<<< Dane tekstu >>>
Autor Jerzy Bandrowski
Tytuł Zolojka
Druk Księgarnia św. Wojciecha.
Miejsce wyd. Poznań - Warszawa - Wilno -Lublin
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron
Pani Łucja.

Z przechadzki wrócił pan Buszyński tak strasznie głodny, że pod koniec omal nie biegł. Naprzód już obiecywał sobie solennie porządną porcję szynki, co najmniej trzy jajka na miękko, jakiś tam kawałeczek sera z bułeczką i masełkiem i odpowiednią ilość mocnej herbaty.
— To trudno, ja żyć muszę — uzasadniał sobie swe plany po drodze. — Dlaczego i poco, tego nie wiem, ale to nie ma nic do rzeczy, bo między nami mówiąc, tego właściwie nikt nie wie. Dość, że należy mi się porządne śniadanie i papieros przy otwartem oknie z widokiem na morze.
W pawilonie siedziała przy jego stoliku pani Łucja. W koronkowym czepku i białej muślinowej sukni, jak zawsze młoda i świeża, pogodna, paliła papierosa i czytała gazetę.
— Cóż nowego w Warszawie? — zapytał Tomasz, witając się z nią i siadając przy stole. — Swoją drogą podziwiam panią. Jak pani może zaczynać dzień od czytania gazety, mając przed oczami morze!
— Ma pan poczęści słuszność — odpowiedziała dama — ale gdy się przeczyta te rozmaite głupstwa, plotki...
— Opisy zbrodni, łajdactw —
— Nowych wynalazków, lotów bohaterskich —
— Zgiełk wieku naszego!
— To człowieka godzi z życiem, uspokaja. Widzi się, że się od wczoraj nic nie zmieniło.
— Ależ to tylko zatruwanie się! To to samo, co papieros przed śniadaniem. To nie jest odpowiedni sposób godzenia się z życiem. Jeśli pani koniecznie chce rano pojednać się z życiem, to wie pani, co pani powinna zrobić? Iść na ranną mszę do kościoła! Nie gazety czytać!
Złapał przebiegającego kelnera.
— Pan mi wygląda na człowieka z żelazną energją i przedsiębiorczego! Panu się z pewnością uda wywalczyć dla mnie śniadanie. Porcja szynki, trzy jajka na miękko, herbata — prędko! Tak! do rychłego zobaczenia, mój drogi panie! Bardzo słusznie!
A zwróciwszy się do swej towarzyszki, rzekł:
— Budzimy się i wstajemy przeważnie z niesmakiem, ze wstrętem do siebie i do życia. To nasza najlepsza chwila, bo to odzywa się dusza. Ale cóż! Prawie wszyscy tak się stale przed nią blamujemy, że słuchamy jej niechętnie i zagłuszamy jej głos gazetami. A potem wszystko już idzie po staremu.
Pani Łucja spojrzała na swego towarzysza z uśmiechem, ale jakby z góry.
— Idzie po staremu! — przyznała. — I wcale nieźle idzie! Szyneczka dobra, jajka na miękko też smakują... bułeczki świeże, herbata aromatyczna. Źle panu?
— Ha, bardzo słusznie! Kultura!
— Trzeba poprzestać na tem, co jest...
— Gdzież to powiedziane? Wszakże dzisiejszy człowiek właśnie domaga się coraz to czegoś nowego.
— W granicach możliwości.
— I niemożliwości. Ale cóż z tego? Czy mu to daje spokój? Daje jakieś pozytywne wyniki? Doszliśmy do tego, że nic już na nas nie działa — nawet morze... Ono sobie a my sobie, gazetki, plaże, kąpiele słoneczne, flircik, dancing wieczorem...
Dama wzruszyła ramionami.
— Przyjechałam tu dla odpoczynku! — rzekła. — Czegóż pan ode mnie chce?
— Słyszała pani kiedy co o doktorze Tarnawskim? Słyszała pani. No, to się cieszę...
— Homeopatyczny zakład w Kosowie... Byłam tam...
— Tak, mamy pewną skłonność do tuszy... No, jego system jest — system, jak każdy inny. Ale uzasadnienie jego systemu tak głęboko sięga w naturę ludzką, jest tak genjalne i płodne w zdrowe wnioski, że nietylko system uzdrawia, lecz jego uzasadnienie uczy człowieka żyć. Znam ludzi, którzy po dwóch miesiącach pobytu w Kosowie mówili o doktorze Tarnawskim: — Ten człowiek nauczył mnie żyć! — A to chyba jest bardzo dużo.
— Panie Tomaszu, gdzie pan fruwa? — zaśmiała się dama. — Tu niema doktora Tarnawskiego.
— Aniołowie Pańscy są wszędzie! — wykrzyknął pan Buszyński. — Skąd pani wie, czy „na ten przykład“ ja nie jestem aniołem?
