<<< Dane tekstu >>>
Autor Karel Čapek
Tytuł Zwyczajne życie
Wydawca J. Przeworski
Data wyd. 1935
Druk B-cia Drapczyńscy
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Paweł Hulka-Laskowski
Tytuł orygin. Obyčejný život
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron
XXIV

I to już wszystko, a teraz łam sobie głowę, człowieku, jeśli łaska! Widział-że kto coś podobnego? Poeta! Ktoby to był pomyślał? Mniejsza z tem, że mówił o tem ten młodzieniec. Młodość przesadza i musi przesadzać przy każdem otwarciu ust. Należałoby pójść do bibljoteki uniwersyteckiej i wyszukać to sobie, ale doktór nakazał spokój, więc niech będzie spokój i siedzenie w domu, choćby ci w głowie huczało, jak w młynie.
Trudna rada, nie pamiętam ani jednego z tych sławetnych wierszy. Przepadło! Ale gdzie to mogło było przepaść? — Gdy w palmach kokosowych zawarczą bębenki — — — z tego nikt nic nie wymiarkuje i można najwyżej kręcić głową. Na miły Bóg, człowieku, skąd ci się wzięły raptem te palmy i co ci wogóle do palm kokosowych? Któż to wie, może akurat w tem jest jądro poezji, że człekowi nic do tych palm kokosowych, albo, powiedzmy do królewny Mab.
Może te wiersze są kiepskie, a mój młodzieniec to cymbał, ale fakt jest faktem, że były kiedyś te palmy kokosowe i wiele innych rzeczy. — Straszliwa fantazja — powiedział młodzian. Zapewne, musiała być w tych wierszach masa różnych rzeczy, i jakich dziwnych rzeczy! Że fosforyzują i żarzą się. Tak mówił. Nie o to zresztą chodzi, czy te wiersze były dobre, czy kiepskie, ale chciałbym wiedzieć, co w nich było, bo przecie te wiersze, to ja sam. Było kiedyś takie życie, w którem znalazły się palmy kokosowe i dziwne rzeczy fosforyzujące i rozżarzone. Masz djable kaftan i teraz sobie radź, jak umiesz! Chciałeś uporządkować swoje życie, więc wsuń te kokosowe palmy gdzieś na dno szuflady, gdzie nie przeszkadzałyby i gdzie nie byłoby ich widać. Dobrze?
No widzisz, widzisz. Już tego nie załatwisz machnięciem ręki. Nie powiesz, że były to kiepskie wiersze, i na tem koniec. I że dobrze, iż się ich już nie pamięta. Trudna rada, były palmy kokosowe warczące jak bębenki i Bóg wie co tam jeszcze. I choćbyś machał obiema rękam i i choćbył krzyczał, że te wiersze nic nie były warte, nie wyrwiesz tych palm z korzeniami i nie usuniesz ze swego życia rzeczy fosforyzujących i rozżarzonych. Sam wiesz, że były i że młodzieniec nie kłamał. Ten młodzieniec to nie cymbał pierwszy lepszy, chociaż na poezji zna się jak koza na pieprzu. Ale ja wiedziałem, wtedy wiedziałem ogromnie dokładnie co to jest poezja. Pijany poeta wiedział także, ale nic nie umiał i dlatego tak zjadliwie kpił. Lecz ja wiedziałem i teraz, człowiecze, łam głowę skąd co i jak? Skąd ci się to wzięło? Nikt tego nie rozumiał, nawet ten tłusty poeta. Czytał moje wiersze swemi świńskiemi oczkami i krzyczał: — Ty świnio przeklęta, skądeś to wziął? — A potem poszedł uchlać się na cześć poezji i płakał: — Patrzcie na tego idjotę, to poeta! Taki niedorajda i co potrafi napisać! — Pewnego razu w napadzie wściekłości rzucił się na mnie z nożem kuchennym: — Teraz mi powiesz, jak to się robi!
Jakby to się wogóle robiło! Poezji się nie robi, poezja poprostu jest. Jest tak odniechcenia i zwyczajnie jak bywa noc i dzień. To nie żadna inspiracja, tylko takie jakieś rozległe bytowanie. Rzeczy poprostu są. Wszystko jest, o czemkolwiek pomyślisz, choćby i palmy kokosowe, albo też anioł machający skrzydłami. A ty dajesz rzeczom tylko imiona, jak Adam w raju. To przecie strasznie proste, tylko że tak dużo rzeczy czeka na imię dla siebie. Niezliczone są rzeczy, mające tyle znaczeń i niezliczone są żywoty. I w tem jest cała poezja, że to wszystko jest, a ten, co o tem wie, to właśnie poeta. Patrzcie go, jakby czarował niegodziwiec: pomyśli o palmach kokosowych i nagle są, wiatr je przewiewa, a one chrzęszczą brunatnemi orzechami. Ale to jest takie proste i rozumiejące się samo przez się, jak patrzenie na płonącą lampę.
Co znowu za czary! Bierze, co mu się nawinie pod rękę razem z tem wszystkiem, co fosforyzuje i żarzy się, poprostu dlatego, że te rzeczy są, czy w nim samym, czy poza nim, to już wszystko jedno. Więc to jest takie proste i takie zwyczajne, ale tylko pod jednym warunkiem, że znajdziesz się akurat w tym osobliwym świecie, który nazywa się poezją. Jak tylko wydostaniesz się poza ten świat, wszystko znika i przepada djabli wiedzą gdzie. Niema już palm kokosowych i niema rzeczy fosforyzujących i rozżarzonych.
