Śmierć. Studyum/18 marca
<<< Dane tekstu >>> | |
Autor | |
Tytuł | Śmierć |
Podtytuł | Studyum |
Pochodzenie | Pisma Ignacego Dąbrowskiego, tom I |
Wydawca | Jan Fiszer |
Data wyd. | 1900 |
Druk | Warszawska Drukarnia i Litografja |
Miejsce wyd. | Warszawa |
Źródło | Skany na Commons |
Inne | Pobierz jako: EPUB • PDF • MOBI Cały tekst |
Indeks stron |
Jestem rozbity, złamany, bezsilny. Choroba robi straszne postępy. Cierpień prawie żadnych — tylko obezwładnienie, apatya i senność. Dnie całe leżę nieruchomo, z oczyma w sufit albo w ścianę utkwionemi, nie mówiąc nic, prawie nie myśląc. A tu godziny, dnie, tygodnie przechodzą, i tak dążę gdzieś, do jakiegoś nieznanego celu. Co będzie?
List jeszcze niewysłany. Nie mam sił myśleć o tem, a tem bardziej wykonać. Wczoraj trzy razy zaczynałem mówić o tem z Zosią i trzy razy zabrakło mi odwagi. Rozprzęgło się we mnie wszystko. Bywają już takie chwile, że mówię: „a niech tam“ — w sekundę potem zimny pot oblewa mi twarz. I tak szarpię się w niepewności, a życie wypływa ze mnie powoli.
Otom jest chory, bezsilny, bezbronny.
A niech tam!
. | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . |
List wysłany. Ani Zosia, która list ma oddać posłańcowi, ani Stach, ani nikt, nie domyślają się niczego. Całe popołudnie będę sam. Gorączka i koniak działają; jestem zdrowszy, nie boję się zupełnie — tak — zupełnie się nie boję. Naturalnie! — Wreszcie jestem na wszystko przygotowany; no, niech tam! Odzyskuję pewność siebie i panowanie nad własnymi nerwami.
Trzy ruble przygotowane. Może za mało? No, nie mam więcej: Zosia oddała mi wszystko, co do grosza. Biedna ona! Kiedy ja jej to wszystko oddam?
Opracowuję w myśli każdy szczegół przyszłej rozmowy z Łopackim. Uczę się jak aktor przed występem na wielkiej scenie. Mówię sam do siebie głośno, probuję głosu, gimnastykuję muskuły twarzy, chcąc je uczynić posłusznymi rozkazom woli, choćby w mózgu szalały burze.
Jestem jak pijany. Coś mię podnieca i siły dodaje.
Nie ugnę się: czuję dawno niebywały przypływ energii i stanowczości. Wreszcie kości rzucone i za godzin kilka stawka, na którą położyłem życie, rozegra się!
A niech tam!
. | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . |
5-ta! Jego jeszcze niema! Męczę się.
Może nie przyjdzie? Powinien. List był tak napisany, że bezwarunkowo powinien.
Ach, żeby prędzej, żeby prędzej! Już niech się to raz skończy wszystko. Doprawdy — ja już sił nie mam.
Ale co będzie? co będzie? Co on powie?
Wszystko jedno zresztą. Choćby i suchoty, zawszeć przecie z rok pożyję jeszcze. W pierwszych dniach wiosny wyjadę na wieś, rzucę papierosy, będę pił mleko garncami, i to gotowane, koniecznie gotowane, — a potem może i gdzie na Południe będzie można wyjechać na zimę. Powietrze, swoboda, lazur Południa — cuda sprawiają. Aby podtrzymać życie. A potem... No, to się zobaczy.
Hm... — a jeżeli to nie są suchoty?...
Tylko czy on uwierzy tej bajce? Czy nie zanadto przeholowałem z tymi trzema tygodniami? Będzie się śmiał... A niech się śmieje, i owszem. Wszystko pójdzie na konto Starzeckiego. A... niedołęga!...
. | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . |
Z trudem myśli zebrać mogę. Wszystko wiruje przede mną; boję się zemdlenia.
A jego niema jeszcze. Szósta!
Z wysiłkiem kreślę litery, a jednak zmuszam się do panowania nad sobą. Wszystko się wali. Lampa zapalona, a ciemno. To we mnie ciemno.
Eh, głupstwa plotę...
Siły! rozumiesz, ty niedołęgo, siły, siły, mocy... Nigdy tyle, ile teraz. Rozbijaj łbem ściany, ale czuwaj, czuwaj, choćby za chwilę skonać przyszło.
Brednie!... Także...
Nic. Siedzę i piszę. Poduszki ułożone wysoko, wygodnie. To Zosia mi tak ułożyła. Poczciwa! Kiedy ja jej pieniądze oddam? A ona bez szuby chodzi, i to może przeze mnie? Mój Boże!...
Kwadrans po 6-ej. Ho... ho... jak późno!
Nie, jeszcze niema kwadransa. Nie... dopiero — zaraz — tak, dopiero 13 i pół minuty na siódmą. Tak... wszystko widzę doskonale... i słyszę. Jestem przytomny.
E!... głupstwo!... Naturalnie że jestem przytomny.
I będę przytomny, będę, będę... Jeszcze dziś „po wizycie“ notatkę w tym dzienniczku zrobię. Bezwarunkowo zrobię, — dla samej kontroli, czym był do ostatka przytomny, zrobię.
Hm... nawet wyrazy „po wizycie“ w cudzysłowie postawiłem.
A tak, „po wizycie“, „po wizycie“.
Doskonale.
. | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . |
Nic! — Głupstwo! — Naturalnie że mam umrzeć. Głupstwo!
Boże, co za męka!