— Istotnie, nic o tem nie wiem — przyznała pani Łucja.
— Zatem niech pani słucha wielkiej nowiny, a dowie się pani. Jeżeli człowiek w przeciągu dwóch miesięcy może nietylko podleczyć się, ale dowiedzieć się tyle, iż słusznie woła: — Ten człowiek nauczył mnie — żyć! — to znaczy, iż z wypoczynku można czasem wynieść korzyść — na całe życie. A pani, droga i piękna pani Łucjo, chce przecież żyć — dobrze...
— Zapewne! — przyznała pani Łucja.
— Otóż morze. Widzi pani — jestem stary chłop, dużo przeszedłem, przemyślałem, taki byłem nieraz mądry, doświadczony — a jednak z żalem myślałem o czasach, kiedy rano i wieczorem w koszuli nocnej klękałem gołemi kolanami na ziemi przy łóżku i — mówiłem pacierz.
— Wspomnienia dzieciństwa... — bąknęła pani Łucja.
— Nie, na serjo, pani Łucjo! Potrafiłaby pani dziś gołemi kolanami klęknąć po dziecinnemu przy łóżku i zmówić pacierz — tak, z całej duszy?...
— Ja jestem religijna!...
— E-e-e! Religijna! Wy jesteście na dziwnie poufałej stopie z Panem Bogiem — choć On z wami nie. To już nie żadne modlitwy, ale „depesze gratulacyjne”, a pani nie rozumie, że Bóg nie poto każe się kochać, aby się bez tego obejść nie mógł, lecz dlatego, że przez miłość Boga ludzie stają się lepsi i szczęśliwsi.
— Właściwie, dlaczego pan to mówi? — zapytała dama, zwróciwszy na pana Buszyńskiego poważne spojrzenie.
On ją również spojrzeniem ogarnął i rzekł:
— Pani wie, że... jako tak zwane „dziecię wieku” — przeciw wiekowi nie grzeszyłem, choć on przeciw duszy ludzkiej grzeszył wielce. Pani Łucjo, dziś, od niepamiętnych lat, pierwszy raz rano zmówiłem pacierz — i wie pani co? — jakgdyby mi kamień z serca spadł. Zrozumiałem też, że tu jest coś, co tę nabożność nietylko budzi, lecz może ją wzmocnić. Mój dzisiejszy apetyt był apetytem zdrowego człowieka, którym jestem — ale smak potraw był po modlitwie porannej zgoła inny niż przedtem... Wiedziałem, że jem — dary Boże! To, proszę pani, to jest — wpływ morza.
Pani Łucja zmarszczyła trochę brwi i spojrzała naprzód na mężczyznę, a potem na morze. Na morze patrzyła długo.
Było prześliczne. Ni to atłas, ni jedwab, ni aksamit. I barwy były również nieuchwytne. I niebieskie i zielone — a na tem skry najrozmaitsze — i błyski.
— Długo trzeba będzie czekać — myśli piękna pani — aż ktoś stworzy taki materjał... Bo przecież to jest jak cudowny płaszcz... Widziałam kiedyś...
Tak. Widziała obraz przedstawiający falujące morze — modro-zielone — a na niem rusałczaną główkę dziewczęcą, z puszczonemi na fale bujnemi złotemi włosami.
— A to wyglądało tak, jakgdyby dziewczyna miała na ramionach olbrzymi mieniący się płaszcz — opowiadała towarzyszowi.
— Morze materjałem na płaszcz: — mówił Tomasz, kiwając głową.
— Piękna kobieta we wszystko może się ubrać. Zresztą nie powinien się pan dziwić, że traktuję morze bez tego respektu, jaki pan ma dla niego, lecz poufalej... Morze ma duszę kobiecą... jesteśmy siostry... Dlatego pan, znany mi ze swej kochliwości, tak się w niem odrazu zakochał... Nowa postać kobiecości... Ale zabiera się pan do tego po swojemu niedołężnie — wzdychając i filozofując... A kobieta tego nie lubi.
— Nie zawadziłoby jednak pomyśleć czasem bezinteresownie.
— Poco? Mamy tyle do roboty... Można przecież jeść, pić, spać, kąpać się, kochać się, kłócić, bić, tańczyć, chodzić na przechadzki, uprawiać sporty, zarabiać i tracić... Poco filozofować?
— Zgiełk wieku naszego! — uśmiechnął się Tomasz pobłażliwie. — Ale teraz muszę śpieszyć, zanim słońce zanadto palić zacznie — użyć „kąpsidla”.
— Czego? — zdziwiła się pani Łucja.
— Kąpieli — śmiał się Tomasz. — U rybaków kąpiel nazywa się „kąpsidlo”. Mówią też „psieck” zamiast „piec’, a zamiast, „piwo” — „psiwo”.
— Bardzo poetycznie! — rzekła z przekąsem dama.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Jerzy Bandrowski.