastępowała, obiecawszy ją zbudzić w razie potrzeby, z nieśmiałości i czci dla świętej osoby nie zbudziła jej, mimo że chory całą noc bardzo się męczył. Po kryzysie nie czuł się dobrze. Znowu przyszło kłucie w boku, zadyszka.
Wielkanoc minęła dawno, a stary wciąż pasował się z chorobą. Nie mówił już nic, tylko myślał.
Gdy tak leżał, pewnego cichego wieczora, na placu przed kościołem zaczęła grać muzyka rybacka.
Chory uśmiechnął się.
Domyślił się odrazu, że to serenada, jaką zwykle w przeddzień ślubu grywano dla większej ery przed domami gości zaproszonych na wesele...
— Kto się żeni, Etta?
— Paweł Kąkol.
— Ze Stefą?
— Jo!
Była to wdowa z czteroletnią córeczką. Mąż jej, jadąc batem do Gdańska podczas burzy, utonął.
Muzyka skończyła swój popis przed jednym domem i zaczęła grać przed drugim. Muzykanci grali każdy dla siebie, fałszywie, zato z głębokiem, tkliwem uczuciem. Pełna słodyczy dysharmonja rzewnie brzmiała w ciszy wieczornej, przy zgodnym rytmie jaskrawo wyszczególniając różnice w zdolnościach, umiejętności i temperamencie muzykantów.
— Ta muzyka jest taka sama jak i wioska! — przyszło naraz na myśl choremu. — Każdy gra inaczej, jak umie i jak rozumie najlepiej, bo złego nikt tu nie chce. Kłótnie czasem są — ale zresztą wszyscy idą zgodnie razem.
Rozrzewniła go ta myśl.
Tej nocy spał spokojnie.
Zbudził go rano szum wichru. Nie potrzebował zaglądać w okno, aby się przekonać, z której strony wieje. Dom jego zbudowany był tak, że jeden kant izby zwracał się ku północy, drugi ku południu, trzeci ku wschodowi, czwarty ku zachodowi.
Ale było jasno i słoneczko świeciło pięknie.
Paweł zbudził się wypoczęty, trochę snem pokrzepiony i dobrej myśli — choć prawdę mówiąc, przez cały czas choroby też pogody umysłu nie tracił. Wypiwszy z nabożeństwem filiżankę rosołu z kury, którą Anna z wielkim bólem serca dla niego zabiła na skutek nalegań i wyrzutów Tomasza, poprosił, żeby go pielęgniarka umyła i uczesała, bo sam ruszać się jeszcze nie mógł, poczem zażądał, aby się cała rodzina przy nim zebrała.
Przyszli strwożeni niemało, bojąc się, czy takt nie myśli umierać, bo był bardzo biedny, ale on patrzył na nich pogodnie, a w głębokich jego oczach znowu tliły zwykłe, dobrotliwe iskierki. Żałował tylko, że się sam ogolić nie może, bo golenie syna nie trafiało mu do przekonania.
— Słyszeliście wczoraj muzykę? — zapytał, kiedy wszyscy usiedli.
— Jo! Grali zaproszonym na wesele.
— On ją sobie bierze, choć ona ma czteroletnie dziecko.
— Wdowa! — wtrąciła domyślnie neńka.
— Jo! A z Nastazją co było? Całe życie poszło przez głupstwo na marne.
— Jo! — przyświadczył Bernard.
— Słuchajcie! — zaczął stary poważnie. — Ja byłem ciężko chory, byłem zaopatrzony na śmierć, ci którym ja coś przewiniłem, przebaczyli mnie, a tym którzy mnie przewinili, przebaczyłem ja. Jaka będzie z tem boska wola, co Bóg z tem zrobi, tego nie wiem, ale tak jest.
Słuchali go w nabożnem milczeniu.
Stary chwilę odpoczął, a potem mówił dalej:
— To mnie tylko bolało, że nie mogę sprawić tego, żeby krzywda, którą mój syn bliźniej swej wyrządził, została naprawiona. Myślałem tak, jak myśleliście wy wszyscy — że trudno to uczynić. Ale wczoraj usłyszałem tę muzykę i tedy jasno mi się w głowie naraz zrobiło, że mój syn musi się z Duszką ożenić, bo inaczej miałby ją na sumieniu i odpowiadałby za nią ciężko przed Bogiem... Jeżeli ona jest winna, to i on jest winien, a jeżeli on nie jest winien, to i ona winy żadnej nie ma, a tedy — czemuby się z nią nie mógł ożenić?
— Co innego chłopiec — rzekła matka. — Dziewczyna powinna na siebie uważać!
— Mutr, ja sam to wiem, le ja wiem, co ty nie wiesz! — mówił ze słabym uśmiechem Paweł. — W żeni to wszetko jedno! Pomyśl, neńko, że Dusza jest chłopcem, a Józk dziewczyną — jakby ci teraz było?
Anna poruszyła się na krześle niespokojnie.
— Ale jeżeli ona się tam w Gdańsku zepsowała?
Stary groźnie podniósł prawą rękę.
— Tedy musi ją sobie wziąć, żeby nie wiedzieć co było, bo inaczej dziewczyna przepadłaby — przez jego winę.
— Dusza się nie zepsowała! — odezwał się żywo Józk. — Służy tam u jednego państwa, u Polaków, wszystko ma, żyje jak na sztimrze...
— Ale czy jej ojce się zgodzą? — broniła się jeszcze neńka.
— Zawołasz ich do mnie! — rzekł stanowczo Paweł. — Muszą się zgodzić.
Rodzice Duszy przyszli, a wynikiem narady z nimi był list, jaki wkrótce potem wysłali do Gdańska. List ten, pisany przez ojca Duszy, który nauczył się pisać po polsku tylko z książeczki do nabożeństwa i napisów na grobach, brzmiał:
„Kochana Duszo!
„Z wielkim bólem w zercu pisze Rodzice twoje do cebie ten list, bo nam Rybaci, któri bili w Gdańsku sprzedać swoje polowy Ryb zpotkali cebi i nas uwiadomili twój Adres. Widjmi dobrze, że tobie idzie tam prawie jak ty chcesz i jesteś tesz dobrze ubrana. Jednak nie możemy ja, any Neńka any Brat twój dali bes cebie życ. Twoje głupstwo, któres tu zrobiła z Józkiem Chudych, zrobilas nam wielki wstyd. Dlatego uciekla jes do Gdańska, ale bądź tak dobra i wróc do nas, wszetko tobie my przebaczymi tak jak Ojc marnotrawnemu Synu tak i my tobie odpuszczemi. Mami wiele do pracy bo są mance, i Sejce do naprawienio i kto ma to zrobić. Ja jestem stari już 69 a Neńka jest 64, zawsze chora na swoje chorobę i Bartlomin pracuje na wodze. Józk Chudych chorzał długo i ma wielki iwer o to, co z tobą zrobil a jego tatk tesz chorzal.
„Kochany Dziecko, czcij Ojca Twego i Matkę twoją, przyjechaj i będziesz Bartlominowi pomagala. Nam jest Koza ubagnona i kto ma ją doić i dwa mlodi Kozki napajać. Przyńc do domu. Bartlemin cebit nie ostawi w sztychu, choćby nawet cosz ponownie z kim zaszlo. Dlatego pozostań z Bogiem, ot wszetkich cebi pozdrawiam i oczekywać będziemy cebie każdego dnia”.
Jak tylko list wysłali, wszystkim kamień spadł z serca.
Józk poweselał, stary Paweł skrzepił się i zaczął przychodzić do zdrowia.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Jerzy Bandrowski.