— Gdy w palmach kokosowych zawarczą bębenki... — — — Miły Boże, co z tem zrobić? Takie to przecie głupie! Nigdy nie było żadnych palm i żadnych bębenków i nie było nic rozżarzonego. Trzeba machnąć na to ręką. Chryste Panie, co za bzdury!
Cóż robić? Teraz ci żal, że wszystko djabli wzięli. I nawet już nie wiesz, co tam jeszcze było prócz tych palm kokosowych. I nigdy nie domyślisz do końca, co tam jeszcze być mogło i jakich wspaniałości dopatrzeć się mogłeś w sobie, których już się nie dopatrzysz. Wtedy widziałeś je, ponieważ byłeś poetą. I widziałeś rzeczy dziwne i straszne, próchno świecące i ognisko buchające żarem i Bóg raczy wiedzieć, tylko Bóg raczy wiedzieć, co jeszcze prócz tego ujrzeć mogłeś! Może wierzącego anioła lub krzak gorejący, który przemawia głosem ludzkim.
Wtedy było to możjiwe, ponieważ byłeś poetą i widziałeś, co było w tobie i co mogłeś nazwać po imieniu. Wtedy widziałeś rzeczy, które są. Teraz już koniec, już niema palm i już nie słychać chrzęstu orzechów na wietrze. Kto wie, człowiecze, kto wie, co jeszcze dzisiaj mogłoby się znaleźć w tobie, gdybyś się choć na chwilę mógł stać poetą! Rzeczy straszliwe, albo anielskie, człowieku, rzeczy pochodzące z Boga, niezliczone i niewymowne, o których nie masz pojęcia. Ileż rzeczy, ileż żywotów i spraw wynurzyłoby się z ciebie, gdyby jeszcze raz spoczęło na tobie straszliwe błogosławieństwo poezji! Ale trudno, już nic z tego wszystkiego nie poznasz. Przepadło to w tobie i koniec.
Ale chciałoby się wiedzieć, dlaczego. Dowiedzieć się, dlaczego na łeb na szyję uciekłeś wtedy od tego wszystkiego, co było w tobie? Czego się tak przeraziłeś? Może tego było zbyt wiele, albo też były to rzeczy nadmiernie rozżarzone i zaczęły palić ci dłonie? Albo fosforyzowały podejrzanie jakoś, czy ja wiem? A może zaczął dymić ognisty krzak i przeraziła cię myśl, że usłyszysz głos, mówiący do ciebie? Było coś takiego, czego się przeraziłeś. Więc nogi za pas i precz! I nie zatrzymałeś się, aż — — — gdzie właściwie? Na ostatniej w świecie stacji. Tam jednak było jeszcze troszkę tej fosforyzacji.
Dopiero na swojej stacji, gdzie ukryłeś się w bezpiecznym porządku rzeczy, skończyło się wszystko. Tam już nie było nic takiego, chwała Bogu, tam już był spokój. Bałeś się tego, jak — — — powiedzmy, jak śmierci. I może miałeś słuszność, może to była śmierć? Czułeś: jeszcze kilka kroków tą samą drogą, a oszalejesz, unicestwisz się, umrzesz. Więc baczność, uciekaj, człowiecze, z tego ognia, który cię trawi! Był najwyższy czas: po paru miesiącach wytrysnęło z ciebie czerwone i trzeba było dużych starań, żeby się naddarte zagoiło. A potem wypadło trzymać się obiema rękami tego statecznego, solidnego, prawidłowego życia, które nie strawia człowieka. Chodziło o to, żeby wybierać już jedynie to, co dla życia jest potrzebne i nie zwracać uwagi na to, co jeszcze jest pozatem, albowiem w tem wszystkiem jest także śmierć; była ona w tobie śród tych strasznych i niebezpiecznych rzeczy, którym dawałeś imiona.
Tak, teraz przymykamy wieko, żeby się tam to nie mogło wydostać na świat, wszystko już jedno, czy to będzie życie, czy śmierć. Zamknięte, przepadłe, nieistniejące. Trzeba ci przyznać, że pozbyłeś się tego gruntownie i słusznie machnąłeś na wszystko ręką. Głupstwo! Co znowu za palmy! To są rzeczy niegodne dojrzałego i pracowitego męża.
A teraz kręcisz głową i powtarzasz sobie: — Ktoby to był powiedział! Może te wiersze nie były znowu takie kiepskie i wogóle nie były głupstwem. Mógłbyś może cieszyć się z nich i nawet pysznić się potrosze: — Nawet wiersze się pisywało i to nienajgorsze! Tymczasem, co za żałość! Nawet ten przekorny głos nie odzywa się teraz, bo widocznie wiersze te nie mieszczą się w całym moim kramie. Według teorji tego głosu i to była porażka i tu także trzeba było skapitulować. Nie starczyło ani zdolności, ani indywidualności. Widzisz, teraz wszystko wygląda zgoła inaczej i przypomina raczej ucieczkę przed samym sobą, ze zgrozy, żebyś nie przepadł w tem, co było w tobie.
Trzeba to zamurować jak płonący szyb, niech się ten piekielny żar udusi sam w sobie. Może to już i zgasło, któż to wie? Teraz już palców sobie nie popalisz i rąk nie ogrzejesz. Żeby nie widzieć samego siebie, zacząłeś zajmować się różnemi rzeczami i zrobiłeś z nich swoje powołanie i życie. Doskonale ci się udało, uciekłeś przed sobą i stałeś się porządnym człowiekiem, który sumiennie i w zadowoleniu przeżył swoje życie zwyczajne. Cóż chcesz? Dobrze było. Więc skąd tu raptem ten żal?


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Karel Čapek i tłumacza: Paweł Hulka-Laskowski.